„Najlepszy” - Łukasz Grass. Od ćpuna do mistrza świata. | worldmaster.pl
#

Jerzy Górski i jego historia jest nieprawdopodobna. „Najlepszy” to książka właśnie o nim i jego życiu, które wisiało na włosku, ale udało mu się przetrwać. Sięgnął szczytu swoich możliwości, ale zanim do tego doszło musiał wiele przejść. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, jak to jest sięgnąć dna, poleżeć na nim będąc zbrukanym i posiniaczonym, a następnie odbić się i wrócić w glorii oraz chwale, to trafiliście w doskonałe miejsce.

Nastał poniedziałek. Kolejny piękny tydzień września. Aby umilić Wam trochę świadomość, czekających Was wyzwań w ciągu kolejnych dni, przychodzę do Was z recenzją. Nie będzie to jednak opis zwykłej książki. Wszystko, co zostało w niej napisane, wydarzyło się naprawdę, choć momentami może nam się to wydawać wielce nieprawdopodobne. Pozwól więc czytelniku, że pomogę Ci, zapoznać się z życiem człowieka, którego historia przyprawia o dreszcze. Nie pytam, czy jesteś gotowy, bo na to, co usłyszysz, gotowym być się zwyczajnie nie da.

„Drogi czytelniku, jeśli wytrwasz do końca tej powieści, to życzę Ci dużo sukcesów i znalezienia takiej pasji, która będzie Cię prowadzić przez życie.” – Jerzy Górski

infografika - wprowadzenie

„Najlepszy”.

Autorem książki pt. „Najlepszy”, którą dziś bierzemy na nasz subiektywny celownik wrażeń, jest Łukasz Grass. Cieszę się, że książkę o tej tematyce napisał człowiek, który ma z nią wiele wspólnego. Oczywiście mówię tutaj o aspektach czysto sportowych. W końcu autor, tak jak i główny bohater książki, również jest związany z triathlonem. Myślę, że dzięki temu mógł o wiele lepiej zrozumieć wiele poruszanych kwestii.

Jerzy Górski to człowiek nietuzinkowy. Jest organizatorem imprez triathlonowych oraz biegowych. Prezesem Centrum Sportowego „Głogowski Triathlon” oraz byłym członkiem Polskiego Związku Triathlonu. Na swoim koncie ma zwycięstwo w prestiżowych zawodach (nazywanych ówcześnie Mistrzostwami Świata) Double Ironman w Alabamie, w 1990 roku. Zawody te sprowadzały się do pokonania prawie 8 kilometrów pływania, 360 kilometrów jazdy rowerem oraz 84 kilometry biegu. Dystans ten pokonał w czasie 24 godzin 47 minut oraz 46 sekund. Ponadto brał również udział m.in. w maratonie Nowojorskim, kalifornijskim biegu Western States Endurance Run, czy w Ultramanie, w 1995 roku (10 km pływania, 421 km jazdy na rowerze, 84  km biegu).

Jerzy Górski

Źródło: www.weekend.gazeta.pl
Na zdjęciu: Jerzy Górski

Dobrze. Tyle z wprowadzenia. Najciekawsze dopiero przed nami. Trzymajcie się i zapnijcie pasy. Będzie mocno, ostro i brutalnie. Bez przebierania w słowach, czyli tak, jak cała ta książka została napisana.

„Odgłosy wołania o pomoc i uderzenia butów o metalowe schody więzienia słyszałem jakby z oddali, przytłumione. Zacząłem tracić przytomność. Przed oczami przewijał mi się film z życia. Ktoś cofał taśmę, a ja widziałem wszystkie okropności, które doprowadziły mnie do tego miejsca. […].

Umierałem.”

Obiecujące początki.

Książka rozpoczyna się od dość klasycznego wprowadzenia. Poznajemy świat małego Jurka. Świat, który sprowadzał się wtedy do życia w Legnicy, czyli miasta, gdzie się urodził, gdzie się wychował i gdzie również stoczył się na dno. Narratorem całej historii spisanej w książce jest sam Jerzy Górski. Stosuje narrację pierwszoosobową, co jeszcze bardziej potęguje możliwość zajrzenia do jego własnego, wewnętrznego świata. Dzięki temu czytelnik ma wrażenie, jakby nie czytał, ale rozmawiał z siedzącym tuż obok niego bohaterem książki.

Już na początku otrzymujemy obraz chłopaka, który nie boi się życia. Jest odważny i ma zadziwiającą zdolność udowadniania wszystkim, że jest najlepszy. W początkowych latach ta cecha uwidoczniła się w jego zaangażowaniu najpierw w tenis stołowy, a następnie w jego pierwszą, znaczną miłość – gimnastykę.

„Zakochałem się w gimnastyce. Miałem wszelkie fizyczne predyspozycje do tego sportu. […]. Najważniejsza była sala gimnastyczna. Niestety, nie dla ojca, który chciał, żebym został mechanikiem samochodowym i w przyszłości otworzył warsztat.”

Na pierwszym kartkach książki, dostrzegamy poważny dysonans między młody Jurkiem, a jego ojcem, który miał wobec niego inne plany. Kolejne strony, tę różnicę będą między nimi jeszcze mocniej pogłębiać i jak wielokrotnie zostanie to wspomniane – przemoc nie ograniczała się tylko do potyczek słownych…

„Make love not war”

Wszystko zaczęło się niewinnie. W zasadzie czytając słowa Jerzego Górskiego, schemat jego upodlenia był bliźniaczo podobny do tego, co można zaobserwować w dzisiejszym świecie. Pierwsze były papierosy. Jedno niewinne zaciągnięcie. Potem był już cały, wypalany z dala od rodzicielskiego, a zwłaszcza ojcowskiego oka. Następnie paczka, dwie… Doszło do tego, że zasypiał i budził się z papierosem w zębach, a większe zdziwienie budził widok, kiedy nie palił, niż gdy palił. Nawet wśród rodziny.

Papierosy jednak nie wystarczyły. Przyszedł czas na zażywanie leków, tabletek, a nawet wąchanie kleju Butaprenu. Teraz może nam się to wydawać co najmniej dziwne, ale pamiętamy, że były to lata dominacji tzw. Dzieci Kwiatów. Przynajmniej na zachodzie. Znacie to słynne powiedzenie, wspomniane wcześniej w nagłówku?

„Make love not war”

To ono stało się myślą przewodnią młodego, nastoletniego Jurka Górskiego i jego kolegów, którzy w następnych latach pod przykrywką chęci „wyróżnienia się”, wpadli w sidła potwornego nałogu, upodlenia i lekkomyślnego igrania ze śmiercią.

terapia

Źródło: www.weekend.gazeta.pl Fot. archiwum prywatne
Na zdjęciu: Jerzy Górski (drugi od prawej) podczas terapii w Monarze.

Przebywanie w nieodpowiednim towarzystwie, chęć ucieczki od świata dorosłych, problemy w szkole i niechęć do jakiejkolwiek edukacji, bieda w domu, w którym nie miał nawet własnego pokoju i musiał spać z matką, konflikty z ojcem i przede wszystkim poczucie przynależności do wspólnoty innych, zagubionych i młodych ludzi, doprowadziła go do roku 1969. Miał wtedy zaledwie 15 i był zachłyśnięty ruchem hippisowskim. Kwieciste koszule, dżinsy z szerokimi nogawkami… To wszystko upodobał sobie młody Jerzy Górski. Tak samo, jak morfinę, której „pierwszy strzał” rozlał się po jego ciele w niedzielne południe.

Staczanie się na dno…

Od tego momentu wszystko zdaje się toczyć szybko. Przynajmniej dla czytelnika, bo nie wyobrażam sobie, co musiał czuć w tamtym okresie bohater książki „Najlepszy”. Jerzy Górski stał się narkomanem. Pierwszy zastrzyk z morfiny nie wystarczył. Następnego dnia przyszedł kolejny, a z upływem kolejny dni, tygodni oraz lat, nic się w tej materii nie zmieniało.

film

Źródło: www.nypff.com
Na zdjęciu: Kadr z filmu. Jakub Gierszał (Jerzy Górski), Arkadiusz Jakubik (kierownik basenu/trener), Kamila Kamińska (Ewa/dziewczyna Jerzego).

„Najlepszy” serwuje czytelnikowi piekielny obraz oddziaływania używek i narkotyków na organizm człowieka. To, co dzieje się po nich z człowiekiem jest wprost nie do wyobrażenia. Piszę to, co najmniej tak, jakbym sam tego doświadczył, ale właśnie tak działa ta książką. Te odczucia i świadomość pojawiła się po jej przeczytaniu. Jej zrelacjonowanie i opisanie oznaczałoby napisanie przeze mnie recenzji nie na kilka minut czytania, ale co najmniej na kilkadziesiąt. Mnogość sytuacji, wydarzeń, które wstrząsają czytelnikiem, jest tak wielka, że nie sposób jest je tutaj wszystkie wymienić.

Człowiek zniszczony przez siebie samego.

Jerzy Górski stał się narkomanem, który trwał w swoim nałogu przez 14 lat. Wielokrotnie trafiał do Szpitala Psychiatrycznego oraz więzienia. W zasadzie okres jego walki z nałogiem (choć walką tego nazwać nie można) sprowadzał się do nieustannego podróżowania między szpitalem a więzieniem, z maleńką przerwą na kolejny napad na aptekę i oczywiście następne, coraz to już liczniejsze zastrzyki z morfiny, które wyniszczały go każdego, kolejnego dnia. Nawet w szpitalu nie powstrzymywał się od wstrzykiwania sobie kolejnych dawek narkotyku, który dostarczali mu, jego wspaniałomyślni znajomi.

