Nanga Parbat - góra, którą wybrał Tomasz Mackiewicz. | worldmaster.pl
#

Żył skromnie. Nie wychylał się. Robił to, co kochał i potrafił odnaleźć w tym większy, głębszy sens. Zawsze na uboczu. Zawsze odizolowany od świata, ale z własnego wyboru. Starający się szukać ścieżek, które będą dla niego odpowiednie. Miłośnik majsterkowania, co do którego miał dar. Lubił jazdę na rowerze. Kochał dzieci, a dzieci kochały jego. Spokojny, opanowany, ale zawsze poszukujący sensu życia. Żył niestandardowo. Był po wielu przejściach. Kochał podróżować, ale przede wszystkim rozkochał w sobie góry. A zwłaszcza tą jedną, jedyną…

Nanga Parbat.

Oto cały Tomasz Mackiewicz.

Tomasz Mackiewicz

Źródło: www.przegladsportowy.pl

Autor Mariusz Sepioło.

Zabierając się za czytanie książki, ogromnie bałem się, że została ona napisana „na kolanie” i nie znajdę w niej nic, co mogłoby szczególnie zainteresować czytelnika, poza ckliwymi opisami. To być może brzmi brutalnie, ale niestety jest tak, że tragedia ludzka, przyciąga wiele osób, które w mniej lub bardziej jawny sposób, chcą na tym w pewnym sensie zarobić. Dlatego obawiałem się, że Nanga Dream, to książka, wykorzystująca rozgłos, jakie zyskało wydarzenia ze stycznia 2018 roku na górze Nanga Parbat.

Jednak już od pierwszych stron zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony!

Przede wszystkim zacznijmy od tego, że autor książki – Mariusz Sepioło to nie jest pierwszy lepszy autor, który nie jest zorientowany w temacie. Naturalnie nie jest to osoba, która może podzielić się własnym komentarzem, znając bieżące wydarzenia z autopsji, jak to ma miejsce, chociażby w „Anatomii Góry” Rafała Froni. Niemniej jednak, w moim odczuciu działa to na korzyść tej pozycji.

Mariusz Sepioło to autor, który w dorobku ma już takie książki, jak „Himalaistki. Opowieść o kobietach, które pokonały każdy szczyt” oraz „Ludzie gady”. Warto również dodać, że wszystkie jego książki zbierają naprawdę pozytywne noty, choć nie są to pozycje, które królowałby w rankingach bestsellerów.

W mojej ocenie jest to wina raczej tematyki, jaką on porusza, która nie jest zanadto popularna w obecnych czasach, a nie koniecznie samej jakości książki.

Czy Tomasz Mackiewicz został stworzony przez tragedię?

Mariusz Sepioło wciela się przede wszystkim w rolę osoby, które przeprowadza rozmowy z osobami najbardziej znającymi życie głównego bohatera, jakim naturalnie jest Tomasz Mackiewicz. Trzeba mu oddać, że robi to naprawdę wnikliwie. Obrazy, jakie ujawniają się naszym oczom, po czytaniu kolejnych wypowiedzi bliskich osób Tomka, są nad wyraz żywe i przede wszystkim – osobiste. Trudno mi jest sobie wyobrazić, ile nerwów i sił, kosztowała autora każda taka rozmowa.

W książce znajdziemy wypowiedzi, chociażby taty Tomasza Mackiewicza, jego pierwszej oraz drugiej żony, a także przyjaciół.

Tak naprawdę, zanim jeszcze przewróciłem pierwszą stronę, stanąłem przed dylematem natury moralnej. Trudno się o tym mówi, zwłaszcza że Tomasz Mackiewicz nie żyje i wydarzenia na Nanga Parbat były niewątpliwie tragedią. Jednak zadałem sobie jedno, fundamentalne pytanie:

„Czy gdyby nie tragedia na Nanga Parbat, to czy kiedykolwiek tak szeroka opinia publiczna, usłyszałaby o Tomaszu Mackiewiczu?”

Nadal podtrzymuję swoją odpowiedź, a brzmi ona:

Wątpię.

To brzmi brutalnie, ale czy tak właśnie nie jest? Czy tak nie jest, że zaczynamy się interesować wieloma sprawami dopiero wtedy, kiedy je tracimy lub kiedy nabierają rozgłosu? A skąd się często bierze ten rozgłos? Nierzadko właśnie z tragedii.

