„Anatomia Góry” - Rafał Fronia. Podróż zaczyna się tutaj. | worldmaster.pl
#

Co się stanie, kiedy Rafał Fronia zechce opisać swoje górskie wyprawy? To proste! Wspaniały opis wspinaczkowych wojaży! „Anatomia Góry” to prawdziwy cud. Dlatego dziś zabieram Was na wyprawę. Nieziemską wędrówkę, gdzie cały świat macie pod swoimi stopami. Dosłownie.


Wraz z rozpoczęciem kolejnego tygodnia, a tym samym pierwszego tygodnia września, przynoszę Wam nową recenzję. Będzie to opis książki niezwykłej. Dokonany przez człowieka, który za pomocą słów, przelewa na papier swoje własne przeżycia w warunkach, zdecydowanie odbiegających od normalnych i codziennych, które możemy doświadczać każdego dnia.

Powitam Was w ten sam sposób, w jaki autor wita czytelników w swojej książce. Jesteście gotowi?

„Każde słowo w tej książce to prawda. Czytasz więc zapiski wariata. Witam Cię w Kukułczym Gnieździe. Jedziemy.”

góry

Źródło: www.himalaisci.pl Fot. Piotr Tomala
Na zdjęciu: “Twarz” Lhotse (8516 m n.p.m.)

Książka nie z tego świata.

„Anatomia Góry”, której autorem jest Rafał Fronia, to książka niezwykła. Ukazuje nam ona świat niedostępny dla przeciętnego zjadacza chleba. Pokazuje nam emocje, które targają autora oraz jego kompanów, podczas wspinania się na najwyższe góry świata. Jest to książka opisująca zdobywanie najwyższych, światowych szczytów. Wszystko zostało zapisane w sposób, w jaki nikt do tej pory jeszcze tego nie robił. Rafał Fronia to mistrz posługiwania się słowem. Raz chowa swoje prawdziwe zamiary za taflą metafor i ciekawych porównań, aby jeszcze w tym samym akapicie, nie mieć oporów zastosować przekleństwa, wulgaryzmu, czy innego plastycznego i jakże barwnego słowa.

Zacznijmy jednak od szaty graficznej całej książki, bo to ona zasługuje na szczególne uznanie.

Widoki jak z bajki!

anatomia góry

Źródło: www.wiadomosci.onet.pl
Na zdjęciu: Widok na górę K2 (8611 m n.p.m.) nocą

Jak już się zapewne przekonaliście – okładka jest piękna. Bajeczna. Pobudzająca wyobraźnie i nutkę odkrywcy w każdym z nas. Wspaniały obraz góry K2 (8611 m n.p.m.), który widzicie powyżej, rysuje się oczom czytelnika, niczym niezbadana i nieskażona ludzką stopą kraina. Widzimy tam zupełnie inny świat. Surowszy. Straszniejszy. Mroczniejszy. A przy tym przepiękny i przewspaniały. Właśnie takie emocje targały mną, kiedy oglądałem pozostałe fotografie umieszczone w tej książce.

Ostrzegam Was! Jest ich naprawdę wiele! Myślę, że nie popełnię błędu, gdy napiszę, iż nadają one całej opowieści opisywanej przez autora, swoistego pazurka. Sam język, jaki stosuje Rafał Fronia pobudza naszą wyobraźnię do twórczego myślenia, a zamieszczone na kartach książki fotografie, rozpalają w nas ogień pożądania jeszcze mocniej. Słowa i zdjęcia. Obie te formy niesamowicie się wzajemnie uzupełniają oraz przenikają.

Oprócz tradycyjnych, zapierających dech w piersiach widoków najwyższych gór świata, ich bliskości, dostojeństwa oraz tajemniczości, jaką wokół siebie roztaczają, spotkamy tam także sfotografowane sytuacje z codziennego, obozowego i wspinaczkowego życia samego autora, a także jego kompanów. Zdjęcia miasta, fotografie tamtejszej ludności i inne, mniej wspinaczkowe materiały… Niby codzienna rzecz dla każdego z nas, ale jednak była ona dla mnie tak piekielnie interesująca, że przebierałem nogami na samą myśl o tym, że na kolejnych stronach po raz kolejny zobaczę coś nowego. Coś niespotykanego i coś dla mnie na ten moment niedostępnego. Było to niesamowite doświadczenie.

Rafał Fronia i jego magiczny świat.

notka biograficzna

Rafał Fronia w dość dobry sposób przybliża swoją sylwetkę na stronach tejże książki. Nie robi tego w sposób – nazwijmy to – narcystyczny, opisując swoje dokonania, wyliczając swoje sukcesy i inne, temu podobne rzeczy. Nie znajdziemy tam nawet bezpośredniej wzmianki o tym, jak wygląda jego dom lub życie prywatne. Skupia się wyłącznie na górach i to właśnie poprzez góry, ukazuje nam się obraz sylwetki autora.

„Anatomia Góry” to swoisty reportaż, który autor czyni ze swoich górskich wypraw. Jednak wnikliwy czytelnik, może z niej wynieść także coś więcej. Ukazuje nam się obraz człowieka, który jest zakochany w górach. Który dostrzega we wspinaczce pewną mistyczność. Rafał Fronia to odpowiedni człowiek do pisania tego typu książek. Nie wiem, czy istnieje ktokolwiek lepszy. Doskonały wspinacz, mistrz pióra, świetnie władający językiem i szanujący każdy krok pod górę, jaki wykonuje. Jest człowiekiem świadomym tego, co robi. Wie doskonale, w jakim celu wykonuje te wszystkie karkołomne wyzwania, jakie na siebie narzuca.

„Anatomia Góry” – uśmiech murowany!

 

infografika - informacje

„Anatomia Góry” została wydana przed dwoma miesiącami, więc ukazuje wydarzenia, które rozegrały się na górskich szlakach nie tako dawno temu. Spotkamy tam jednak opisy starszych wypraw autora w Alpy, a także jego pełne niespodzianek przygody do Ameryki Południowej, gdzie wspinał się na tamtejsze wulkany Ekwadoru. Nie myślcie, że doświadczycie w tej książce wyłącznie jałowych opisów wspinaczek. Na to liczyć nie możecie! Każda wyprawa to zbiór relacji z każdego dnia, który jeden jest barwniejszy od drugiego. Gdyby ktoś poświęcił temu dużo czasu, to myślę, że z tej książki można byłoby wybrać prawdziwą rzekę zabawnych anegdot. Jedną z nich cytuję Wam poniżej. Pochodzi ona z opisu pierwszego dnia autora, podczas pobytu w Ekwadorze, w celu zdobycia kilku tamtejszych szczytów.

„Tomasz Morawski – honorowy konsul RP w Ekwadorze – przyjął nas w swej rezydencji niczym dobrych znajomych. My ubrani w trekkingowe buciory, a tu ambasador Rosji, panie z wyższych sfer, brat konsula – jeden z największych plantatorów róż na świecie, polski misjonarz z Brazylii. No i my. Oszołomki z Polski, będący – jak stwierdził konsul – pierwszymi, którzy przyjechali, do Ekwadoru odmrażać dupska na Chimborazo, zamiast siedzieć na plaży w Galapagos. […]. Polska wódeczka w hektolitrowych ilościach, barszcz czerwony i raut dyplomatyczny przekształcił się w typową polską imprezę, gdzie ambasador został Wołodią, a wszyscy na pożegnanie ściskali się, jakby spędzili ze sobą połowę życia. Jak w ojczyźnie.”

chimborazo - wulkan

Źródło: www.auroraexpeditions.com.au
Na zdjęciu: Chimborazo (6268 m n.p.m.)

Zaufajcie mi, że takich barwnych scenek, nieskąpiących mocnego i bezpośredniego słownictwa, jest w tej książce o wiele, wiele więcej. Przytoczenie ich wszystkich, skutkowałoby przepisaniem całej tej książki na nowo, dlatego zwyczajnie już w tym miejscu zachęcam Was do zapoznania się z nią osobiście.

Wyżej! Wyżej! Na kolejny szczyt!

Oprócz Alp i ekwadorskich wulkanów, Rafał Fronia przedstawia także swoją wyprawę na Pik Lenina. Jest to szczyt położony w Azji na granicy Tadżykistanu i Kirgistanu, i liczy – bagatela – 7134 metrów, nad poziomem morza. Po raz kolejny zostajemy zasypani ciekawymi informacjami, barwnym językiem i jakże przecudownymi zdjęciami! Wybaczcie, że tak wszystko zachwalam, ale od jakiegoś czasu również stałem się pasjonatem wspinaczki i wysokich gór. Wszystko za sprawą mojej siostry, która przekazała mi tę miłość, niczym szybko rozprzestrzeniający się wirus. W tym jednak wypadku życzę takiego wirusa każdemu z Was. I takiej siostry także! Na razie jest to tylko miłość na odległość, ale w przyszłości… Kto wie! Dlatego tak bardzo podobają mi się wszelkie fotografie i uważam, że jeśli ktoś, chociaż tylko trochę lubi góry, to powinien zapoznać się z tą książką, choćby dla samych przecudnych widoków, złowionych przez aparat autora.

„Trzeba bardzo uważać, jeden zły krok i pa,pa! 100 metrów w dół… Idę bez zabezpieczenia, więc adrenalina hula w żyłach jak diabli. Do wieczora nuda, siedzę na kamyczku i dumam.”