W pewnym momencie morfina przestała wystarczać. Zaczęło się prawdziwe igranie ze śmiercią. Nadeszła pora na heroinę i to na dodatek z wątpliwej, własnej produkcji. To właśnie ona zabiła wiele osób, których Jurek sam znał, nie wspominając o tych, których poznać nie zdołał. Wiecznie igrał z policją. Stał się znany w całej Legnicy i terenach do niej przyległych. Każdy narkoman i największy możliwy miejski ćpun znał Jurka Górskiego, a on znał ich. Znała go także policja, z którą doszedł do tak „zażyłych” relacji, że w przypadku kiedy okradano kolejną aptekę lub dokonywano kolejnego przestępstwa, zawsze najpierw pukano do drzwi mieszkania państwa Górskich.

autor

Najlepszy we wszystkim.

Nigdy nie wydał swoich kolegów. To właśnie jego zadziwiająca lojalność oraz wcześniej wspomniana chęć bycia najlepszym, nierzadko nastręczała mu wielu kłopotów. Z drugiej jednak strony, zyskiwał sobie takim zachowaniem ogromny szacunek i trudno się nie zgodzić z tym, że i te cechy pomogły mu się wyrwać z nałogu.

Zanim jednak do tego doszło, co najmniej raz próbował się zabić. Co najmniej raz próbował się powiesić i co najmniej dwa razy nie zakończył swojego życia przypadkowo. Najpierw połknął metalowy przedmiot owinięty chlebem, aby tylko trafić do szpitala i opuścić więzienie. Kiedy nie poskutkowało, wstrzyknął sobie gorącą czekoladę tuż pod żebra. Ten ostatni wyczyn doprowadził go prawie do śmierci i stanowił niejako czynnik, który zaczął powoli przechylać szalę goryczy.

Jerzy Górski miał dość. Jednak jak każdy człowiek uzależniony, targały nim ogromne sprzeczności. Chciał skończyć zażywać narkotyki, ale wiedział także, że nie może bez nich żyć. Jak więc z tego wybrnął? Chciał być najlepszy. I jeśli do tego momentu był najlepszy w ćpaniu, tak zupełnie przypadkowo znalazł coś, w czym mógł uwidocznić swój niespotykanie twardy charakter.

„To było prawdziwe szorowanie dna. Na wielu spotkaniach motywacyjnych słyszy się, że trzeba sięgnąć prawdziwego dna, aby się podnieść. Ja nie sięgnąłem dna, tylko przypierdoliłem w nie z takim impetem, że ślady zostaną mi do śmierci.”

Nowa droga życia.

Odmienił go Monar. Stowarzyszenie założone przez Marka Kotańskiego, o którym po raz pierwszy usłyszał… w więzieniu. To właśnie tam się wybrał po jednym, ze swoich przymusowych odwyków i to właśnie tam po raz pierwszy poczuł się częścią wspólnoty. Pomogły mu reguły, jakie tam panowały. Nikt go tam nie przetrzymywał, a członkowie społeczności leczyli się sami. Poprzez pracę, zajęcia i ogólną świadomość, że to wszystko robią tylko z własnej i nieprzymuszonej woli.

Najlepszy

Źródło: www.zblogowani.pl

W tym momencie „Najlepszy” zaczyna pokazywać inną rzeczywistość. Ukazuje się naszym oczom Jerzy Górski nie, jako najlepszy człowiek w braniu narkotyków, ale najtwardszy człowiek, jaki widział ówczesny, sportowy świat. Zakochał się najpierw w bieganiu. Nie były to łatwe początki. Codziennie zgodnie z regułami Monaru musiał przebiegać prawie 2 kilometry. Problemem dla jego wyniszczonego ciała było przemaszerowanie szybkim tempem kilkudziesięciu metrów.

Czy się jednak poddał?

Nie. Przecież był zawzięty, pamiętacie? Znalazł coś, w czym mógł być najlepszy i zrobił to. Rozumiecie tę sytuację? Całe czternaście lat zażywania narkotyków, które powinny go zabić, doprowadziły go do miejsca, w którym chciał zostać najlepszym w sporcie. Najpierw było to bieganie. Potem dołączył do tego jeszcze rower, aby na końcu nauczyć się pływać i zdecydować się na triathlon.

„Przez chwilę leżałem bez ruchu. »Cienias? Kurwa, nie jestem cieniasem!« Zawsze byłem najlepszy. We wszystkim. Zerwałem się z łóżka.”

To kolejna strona tej książki, która ma niejako dwie twarze, ale możemy określić je tym samym epitetem.

NIEPRAWDOPODOBNE.

Jak to możliwe?

Najpierw okres kompletnego pochłonięcia przez narkotyki, a potem czas nieustannej walki ze swoimi słabościami, tykającym zegarem na mecie i wciąż powracającymi pokusami do alkoholu, papierosów i narkotyków. Słowa, które przekazuje nam Łukasz Grass i jego książka, są niespotykane. Powiedzenie o nich, że są inspirujące, byłoby kompletnym zbesztaniem jej przekazu. Czegoś takiego nie da się zwyczajnie wytłumaczyć i czegoś takiego jeszcze nie widziałem.

Łukasz Grass

Żródło: www.plejada.pl
Na zdjęciu: autor Łukasz Grass

Bo jak można wyjaśnić fakt, że organizm Jerzego Górskiego po tak ciężkim etapie zdołał się zrekonstruować i umożliwić mu codzienne, niesamowicie ciężkie treningi oraz start w arcytrudnych zawodach? Jak to możliwe, że lekarze i jego trenerzy nie potrafili odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób, ciało narkomana u schyłku życia, który w zaawansowanym stadium nie ważył nawet 50 kilogramów, może zapewnić mu tak wysoki poziom sportowy?

Czy można w jakichkolwiek słowach wyjaśnić jego upór, kiedy jeździł osobiście do największych sław polskiego biegania, kolarstwa, czy pływania, prosząc ich o porady? Czy można jakkolwiek wytłumaczyć, że pomagał mu sam Antoni Niemczak – jeden z najlepszych polskich biegaczy długodystansowych, z którym się zaprzyjaźnił, dzięki swojej szczerości i otwartości? Właśnie to pomagało Jerzemu. Nie bał się mówić o tym, kim jest i jaką drogę przeszedł. Dzięki temu nie odrzucił go nikt, kogo prosił o pomoc. Trenował z zawodowymi kolarzami i podglądał pływaków. Pytał, szukał informacji, a na temat triathlonu potrafił rozmawiać godzinami. Był zapatrzony tylko w jeden cel. Chciał być najlepszy i udało mu się to.

Ironman

Źródło: www.sport.onet.pl
Na zdjęciu: Jerzy Górski podczas zorganizowanych przez siebie zawodach na dystansie Ultraman w Głogowie.

Po wielu perypetiach. Po zorganizowanym przez siebie jednoosobowych, trzydniowych zawodach, gdzie zwerbował w tym celu nawet jednostkę policji, z którą wcześniej miał wiele scysji. Po pokonaniu kilkuset kilometrów – biegnąc, jadąc na rowerze i pływając. Po wielu przygodach w samym Monarze, gdzie był o krok od zdegradowania do pozycji początkowej. Po upływie kilku lat, odkąd zakończył okres przyjmowania narkotyków i jakichkolwiek używek. Po tym wszystkim… Spełnił swoje marzenie.

Jerzy Górski Mistrzem Świata.

On. Chłopak z Legnicy. Narkoman z 14-letnim stażem.

Czy to nie jest opowieść jak z filmu? Czym więc wobec tego wszystkiego są nasze życiowe trudności?

Niczym kochani. Niczym. Wszystko jest możliwe, a „Najlepszy” nam to dobitnie pokazuje.

„Żeby wyjść z narkomanii, trzeba próbować się doskonałym, bo inaczej nie dasz sobie rady, wujek! Przeciętni będą dalej brali. Nie boisz się, kurwa?? Nie masz dupościsku, że ci się nie uda? Bądź doskonały… Bądź NAJLEPSZY.” – Marek Kotański

Historia, której przebić się nie da.

Wiele nie napisałem. Wiele pominąłem. Wiele pozostało niewypowiedziane. Jednak właśnie taka jest ta książka. Sam autor – Łukasz Grass wspomina, że Jerzy Górski i jego życie, to gotowy scenariusz na kilka książek i po jej przeczytaniu, zgadzam się z tym w zupełności. Tak więc i moja recenzja nie jest pełna, ale mam nadzieję, że zawarłem w niej wystarczająca ilość informacji, abyście po nią sięgnęli.

infografika - podsumowanie

Zaufajcie mi, że warto. Dla mnie jest to jedna z najbardziej inspirujących opowieści, o jakiej kiedykolwiek słyszałem. Wobec jej oblicza na znaczeniu nagle straciły wszelkie moje własne przeciwności losu. Już sam fakt, że ktoś, kto przez całe 14 lat zażywał narkotyki, pił alkohol i palił po kilkadziesiąt papierosów dziennie, może zostać Mistrzem Świata i być NAJLEPSZY, powinno być wystarczającym czynnikiem, dla którego ruszycie się ze swojego miejsca i zaczniecie działać.

„Najlepszy” to książka niespotykana. Książka, dzięki której zrozumiecie, że nieważne skąd zaczynacie i dokąd zmierzacie. Najważniejsze jest jednak to, żebyście dalej wierzyli w swój cel i nieustannie do niego dążyli.

„Jeszcze przez chwilę stałem na mecie podwójnego Ironmana i patrzyłem na zegar. Czułem dumę i spełnienie. […]. Zawsze pod prąd, zawsze inaczej, zawsze za głosem serca – od totalnego upodlenia do mistrzostwa. Wreszcie byłem NAJLEPSZY.”

Życzę Wam wszystkim, żeby „Najlepszy” i Jerzy Górski stał się dla Was życiowym przewodnikiem na pełnej trudności drodze do celu. Nic lepszego spotkać Was nie może.