Nanga Parbat

Źródło: www.national-geographic.pl

Po przeczytaniu tej książki i zapoznaniu się z kilkoma innymi źródłami, odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że ten brak rozgłosu Tomaszu Mackiewiczowi w ogóle mu nie przeszkadzał. Ba… On go w ogóle nie potrzebował. A przynajmniej tak wynikało z jego wypowiedzi, stylu życia i sposobu na nie, jakie preferował, a było one co najmniej nietuzinkowe. Na końcu książki możemy przeczytać słowa Wojciecha Kurtyki (jednego z najznakomitszych polskich himalaistów), który opisuje nimi zmarłego Mackiewicza:

„To był człowiek z innej bajki, z innej planety. […] Tomek był w tym gównianym świecie absolutną perełką, miał w sobie czystość motywacji i wielką potrzebę kontaktu z górami.”

Zacznijmy jednak od początku…

Złe, dobrego początki.

Tomasz Mackiewicz urodził się 13 stycznia 1975 roku. Od dziecka wychowywał się w Działoszynie. Miał starszą od siebie siostrę Agnieszkę, która w przyszłości wielokrotnie będzie się o niego troszczyć i dbać. Jego ojcem był Witold Mackiewicz, którego wypowiedzi przytaczane w książce pomagają nam jeszcze mocniej zagłębić się w świat Tomka. Od razu widzimy, że Tomasz był bardzo związany z wiejską przestrzenią. Od najmłodszych lat cenił sobie swobodę, co ułatwiało mu mieszkanie u dziadków i brak kontroli rodziców, którzy żyli w Częstochowie. Dlatego przeprowadzka w późniejszym wieku właśnie do tego większego miasta, nie działała na niego pozytywnie. Dziś powiedzielibyśmy, że popadł w złe towarzystwo, ale on po prostu nie potrafił znaleźć swojego miejsca. Swoje nowe otoczenie opisywał:

„Wszyscy mieli jakieś inne zupełnie priorytety i one wszystkie były z dala od natury.”

Wiecznie szukał…

Młody Tomasz Mackiewicz odnajduje nie to, czego od zawsze szukał i za co potem zginął… Najpierw wącha klej, na czym przyłapuje go ojciec. Wścieka się. Jakiś czas później, Tomek wraca do domu naćpany. Wiecie, co mówi mu ojciec, który – warto nadmienić – nawrócił się i gorąco wierzy w Boga, odkąd przeżył nowotwór jelita grubego, gdzie dawano mu raptem trzy miesiące życia?

„Za bardzo cię kocham, żeby patrzeć, jak umierasz na własne życzenie. Tu masz spakowaną walizkę. Opuść mój dom.”

Powtórzył mu to następnego dnia, kiedy Tomasz był świadomy rzeczywistości. Przejął się. Poprosił o pomoc i ojciec mu pomógł. Zaprowadził go ludzi, którzy wiedzieli o takich sprawach o wiele więcej.

I właśnie w tej sposób Mackiewicz trafił do Monaru w Gaudynkach. Jest to wieś na Mazurach, w której nasz główny bohater spędził kilka lat swojego życia, które uleczyły go z nałogów, a dodatkowo w pewien sposób ukształtowały. Chciałbym w tym miejscu wtrącić dygresję, że to może wydać się dziwnie, ale to już kolejna recenzja książki, w której mamy sposobność poznać Monar. Wcześniej była o nim mowa w książce pt. „Najlepszy” z Jerzym Górskim w roli głównej.

Poszukiwanie siebie.

Pobyt  w Gaudynkach ma wiele swoich dobrych stron – przechodzi na weganizm, przestaje jeść mięso i według opinii innych, daje mu to siłę do przezwyciężania innego, silniejszego nałogu, jakim były narkotyki. Poznaje również Witka Kondrackiego. Chłopaka, który podobnie jak Mackiewicz ćpał i wręcz balansował na granicy życia i śmierci. Jednak to nie on wywrze na życiu Tomasza tak wielkie znaczenie. Chodzi tu o jego siostrę – Joannę, która w przyszłości stanie się żoną Tomka i wyda mu dwójkę dzieci.