Ten cytat pochodzi właśnie z wyprawy na Pik Lenina Rafała Froni. To idealny przykład tego, jak sprawnie posługuje się on słowem. Plastyczny język, budowane napięcia, wzbudzanie w czytelniku żądzy przygody, a zaraz potem… Zwyczajne siedzenie i dumanie. Coś cudownego!

pik lenina

Źródło: www.goryonline.com
Na zdjęciu: Pik Lenina (7134 m n.p.m.)

Przychodzi następnie czas na wspomnienie jeszcze dwóch, bardzo ważnych wypraw, w jeszcze wyższe góry. Jest to czas na opis tzw. ośmiotysięczników, które Rafał Fronia zdobył lub zdobyć próbował. Tym razem powstrzymam się od komentarza i pozostawię w Was nutkę zaciekawienia. W końcu nie mogę zdradzić Wam całej książki, rozdział po rozdziale, prawda? Mogę Wam jedynie powiedzieć, że są to informacje świeże. Poruszające nawet pokrótce tragiczne wydarzenia, którymi żyła cała polska jeszcze nie tak dawno temu.

Kogo możemy spotkać w książce?

„Anatomia Góry” to nie tylko barwny opis wędrówki, wspinaczki i kultury napotkanych krajów oraz ludzi. To książka, która nie opisuje tylko samego autora, choć to naturalne, że to jego sylwetka zostaje nam przybliżona najmocniej. Jednak oprócz niego poznajemy także inne, polskie wspinaczkowe osobistości. Jednych lepiej, innych gorzej, a jeszcze pozostali zostają tylko nadmienieni zdawkowo, ale jestem przekonany, że są to nazwiska, których przedstawiać nikomu nie trzeba.

Rafał Fronia

Źródło: www.fakt.pl
Na zdjęciu: Autor książki – Rafał Fronia.

W ten więc sposób, na kartkach tej książki przetaczają się takie persony, jak: Krzysztof Wielicki (do którego autor nie kryje swojej ogromnej sympatii), Piotr „Krótki” Tomala (z którym autor spędził wiele dni pod górą, jak i podczas samego zdobywania góry), Jarek Gawrysiak (słowa autora: „którego lubię tak bardzo, pomimo jego charakteru, przypominającego zęby starej piły”.), Denis Urubko (który chciał zrezygnować z możliwości spełnienia swoich marzeń, po to, aby zejść z poszkodowanym Fronią), Adam Bielecki (który wraz z Denisem rzucił się na ratunek parze francusko-polskiej), a także roześmiani Argentyńczycy w składzie: Herman, Andreas, Ron i Mariano (ten ostatni zginął podczas wspinaczki), Irańczycy, Chińczycy i inne, przeróżne mieszanki kulturowe, z którymi autor wraz ze swoimi kompanami zaprzyjaźnił się mniej lub bardziej.

Ach! I jest jeszcze Waldi! Osławiony Waldi ze Szczecina, którego opis wywołał na mojej twarzy szeroki uśmiech. Zdecydowanie warto przeczytać tę książkę. Choćby dla samego Waldiego! Naprawdę!

„Przyszedł do nas Waldi. Obładowany jak obnośny handlarz kiełbasą i serem. I swoimi niestworzonymi historiami. Facet jest niesamowity. To o nim powinno się książki pisać. Dziewczyny by mdlały, a faceci zakuwali żony w kajdany.”

Obozowe zwyczaje i miłość do jajek.

Wszystkie strony pozwalają nam zbliżyć się do klasycznego życia wspinacza w wysokich górach. Otrzymujemy w ten sposób codzienny, obozowy rytuał. Ich zachowanie przy kilkudziesięciu stopniowym mrozie lub – co jest zaskakujące – kilkudziesięciu stopniowym upale, od którego twarz zdaje się płonąć. Obserwujemy zwyczaje, poznajemy obozowy harmonogram i schemat, jakim posługuje się nie tylko autor, ale także jego współtowarzysze. „Anatomia Góry” umożliwia nam zajrzenie do obozowej mesy i ujrzenie zaprawionych w boju himalaistów, grających w karty lub szachy. Możemy ujrzeć śpiewających i cieszących się życiem normalnych ludzi, którzy różnią się od nas tylko tym, że nie boją się marzyć i te marzenia spełniać.

Jesteśmy świadkami jedzenia przez nich tej samej, niezmiennej struktury na śniadanie, która zawsze składa się z jajek. Jak dowiecie się z kolejnych stron książki, Rafał Fronia zaleca, żeby przed wyprawą w wysokie góry upewnić się, że lubi się jajka. Bo bez tego zdobywanie najwyższych szczytów nie jest możliwe!

„W Górach wszystko zaczyna się od jajka. Jeśli jesteś uczulony na jajko, nie możesz zostać himalaistą. Ja polubiłem jajka. Ale pamiętam historię z Dhaulagiri. Przez 33 dni na śniadanie było jajo. Nie było ani jednego dnia wyjątku. I pamiętam, jak Krzyś Wielicki, na zakończenie wyprawy zaczął marzyć, że jak wróci do domu, pójdzie do najlepszej knajpy w Dąbrowie Górniczej i zamówi jajka sadzone. Potem poprosi kelnera, aby ten otworzył okno. I wtedy on wypierdoli to razem z talerzem na ulicę.”

Właśnie to jest Rafał Fronia. W pełnej, nieziemskiej krasie.

szczyt

Źródło: www.polskatimes.pl Archiwum Rafała Froni
Na zdjęciu: Rafał Fronia

Jest też miejsce na momenty refleksji…

Przestrzegam Was jednak! Nie myślcie, że autor tylko opisuje, relacjonuje i komentuje zaobserwowane sytuacje. Och nie! Nic z tych rzeczy! Rafał Fronia jest bacznym obserwatorem, ale nie tylko tego, co dzieje się dookoła niego, ale także tego, co dzieje się w jego wnętrzu. Dzieli się z czytelnikami swoimi zapiskami spod największych gór świata. Tym samym otrzymujemy poważne rozważania dotyczących życia. Uwierzcie, że wiele słów, składających się na całe zdania oraz następnie długie akapity i strony, wywołują w człowieku wiele refleksji. Zmuszają do zastanowienia i momentami, nawet do przemyślenia wartości, jakimi kierujemy się w życiu.

„Gdy odnosi się sukces, żyje się lepiej. Uśmiech zaraża, spokój rozlewa się na innych. Masz aurę. Jedna dobra myśl przyciąga kolejną. Życie staje się pasmem sukcesów, wygranych, czasem bez walki, z kolei walkowerem odchodzi to, co złe, smutne, bolesne. Gdy odnosi się sukces, żyje się lepiej. Pamiętaj. To samo nie przyjdzie, trzeba po to iść.”

Takich pięknych przemyśleń jest w tej książce o wiele więcej. Nie wspominając już o przepięknych wierszach oraz fraszkach, które niczym lekki puszek, otulają cała narrację, jaką prowadzi Rafał Fronia…

Świat, którego na co dzień podziwiać nie możemy.

„Anatomia Góry” to książka przecudowna. Będę ją zachwalał zawsze, ilekroć będę miał do tego sposobność. Polecam ją szczególnie tym, którzy tak jak ja, kochają góry i potrafią zrozumieć sens zdobywania szczytów, który zabiły już setki innych śmiałków. Rafał Fronia to autor, który nie tylko relacjonuje wydarzenia rozgrywające się ponad głowami nas wszystkich, zwyczajnych śmiertelników. To nauczyciel czytelników. Nas wszystkich, którzy wchodzą w świat, tak misternie przez niego zbudowany. Dzięki niemu mamy możliwość poznania nie tylko jego osoby i jego wnętrza, ale także całej struktury wspinaczkowych wypraw. Wchodzimy w jego skórę. Jesteśmy jednymi z nich. Jesteśmy jednymi ze zdobywców, którzy próbują stanąć na szczytach tego świata i choć na moment poczuć się jak wszystko, co przyziemne, zostaje pod ich stopami.

Ama Dablam

Źródło: www.portalgorski.pl
Na zdjęciu: Ama Dablam (6812 m n.p.m.). Rafał Fronia mówi o niej: “Piękno w czystej postaci. Dla mnie – górski ideał.”

Autor czyni to wszystko za pomocą przewrotnego języka. Fronia bawi się słowem. Raz jego długie metafory wzbudzają w czytelniku podziw i przyprawiają o zawrót głowy, a zaraz potem otrzymujemy kilka dosadnych opisów sytuacji, które wywołują szeroki uśmiech na twarzy. Liczne anegdoty, zabawne sytuacje i opisy napotkanej ludności, czynią tę książkę jeszcze barwniejszą. O ile może w ogóle taka być, w obliczu licznych, przepięknych fotografii, jakie zostały w niej zamieszczone.

Ocena nie może być inna!

podsumowanie

Zdecydowanie polecam ją każdemu. Jest to piękny obraz nie tylko góry, ale człowieka w górach, który odnajduje siebie i swoje małe, drugie, tak bardzo inne życie.

Recenzję zacząłem od słów autora, tak więc i teraz czuję się zobligowany do tego, aby zakończyć ją w ten sam sposób.