Panie Jurku! Czapki z głów!

Następny, życiowy klucz do kolekcji! Systematyczność, regularność, konsekwencja. Trzy nazwy, ale jedno, tak samo ważne znaczenie. Jesteś gotowy się z nim zapoznać?


Kiedy rozpoczynamy świadome dążenie do celu, zazwyczaj jesteśmy silnie zmotywowani. Nasze ruchy są pełne zaangażowania oraz pasji. Chce nam się działać. Mamy w sobie wiele sił, a pokłady niczym niezmąconej silnej woli, zdają się niewyczerpalne. Oczywiście ten stan nie może trwać cały czas. Rzeczą normalną jest, iż nie zawsze jest łatwo, prosto i przyjemnie. Czasami jest z górki, a czasami pod górkę. Raz wydaje nam się, że przemieszczamy się na rowerze, a drugi raz w super szybkim bolidzie formuły 1. Wszystko zależy od obecnego, życiowego etapu oraz naszego własnego postrzegania rzeczywistości.

W takich właśnie chwilach ujawniają się te wszystkie cechy, które odróżniają późniejszych zwycięzców od tych, którym zwyczajnie nie udaje się osiągnąć celu. Pasja, zaangażowanie, ciężka praca, poświęcenie – to tylko niektóre z nich. Nie jestem w stanie wskazać, która cecha jest najistotniejsza. Myślę, że nikt nie jest w stanie tego zrobić. Każda na swój sposób jest bardzo ważna i każda powinna mieć swój udział w naszych działaniach. Mogę się więc posunąć do wysnucia teorii, że brak jednej z nich może oznaczać nasze niepowodzenie. Nieważne, czy to w realizacji wielkiego, śmiałego marzenia, czy w życiu rodzinnym lub zawodowym.

Jest jednak jedna cecha, która myślę, że jest szczególnie pożądana przez ludzi, pragnących sukcesu. Wiele się o niej mówi i różnie się ją nazywa, jednak ostatecznie zawsze sprowadza się do tego samego.

Konsekwencja. Systematyczność. Regularność.

Jakkolwiek byśmy jej nie nazwali, nie podlega absolutnie żadnej dyskusji fakt, iż to właśnie systematyczność w działaniu jest czynnikiem niezbędnym do realizacji jakichkolwiek planów. Nawet tych najmniejszych i najskromniejszych. Wyobraźmy sobie Pana Kowalskiego i Panią Jadzię, którzy chcą zrzucić 15 kilogramów nadwagi. Jak myślicie, który z nich osiągnie swój cel? Pan Kowalski, który co trzeci dzień zapomina o swoich postanowieniach i z lubością konsumuje dodatkowe kalorie, czy Pani Jadzia, która systematycznie realizuje swój plan? Oczywiście, że Pani Jadzia! Nawet jeśli Pan Kowalski w dni „realizacji planu” dawałby z siebie trzysta procent, to i tak nie byłby w swoim działaniu tak skuteczny, jak rozsądna Pani Jadzia. Wszystko przez jego niewłaściwą regularność wykonywania zadań.

systematyczność

Konsekwencja jest kluczem. Wiem, że na przestrzeni kilkudziesięciu moich tekstów, tych kluczy zebrało się pewnie co najmniej kilka, ale nie uważam, aby było w tym coś złego. W końcu nikt nie powiedział, że jest tylko jeden klucz do szczęśliwego i spełnionego życia, prawda? Dlatego więc z czystym sercem oraz wielkim przekonaniem, mogę napisać, iż systematyczność jest działaniem, którego pożądać powinni wszyscy, którzy pragną osiągnąć swój własny cel.

Bardzo mnie to zaskakuje. Nieustanie trąbi się w Internecie i w innych środkach masowego przekazu, że regularność jest bardzo ważna. Trzeba systematycznie trenować. Trzeba konsekwentnie się uczyć. Wszędzie się o tym mówi! Jednak my nadal szukamy dziwnego, złotego środka, zapominając, że prawdziwy Święty Graal mamy na wyciągnięcie ręki. Powiem więcej! My nawet tej ręki nie musimy wyciągać. Wystarczy zajrzeć w głąb siebie, w końcu się w sobie zebrać i wbić sobie do głowy, że choćbyśmy mieli idealny plan i najłatwiejszą drogę pod słońcem, to tylko systematyczność może nas zaprowadzić do jej końca.

Czy to naprawdę jest takie łatwe?

Z pozoru wszystko wydaje się proste. Powiedziałbym, że nawet zbyt proste. W końcu wystarczy tylko codziennie wypełniać swoje zadania i wszystko będzie pięknie! Coś tu jednak nie gra. Gdyby tak było, to nikt nie czytałby teraz mojego tekstu. A jednak to robisz… Dlaczego tak się dzieje?

Wszystko sprowadza się do tego, że konsekwencja w działaniu nie zawsze jest taka prosta, jakby mogło nam się wydawać. Ta cecha sama w sobie jest bardzo łatwa do pojęcia i przyswojenia. Jak już pisałem – każdego dnia skrupulatnie realizujemy kolejny krok w drodze do marzeń. Prościzna! Trudności zaczynają się wtedy, kiedy uświadomimy sobie, że regularność pociąga za sobą pewne problemy. Komplikacje, które mogą wchodzić w sprzeczny związek z pozostałą częścią naszego życia.

regularność

Nagle może okazać się, że systematyczność w trenowaniu, zupełnie kłóci się, z co weekendowym spotkaniem na piwie ze znajomymi. Granie w gry wideo może zupełnie nie pasować do regularności w pisaniu książki. A konsekwencja w nauce nowego języka, może wymagać od nas ciszy, dlatego słuchanie głośnej, ulubionej muzyki, może zejść na dalszy plan. W ten sposób wiele osób porzuca swoje marzenia. Robią to, bo nie są konsekwentni albo nawet nie próbują tacy być. Nie mogą porzucić swoich dotychczasowych nawyków, bo tak naprawdę – nie chcą zmian. Chcą dalej żyć wygodnie, a pragnienie realizacji marzeń nie jest w nich aż tak silne, jak mogliby przypuszczać. Nie uważam, że to złe. Taki jest po prostu ich wybór. Pragnę jednak wskazać, że żałowanie w takich sytuacjach niespełnionego celu jest pozbawione sensu. Sami dokonujemy wyboru. Ten wybór rozgrywa się pomiędzy systematycznością w realizacji marzeń a prowadzeniem życia dalej w ten sam, niezmienny sposób.

Sukces wymaga ofiary.

Nasze końcowe marzenie potrzebuje ofiary. Jej skala rośnie wprost proporcjonalnie do wielkości marzenia. To od nas zależy, czy zdecydujemy się ją złożyć, czy nie. Uważam, że to właśnie konsekwencja, systematyczność, regularność, czy jakkolwiek nazwiemy tę cechę, jest niejako narzędziem, które tę ofiarę pobiera. Ofiarą mogą być dotychczasowe spotkania ze znajomymi, pudełko lodów, wolne wieczory, wolne weekendy, stres, zmęczenie… Cokolwiek! Najważniejszym faktem jest, że systematyczność kosztuje nas pewnego wysiłku. To jest ta praca, którą musimy wykonać nie co tydzień, nie co miesiąc, ale każdego dnia, dlatego może się okazać, że na inne rzeczy nie będziemy mieli już czasu, siły ani ochoty.

konsekwencja

Nie chcę zanadto idealizować. Naprawdę jest wiele cech pożądanych, aby odnieść swój mniejszy lub większy sukces. Dlatego moim celem nie jest faworyzowanie jednej z nich. Chcę tylko Wam przekazać, że cokolwiek robicie i dokądkolwiek zmierzacie, nie osiągnięcie tego bez odpowiedniego zaangażowania. A odpowiednie zaangażowanie to regularność działań, które przybliżają Was do końcowego celu. Bez znaczenia, co to jest. Nie ważne, czy chcesz skończyć czytać książkę, czy zbudować firmę od podstaw. Nie ma to absolutnie żadnego znaczenia! Na uwagę jednak zasługuje fakt, że nie dokonacie tego, jeśli konsekwencja nie zagości w waszych progach.

Przemyślcie to.

Przyczyna Twojej porażki może tkwić właśnie tutaj.

Zastanówcie się nad odniesionymi porażkami w życiu. Przeszukajcie swoje myśli i zwróćcie uwagę, czy fiasko, jakie ponieśliście, nie sprowadzało się do tego, że raz mówiliście: „Dzisiaj mi się nie chce”, a drugi raz „Jak odpuszczę jeden dzień to nic się nie stanie”. Jasne, że gdyby skończyło się na jednym dniu, to wszystko byłoby w porządku. Jednak zazwyczaj to nie są tylko dwadzieścia cztery godziny. Za kilka dni nadmierne pobłażanie sobie, pojawi się znowu i znowu, i znowu… Aż do końca.

Końca czego? Niezrealizowanego marzenia, które zrodzi wiele pytań, niemało frustracji i podkopania własnej pewności siebie. Na porażkę może składać się masa innych czynników i nie zawsze musi być to wina niesystematyczności, ale i ta cecha jest często powodem naszego niepowodzenia.

Gdybym był specjalistą od marketingu i specjalizował się w krótkich, chwytliwych hasłach, a nie opasłych akapitach, składających się na morze tekstu, to zapewne stworzyłbym slogan, którzy brzmiałby:

Pragniesz sukcesu? Bądź systematyczny!