Zanim jednak do tego dojdzie, czekać go będzie wiele perypetii. Wiele przegadanych godzin, wiele wspólnych wyjść, spotkań i wiele godzin majsterkowania przy przeróżnych narzędziach. Bo trzeba zaznaczyć, że Tomasz Mackiewicz był prawdziwą złotą rączką. Potrafił ze starego grata, zrobić prawdziwe arcydzieło. Sprawiało mu to radość i uwalniało go.

Jednak w całym jego życiu nie to było najważniejsze. Przełomowym dla niego momentem było poznanie Witolda Kondrackiego – seniora. Ojca Witka, a także jego przyszłego teścia. Człowieka, który zwiedził cały świat. Był profesorem i pracował naukowo. Był również niewidomy odkąd w wyniku felernego wypadku, wybuch pozbawił go wzroku w dzieciństwie. Lubił eksperymentować. Interesowała go chemia i to właśnie chemiczny eksperyment zgasił mu światło przed oczami na zawsze.

Po wyjściu z Monaru, Tomasz nie potrafił odnaleźć swojego miejsca. Jeździł, szukał, pomieszkiwał u znajomych, u rodziców. Ciągle był w ruchu. Sam twierdził, że jego dom jest tam, gdzie powiesi swoją czapkę. Zresztą bardzo je lubił. Stąd wzięło się jego przezwisko – Czapkins. W pewnym momencie trafia do domu Kondrackich i od tego momentu jego życia zmienia się. Godzinami rozmawia z profesorem, który opowiada mu o odległych krajach. Coraz bardziej rozumie, że właśnie tego pragnie. Widzi w tym wszystkim dla siebie szansę.

Jego pierwsza żona powie o nim:

„On był w tym wszystkim trochę kanciasty. […] Tomek czuł się inny, gorszy.”

Tomasz Mackiewicz był człowiekiem czynu, słowa wprowadza w życie.

I tak się wszystko zaczyna…

Duchowe nawrócenie.

„W sumie poszwendałem się po Azji przez rok, bez kasy, czasem na nielegalu przekraczałem granice. Kazachstan, Rosja. Ta wyprawa pokazał mi, że nie ma się czego bać, że świat stoi otworem, można próbować.”

Podczas swojego pobytu, pracował między innymi u doktor Heleny Pyz, w ośrodku dla trędowatych w Indiach. Kochał podróżować na rowerze. Pewnego razu, kiedy kończyła mu się wiza, musiał udać się do odległego o 2500 kilometrów Bangladeszu. Co robi Tomasz? Wsiada na rower i po prostu jedzie. Wszyscy się martwią. Nikt nic nie wie, a Tomasz jest w swoim żywiole.

Wielu twierdziło, że Tomasz w Indiach nawrócił się, ale z książki wynika, że nigdy nie był zanadto religijny. Siostra jego pierwszej żony – Małgosia Sulikowska, twierdziła, że bliżej było mu do buddyzmu, a wiadomości na temat nawrócenia są naciągane.

Według mnie nawrócenie w istocie mogło nastąpić, ale nie miało żadnego związku z religią, ale duchową przemianą. Bo niewątpliwie wyprawa do Indii, Tomasza przemieniła. Uwierzył, że można coś zrobić i dla mnie jest to po prostu prosty, ale też piękny przykład o tym, co w życiu możemy, a czego nie. Nie miał pieniędzy – pojechał. Nie znał kraju – pojechał. Brakowało mu wszystkiego – pojechał. Dlaczego? Bo chciał.

Niestety my tak nie potrafimy, a wielu z nas jest zagubionych. W przeciwieństwie jednak do Tomasza, my nie szukamy, ale siedzimy i narzekamy, oczekując, że „samo przyjdzie”.

góry

Źródło: www.tvp.info

Zachłyśnięcie się górami.

„Wszystko zaczęło się wtedy, gdy poznałem Marka Klonowskiego” – powiedział Tomasz Mackiewicz i trudno się z tymi słowami nie zgodzić. Poznaje go pewnego dnia w Irlandii, do której wyjeżdża razem z żoną Joanną i w której znajduje swój drugi dom. W międzyczasie po raz pierwszy Tomek próbuje również wspinaczki skałkowej i wszyscy, którzy go obserwują, zgodnie twierdzą, że ma talent. Mówią o nim, że płynie, a nie chodzi. To tylko jeden z wielu talentów do wspinaczki, jakie posiadał.