„Ale strach przed stanięciem przed tobą nagim, bezbronnym, z otwartą duszą też istnieje. Gdy perspektywa dzielenia się moimi myślami sprowadzała wizję drwiny, śmiechu, tego też nie mogłem pokonać. Ten strach wracał wiele razy. […]. Wybacz moją ułomność, prostotę i obawy. Zwyciężyła chęć opowiedzenia tego, podzielenia się. Dziękuję, że byliśmy tu razem.”

himalaizm

Źródło: www.polskieradio.pl
Na zdjęciu: Piotr Tomala (z lewej) i Rafał Fronia w obozie pierwszym na wysokości 5900 m n.p.m, podczas próby zdobycia szczytu K2.

Ja również dziękuję, że byłeś tutaj ze mną po raz kolejny drogi czytelniku. Twoja obecność wiele dla mnie znaczy. Do zobaczenia w szerokim morzu liter, w kolejnym tekście!

W wymyślaniu kolejnej wymówki jesteśmy całkiem nieźli. Potrafimy stosować liczne usprawiedliwienia, byle tylko nie robić tego, co powinniśmy. W takich sytuacjach nasza zdolność inwencji twórczej, zostaje wywindowana mocno w górę na potrzeby tworzenia kolejnych tłumaczeń. Myślę, że nie podlega dyskusji fakt, iż wymówki stały się niejako domeną naszego istnienia. Stosujemy je nie tylko w kontekście samorealizacji, ale także w kontaktach z innymi ludźmi. Są one częścią naszego życia i nie mnie oceniać, czy używamy ich właściwie, czy też nie.

Dzisiejszy tekst poświęcę pewnemu sformułowaniu, które śmiało może uchodzić właśnie za dość trywialne usprawiedliwianie swojego lęku lub braku odwagi. Nie chcę w tym momencie nikogo szufladkować, dlatego od razu zaznaczę, że wiele osób używa tego twierdzenia nie z chęci uniknięcia czegoś, ale po prostu z braku należytej wiedzy. Naprawdę nie wiem, która z tych rzeczy jest gorsza.

„Zacznę chodzić na siłownię, kiedy schudnę”.

Kompletna irracjonalność tego stwierdzenia razi mnie w oczy. Przepraszam, jeśli będę zbyt bezpośredni, ale w tym sformułowaniu nie ma nawet odrobiny logiki oraz sensu. To zupełnie tak, jakby pewien człowiek powiedział, że otworzy swój własny biznes, kiedy już zarobi dużo pieniędzy w swojej codziennej pracy. Albo pani domu zakomunikowała, że włączy zmywarkę, kiedy umyje większość brudnych naczyń ręcznie. Pytacie mnie, o co mi chodzi? Już odpowiadam!

To twierdzenie jest tak bardzo pozbawione jakiejkolwiek logiki, bo to właśnie trening siłowy jest świetnym (jeśli nie najlepszym) narzędziem do modelowania sylwetki. Dlatego mówiąc, że zaczniemy go stosować, kiedy już schudniemy, jest świadomym pozbawianiem się instrumentu, który może nam skutecznie pomóc, właśnie w procesie chudnięcia. Odwołując się do podanych powyżej przykładów, to samo można zaobserwować w każdej innej dziedzinie życia. Bardzo często zachowujemy się w ten sposób i sami ograniczamy swoje możliwości. Nie dostrzegamy szerszej perspektywy i wiecznie usprawiedliwiamy swoje wybory, zamiast po prostu wziąć się w garść. Zwyczajnie stosujemy kolejne wymówki, byleby tylko nie opuścić strefy komfortu.

wymówki

Poniekąd jestem w stanie rozumieć ten tok myślowy. Jak już wspominałem, wiele osób używa naszego dzisiejszego, głównego stwierdzenia, na którym opiera się ten tekst, jako wymówki. Niestety, zdecydowanie zbyt często nie potrafimy zaakceptować swojego ciała. Jesteśmy pożerani przez kompleksy i niską samoocenę. W efekcie boimy się, a nawet wstydzimy, zacząć chodzić na salę treningową. W naszych oczach i wyobrażeniach siłownia zawsze się jawi jako miejsce, gdzie widzimy siebie w centrum uwagi – wszyscy pokazują nas palcami i otwarcie się śmieją. Myślę, że takie zachowanie dotyczy głównie pań, choć panowie na pewno także należą do tej grupy.

Siłownia to miejsce dla każdego.

Pragnę Was jednak uspokoić. Nie wstydźcie się ani swojego ciała, ani niczego innego. Siłownia jest właśnie od tego, żebyście mogli tam zmieniać swoją sylwetkę, a także mentalność. Zaufajcie mi, że wasz strach i lęk przed byciem wytykanym palcami, nie jest prawdą. Uwierzcie mi, że widziałem na sali treningowej różnych ludzi – od napakowanych facetów przypominających dorodnych byków na sterydach, przez bardzo chude osobniki, aż na otyłych osobach kończąc. Nigdy nie spotkałem się jednak z tym, aby ktoś kogokolwiek pokazywał palcami lub zaczepiał złośliwymi uwagami. Nie chcę powiedzieć, że każdy stanowi tam część rodziny, bo to bardzo zależy od samego miejsca. W końcu każda siłownia jest inna. Jednak jestem wprost przekonany, że każdy, kto ćwiczy, jest skupiony na sobie i swoim treningu. Dlatego nie bójcie się oceny, bo taka w ogóle nie nastąpi. Nie pozbawiajcie się świadomie czegoś, co może Wam skutecznie pomóc, osiągnąć Wasz sylwetkowy cel.

zacznę chodzić na siłownię, kiedy schudnę

Wymówki, jako brak wiedzy.

Po drugiej stronie barykady mamy delikwentów, którzy nie są świadomi popełnianego błędu. W wielu głowach utarło się takie przeświadczenie, że aby trening siłowy odniósł należyte korzyści, to trzeba być szczupłym i jędrnym. Nic bardziej mylnego! Powiem więcej! Tę jędrność, szczupłość, a w dodatku pięknie podkreśloną muskulaturę, zapewni Wam właśnie trening siłowy! Jak chcecie tego dokonać, nie wykonując go? Poprzez bieganie? Jazdę na rowerze? Fakt – schudniecie, jeśli oczywiście zadbacie o czynnik żywieniowy, ale o umięśnionym ciele możecie tylko pomarzyć.

Rozumiem Wasze zdanie, które zazwyczaj brzmi: „Ale ja chodziłam na siłownię i nic nie było widać!”. Jasne, że nic nie było widać, skoro masz zbyt dużo tkanki tłuszczowej w ciele. Przyczyn tego „nic nie było widać” może być wiele, ale przy zadbaniu o czynnik żywieniowy i treningowy, jestem pewien, że efekty prędzej czy później się pojawią. To naturalne, że jeśli ktoś jest otyły lub ma nadwagę, to nie od razu uwypukli swoje mięśnie. Najpierw musi spalić zbędną tkankę tłuszczową. Jednak nie powinno to nikomu przeszkadzać w tym, aby trening siłowy był obecny w planie już od samego początku walki o lepszą sylwetkę. Wiecie, jaka to jest oszczędność czasu?

Wyobraźcie sobie dwie osoby. Jedna stosuje to słynne: „zacznę chodzić na siłownię, kiedy schudnę”, a druga wykonuje trening siłowy od początku swojej przygody z kształtowaniem sylwetki. Pierwsza osoba, najpierw musi przebrnąć przez zrzucenie wszystkich zbędnych kilogramów, a dopiero po tym okresie zacznie modelować swoją sylwetkę poprzez trening siłowy. Natomiast druga osoba, połączy te dwa procesy w jednym czasie. Tym samym, wraz z kolejnymi, ubywającymi warstwami tłuszczu, będzie ukazywała się stopniowo, coraz to lepsza i bardziej doszlifowana sylwetka.

Gdzie jest logika?

Nadal nie potrafię pojąć, w jakim celu, tak bardzo ograniczamy potencjał narzędzi, które mogą nam pomóc w walce o lepsze ciało. Nie ma w tym żadnego sensu ani logiki. Jak już pisałem – rozumiem ten tok rozumowania. Rozumiem lęk, strach i brak odwagi. Rozumiem niedostateczną ilość wiedzy. Rozumiem wszelkie przeciwności losu i własne destrukcyjne myśli. Pojmuję, że trening siłowy i sama siłownia to coś nowego i nieznanego. Jednak kompletnie nie rozumiem tego, dlaczego nie potrafimy z tym wszystkim walczyć, skoro tak bardzo pragniemy lepszej sylwetki? A pragniemy, prawda?

siłownia

Chciałbym jeszcze zaznaczyć, że trening siłowy nie jest koniecznością. Nie każdy musi go stosować i nie każdy musi widzieć potrzebę w chodzenia na salę treningową. Nie ma niczego złego w zwykłym bieganiu, jeżdżeniu na rolkach lub ćwiczeniu w warunkach domowych. Tekst ten jest skierowany do osób, które w swoich wypowiedziach są bardzo niespójne. Kieruję go do ludzi, którzy chcą trenować siłowo, ale sami się ograniczają poprzez mówienie: „Zacznę chodzić na siłownię, kiedy schudnę”. Moje słowa powinny sobie do serca wziąć wszyscy ci, którzy stosują kolejne wymówki i mniej lub bardziej świadomie, spowalniają proces modelowania swojego ciała.