Cóż… Jak widać, może to i dobrze, że moją rolą jest tworzenie tekstów, a nie krótkich haseł. Mam jednak nadzieję, że wiecie, o co mi chodzi! Realizacja marzenia to regularność w działaniach, do niego zmierzających. Tu nie ma żadnych kombinacji ani wykwintnych obliczeń rodem z matematycznej sali. Oceńcie sami, czy jest to proste, czy nie, i nie zależy mi na wystawianiu temu oceny. Chcę Wam pokazać, że konsekwencja jest nieodłącznym elementem zrealizowanego celu.

Oczywiste? Chyba nie do końca.

Dlaczego próbuję na nowo wynaleźć koło i piszę o czymś, co wydaje się oczywiste?

Bo dalej nie potrafimy tego robić. Dalej brniemy w przedziwne kombinacje, a jak przychodzi, co do czego, to łapiemy się za głowę, bo zupełnie przypadkowo zapomnieliśmy o podstawach! I w ten sposób otrzymujemy osobę na diecie, która dziwi się, że nie chudnie, a przecież tylko w weekendy pozwala sobie na ogromną pizzę, dwie tabliczki czekolady i cztery piwa. Mamy młodą osobę, pragnącą muzycznej kariery, która ze łzami w oczach obserwuje brak jakiegokolwiek postępu. To na pewno nie skutek braku regularnych treningów!

Takich przykładów jest mnóstwo! Spójrzmy dookoła. Każdy z nas, zna kogoś, kto tylko mówi, ale niewiele działa. A jeśli już działa, to strasznie nieregularnie. Ba! Spójrzmy na siebie! Z teraźniejszości albo z przeszłości. Jestem pewien, że i na swoim przykładzie możecie podać idealny obraz niekonsekwencji. Uczmy się więc na błędach. Wyciągnijmy wnioski i… do przodu! Jazda przed siebie!

Kolejny życiowy klucz do kolekcji.

życiowy klucz

Systematyczność jest bardzo ważna. Bez niej nasze plany mogą legnąć w gruzach. W zdecydowanej większości przypadków – tak się właśnie dzieje. Niemożliwa jest realizacja większego marzenia, jeśli będziemy do niej podchodzić bardzo zdawkowo i zawsze traktować jako coś „pobocznego”. Nikomu nie chcę nic narzucać, ale moim zdaniem, regularność musi być obecna w naszych działaniach, jeśli chcemy dotrzeć do końca naszej wymarzonej drogi. Na nic zda się wylewanie siódmych potów na treningach i dawanie z siebie absolutnego maksimum, skoro nie będzie to powtarzalne. Jestem przekonany, że o wiele lepsze rezultaty odniesie osoba, która będzie wykorzystywała swoje możliwości w 80%, ale codziennie i regularnie, niż człowiek, który będzie to robił na 150%, ale niesystematycznie.

Regularność jest kluczem i nie boję się tego słowa. Na własnym przykładzie mogę powiedzieć, że ma w sobie naprawdę dużą siłą. Dzięki niej można uwierzyć, że stać nas na więcej niż sami przypuszczaliśmy. Realizujemy postawione sobie zadania nawet pomimo przeciwności losu i to nas wzmacnia. Buduje nasz charakter, czyli coś, co jest niezmiernie ważne w całej wędrówce przez życie.

Zauważcie, że konsekwencja jest wszędzie. Nawet kiedy piszę ten tekst, ona mi towarzyszy. Mam swoje plany i swoje marzenia, ale do ich realizacji niezbędne jest wykonanie odpowiedniej pracy. Tylko systematyczność pozwala mi ją spokojnie realizować i stopniowo przybliżać się do swojego celu. Tak to właśnie wygląda w całym naszym życiu.

Nie wymyślam sloganów, ale tworzę teksty. Dlatego nie będę ich dziś układał. Niech cały tekst przemówi za siebie.

A jeśli tego nie zrobił – przeczytaj go raz jeszcze.

Pieniądze, błyskotki, nowe zabawki i wszelkie rzeczy materialne. Lubimy je. Kochamy. Ubóstwiamy! Szkoda tylko, że tej miłości brakuje nam na cenne wartości… Poruszę dziś drażliwy temat. Dla wielu może nawet zbyt drażliwy, ale jestem zdecydowany to zrobić. Przygotowałem się mentalnie na opór, jaki mogę spotkać ze strony czytelników i jestem gotowy stawić mu czoła. W końcu nie zawsze można bezczynnie przejść obok realnego problemu z zamkniętymi oczami, udając, że go nie ma, prawda? Jeśli mam możliwość pisania i dzielenia się z Wami spostrzeżeniami, które mogą realnie wpłynąć na życie Wasze, moje i wszystkich ludzi, to będę to robił. Nawet za cenę narażania się na krytykę, bo przecież nie chodzi o to, żeby zawsze było miło i przyjemnie, ale szczerze i dosadnie.

Ludzka słabość.

Kochamy rzeczy materialne. Kochamy być nimi obdarowywani. Kochamy pochwały, gratyfikacje i wszelkie nagrody. Uzależniamy się od nich. Im więcej ich mamy, tym więcej ich pragniemy. Nie zrozumcie mnie źle, bo nie chcę wyciągać jednoznacznych wniosków. Pieniądze i wszystkie inne rzeczy materialne są bardzo ważne! Bez nich nie da się żyć! To one zapewniają nam godny byt, jednak jest pewne, wcale nie takie małe „ale”.

Jeśli uzależniamy od nich swój własny los, to nie dziwmy się, że te rzeczy materialne prowadzą nas do zguby. Naprawdę bardzo destrukcyjnym zjawiskiem, jest podążanie tylko za pieniędzmi lub czymkolwiek podobnym. To bardzo łatwo można zaobserwować w dzisiejszych czasach. Wielu ludzi robi coś, co im się nie podoba. Robią to, bo mają z tego pieniądze. Prawdopodobnie większe, aniżeli mieliby podczas wykonywania zajęcia, które naprawdę kochają. Rodzi się w tym momencie jednak pewne pytanie.

Czy warto poświęcać swoje życie w pogoni za czymś, co koniec końców i tak nie będzie miało żadnego znaczenia?

Przecież nie zabierzecie pieniędzy do grobu. Na łożu śmierci nie będzie miało większej wagi to, czy macie na koncie w banku milion, miliard, czy tysiąc złotych. Staniecie przed obliczem swojego życia. Życia, które właśnie dobiega końca. Właśnie wtedy będziecie musieli stawić czoła temu, jak żyliście i jakimi ludźmi byliście. Nie, ile zarobiliście. Nie, ile zdobyliście. Nie, ile rzeczy zgromadziliście. Będzie się liczyło tylko to, co przeżyliście i robiliście. To będzie najważniejsze. Nic innego.

Dlaczego tak bardzo kochamy to, co namacalne?

Zdaję sobie sprawę, że brzmię jak kaznodzieja wątpliwej jakości, ale zastanówmy się nad tym poważnie. Odrzućmy na bok wszelkie przekonania. Prawdą jest, że pieniądze i inne tego rodzaju rzeczy są nam potrzebne. Z tym faktem nie da się kłócić. Prawdą jest także, że pieniądze to czynnik motywujący nas bardzo często do pracy. To również nie musi wcale taki zły objaw. Kolejną rzecz, która jest realna, można opisać w paru barwnych i zabawnych słowach:

„Pieniądze szczęścia nie dają, ale lepiej jest płakać w mercedesie, niż na rowerze.”

Są to fakty, które nie podlegają dyskusji. Rzeczy materialne są w naszym życiu potrzebne!

rzeczy materialne

Jednak spójrzmy teraz na drugą stronę medalu. Zazwyczaj nie potrafimy odpowiedzieć sobie na pytanie, ile tych pieniędzy potrzebujemy. Nawet jeśli jesteśmy w stanie to zrobić, to na ogół… Nie ma to wiele wspólnego z prawdą. Bardzo mocno identyfikuję się ze słowami Jima Carreya, który powiedział:

„Chciałbym, żeby każdy człowiek miał szansę kiedyś stać się sławnym i bogatym oraz żeby kupił wszystko, o czym marzył – bo tylko w ten sposób zrozumie, że nie taki jest cel życia.”

Jestem pewien, że niewielu z Was uświadomi sobie powagę tych słów. Jestem przekonany, że im nie uwierzycie. Nadal będziecie widzieli tylko swój przyszły obraz siebie, w którym jesteście skąpani w złocie, pieniądzach i wszechogarniającym Was przepychu oraz luksusie. Ten widok przesłoni Wam cały świat. Wszystko to, co tak naprawdę powinno być na pierwszy miejscu naszego istnienia, zostanie zepchnięte na dalszy plan.

Dokąd zmierzasz?

Miłość, prawdziwe uczucia, przyjaźń, drugi człowiek, pasja… To są tylko niektóre rzeczy, które powinny dominować nad pieniędzmi i innymi rzeczami, które są materialne, a których pragniemy. W ich skład, w obecnych czasach możemy śmiało zakwalifikować także żądze zyskiwania obserwatorów, czy „lajków” w social mediach.

Przykro się patrzy na ludzi, którzy sprzeniewierzają się swoim wartościom za rzeczy materialne. Przepraszam, jeśli zabrzmię brutalnie, ale w moim odczuciu, tacy ludzie najzwyczajniej w świecie się sprzedają. Zaprzedają swoje własne życie. Swoje własne marzenia, pasje i wewnętrzne reguły. Nie myślą o tym, co będzie kiedyś. Są bardzo płytcy w swoim rozumowaniu. Skupiają się tylko na tym, ile mogą zyskać i ile mogą rzeczy nabyć.

Dokąd to prowadzi? Dokąd zmierzamy w swoim zachowaniu?!

  • Małżeństwa młodych kobiet z obrzydliwie bogatymi starcami? Z miłości oczywiście. Jakżeby inaczej.
  • Chodzenie do dobrze płatnej pracy, której nienawidzisz? Z wyboru rzecz jasna. Przecież nie dla pieniędzy.
  • Zadawanie się tylko z bogatymi i dobrze usytuowanymi? Kwestia gustu ma się rozumieć! Inni mnie nie interesują!