Innymi było m.in. bardzo dobre rozeznanie się w terenie oraz zadziwiająca wydolność, która pozwała mu wytrwać na wysokościach dłużej, niż ktokolwiek mógłby sądzić. Ta sama zdolność w przyszłości miała go zgubić…

Razem z Markiem Klonowskim zdobywają najwyższy szczyt Kanady Mount Logan, gdzie dla Tomka rozgrywa się właśnie przygoda życia. Marek to już bardziej doświadczony wspinacz. Zdobywca m.in. Elbrusa i Denali po podróży autostopem od Nowego Jorku do Alaski.

Następny cel? Chan Tengri.

Zobaczcie proszę reakcję babci Tomka na wieść o jego kolejnej podróży. Teraz, kiedy wiemy już, co stało się na zboczach Nanga Parbat, jej słowa nabierają głębszego znaczenia…

Oczywiście zdobywa go, ale nie bez trudności. Wyprawa ma dla niego jednak wymiar o wiele większy. Na szczyt – w małym pudełeczku – zanosi prochu swojego zmarłego dziecka. To również zostało uwiecznione na nagraniu, na którym widać bardzo wzruszonego Tomka

Mistyczna relacja z Nanga Parbat.

Związek Tomasza z „Nagą Górą” był bardzo osobisty. Traktował ją nie tylko, jako coś do zdobycia. Dla niego wejście na nią było celem samym w sobie. A świadczyć o tym może fakt, że próbował wejść na nią siedem razy.

Za siódmym mu się udało… Ale góra wzięła swoją ofiarę. Pozwoliła się zdobyć, ale zwycięzcę zebrała ze sobą…

Piękne są słowa księdza, który znał rodzinę Mackiewiczów. Powiedział je do Witolda – ojca Tomasza:

„Ja Ci nawet nie będę składał kondolencji. Tomek pozostał tam, gdzie ulokował swoją wielką miłość – Na Nadze. Ja się, Witold, zawsze modlę: jeśli śmierć, to tylko przy ołtarzu.”

Kolejna lekcja, jaką wszyscy powinniśmy poznać. To może być dla wielu zbyt mocne, a już na pewno dla wielu nieosiągalne, ale jeśli ginąć, to w imię tego, w co się wierzy…

Nie będę rozwodził się na temat tego, co wydarzyło się na Nanga Parbat. O tych wydarzeniach wciąż możecie przeczytać w Internecie. Znajdziecie tego bez liku. Zamiast tego, chciałbym jeszcze poświęcić parę słów Tomkowi.

Outsider w każdym calu.

Tomasz Mackiewicz był niewątpliwie outsiderem i postacią niezwykle barwną, ale pod pewnym względem też tragiczną. Wyłania nam się obraz człowieka, który nie godził się na panujący na świecie porządek. Odrzucił środowisko górskie, choć nie można oprzeć się wrażeniu, że to ono pierwsze odrzuciło jego. Konflikt na linii Mackiewicz – PZA, eskalował i przybierał przeróżne postacie. Ci drudzy strasznie ignorowali jego oraz Marka Klonowskiego. Uważali ich za niedoświadczonych nowicjuszy, dlatego że nie mieli praktyki w Tatrach, czy Alpach.

A Mackiewicz miał po prostu swój własny styl i to trzeba mu oddać.

W mojej ocenie Tomasz Mackiewicz był outsiderem wiecznie poszukującym siebie. Szukał sensu życia i ten sens znalazł na Nanga Parbat. To ją wyjątkowo ukochał. Nawet wtedy, gdy Simone Moro, jako pierwszy człowiek w historii zdobył ją zimą, Tomek nie poddał się. Walczył dalej i to może tylko świadczyć, że nie chodziło mu wyłącznie o zaszczyty i bycie najlepszym.

On to po prostu kochał.

Nie był oczywiście bez wad. Skłócił się ze swoim przyjacielem Markiem Klonowskim. Zarzucał Simone Moro kłamstwo w kwestii zdobycia szczytu. Związał się z drugą kobietą, która potem została jego żoną.