Koniec z usprawiedliwieniami.

Zrozummy proszę wszyscy, że trening siłowy powinien być uwzględniony w plan działania od samego początku. Nie, od kiedy schudniemy. Nie, od kiedy poczujemy się „lepiej” i „szczuplej”. Wprowadźmy go do swojego planu już teraz. Czerpmy z niego należne benefity i zmierzajmy wprost do lepszego ciała. Pokonajmy swój lęk w głowie. Uświadommy sobie, że siłownia została stworzona dla wszystkich ludzi, bez względu na to, jak wyglądają. Przełammy swoje obawy i zacznijmy tam trenować. Nie twierdzę, że każdy musi to robić, ale jeśli jedyną rzeczą, która nas powstrzymuje, są nasze własne destrukcyjne myśli lub brak świadomości, wtedy błagam – pokonajmy je i korzystajmy z dobrodziejstw, jakie oferuje nam trening siłowy. Bo dzięki niemu, nie tylko będziecie mogli schudnąć, ale równocześnie podkreślać będziecie swoją muskulaturę, a o to Wam przecież chodzi.

Czymś nierealnym może nam się wydawać rezygnacja z marzeń. Jednak czasami to zwykłe poddanie się, może oznaczać dla nas wielki krok naprzód. Choć pozornie to zjawisko może rysować się jako przejaw słabości (w istocie, w większości przypadków tak jest), to są chwile, kiedy może nam ono uratować szansę na spełnione życie.

Dążenie do spełniania marzeń ma (zazwyczaj) ogromny sens!

marzenie

Przychodzi w życiu każdego człowieka taki moment, kiedy nagle zaczynamy się zastanawiać, czy to, co robimy, ma większy sens. Od razu mogę powiedzieć, że w zdecydowanej większości przypadków to wszystko ma znaczenie. Zazwyczaj powinniśmy kontynuować to, co robimy z prostego powodu. Na ogół jesteśmy niecierpliwi i wyczekujemy efektów zdecydowanie zbyt szybko. Dlatego nasze wątpliwości bardzo często nie biorą się ze złej sytuacji lub naszego niewłaściwego działania, tylko z braku wytrwałości w dążeniu do swojego celu. Łakniemy komfortu, a realizacja marzeń na ogół go nam zabiera. Dlatego nasz umysł stosuje liczne podstępy, aby tylko móc go odzyskać. Na pierwszej napotkanej przeszkodzie zaczynamy lamentować, na drugiej płakać, a na trzeciej rezygnujemy. Tak nie powinna wyglądać droga do spełnienia marzeń.

Powinna się ona cechować wytrwałością, cierpliwością i odpowiednio dużym zaangażowaniem. Wątpliwości pojawią się zawsze, ale sztuką jest umieć je przezwyciężać. Bo tak, jak już pisałem – zazwyczaj rezygnujemy ze swojego wymarzonego życia bez podjęcia walki. Skupiamy się nie na drodze do celu, tylko na końcowym osiągnięciu. Oczekujemy natychmiastowych korzyści. Jednak zapominamy, że zanim do nich dojdzie, musimy pokonać szereg przeszkód i problemów.

Jednak wszystko to, co napisałem powyżej, można spiąć jedną, dużą klamrą i zamieścić obok niej stwierdzenie – „Zazwyczaj”.

Dobrowolnie zrezygnować z marzeń?!

Są chwile w naszym pięknym życiu, kiedy problemy, trudności i zwątpienie zaczyna przygniatać nas całym swym ciężarem. Coraz częściej zaczynamy wątpić w to, co robimy, a w naszej głowie pojawia się ta jedyna, niepowtarzalna myśl:

Zrezygnuj tu i teraz. Skończ to!

rezygnacja

Nie podlega dyskusji, że trzeba walczyć z takimi destrukcyjnymi myślami. Jednak czasami to, co szczególnie na początku i w większości przypadków postrzegamy, jako coś odwodzące nas od naszych marzeń, tak w późniejszej fazie naszego rozwoju, może być głosem rozsądku. Od razu zaznaczę, że piekielnie trudno jest móc jednoznacznie powiedzieć, kiedy poddanie się jest tylko tchórzliwą ucieczką, a kiedy najlepszym, możliwym rozwiązaniem. Dlatego podjęcie decyzji w tego typu aspekcie nigdy nie było, nie jest i nie może być łatwe. Wymaga to od nas nie lada przemyśleń i niemałego ryzyka.

Rezygnacja z realizacji swoich marzeń nie może być łatwa, bo czyniąc ją, od razu przyznajemy się do tego, że popełniliśmy błąd. Nieodpowiednio obraliśmy swój cel. Przeceniliśmy swoje możliwości lub nie przewidzieliśmy okoliczności niezależnych od nas. Jakkolwiek by tego nie ująć – rezygnacja to przyznanie się błędu. Jednak przestrzegałbym przed traktowaniem rezygnacji tylko w formach porażki. Myślę, że ten akt w wielu przypadkach może być porównywalny do zwycięstwa, bo pozwala nam zaoszczędzić siły, czas oraz zdrowie. Jestem przekonany, że czasami odpuszczenie pewnych kwestii może być prawdziwym zwycięstwem, zamiast usiłowanie za wszelką cenę doprowadzić je do końca.

Satysfakcja wskazuje, czy należy zrezygnować.

Zdarza się, że zwyczajnie chcemy próbować nowych rzeczy. Zapisujemy się na zajęcia taneczne, idziemy na kurs masażu lub rozpoczynamy pracę w zupełne nowym miejscu. Nie wiemy, czy to się nam spodoba, ale chcemy spróbować. W takich sytuacjach rezygnacja może być bardzo pomocna. Nadal uważam, że nie powinniśmy rezygnować od razu, kiedy tylko poczujemy zniechęcenie. Jednak, jeśli po dłuższym czasie będziemy wiecznie zmuszali się do wykonywania określonego zajęcia i nie odczuwali z tego powodu żadnej satysfakcji, ani podobnych profitów, wtedy powinniśmy definitywnie pomyśleć nad naszą rezygnacją i zajęciem się czymś innym.

zadowolenie

Jak wynika z moich wcześniejszych słów, myślę, że to właśnie satysfakcja może stanowić ciekawy wyznacznik tego, kiedy rezygnacja z marzeń jest potrzebna, a kiedy nie. Szczęście może być ulotne. Na dodatek może być mylone ze zwykłym uśmiechaniem się, zamiast wewnętrznym i głębokim postrzeganiem tego uczucia. Satysfakcja jest czymś więcej i jestem przekonany, że pomimo bólu, wysiłku i dyskomfortu, powinna pojawić się zawsze, przynajmniej co jakiś czas, na drodze do marzeń.

Podjęcie decyzji o rezygnacji z czegoś, nigdy nie jest łatwe. Tym bardziej że czasami wstydzimy się przed sobą przyznać, że zamierzamy to zrobić. Boimy się opinii innych. Nie chcemy zostać ocenieni i przyznać się do pozornej porażki. Poza tym, na każdym kroku widzimy motywacyjne cytaty i słowa, które przecież tak pięknie nawołują nas do niepoddawania się. I bardzo dobrze, że to robią! Jednak nie można im ślepo ufać. Nie można biec ze złamaną nogą i wmawiać sobie, że poddanie się jest porażką. A mam wrażenie, że dokładnie to czasami wszyscy robimy. Trzymamy się obranego wcześniej kursu i pomimo tego, że przestaliśmy się nim cieszyć i dostrzegać w nim coś więcej, to nadal boimy się zrezygnować. Oczywiście, że odpuszczenie samo w sobie nie jest aktem godnym pochwały, ale czasami zwyczajnie nie ma innego wyjścia. Trzeba wybrać mniejsze zło, otrzepać kolana, wyciągnąć wnioski i wziąć się za życie.

Albo wierzysz w to, co robisz, albo odpuść.

Historia sławnych ludzi nauczyła nas, że nie wolno się poddawać. Jestem pewien, że gdyby nie ich upór, dziś nie słyszelibyśmy o wielu znanych nazwiskach oraz wynalazkach, które stworzyli. Jednak zwróćcie, proszę uwagę, że Ci wszyscy wielcy ludzie, którzy się nie poddali, choć mogli to zrobić, gorąco wierzyli w to, co robią. I myślę, że to jest kolejny wyznacznik tego, kiedy rezygnacja może stać się konieczna. Bo jeśli robimy coś od dłuższego czasu, nie odczuwamy z tego tytułu satysfakcji i sami przestajemy wierzyć w sens swojego działania, to być może lepiej będzie, kiedy faktycznie zmienimy swoją życiową ścieżkę.

Dwa przykłady z codzienności.

W naszym życiu bardzo często wygląda to w ten sposób.

Tkwimy w jednej pracy, której jakoś szczególnie nie ubóstwiamy. Zajmujemy to samo stanowisko od trzech lat i od trzech lat skrycie marzymy o awansie. Angażujemy się, walczymy o nie, ale… Nie udaje nam się go osiągnąć. Zamiast motywacji i satysfakcji z wykonywanych zadań, czujemy tylko frustrację i zniechęcenie. Zaczynamy wątpić w swoje działania i przestajemy wierzyć w firmę, w której pracujemy.

poddanie się

Myślę, że w tym momencie logicznym rozwiązaniem jest rezygnacja i podjęcie się nowego zajęcia, po uprzednim mocnym zrewidowaniu swoich poglądów. Niestety w większości przypadków, tkwimy w tego typu sytuacji, stosując liczne wymówki, powstrzymujące nas przed odpuszczeniem.