Wyśmiewanie innych za nie posiadanie „markowych” rzeczy? Realizacja marzeń, które mają nam przynieść wielkie pieniądze, a nie samozadowolenie? Robienie czegoś tylko dla pieniędzy? Zakłamywanie rzeczywistości w celu nabycia materialnych korzyści?

Jak daleko się posuniemy? Gdzie jest ta granica naszego zachowania, której przekroczenie wywoła w nas falę obrzydzenia do samych siebie?

Możesz być bogaty, a zarazem spełniony.

Posłuchajcie, proszę. Nie linczujcie mnie za to, co napiszę. Jeszcze raz podkreślę – pieniądze nie są złe. Zły natomiast jest nasz stosunek do nich i wszelkich innych rzeczy materialnych. Powyższe przykłady, jak małżeństwa, w których różnica wieku sięga kilkudziesięciu lub więcej lat, również mogą być zawierane z miłości. Nie mówię, że tak nie jest, ale proszę Was. Patrzmy na to wszystkie realnie. Zastanówmy się nad przez chwilę. Ocknijmy się wreszcie!

Gdzie skończy się ta nasza wieczna pogoń za pieniędzmi? Za tym, co namacalne i materialne?

W szpitalu? Na odwyku? W więzieniu?

A może w opływającym luksusem domu, z dziesięcioma samochodami w garażu?

Drugi przykład brzmi kusząco, ale co z tego, skoro ten dom będzie pusty. Co z tego, skoro w tym domu nie zaznamy szczęścia, ani miłości tych, których straciliśmy i zaprzedaliśmy dla pustych wartości?

strefa vip

Ten scenariusz nie musi być aż tak brutalny. Jestem przekonany, że można być bogatym, sławnym i mieć dosłownie wszystko, otaczając się przy tym ludźmi, którzy szczerze kochają nas, a my ich. Jednak aby tego dokonać, trzeba przestać stawiać na piedestale tylko i wyłącznie pieniądze. Skończmy z tym! Jeśli nas motywują, to dobrze, niech tak będzie, ale jeśli jest to jedyny czynnik, który nakazuje nam robić coś, czego szczerze nie lubimy, to rzućmy to wszystko jak najdalej od siebie! Czy naprawdę pragniemy smutnego życia, sfrustrowanego człowieka, tylko dlatego, aby móc zarabiać trochę więcej? Czy naprawdę jesteśmy w stanie poświecić swoje istnienie, dla kilku papierków i poczucia „luksusu”, z którego i tak nie będziemy się w stanie cieszyć?! Czy naprawdę myślicie, że pieniądze rozwiążą wszystkie Wasze problemy łącznie z tymi, mającymi swoje miejsce w Was samych i Waszych relacjach z innymi?

Rzeczy materialne nigdy nas nie zaspokoją.

Jest w tym tekście zdecydowanie wiele pytań. Nie udzielę Wam na nie odpowiedzi. Wiele z nich jest retorycznych. Duża część oczekuje odpowiedzi nie mojej, ale Waszej. Szczerej i rzetelnej. Takiej, która pozwoli Wam obrać właściwy kurs. Ten prawdziwy, który zaprowadzi Was nie do pieniędzy, ale do prawdziwie spełnionego życia, którego pragniecie. Być może pieniądze także tam będą. Być może będzie tam luksus, sława i inne tego typu rzeczy. Jednak nigdy nie będą to czynniki dominujące, które będą stały powyżej prawdziwie cennych wartości.

Jestem zdania, że własnego dziedzictwa nie zbuduje się na pieniądzach. Jeśli chcemy pozostawić po sobie coś, za co zostaniemy zapamiętani – nawet wśród najbliższych – to na pewno nie uczynimy tego poprzez pieniądze lub jakiekolwiek rzeczy materialne. Pewien jestem, że nawet gdybyśmy na łożu śmierci rozdali cały swój majątek, to koniec końców i tak zostaniemy opluci przez niezadowolonego potomka, który otrzymał rzekomo zbyt mało.

pieniądze

Ludzi nie można zaspokoić pieniędzmi. My także nigdy nie będziemy umieć, uznać się za spełnionych, jeśli czynnikiem determinującym nasze podążanie za marzeniami będą rzeczy materialne. W tym momencie może nam się wydawać, że milion złotych to dużo. Wystarczyłoby nam! Jednak myślę, że gdybyśmy już go otrzymali, to nagle zapragnęlibyśmy jeszcze kolejnego. Potem następnego i następnego… I tak w kółko. Nie można zaspokoić ludzkich ambicji czymś materialnym. Bo rzeczy materialne są nieskończone. Będziemy pragnęli kolejnego samochodu, następnego jachtu i jeszcze jednego apartamentu. Nie tędy droga. Naprawdę…

Niech pieniądze nie będą najcenniejszą wartością w życiu.

Nie moim zadaniem jest oceniać Wasze ambicje, dlatego zwyczajnie Was proszę. Błagam wręcz, bo nie mogę patrzeć, jak wielu ludzi zaprzedaje siebie i swoją tożsamość za durnowate rzeczy lub kupkę pozornie wartościowego papieru… Przewartościujmy swój sposób postępowania w życiu. Skupmy się na tym, co jest istotnie ważne. Podejmijmy się zadań, których wykonanie nie będzie podyktowane chęcią zysku, ale ochotą samorealizacji i spełniania własnych marzeń.

Bądźcie w tym spokojni i opanowani. Jestem pewien, że szczera realizacja własnych marzeń i kierowanie się wyższymi wartościami, te pieniądze i tak nam ześle. Jeśli będziemy dobrzy w tym, co robimy to te pieniądze i tak mieć będziemy. Jedyną różnicą będzie nasz stosunek emocjonalny do nich. Będą dla nas częścią życia. Przyjemną i miłą, ale tylko jedną z dróg. Nie jego całością. Taki zdrowy stosunek do nich, zapewni nam nie tylko jeszcze większy rozwój, nieuzależniony od rzeczy materialnych, ale także szczęśliwszy byt.

Nie każdy musi go lubić, nie każdy musi go podziwiać, ale każdy powinien oddać mu szacunek za to, co robi. Robert Gryn – bo o nim tutaj mowa – to jeden z najmłodszych polskich milionerów. Wiecie, co powiedział w tekście, w którym opisywał swoją historię dojścia do obecnego punktu w życiu?

„Kiedy dojrzewasz i uświadamiasz sobie, że pieniądze nie są tak istotne, jak kiedyś myślałeś, zdajesz sobie sprawę, że sukces to nie ilość pieniędzy, jaką zarabiasz, ani sława, jaką osiągasz, a proces robienia i budowania czegoś, co jest dla ciebie pasją — czegoś większego niż Ty sam.”

Mnie wierzyć nie musicie. W końcu jestem tylko 20-letnim, zwykłym chłopakiem, który sukces nadal ma tylko przed sobą, a nie za sobą. Jednak proszę. Posłuchajcie chociaż człowieka, który jako nieliczny nie bał się żyć według własnych reguł i własnych marzeń.

Pieniądze potrafią zniewolić.

Przed nami ostatnie akapity tego tekstu. Proszę, posłuchajcie.

Pieniądze powinny mieć miejsce w naszym życiu. Rzeczy materialne również. Jednak stawianie ich na pierwszym miejscu to gruba pomyłka. Oczywiście, że one są fajne i wprawiają nas w radosne uniesienie, ale w dłuższej perspektywie czasu, nie zapewnią nam prawdziwie fundamentalnie odczuwalnego szczęścia. Takie doznania możemy odczuć tylko wtedy, kiedy będziemy żyli według własnych zasad. Reguł, których nie zaprzedamy za nową parę butów czy mały plik stuzłotowych banknotów. Jestem przekonany, że bezgraniczne podążanie za rzeczami materialnymi, w ogólnym rozrachunku spowolni Wasz rozwój. Będziecie zbyt mocno emocjonalnie do nich przywiązani, więc będziecie obawiali się je stracić. A każdy obecny milioner i wizjoner powie Wam, że ryzyko wpisane jest w ten zawód. Ponadto, nigdy nie zaznacie prawdziwego szczęścia. Zawsze będzie Wam czegoś brakować. Zawsze będziecie widzieli potencjalne zagrożenie. W takiej sytuacji to pieniądze będą rządziły Wami, a nie Wy nimi.

bogactwo

Dlaczego się sprzedajesz?

Smutne jest, kiedy obserwuję młode osoby szczycące się nowymi ubraniami, rzeczami i drogimi zabawkami. Nie mnie oceniać jest ich moralność. Naprawdę. To jest ich życie i ich sprawa, ale nie mogę przechodzić obok tego problemu obojętnie. Jak napisałem na początku – zamykanie oczy na problem, nie sprawi, że sam się rozwiąże. Takie „bajery” są w pewnym stopniu w porządku, ale tylko wtedy, kiedy są częścią naszego życia, a nie jego całością. Tylko wtedy, kiedy nie dyktują nam tego, co mamy robić. Niestety w dzisiejszych czasach wysoce rozwiniętych mediów społecznościowych, mam wrażenie, że co drugi „influencer” sprzedałby się za paczkę chińskich laczków, byleby tylko je dostać i móc się nimi „pochwalić”…

Wybaczcie szczerość, ale czy właśnie tak nie wygląda brudna rzeczywistość?