Innym podobnym, bardzo często spotykanym przykładem, jest niedocenienie rzeczywistości.

Młody idealista nagle zaczyna marzyć o czymś dużym. Zainteresował się piłką nożną i chce być w niej najlepszy. Snuje wizje, marzy i w końcu postanawia działać. Duży cel, jakim jest gra w pierwszej lidze hiszpańskiej, nakręca go do działania i napawa przesadnym optymizmem. Trenuje ciężko. Mija tydzień, miesiąc, rok… A on nadal gra w podrzędnej B-klasie (jedna z ostatnich polskich lig) na ojczystym podwórku, gdzie boiska przypominają nierzadko pastwiska do wypasu bydła. Poświęca na treningi pół swojego życia, ale widzi, że powoli przestaje sprawiać mu to satysfakcję. Nie dlatego, że nie jest tam, gdzie chciałby być, ale dlatego, że zaczyna dostrzegać pewne trudności. Brak czasu na inne zajęcia, zmęczenie i duży wysiłek.

W takim przypadku, nawet jeśli ten młody chłopak kocha piłkę nożną, to powinien świadomie przed sobą przyznać, czy naprawdę ma szansę osiągnąć swój wielki sukces. Nie twierdzę, że powinien zrezygnować z tego zajęcia, ale być może, chwila refleksji i poświęcenie większej ilości czasu na coś innego (np. trenowanie innych lub stwarzanie nowego klubu) będzie rozsądniejszym wyjściem.

Poddanie się, nie zawsze musi być całkowite.

Rezygnacja nie musi zawsze oznaczać kompletnego porzucenia wykonywanego zajęcia. Jak widać na powyższym przykładzie, może być ograniczeniem czasu, jaki poświęcamy na jego realizację. Jeśli mamy do utrzymania rodzinę, a nasza dotychczasowa praca przytłacza nas i nie sprawia nam żadnej radości, to nie musimy przecież od razu z niej rezygnować. Przejdźmy na niższy etat (jeśli to możliwe), a z zaoszczędzonego czasu, zacznijmy tworzyć coś, o czym naprawdę marzymy.

To dość przewrotne, co teraz napiszę, ale uważam, że w niektórych przypadkach rezygnacja jest przejawem dojrzałości i rozsądku. Jestem zdania, że tylko odpowiednio świadomy swojego życia człowiek, może podjąć tak trudną decyzję, jaką jest poddanie się w realizacji marzenia. Tym bardziej, jeśli każdemu dookoła może wydawać się ona nierozsądna i nielogiczna. To bardzo często spotykane zjawisko u osób, które z zewnątrz wydają się mieć wszystko – pieniądze, sławę i świetnie prosperujący biznes. Rezygnacja to ostatnia rzecz, którą każdy brałby w takim momencie pod uwagę. Jednak nikt nie wie, co dzieje się we wnętrzu człowieka, który za tym wszystkim stoi.

Rezygnacja zawsze ma głębsze podłoże i bierze się zazwyczaj z naszego wnętrza oraz emocji, które nami targają. Jestem pewien, że choćbyśmy zarabiali milion złotych miesięcznie, ale byli przy tym piekielnie nieszczęśliwi, to odpuszczenie byłoby najlepszym z możliwych rozwiązań. Problem w tym, że nie każdy potrafi się na to zdobyć. W rezultacie otrzymujemy sfrustrowanych ludzi, którzy snują się z przygnębiającym wyrazem twarzy po ulicach…

Rozwój poprzez rezygnację.

Poza tym jestem święcie przekonany, że rezygnacja może być oznaką rozwoju. Naturalne jest, że jeśli coś sobie odpuszczamy, to robimy to w jakimś celu. Prawdopodobnie, mamy już w głowie kolejne marzenie i kolejny cel, który chcemy realizować. Aby się rozwijać, trzeba próbować nowych rzeczy. Smakować je, testować, sprawiać, żeby stały się naszą rzeczywistością. Jednak to nie tajemnica, że zanim znajdziemy tę jedną, jedyną, która będzie z nami na całe życie, spotkamy po drodze wiele błędnych i fałszywych rzeczy. Wtedy rezygnacja potrafi wyrwać nas z sideł tego, czego nie kochamy. Pozwala nam opuścić „destrukcyjny związek” i zaangażować się w kompletnie nowy. I tak do skutku, zanim nie odnajdziemy tego, co prawdziwie będziemy ubóstwiać.

satysfakcja

Dlaczego rezygnacja z marzeń może być dobra?

Odpowiadając na powyższe pytanie, które niejako samo nam się narzuca, jestem przekonany, że czasami warto zwyczajnie z czegoś zrezygnować, bo w ten sposób mamy szansę osiągnąć prawdziwy sukces i prawdziwe zwycięstwo. Rezygnacja nigdy nie będzie łatwa. To zawsze wymaga nierzadko nieprzespanych nocy. Jednak jestem Wam w stanie zagwarantować, że ma ona w sobie prawdziwie oczyszczającą moc. Myślę, że będziecie w stanie rozpoznać po swoich uczuciach oraz emocjach, czy podjęliście dobrą, czy złą decyzję. Zrezygnować z czegoś, co było do tej pory naszym marzeniem, ale przestało sprawiać nam satysfakcję, nie może być proste. Jednak w dłuższej perspektywie czasu, tylko dzięki temu, możemy odnaleźć to, co naprawdę kochamy.

Nie możemy tkwić w jednym miejscu, pośród wiecznego bólu, niezadowolenia i braku jakichkolwiek – nawet tych najmniejszych – efektów, tylko dlatego, że „tak postanowiliśmy”. Powinniśmy być dynamiczni i umieć dostosowywać się do tego, co czujemy i jak postrzegamy świat. Oczywiście, że nie możemy poddawać się zbyt szybko. Jednak jestem przekonany, że zbyt długie tkwienie w tym samym miejscu i strach przed rezygnacją, może być tak samo destrukcyjne, jak porażka bez podjęcia walki.

Dlatego drogi czytelniku napiszę Ci coś, co mam nadzieję, że dobrze zrozumiesz. Szczególnie po przeczytaniu tego tekstu.

Zrezygnuj ze swoich marzeń, jeśli czujesz, że jest to odpowiednia decyzja. To jest Twoje życie i Twoje marzenia. Nie patrz na innych, tylko zajrzyj w głąb siebie. Jeśli twierdzisz, że rezygnacja da Ci wolność i możliwość zajęcia się realizacją prawdziwego, nowego marzenia, to nie wahaj się.

Zrób to.

„Czas mroku”, którego autorem jest Anthony McCarten to książka na pewno nietuzinkowa. Czy jednak przedstawiony tam Winston Churchill spodoba się każdemu?

W poprzednim tygodniu pochylaliśmy się wspólnie nad najnowszym dziełem Stephena Kinga pt. „Outsider”. Tym razem postanowiłem wypowiedzieć się na temat książki, która porusza o wiele poważniejsze tematy. One nie tylko wydarzyły się naprawdę, ale także wstrząsnęły całym światem.

Anthony McCarten. Autor książki, scenarzysta filmu.

„Czas mroku” to książka, w której autor postanowił przybliżyć nam sylwetkę Winstona Churchilla. Jednego z najznakomitszych, a już na pewno najbardziej znanych osobistości w dziejach świata, która miała znamienny wpływ na jego losy. Jednak zanim skupimy się na samej fabule i mojej opinii o niej, chciałbym, choć na chwilę, pochylić się nad autorem, którym jest Anthony McCarten. Człowiek, który w swoim dorobku ma już kilka ciekawych projektów. Również jako scenarzysta.

biografia

Przypadkowe, pierwsze spotkanie.

Książka dostała się w moje ręce trochę w sposób przypadkowy. Oczywiście kupiłem ją świadomie, ale nie planowałem wcześniej jej zakupu, bo zwyczajnie jej nie znałem. Myślę, że zdecydowanie nie można o niej powiedzieć, iż jest bestsellerem, czy tytułem czytanym przez miliony ludzi na świecie. Być może właśnie dlatego nabyłem ją raczej w sposób impulsywny niż zaplanowany.

Pomimo tego wszystkiego, przystąpiłem do jej lektury z naprawdę dużymi oczekiwaniami. Lubię zagłębiać się w ciekawych, przeszłych wydarzeniach, a szczególnie tych momentach w dziejach, które opisują konflikty zbrojne. Pamiętam, że na lekcjach historii potrafiłem zanurzać się w zamierzchłych czasach i podróżować po nich wraz z Napoleonem Bonaparte, Janem III Sobieskim, czy jeszcze wcześniej – z Aleksandrem Macedońskim. Do dziś to pewne uwielbienie we mnie pozostało i myślę, że był to czynnik determinujący, dlaczego ta książka znalazła się na mojej półce i dlaczego także nie spełniła moich oczekiwań.

W końcu tytuł jednoznacznie wskazywał, że opisywać ona będzie losy Winstona Churchilla – brytyjskiego premiera, który objął ten urząd w jednej, z najczarniejszych godzin dla Wielkiej Brytanii, a także całej Europy. II wojna światowa trwała już w najlepsze, ale tylko ci, którzy ją wywołali, zdawali się pojmować jej zasady. Tym samym bez żadnych skrupułów kroczyli od zwycięstwa do zwycięstwa, podporządkowując sobie kolejne narody. Zaczynając rzecz jasna od Polski.

Książka dobra, ALE…

Zanim jeszcze zacząłem ją czytać, a tym bardziej, zanim uświadomiłem sobie, że już zbliżam się do jej końca – liczyłem na to, że autor opisze cały okres „panowania” Churchilla, który w pewnym momencie stał się bardziej ubóstwiany, niż sam ówczesny król Jerzy VI Windsor. Rozumiem zamysł autora, który postanowił skupić się na małym wycinku z przeszłości, ale w tym aspekcie zabrakło mi szerszej perspektywy, przedstawienia tak barwnej osoby, jaką niewątpliwie był Winston Churchill. Zwyczajnie czułem niesamowity niedosyt, kiedy dotarłem do końca i ze zdziwieniem, pytałem sam siebie – „To już? Koniec? W momencie, kiedy zostało jeszcze tyle wydarzeń do zrelacjonowania?”.

informacje

Autor – Anthony McCarten – postanowił poświęcić całą swoją uwagę, skupioną na prawie 300 stronach (pozostałe to przypisy), na postaci Churchilla z okresu, kiedy Niemcy wydawały się niezachwianą potęgą, a ich przeciwnicy – ledwie mogącym cokolwiek znaczyć pyłkiem, popychanym przez wiatr. Akcja rozpoczyna się w dniu 7 maja 1940 roku. Jest to czas, kiedy II wojna światowa ma tylko jednego zwycięzcę. Jest to kraj, którego wielu ludzi wolałoby nie oglądać na tej pozycji. Realia nie znosiły jednak sprzeciwu. Opracowana przez Niemieckich specjalistów taktyka „Blitzkrieg” zdawała egzamin koncertowo. Jak muchy padały kolejne państwa, niemogące unieść zmasowanego ataku swojego wroga. Adolf Hitler był niemalże skąpany w glorii i chwale, i na pewno państwom próbującym mu się przeciwstawić nie pomagał fakt, że Wielka Brytania sama borykała się z wewnętrznymi problemami.

Winston Churchill zbawcą Wielkiej Brytanii oraz całej Europy!

Właśnie ten ostatni aspekt – wewnętrzne problemy Wielkiej Brytanii – stanowi punkt wyjściowy całej książki. Od razu zasiadamy w ławach parlamentu brytyjskiego. Parlamentu strasznie podzielonego. Parlamentu żądającego wyjaśnień i ustąpienia ze stanowiska ówczesnego premiera – Neville’a Chamberlaina. Wielu miało dość jego polityki ustępstw (Appeasement), która jak pokaże historia – kompletnie nie sprawdziła się w stosunku do kraju niemieckiego. Zarzucono mu nieustanne dążenie do pokojowego rozstrzygnięcia konfliktu, w którym prym wiódł kraj, który nie bał się rozlewu krwi. I to na skalę masową. W tamtym okresie kandydatura Winstona Churchilla wydawała się tylko nieśmiesznym żartem. Jednak z upływem kolejnych dni, kiedy najsilniejszy kandydat do objęcia posady premiera – Lord Halifax (Edward Wood) odmówił objęcia tego urzędu, a pozycja Churchilla zaczęła zaskakującą rosnąć, to co nieprawdopodobne, stało się prawdą.

10 maja 1940 roku, premierem stał się ten, którego historyk David Canadine nazwał

„charakterem jednocześnie prostym, żarliwym, niewinnym i niezdolnym do oszustwa, czy intrygi, ale również charakterem większym niż życie, romantycznym, rycerskim, bohaterskim, wielkodusznym i bardzo kolorowym.”

Był to ten sam, który nie rozstawał się cygarem i dobrym alkoholem. Ten sam, który do Bessie Braddock oskarżającej go o bycie pijanym, powiedział:

„Ale jutro będę trzeźwy, a pani madame, nadal będzie taka brzydka.”

Jedna rzecz, dla której zdecydowanie warto ją przeczytać!

Cała książka – poza otoczką historyczną – zasługuje na uznanie pod jednym, ważnym względem. Ukazuje ona rolę, jaką pełnią słowa – szczególnie te dobrze dobrane. Pokazuje, jak Churchill stał się mistrzem oratorstwa i jak wiele czasu poświęcał na to, aby doszlifować każde swoje przemówienie. Do annałów przejść może, jego „testowanie” słów w wielu nieformalnych sytuacjach. Słów, których pragnął użyć w swoim oficjalnym wystąpieniu. Dowiadujemy się z kolejnych stron, z jakich wzorców czerpał inspiracje i dlaczego tak bardzo upodobał sobie Cycerona. Przed naszymi oczami staje obraz człowieka, który będąc w młodym wieku, czytał wiele utworów poświęconych wielkim przywódcom oraz filozofom. Nie może zatem dziwić fakt, że w wielu swoich przemówieniach czerpał z nich wzorce.

Anthony McCarten

Źródło: www.hollywoodreporter.com
Na zdjęciu: Anthony McCarten

Mistrz w swoich fachu.

Trzeba mu jednak oddać, że był w tym doskonały. Któż z nas nie zna jego słynnego przemówienia, wygłoszonego na początku czerwca, tuż po cudownym ocaleniu z Dunkierki ponad 300 tysięcy brytyjskich żołnierzy? Jeśli nie wiecie, o czym mówię, to na pewno sobie przypomnicie, gdy zacytuję część słów z całego, pięknego przemówienia, które znajdziecie w książce.

„Będziemy walczyć do końca. Będziemy walczyć we Francji, będziemy walczyć na morzach i oceanach, będziemy walczyć z coraz większą wiarą i siłą w powietrzu, będziemy bronić naszej wyspy bez względu na koszty, będziemy walczyć na plażach, na lotniskach, na polach, na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach; nigdy się nie poddamy […].”

Można wątpić w siłę słów, ale czy człowiek tak wielki, jak Churchill mógł się mylić? Czy mógł być w błędzie, kiedy mówił w wieku dwudziestu trzech lat:

„Spośród wszystkich talentów, jakimi obdarzono ludzi, żaden nie jest tak cenny, jak talent krasomówczy.”

Nie chcę wyciągać jednoznacznych wniosków, ale po tej lekturze, jestem wprost przekonany, że gdyby nie nieustanny entuzjazm Churchilla i jego dopracowane pod każdym względem przemówienie, to być może teraz, oglądalibyśmy całkiem inną Europę… On nie tylko pobudzał do walki naród swój, ale także francuski. Za wszelką cenę próbował podtrzymywać morale. Jak dowiecie się z książki – pisał nawet do swoich ministrów, aby zawsze starali się pokrzepiać naród i całe swoje otoczenie.

Obraz Churchilla, którego wojna także przerastała.

Na kolejnych stronach jasno widzimy, jak Churchill nie znosił porażki. W przeciwieństwie do lorda Halifaxa, z którym zdecydowanie zbyt często nie potrafił się porozumieć – nie pragnął pokoju z Niemcami. Choć jak wskazuje autor, istnieją przesłanki, że w krytycznym momencie, kiedy Niemcy niewzruszenie maszerowali na Paryż, a Wielkiej Brytanii groziła utrata blisko 80% całej armii, Churchill napomykał w swoich kontaktach z innymi, iż byłby „wdzięczny”, za możliwość ocalenia swojego narodu. Mimo to – nigdy te słowa nie zabrzmiały głośno i nigdy nie usłyszało ich społeczeństwo brytyjskie.

Myślę, że nieważne, czy miewał chwilę zwątpienia, czy nie, to i tak można go określić jako człowieka wielkiego, który swoim działaniem odwrócił losy świata. I książka byłaby wprost cudowna, gdyby nie jeden, mały szczegół…

Ale co z „potem”?

W książce nie ma żadnej konkretnej wzmianki o czasie, kiedy szale zwycięstwa II wojny światowej zaczęły się przechylać na stronę Wielkiej Brytanii i jej sojuszników. To naprawdę iście poetyckie zakończenie, bo kończy się ona w zasadzie na płomiennym przemówieniu brytyjskiego wodza, ale zdecydowanie zabrakło mi akcji… Być może źle do tego wszystkiego podchodzę, bo książka sama w sobie jest naprawdę świetnie napisana, ale naprawdę odczuwam niesamowity niedosyt. Można rzec, że opiera się ona w głównej mierze na tym, jak Churchill doszedł do władzy i jak ją sobie niesamowicie mocno ugruntował. I to tyle. Wiele spotkań, wiele rozmów, wiele przemówień i wymienionych wiadomości, ale tylko szczątkowe informacje dotyczące sytuacji na frontach i akcji, która działa się później.

Jestem pewien, że taki był zamysł autora. Aby pokazać czas, w którym Churchill objął posadę premiera, umocnił się na niej, a potem odwrócił losy świata. Jednak właśnie tego „potem” zabrakło mi w tej książce.