Dążmy do swoich marzeń. Pieniądze wcale nie odbierają nam szczęścia. To my sami je sobie zabieramy. Rzeczy materialne nie są złe, tylko my mamy zły stosunek do nich. Nie przywiązujmy się do nich emocjonalnie. Zawsze na pierwszym miejscu stawiajmy swoje własne, skrzętnie budowane dziedzictwo. Podążajmy za pasją. Za własnymi zasadami i regułami. Nie sprzeniewierzajmy ich. Nie traćmy własnej tożsamości, dla chwilowych zysków. Nie warto. Naprawdę.

Co się stanie, kiedy Rafał Fronia zechce opisać swoje górskie wyprawy? To proste! Wspaniały opis wspinaczkowych wojaży! „Anatomia Góry” to prawdziwy cud. Dlatego dziś zabieram Was na wyprawę. Nieziemską wędrówkę, gdzie cały świat macie pod swoimi stopami. Dosłownie.


Wraz z rozpoczęciem kolejnego tygodnia, a tym samym pierwszego tygodnia września, przynoszę Wam nową recenzję. Będzie to opis książki niezwykłej. Dokonany przez człowieka, który za pomocą słów, przelewa na papier swoje własne przeżycia w warunkach, zdecydowanie odbiegających od normalnych i codziennych, które możemy doświadczać każdego dnia.

Powitam Was w ten sam sposób, w jaki autor wita czytelników w swojej książce. Jesteście gotowi?

„Każde słowo w tej książce to prawda. Czytasz więc zapiski wariata. Witam Cię w Kukułczym Gnieździe. Jedziemy.”

góry

Źródło: www.himalaisci.pl Fot. Piotr Tomala
Na zdjęciu: “Twarz” Lhotse (8516 m n.p.m.)

Książka nie z tego świata.

„Anatomia Góry”, której autorem jest Rafał Fronia, to książka niezwykła. Ukazuje nam ona świat niedostępny dla przeciętnego zjadacza chleba. Pokazuje nam emocje, które targają autora oraz jego kompanów, podczas wspinania się na najwyższe góry świata. Jest to książka opisująca zdobywanie najwyższych, światowych szczytów. Wszystko zostało zapisane w sposób, w jaki nikt do tej pory jeszcze tego nie robił. Rafał Fronia to mistrz posługiwania się słowem. Raz chowa swoje prawdziwe zamiary za taflą metafor i ciekawych porównań, aby jeszcze w tym samym akapicie, nie mieć oporów zastosować przekleństwa, wulgaryzmu, czy innego plastycznego i jakże barwnego słowa.

Zacznijmy jednak od szaty graficznej całej książki, bo to ona zasługuje na szczególne uznanie.

Widoki jak z bajki!

anatomia góry

Źródło: www.wiadomosci.onet.pl
Na zdjęciu: Widok na górę K2 (8611 m n.p.m.) nocą

Jak już się zapewne przekonaliście – okładka jest piękna. Bajeczna. Pobudzająca wyobraźnie i nutkę odkrywcy w każdym z nas. Wspaniały obraz góry K2 (8611 m n.p.m.), który widzicie powyżej, rysuje się oczom czytelnika, niczym niezbadana i nieskażona ludzką stopą kraina. Widzimy tam zupełnie inny świat. Surowszy. Straszniejszy. Mroczniejszy. A przy tym przepiękny i przewspaniały. Właśnie takie emocje targały mną, kiedy oglądałem pozostałe fotografie umieszczone w tej książce.

Ostrzegam Was! Jest ich naprawdę wiele! Myślę, że nie popełnię błędu, gdy napiszę, iż nadają one całej opowieści opisywanej przez autora, swoistego pazurka. Sam język, jaki stosuje Rafał Fronia pobudza naszą wyobraźnię do twórczego myślenia, a zamieszczone na kartach książki fotografie, rozpalają w nas ogień pożądania jeszcze mocniej. Słowa i zdjęcia. Obie te formy niesamowicie się wzajemnie uzupełniają oraz przenikają.

Oprócz tradycyjnych, zapierających dech w piersiach widoków najwyższych gór świata, ich bliskości, dostojeństwa oraz tajemniczości, jaką wokół siebie roztaczają, spotkamy tam także sfotografowane sytuacje z codziennego, obozowego i wspinaczkowego życia samego autora, a także jego kompanów. Zdjęcia miasta, fotografie tamtejszej ludności i inne, mniej wspinaczkowe materiały… Niby codzienna rzecz dla każdego z nas, ale jednak była ona dla mnie tak piekielnie interesująca, że przebierałem nogami na samą myśl o tym, że na kolejnych stronach po raz kolejny zobaczę coś nowego. Coś niespotykanego i coś dla mnie na ten moment niedostępnego. Było to niesamowite doświadczenie.

Rafał Fronia i jego magiczny świat.

notka biograficzna

Rafał Fronia w dość dobry sposób przybliża swoją sylwetkę na stronach tejże książki. Nie robi tego w sposób – nazwijmy to – narcystyczny, opisując swoje dokonania, wyliczając swoje sukcesy i inne, temu podobne rzeczy. Nie znajdziemy tam nawet bezpośredniej wzmianki o tym, jak wygląda jego dom lub życie prywatne. Skupia się wyłącznie na górach i to właśnie poprzez góry, ukazuje nam się obraz sylwetki autora.

„Anatomia Góry” to swoisty reportaż, który autor czyni ze swoich górskich wypraw. Jednak wnikliwy czytelnik, może z niej wynieść także coś więcej. Ukazuje nam się obraz człowieka, który jest zakochany w górach. Który dostrzega we wspinaczce pewną mistyczność. Rafał Fronia to odpowiedni człowiek do pisania tego typu książek. Nie wiem, czy istnieje ktokolwiek lepszy. Doskonały wspinacz, mistrz pióra, świetnie władający językiem i szanujący każdy krok pod górę, jaki wykonuje. Jest człowiekiem świadomym tego, co robi. Wie doskonale, w jakim celu wykonuje te wszystkie karkołomne wyzwania, jakie na siebie narzuca.

„Anatomia Góry” – uśmiech murowany!

 

infografika - informacje

„Anatomia Góry” została wydana przed dwoma miesiącami, więc ukazuje wydarzenia, które rozegrały się na górskich szlakach nie tako dawno temu. Spotkamy tam jednak opisy starszych wypraw autora w Alpy, a także jego pełne niespodzianek przygody do Ameryki Południowej, gdzie wspinał się na tamtejsze wulkany Ekwadoru. Nie myślcie, że doświadczycie w tej książce wyłącznie jałowych opisów wspinaczek. Na to liczyć nie możecie! Każda wyprawa to zbiór relacji z każdego dnia, który jeden jest barwniejszy od drugiego. Gdyby ktoś poświęcił temu dużo czasu, to myślę, że z tej książki można byłoby wybrać prawdziwą rzekę zabawnych anegdot. Jedną z nich cytuję Wam poniżej. Pochodzi ona z opisu pierwszego dnia autora, podczas pobytu w Ekwadorze, w celu zdobycia kilku tamtejszych szczytów.

„Tomasz Morawski – honorowy konsul RP w Ekwadorze – przyjął nas w swej rezydencji niczym dobrych znajomych. My ubrani w trekkingowe buciory, a tu ambasador Rosji, panie z wyższych sfer, brat konsula – jeden z największych plantatorów róż na świecie, polski misjonarz z Brazylii. No i my. Oszołomki z Polski, będący – jak stwierdził konsul – pierwszymi, którzy przyjechali, do Ekwadoru odmrażać dupska na Chimborazo, zamiast siedzieć na plaży w Galapagos. […]. Polska wódeczka w hektolitrowych ilościach, barszcz czerwony i raut dyplomatyczny przekształcił się w typową polską imprezę, gdzie ambasador został Wołodią, a wszyscy na pożegnanie ściskali się, jakby spędzili ze sobą połowę życia. Jak w ojczyźnie.”

chimborazo - wulkan

Źródło: www.auroraexpeditions.com.au
Na zdjęciu: Chimborazo (6268 m n.p.m.)

Zaufajcie mi, że takich barwnych scenek, nieskąpiących mocnego i bezpośredniego słownictwa, jest w tej książce o wiele, wiele więcej. Przytoczenie ich wszystkich, skutkowałoby przepisaniem całej tej książki na nowo, dlatego zwyczajnie już w tym miejscu zachęcam Was do zapoznania się z nią osobiście.

Wyżej! Wyżej! Na kolejny szczyt!

Oprócz Alp i ekwadorskich wulkanów, Rafał Fronia przedstawia także swoją wyprawę na Pik Lenina. Jest to szczyt położony w Azji na granicy Tadżykistanu i Kirgistanu, i liczy – bagatela – 7134 metrów, nad poziomem morza. Po raz kolejny zostajemy zasypani ciekawymi informacjami, barwnym językiem i jakże przecudownymi zdjęciami! Wybaczcie, że tak wszystko zachwalam, ale od jakiegoś czasu również stałem się pasjonatem wspinaczki i wysokich gór. Wszystko za sprawą mojej siostry, która przekazała mi tę miłość, niczym szybko rozprzestrzeniający się wirus. W tym jednak wypadku życzę takiego wirusa każdemu z Was. I takiej siostry także! Na razie jest to tylko miłość na odległość, ale w przyszłości… Kto wie! Dlatego tak bardzo podobają mi się wszelkie fotografie i uważam, że jeśli ktoś, chociaż tylko trochę lubi góry, to powinien zapoznać się z tą książką, choćby dla samych przecudnych widoków, złowionych przez aparat autora.

„Trzeba bardzo uważać, jeden zły krok i pa,pa! 100 metrów w dół… Idę bez zabezpieczenia, więc adrenalina hula w żyłach jak diabli. Do wieczora nuda, siedzę na kamyczku i dumam.”