Klimat panujący w utworze jest niezaprzeczalnie dobry. Można poczuć się jak świadek obrad Gabinetu Wojennego lub domownik Winstona i Clementine Churchill. Nagle przenosimy się do czasów zupełnie sobie nieznanych. Poznajemy tego sławnego polityka od kompletnie drugiej strony. Przedstawia nam się obraz człowieka zdecydowanego, o duszy narcystycznej, choć momentami wątpiącego w swoje zdolności. Widzimy jego relacje z żoną i zachowanie wobec innych. Anthony McCarten stworzył świetny życiorys Churchilla i choć kompletną biografią tego nazwać nie można, to niewiele mu do niej brakuje. Niestety…

Za dużo Churchilla w książce o Churchillu?!

Winston Churchill

Źródło: www. watchviews.com
Na zdjęciu: Gary Oldman jako Winston Churchill.

To niepodobna poprawiać tak znakomitego człowieka, jakim jest autor tej książki. Jednak w moim odczuciu jest tu trochę za dużo o samym Churchillu. Może nawet nie „za dużo o nim”, ale za mało o tym, co działo się w tamtej chwili na świecie i przede wszystkim – co działo się później. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby autor – choć pokrótce – przybliżył zmagania Churchilla z Hitlerem i Mussolinim w następnych pięciu latach. Choć fabuła została opracowana bardzo skwapliwie i dotarcie do tak niezliczonej ilości materiałów, musiało zająć wieczność, to jak już to wielokrotnie podkreślałem – zabrakło mi całościowego spojrzenia na II wojnę światową.

Jednak to jest tylko moja opinia. Być może podchodzę do tego w sposób niewłaściwy. Może jestem zbyt wielkim fanatykiem wojen, bitew i wielkich wodzów. To wszystko pozostaje w sferze domysłów. Nie zmienia to jednak faktu, że książka jest niezmiernie rzetelnym dziełem, przedstawiającym Churchilla w pierwszych dniach objęcia przez niego urzędu premiera. Anthony McCarten jest bardzo obiektywny w swoich rozważaniach. Przekazuje czytelnikowi nawet tak absurdalne, ale jakże ciekawe szczegóły, jak wystąpienie Churchilla w radiu, w którym ktoś musiał stać za nim i trzymać go za uszy, aby ten nie kręcił głową, jak miał to w zwyczaju podczas przemówień publicznych, w których mocno gestykulował.

„Czas mroku” nie spodoba się każdemu.

recenzja

Anthony McCarten stworzył naprawdę solidne dzieło, którego jednak nie polecam każdemu. Jeśli ktoś lubi klimaty wojenne lub przede wszystkim, pragnie poznać od kulis tworzenie się światowego przywódcy, jak najbardziej jest to lektura dla niego. Ba! To nawet obowiązek! Tak samo, jak dla każdego wielbiciela wielkich person w dziejach świata. Jednak jeśli nie jesteś fanem II wojny światowej, nie widzisz w niej nic szczególnego, a pragniesz bitew i wojen, to nie zaprzątaj sobie tą pozycją głowy. I jest coś jeszcze! Polecam ją każdemu, kto pragnie nauczyć się pięknego przemawiania. Churchill powinien być dla Was wzorem.

Jako ciekawostkę dodam już na samym końcu, że powstał także film o tym samym tytule. Mamy w szeregach WorldMasterowskich prawdziwego speca od filmowych recenzji. Myślę więc, że jeśli wszyscy zgodnie poprosimy, to Damian (bo o nim tutaj mowa) może poświęci swój czas na przedstawienie swojego poglądu od strony kinematograficznej.

Moja ocena tego utworu, może nie jest aktem wychwalającym go ponad wszelką cenę, ale jakby to powiedział sam Churchill:

„Człowiek, który zgadza się ze wszystkim, nie zasługuje na to, by ktokolwiek się z nim zgadzał.”

Dziękuję za uwagę!

Wyzwanie to coś, co każdy z nas powinien przed sobą postawić przynajmniej raz w życiu. Zróbmy coś szalonego! Coś, co wyzwoli nasz ludzki potencjał! Niech nasza psychika oszaleje i zwariuje na samą myśl o tym, jak bardzo kuriozalne cele sobie wyznaczyliśmy. Do dzieła!

O ważności stawiania sobie celów w życiu, wie już na pewno każdy z Was. Sam kilkukrotnie wałkowałem ten temat (TUTAJ i TUTAJ) i wskazywałem, że odpowiednie planowanie powinno być obecne w życiu każdego z nas. Jednak wszystkie te aspekty sprowadzają się do wyznaczana sobie zadań, które powinny być w zasięgu naszej ręki. Tylko w ten sposób możemy się odpowiednio zmotywować, zebrać się w sobie i zacząć zmierzać do ich wypełniania.

Uważam jednak, że czasami powinniśmy wyjść ze swoimi pragnieniami o wiele, wiele wyżej. Tak niestety zostało nasze życie ukształtowane, że na ogół zdecydowanie zaniżamy swoje zdolności. Robimy to zupełnie podświadomie, niejako nie doceniając samych siebie. Błędnie zakładamy, że dajemy z siebie wszystko lub wykorzystujemy cały swój potencjał, kiedy tak naprawdę – nawet nie zbliżyliśmy się do jego granicy.

potencjał

Dlaczego nasz potencjał zostaje ciągle skrywany?

Myślę, że powodem takiego stanu rzeczy jest przede wszystkim nasza wewnętrzna skłonność do komfortowego i wygodnego życia. Nie da się ukryć, że przekraczanie lub nawet zbliżanie się do granic własnych wytrzymałości jest nie tylko męczące, ale również bardzo obciążające. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Dlatego nasze ciało samoistnie wzbrania się przed tym, co ciężkie i trudne, a łaknie tego, co proste, szybkie i przyjemne.

W ten więc sposób, kiedy tylko i wyłącznie słuchamy swojego pragnącego wygody ciała, otrzymujemy obraz człowieka, który pracuje 40 godzin tygodniowo, raz na dwa tygodnie jeździ na rowerze, długimi godzinami ślęczy przed telewizorem, a ostatnią książkę przeczytał w podstawówce. Nie twierdzę, że to coś złego, ale sami przyznajcie, że nie jest to przykład człowieka, który może osiągnąć duży, życiowy sukces na miarę światową. Oczywiście ten człowiek będzie uparcie twierdził, że wyzwanie, jakie na siebie narzuca, jest dla niego bardzo wymagające i daje z siebie naprawdę wiele. Mogę nawet rzec, że on w to wierzy z całych sił i faktycznie może czuć się zmęczony. Niestety ogromną rolę w tym procesie błędnego postrzegania – czy to własnego znużenia, czy to poprawnego określenia własnych możliwości – odgrywa nasza psychika.

To właśnie psychika jest w głównej mierze odpowiedzialna za to, ile jesteśmy z siebie dać. Wyzwania, jakie się przed nami kreują lub jakie sobie sami stawiamy, zależą zazwyczaj od tego, jak je postrzegamy wewnątrz siebie. Psychika mówi nam, czy zdołamy coś zrobić, czy nie. I nie da się ukryć, że jeśli tylko w minimalnym stopniu zwątpimy we własne siły, to psychika natychmiast zacznie nas przekonywać, że zwyczajnie wyzwanie jest ponad nasze siły. W rzeczywistości jest zgoła inaczej.

Warto stawiać sobie wielkie wyzwania.

Jestem święcie przekonany, że każdy z nas, przynajmniej raz na jakiś czas, powinien wyznaczyć sobie cel, który będzie wydawał mu się zdecydowanie ponad jego siły. Niech to będzie wyzwanie, które rysować się będzie naprawdę nieosiągalnie. Ta rzecz – to zadanie, powinno być na tyle wielkie, że postrzegać je będziemy w kategoriach szaleństwa, a czasami i totalnej głupoty. Nie chodzi tu o robienie czegoś głupiego lub pozbawionego sensu. Wyzwanie to powinno być ściśle związane z tym, co robimy do tej pory i w czym realizujemy się na co dzień.

  • Jeśli ktoś jest biegaczem – niech jego wyzwanie dotyczy biegania.
  • Jeśli ktoś każdego dnia pracuje w biurze – niech wyzwanie dotyczy właśnie tejże pracy.

Chodzi o to, aby pomimo swojego pozornego przerastania naszych możliwości, ten cel, niejako pasjonował nas i napawał nas nutką ekscytacji. Nie muszę chyba pisać, że jeśli młody chłopak zakochany w piłce nożnej, rzuci sobie wyzwanie wydziergania 10 swetrów w ciągu dnia, to nie podoła, bo się tym nie interesuje, prawda?

Z własnego doświadczenia wiem, jak wielką moc mają w sobie takie z pozoru nieosiągalne wyzwania. Potrafią zbudować charakter człowieka jak nic innego. Żadna książka pod słońcem nie jest w stanie zastąpić tego, co sami możemy przeżyć. Ponadto ważne jest też to, co sami możemy się o sobie dowiedzieć w takich chwilach – bądź co bądź – także cierpienia. W końcu wielkie wyzwanie oznacza też nie rzadko poświęcenie i totalny brak komfortu. Tego nie da się uniknąć, ale właśnie dlatego jest to tak bardzo pouczające.