Ten cytat pochodzi właśnie z wyprawy na Pik Lenina Rafała Froni. To idealny przykład tego, jak sprawnie posługuje się on słowem. Plastyczny język, budowane napięcia, wzbudzanie w czytelniku żądzy przygody, a zaraz potem… Zwyczajne siedzenie i dumanie. Coś cudownego!

pik lenina

Źródło: www.goryonline.com
Na zdjęciu: Pik Lenina (7134 m n.p.m.)

Przychodzi następnie czas na wspomnienie jeszcze dwóch, bardzo ważnych wypraw, w jeszcze wyższe góry. Jest to czas na opis tzw. ośmiotysięczników, które Rafał Fronia zdobył lub zdobyć próbował. Tym razem powstrzymam się od komentarza i pozostawię w Was nutkę zaciekawienia. W końcu nie mogę zdradzić Wam całej książki, rozdział po rozdziale, prawda? Mogę Wam jedynie powiedzieć, że są to informacje świeże. Poruszające nawet pokrótce tragiczne wydarzenia, którymi żyła cała polska jeszcze nie tak dawno temu.

Kogo możemy spotkać w książce?

„Anatomia Góry” to nie tylko barwny opis wędrówki, wspinaczki i kultury napotkanych krajów oraz ludzi. To książka, która nie opisuje tylko samego autora, choć to naturalne, że to jego sylwetka zostaje nam przybliżona najmocniej. Jednak oprócz niego poznajemy także inne, polskie wspinaczkowe osobistości. Jednych lepiej, innych gorzej, a jeszcze pozostali zostają tylko nadmienieni zdawkowo, ale jestem przekonany, że są to nazwiska, których przedstawiać nikomu nie trzeba.

Rafał Fronia

Źródło: www.fakt.pl
Na zdjęciu: Autor książki – Rafał Fronia.

W ten więc sposób, na kartkach tej książki przetaczają się takie persony, jak: Krzysztof Wielicki (do którego autor nie kryje swojej ogromnej sympatii), Piotr „Krótki” Tomala (z którym autor spędził wiele dni pod górą, jak i podczas samego zdobywania góry), Jarek Gawrysiak (słowa autora: „którego lubię tak bardzo, pomimo jego charakteru, przypominającego zęby starej piły”.), Denis Urubko (który chciał zrezygnować z możliwości spełnienia swoich marzeń, po to, aby zejść z poszkodowanym Fronią), Adam Bielecki (który wraz z Denisem rzucił się na ratunek parze francusko-polskiej), a także roześmiani Argentyńczycy w składzie: Herman, Andreas, Ron i Mariano (ten ostatni zginął podczas wspinaczki), Irańczycy, Chińczycy i inne, przeróżne mieszanki kulturowe, z którymi autor wraz ze swoimi kompanami zaprzyjaźnił się mniej lub bardziej.

Ach! I jest jeszcze Waldi! Osławiony Waldi ze Szczecina, którego opis wywołał na mojej twarzy szeroki uśmiech. Zdecydowanie warto przeczytać tę książkę. Choćby dla samego Waldiego! Naprawdę!

„Przyszedł do nas Waldi. Obładowany jak obnośny handlarz kiełbasą i serem. I swoimi niestworzonymi historiami. Facet jest niesamowity. To o nim powinno się książki pisać. Dziewczyny by mdlały, a faceci zakuwali żony w kajdany.”

Obozowe zwyczaje i miłość do jajek.

Wszystkie strony pozwalają nam zbliżyć się do klasycznego życia wspinacza w wysokich górach. Otrzymujemy w ten sposób codzienny, obozowy rytuał. Ich zachowanie przy kilkudziesięciu stopniowym mrozie lub – co jest zaskakujące – kilkudziesięciu stopniowym upale, od którego twarz zdaje się płonąć. Obserwujemy zwyczaje, poznajemy obozowy harmonogram i schemat, jakim posługuje się nie tylko autor, ale także jego współtowarzysze. „Anatomia Góry” umożliwia nam zajrzenie do obozowej mesy i ujrzenie zaprawionych w boju himalaistów, grających w karty lub szachy. Możemy ujrzeć śpiewających i cieszących się życiem normalnych ludzi, którzy różnią się od nas tylko tym, że nie boją się marzyć i te marzenia spełniać.

Jesteśmy świadkami jedzenia przez nich tej samej, niezmiennej struktury na śniadanie, która zawsze składa się z jajek. Jak dowiecie się z kolejnych stron książki, Rafał Fronia zaleca, żeby przed wyprawą w wysokie góry upewnić się, że lubi się jajka. Bo bez tego zdobywanie najwyższych szczytów nie jest możliwe!

„W Górach wszystko zaczyna się od jajka. Jeśli jesteś uczulony na jajko, nie możesz zostać himalaistą. Ja polubiłem jajka. Ale pamiętam historię z Dhaulagiri. Przez 33 dni na śniadanie było jajo. Nie było ani jednego dnia wyjątku. I pamiętam, jak Krzyś Wielicki, na zakończenie wyprawy zaczął marzyć, że jak wróci do domu, pójdzie do najlepszej knajpy w Dąbrowie Górniczej i zamówi jajka sadzone. Potem poprosi kelnera, aby ten otworzył okno. I wtedy on wypierdoli to razem z talerzem na ulicę.”

Właśnie to jest Rafał Fronia. W pełnej, nieziemskiej krasie.

szczyt

Źródło: www.polskatimes.pl Archiwum Rafała Froni
Na zdjęciu: Rafał Fronia

Jest też miejsce na momenty refleksji…

Przestrzegam Was jednak! Nie myślcie, że autor tylko opisuje, relacjonuje i komentuje zaobserwowane sytuacje. Och nie! Nic z tych rzeczy! Rafał Fronia jest bacznym obserwatorem, ale nie tylko tego, co dzieje się dookoła niego, ale także tego, co dzieje się w jego wnętrzu. Dzieli się z czytelnikami swoimi zapiskami spod największych gór świata. Tym samym otrzymujemy poważne rozważania dotyczących życia. Uwierzcie, że wiele słów, składających się na całe zdania oraz następnie długie akapity i strony, wywołują w człowieku wiele refleksji. Zmuszają do zastanowienia i momentami, nawet do przemyślenia wartości, jakimi kierujemy się w życiu.

„Gdy odnosi się sukces, żyje się lepiej. Uśmiech zaraża, spokój rozlewa się na innych. Masz aurę. Jedna dobra myśl przyciąga kolejną. Życie staje się pasmem sukcesów, wygranych, czasem bez walki, z kolei walkowerem odchodzi to, co złe, smutne, bolesne. Gdy odnosi się sukces, żyje się lepiej. Pamiętaj. To samo nie przyjdzie, trzeba po to iść.”

Takich pięknych przemyśleń jest w tej książce o wiele więcej. Nie wspominając już o przepięknych wierszach oraz fraszkach, które niczym lekki puszek, otulają cała narrację, jaką prowadzi Rafał Fronia…

Świat, którego na co dzień podziwiać nie możemy.

„Anatomia Góry” to książka przecudowna. Będę ją zachwalał zawsze, ilekroć będę miał do tego sposobność. Polecam ją szczególnie tym, którzy tak jak ja, kochają góry i potrafią zrozumieć sens zdobywania szczytów, który zabiły już setki innych śmiałków. Rafał Fronia to autor, który nie tylko relacjonuje wydarzenia rozgrywające się ponad głowami nas wszystkich, zwyczajnych śmiertelników. To nauczyciel czytelników. Nas wszystkich, którzy wchodzą w świat, tak misternie przez niego zbudowany. Dzięki niemu mamy możliwość poznania nie tylko jego osoby i jego wnętrza, ale także całej struktury wspinaczkowych wypraw. Wchodzimy w jego skórę. Jesteśmy jednymi z nich. Jesteśmy jednymi ze zdobywców, którzy próbują stanąć na szczytach tego świata i choć na moment poczuć się jak wszystko, co przyziemne, zostaje pod ich stopami.

Ama Dablam

Źródło: www.portalgorski.pl
Na zdjęciu: Ama Dablam (6812 m n.p.m.). Rafał Fronia mówi o niej: “Piękno w czystej postaci. Dla mnie – górski ideał.”

Autor czyni to wszystko za pomocą przewrotnego języka. Fronia bawi się słowem. Raz jego długie metafory wzbudzają w czytelniku podziw i przyprawiają o zawrót głowy, a zaraz potem otrzymujemy kilka dosadnych opisów sytuacji, które wywołują szeroki uśmiech na twarzy. Liczne anegdoty, zabawne sytuacje i opisy napotkanej ludności, czynią tę książkę jeszcze barwniejszą. O ile może w ogóle taka być, w obliczu licznych, przepięknych fotografii, jakie zostały w niej zamieszczone.

Ocena nie może być inna!

podsumowanie

Zdecydowanie polecam ją każdemu. Jest to piękny obraz nie tylko góry, ale człowieka w górach, który odnajduje siebie i swoje małe, drugie, tak bardzo inne życie.

Recenzję zacząłem od słów autora, tak więc i teraz czuję się zobligowany do tego, aby zakończyć ją w ten sam sposób.

„Ale strach przed stanięciem przed tobą nagim, bezbronnym, z otwartą duszą też istnieje. Gdy perspektywa dzielenia się moimi myślami sprowadzała wizję drwiny, śmiechu, tego też nie mogłem pokonać. Ten strach wracał wiele razy. […]. Wybacz moją ułomność, prostotę i obawy. Zwyciężyła chęć opowiedzenia tego, podzielenia się. Dziękuję, że byliśmy tu razem.”

himalaizm

Źródło: www.polskieradio.pl
Na zdjęciu: Piotr Tomala (z lewej) i Rafał Fronia w obozie pierwszym na wysokości 5900 m n.p.m, podczas próby zdobycia szczytu K2.

Ja również dziękuję, że byłeś tutaj ze mną po raz kolejny drogi czytelniku. Twoja obecność wiele dla mnie znaczy. Do zobaczenia w szerokim morzu liter, w kolejnym tekście!

W wymyślaniu kolejnej wymówki jesteśmy całkiem nieźli. Potrafimy stosować liczne usprawiedliwienia, byle tylko nie robić tego, co powinniśmy. W takich sytuacjach nasza zdolność inwencji twórczej, zostaje wywindowana mocno w górę na potrzeby tworzenia kolejnych tłumaczeń. Myślę, że nie podlega dyskusji fakt, iż wymówki stały się niejako domeną naszego istnienia. Stosujemy je nie tylko w kontekście samorealizacji, ale także w kontaktach z innymi ludźmi. Są one częścią naszego życia i nie mnie oceniać, czy używamy ich właściwie, czy też nie.

Dzisiejszy tekst poświęcę pewnemu sformułowaniu, które śmiało może uchodzić właśnie za dość trywialne usprawiedliwianie swojego lęku lub braku odwagi. Nie chcę w tym momencie nikogo szufladkować, dlatego od razu zaznaczę, że wiele osób używa tego twierdzenia nie z chęci uniknięcia czegoś, ale po prostu z braku należytej wiedzy. Naprawdę nie wiem, która z tych rzeczy jest gorsza.

„Zacznę chodzić na siłownię, kiedy schudnę”.

Kompletna irracjonalność tego stwierdzenia razi mnie w oczy. Przepraszam, jeśli będę zbyt bezpośredni, ale w tym sformułowaniu nie ma nawet odrobiny logiki oraz sensu. To zupełnie tak, jakby pewien człowiek powiedział, że otworzy swój własny biznes, kiedy już zarobi dużo pieniędzy w swojej codziennej pracy. Albo pani domu zakomunikowała, że włączy zmywarkę, kiedy umyje większość brudnych naczyń ręcznie. Pytacie mnie, o co mi chodzi? Już odpowiadam!

To twierdzenie jest tak bardzo pozbawione jakiejkolwiek logiki, bo to właśnie trening siłowy jest świetnym (jeśli nie najlepszym) narzędziem do modelowania sylwetki. Dlatego mówiąc, że zaczniemy go stosować, kiedy już schudniemy, jest świadomym pozbawianiem się instrumentu, który może nam skutecznie pomóc, właśnie w procesie chudnięcia. Odwołując się do podanych powyżej przykładów, to samo można zaobserwować w każdej innej dziedzinie życia. Bardzo często zachowujemy się w ten sposób i sami ograniczamy swoje możliwości. Nie dostrzegamy szerszej perspektywy i wiecznie usprawiedliwiamy swoje wybory, zamiast po prostu wziąć się w garść. Zwyczajnie stosujemy kolejne wymówki, byleby tylko nie opuścić strefy komfortu.

wymówki

Poniekąd jestem w stanie rozumieć ten tok myślowy. Jak już wspominałem, wiele osób używa naszego dzisiejszego, głównego stwierdzenia, na którym opiera się ten tekst, jako wymówki. Niestety, zdecydowanie zbyt często nie potrafimy zaakceptować swojego ciała. Jesteśmy pożerani przez kompleksy i niską samoocenę. W efekcie boimy się, a nawet wstydzimy, zacząć chodzić na salę treningową. W naszych oczach i wyobrażeniach siłownia zawsze się jawi jako miejsce, gdzie widzimy siebie w centrum uwagi – wszyscy pokazują nas palcami i otwarcie się śmieją. Myślę, że takie zachowanie dotyczy głównie pań, choć panowie na pewno także należą do tej grupy.

Siłownia to miejsce dla każdego.

Pragnę Was jednak uspokoić. Nie wstydźcie się ani swojego ciała, ani niczego innego. Siłownia jest właśnie od tego, żebyście mogli tam zmieniać swoją sylwetkę, a także mentalność. Zaufajcie mi, że wasz strach i lęk przed byciem wytykanym palcami, nie jest prawdą. Uwierzcie mi, że widziałem na sali treningowej różnych ludzi – od napakowanych facetów przypominających dorodnych byków na sterydach, przez bardzo chude osobniki, aż na otyłych osobach kończąc. Nigdy nie spotkałem się jednak z tym, aby ktoś kogokolwiek pokazywał palcami lub zaczepiał złośliwymi uwagami. Nie chcę powiedzieć, że każdy stanowi tam część rodziny, bo to bardzo zależy od samego miejsca. W końcu każda siłownia jest inna. Jednak jestem wprost przekonany, że każdy, kto ćwiczy, jest skupiony na sobie i swoim treningu. Dlatego nie bójcie się oceny, bo taka w ogóle nie nastąpi. Nie pozbawiajcie się świadomie czegoś, co może Wam skutecznie pomóc, osiągnąć Wasz sylwetkowy cel.

zacznę chodzić na siłownię, kiedy schudnę

Wymówki, jako brak wiedzy.

Po drugiej stronie barykady mamy delikwentów, którzy nie są świadomi popełnianego błędu. W wielu głowach utarło się takie przeświadczenie, że aby trening siłowy odniósł należyte korzyści, to trzeba być szczupłym i jędrnym. Nic bardziej mylnego! Powiem więcej! Tę jędrność, szczupłość, a w dodatku pięknie podkreśloną muskulaturę, zapewni Wam właśnie trening siłowy! Jak chcecie tego dokonać, nie wykonując go? Poprzez bieganie? Jazdę na rowerze? Fakt – schudniecie, jeśli oczywiście zadbacie o czynnik żywieniowy, ale o umięśnionym ciele możecie tylko pomarzyć.

Rozumiem Wasze zdanie, które zazwyczaj brzmi: „Ale ja chodziłam na siłownię i nic nie było widać!”. Jasne, że nic nie było widać, skoro masz zbyt dużo tkanki tłuszczowej w ciele. Przyczyn tego „nic nie było widać” może być wiele, ale przy zadbaniu o czynnik żywieniowy i treningowy, jestem pewien, że efekty prędzej czy później się pojawią. To naturalne, że jeśli ktoś jest otyły lub ma nadwagę, to nie od razu uwypukli swoje mięśnie. Najpierw musi spalić zbędną tkankę tłuszczową. Jednak nie powinno to nikomu przeszkadzać w tym, aby trening siłowy był obecny w planie już od samego początku walki o lepszą sylwetkę. Wiecie, jaka to jest oszczędność czasu?

Wyobraźcie sobie dwie osoby. Jedna stosuje to słynne: „zacznę chodzić na siłownię, kiedy schudnę”, a druga wykonuje trening siłowy od początku swojej przygody z kształtowaniem sylwetki. Pierwsza osoba, najpierw musi przebrnąć przez zrzucenie wszystkich zbędnych kilogramów, a dopiero po tym okresie zacznie modelować swoją sylwetkę poprzez trening siłowy. Natomiast druga osoba, połączy te dwa procesy w jednym czasie. Tym samym, wraz z kolejnymi, ubywającymi warstwami tłuszczu, będzie ukazywała się stopniowo, coraz to lepsza i bardziej doszlifowana sylwetka.

Gdzie jest logika?

Nadal nie potrafię pojąć, w jakim celu, tak bardzo ograniczamy potencjał narzędzi, które mogą nam pomóc w walce o lepsze ciało. Nie ma w tym żadnego sensu ani logiki. Jak już pisałem – rozumiem ten tok rozumowania. Rozumiem lęk, strach i brak odwagi. Rozumiem niedostateczną ilość wiedzy. Rozumiem wszelkie przeciwności losu i własne destrukcyjne myśli. Pojmuję, że trening siłowy i sama siłownia to coś nowego i nieznanego. Jednak kompletnie nie rozumiem tego, dlaczego nie potrafimy z tym wszystkim walczyć, skoro tak bardzo pragniemy lepszej sylwetki? A pragniemy, prawda?

siłownia

Chciałbym jeszcze zaznaczyć, że trening siłowy nie jest koniecznością. Nie każdy musi go stosować i nie każdy musi widzieć potrzebę w chodzenia na salę treningową. Nie ma niczego złego w zwykłym bieganiu, jeżdżeniu na rolkach lub ćwiczeniu w warunkach domowych. Tekst ten jest skierowany do osób, które w swoich wypowiedziach są bardzo niespójne. Kieruję go do ludzi, którzy chcą trenować siłowo, ale sami się ograniczają poprzez mówienie: „Zacznę chodzić na siłownię, kiedy schudnę”. Moje słowa powinny sobie do serca wziąć wszyscy ci, którzy stosują kolejne wymówki i mniej lub bardziej świadomie, spowalniają proces modelowania swojego ciała.

Koniec z usprawiedliwieniami.

Zrozummy proszę wszyscy, że trening siłowy powinien być uwzględniony w plan działania od samego początku. Nie, od kiedy schudniemy. Nie, od kiedy poczujemy się „lepiej” i „szczuplej”. Wprowadźmy go do swojego planu już teraz. Czerpmy z niego należne benefity i zmierzajmy wprost do lepszego ciała. Pokonajmy swój lęk w głowie. Uświadommy sobie, że siłownia została stworzona dla wszystkich ludzi, bez względu na to, jak wyglądają. Przełammy swoje obawy i zacznijmy tam trenować. Nie twierdzę, że każdy musi to robić, ale jeśli jedyną rzeczą, która nas powstrzymuje, są nasze własne destrukcyjne myśli lub brak świadomości, wtedy błagam – pokonajmy je i korzystajmy z dobrodziejstw, jakie oferuje nam trening siłowy. Bo dzięki niemu, nie tylko będziecie mogli schudnąć, ale równocześnie podkreślać będziecie swoją muskulaturę, a o to Wam przecież chodzi.

#kolejne artykuły