Sama rzetelna próba realizacji takiego wyzwania potrafi odmienić człowieka. Prawdziwe zaangażowanie się w wypełnienie tego jednego, jedynego i jakże wielkiego celu, potrafi napełnić nas nie tylko motywacją, ale szczerym zwiększeniem samooceny we własne siły.

wyzwanie

Wyzwanie odkrywa nasz wewnętrzny potencjał.

Jednak największą korzyścią płynącą z takiego działania jest całkowite przemodelowanie swojego sposobu postępowania. Nagle okazuje się, że to, co robiliśmy do tej pory, było tylko namiastką tego, na co nas naprawdę stać. Uświadamiamy sobie, że nasze codzienne starania to tylko igraszka w porównaniu do tego, co tak realnie możemy zdziałać. W ten sposób zwiększa się nasza efektywność. Zaczynamy bardziej wierzyć w siebie i dostrzegamy, że nasza granica bólu, cierpienia, wytrzymałości i jakiejkolwiek umiejętności, jest o wiele dalej, niż mogliśmy sądzić. Od momentu zrozumienia tego wszystkiego, zaczynamy działać szybciej i lepiej. Stajemy się jeszcze lepsi w tym, co robimy, bo nagle odkrywamy w sobie nowe pokłady możliwości.

Możliwości, które zostały przez nas odnalezione, poprzez postawione sobie wyzwanie i próbę jego realizacji. Możliwości, które zawsze w nas były, ale nigdy nie potrafiliśmy w nie uwierzyć. Dopiero coś tak namacalnego, jak przekonanie się na własnej skórze, na co nas stać, daje nam jasny obraz tego, że w rzeczywistości możemy zrobić o wiele więcej.

Potrzebujesz przykładu? Posłuchaj mojej historii.

Kiedy mój przebiegany tygodniowy dystans oscylował w granicach 10 – 20 kilometrów, zapisałem się na bieg górski, w ramach którego miałem do pokonania ponad 80 kilometrów po górach. Całość rozłożona była na dwa dni, ale nie zmienia to faktu, że dystans i warunki były zdecydowanie ponad moje siły. Pragnąłem jednak tego, o czym jest ten cały tekst. Chciałem się sprawdzić. Łaknąłem wyzwania. Oczywiście, że ten pomysł był irracjonalny, a chęć jego realizacji zakrawała na żart, ale mimo to stanąłem na linii startu.

psychika

Niestety, zmagania zakończyłem po pierwszym dniu i prawie czterdziestu przebiegniętych/przemaszerowanych kilometrach. Byłem tak zmordowany, że przez trzy kolejne dni uczyłem się chodzić, a paradoksalnie ze zmęczenia nie mogłem spać. Podczas zawodów łapały mnie skurcze, a ból mięśni był nie do wytrzymania. Bolało mnie wszystko, ale nie to było najważniejsze. Pomimo że moje wielkie wyzwanie zakończyło się fiaskiem, to nauczyłem się czegoś bardzo ważnego o sobie samym.

Czego się nauczyłem?

To, co do tej pory robiłem na treningach i co wydawało mi się moim absolutnym maksimum zdolności, było niczym w porównaniu do tego, co zrobiłem tam – na Babiej Górze. Czy wstąpiły we mnie jakieś ukryte moce? Jasne, że nie. Po prostu wykorzystałem drzemiący we mnie potencjał, który jest w każdym z nas. Tylko że ukryty. Wydobyłem go na światło dzienne. Trudno byłoby mi to zrobić w normalnych treningowych warunkach, ale na zawodach, gdzie stawka była o wiele wyższa, dałem z siebie tyle, o ile nigdy bym siebie nie posądził.

I nie chcę być gołosłowny. Bo to zadziałało i dało swój efekt.

Efekty nauki.

W ostatnich kilku latach nigdy nie przebiegłem więcej niż 15 kilometrów za jednym razem. Pamiętam, kiedy zrobiłem to w maju i myślałem, że umrę. Dosłownie. Miałem dość. Od tej pory nie trenowałem jakoś przesadnie, a mój trening można nazwać naprawdę mocno rekreacyjny. Po prostu sobie biegałem, ale bez większego składu, ani ładu. Niemniej jednak przyszedł czas, kiedy w ramach małej rodzinnej tradycji, wraz z bliskimi przeszedłem blisko 21 kilometrów. Coroczna zasada była taka, że w jedną stronę maszerujemy, a w drugą wracamy samochodami.

Jednak raptem kilka dni przed dniem wędrówki wpadłem na pomysł nowego wyzwania. Wyzwania, które miało się odbyć bagatela – 10 dni po moim powrocie z gór, czyli z poprzedniego nieudanego wielkiego celu, który jak już wspominałem  – wiele mnie nauczył. Otóż, chciałem wrócić biegiem, co oznaczało, że decydowałem się na ponad 40 kilometrów pokonanych na nogach. Dla chłopaka, który prawie umarł po przebiegnięciu kilkunastu kilometrów, miał to być nie lada wyczyn.

Ale wiecie, co?

Udało się. I nie piszę tego dlatego, że się chwalę. Miałem wiele kryzysów, a moje kostki wołały o ratunek jakieś 15 kilometrów przed celem, ale mimo to, nie poddałem się. Wiecie dlaczego? Bo miałem w głowie to, co czułem w górach. Ten ból. To cierpienie. Widziałem przed oczami tę granicę swojej wytrzymałości i zrozumiałem, że dam radę, bo jestem silniejszy, niż myślę. I nie pomyliłem się.

cele

Duma ze zrobienia czegoś pozornie niemożliwego.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak wielką dumę z siebie może czuć człowiek, który zrobi coś, co wydawało mu się do tej pory kompletnie niewykonalne. Nagle zacząłem patrzeć na siebie w zupełnie inny sposób. Wiem teraz, że mogę zrobić więcej i poznałem swoje granice. Czuję, że mogą one zostać wystawione na jeszcze cięższą próbę, bo wierzę, że my wszyscy jesteśmy silniejsi, niż przypuszczamy. Takie jedno wyzwanie w jednej dziedzinie, można przenieść na całe życie. Bo jeśli odkryłem drzemiący we mnie potencjał w sporcie, to dlaczego nie miałbym tego zrobić w nauce albo czytaniu?

Stawiaj sobie cele w dziedzinie, którą naprawdę kochasz.

Właśnie o to Was wszystkich proszę. O stawianie sobie wyzwań w tej dziedzinie, w której chcecie się realizować. Warto wyznaczać sobie cele, które z pozoru wyglądają na absolutnie nieosiągalne. Obiecuję Wam, że już sama próba zdobycia ich, podczas której dacie z siebie więcej niż do tej pory, zaowocuje całkowicie inną mentalnością. Spojrzycie na siebie i swoje życie innym okiem. Wzrokiem, który będzie sięgał dalej i wyżej, gdzieś poza horyzont, który w rzeczywistości będziecie mogli osiągnąć. Jak widzicie z przykładu, który Wam podałem, jedno wielkie wyzwanie sprawiło, że zrealizowałem drugie, które wydawało się nie do zrobienia. Nie chodzi tu o jakiś mistyczny lub magiczny moment. To jest po prostu siła uwierzenia we własne możliwości. Uświadomienia sobie, że poczucie komfortu blokuje nasz ludzki potencjał. Wystarczy przekroczyć tę granicę i nagle znajdujemy się w bezmiernej otchłani, która pomimo bólu i cierpienia, oferuje nam szansę na realizację zadań, o których do tej pory nawet nie śmieliśmy marzyć.

  • Jeśli jesteś początkującym pisarzem i do tej pory pisałeś trzy strony dziennie, to przez tydzień, rzuć sobie wyzwanie, że będziesz pisał nie trzy, ale trzynaście stron.
  • Jeśli jesteś ambitnym księgowym, pracującym po czterdzieści godzin tygodniowo, wtedy poświęć jeden tydzień i pracuj dwa razy tyle.
  • Jeśli chcesz być piłkarzem i trenujesz w klubie trzy razy w tygodniu, to postaw sobie za cel, że przez dwa tygodnie będziesz trenował każdego dnia.

Wielkie wyzwanie to wielka nagroda.

Chodzi o rzucenie sobie naprawdę wielkiego wyzwania. Nie takiego, które będzie w zasięgu naszej ręki, jak każdy inny, mądrze zaplanowany cel. Tutaj chodzi o zrobienie czegoś z pozoru totalnie głupiego. O wyzwanie, które będzie zdecydowanie ponad nasze siły i które będzie nas kosztowało wyjście poza strefę komfortu. Zauważmy, że nie musimy wypełnić tego niebotycznego zadania, aby odnieść należyte efekty, ale zawsze powinniśmy celować w sam szczyt. Przystępuj do jego realizacji z myślą, że chcesz wziąć całą pulę. Tylko w ten sposób będzie odpowiednio zmotywowany i będziesz mógł wyjść poza własną, zdradliwą strefę komfortu.

Dlaczego warto przynajmniej raz w życiu spróbować zrobić coś nieosiągalnego?

Bo może się okazać, że ta rzecz jest w naszym zasięgu, a My jesteśmy silniejsi, niż myśleliśmy.

Rzuć sobie wyzwanie.

Podejmiesz je, czy się przestraszysz?

#kolejne artykuły