Ale w świetle tego wszystkiego, Tomasz Mackiewicz, nie był człowiekiem, który robiłby to z czystej nienawiści, złości, czy niechęci. On po prostu taki był. Na swój sposób uroczy, ale też inny i wyobcowany.

Góry – Jego miejsce na Ziemi.

Góry dały mu wolność. To w nich szukał siebie. To na Nanga Parbat odnalazł swój sens życia. Myślał o niej, mówił. On nią żył.

Historia jest tym bardziej tragiczna, że Tomasz Mackiewicz wydaje się po prostu normalnym, zwykłym człowiekiem. Takim jak ja, czy Ty drogi czytelniku. Prosty, miły i uśmiechnięty. Nie mam zamiaru się tego wstydzić, ale oglądając filmiki na YouTube z jego życia, w oku kręci się łza. Zresztą… Spójrzcie sami, chociażby na to krótkie nagranie:

Tomasz Mackiewicz właśnie taki był i nie przychodzi mi nic innego do głowy, jak mógłbym go jeszcze inaczej określić.

„Jestem tego pewny, w głębi duszy o tym wiem, że gdzieś na szczycie góry, wszyscy razem spotkamy się”

Antoine de Saint-Exupéry w swoim ponadczasowym hicie „Mały Książę” napisał:

Na zawsze ponosisz odpowiedzialność za to, co oswoiłeś.

„Mały Książe” to książka, która nie jest zwykłą czytanką dla dzieci. W mojej ocenie jest to utwór przede wszystkim dla dorosłych, którzy zbyt mocno zatracają się w swoim własnym, wewnętrznym wyścigu. A powyższy cytat traktuje odpowiedzialność w sposób, w jaki traktowana być powinna.

Czy tak właśnie jest? Czy tak właśnie postępujemy, zgodnie ze słowami cytowanego autora?

Cóż… Posłuchajmy kolejnego cytatu, również z tej książki.

Człowiek naraża się na łzy, gdy raz pozwoli się oswoić.

Nie chciałem tego pisać wprost, ale odpowiadając na wcześniejsze pytanie – nie. Wcale tak nie jest. Odpowiedzialność za czyny, słowa i zachowanie, którego się podejmujemy, kompletnie nie współgra z tym, jak to wyglądać powinno. Zresztą, jak wiele rzeczy w naszym życiu…

Oswajanie ludzi.

Cytowanie Małego Księcia zostawię sobie na inną okazję, choć nie ukrywam, że przychodzi mi to z łatwością. Wiele zawartych tam zdań to prawdziwa skarbnica uniwersalnych prawd. Choćby to:

Decyzja oswojenia niesie w sobie ryzyko łez.

Możecie się zastanawiać, dlaczego piszę tak wiele o tym całym oswajaniu. Przecież nie mam zamiaru pisać o zwierzętach i ich relacjach ze swoimi właścicielami. Jednak wbrew pozorom wcale nie musimy mieć domowego futrzaka, aby „oswajanie” i odpowiedzialność nas dotyczyła. Tak naprawdę, zauważcie, że w swoim życiu oswajamy także…

Ludzi.

Naturalnie stosuję to określenie w sposób metaforyczny, ale sens wypowiedzi jest niezmienny. Swoim zachowaniem, mówieniem i całościowym sposobem bycia, mniej lub bardziej przyciągamy do siebie pewne osoby. Przekonujemy ich do siebie i niejako wchodzimy z nimi w bliższe relacje. Nie mówię w tym momencie od razu o relacjach czysto damsko-męskich. Tak naprawdę oswajanie dotyczy każdej, normalnej znajomości, która rzecz jasna może przerodzić się w głębsze i trwalsze uczucie.

Jest to dla nas coś codziennego i aż nazbyt zwyczajnego. Interakcje z drugim człowiekiem są wpisane w nasze DNA. Nie przykładamy więc do tego większej uwagi. Traktujemy to jako coś normalnego, bo przecież ludzie obok nas byli, są i będą. Przebywamy z rodziną od najmłodszych lat, w szkole spotykamy znajomych, przyjaciół, a w pracy współpracowników. Idziemy do sklepu i nawiązujemy kontakt z tą samą, panią Grażynką, która zawsze się do nas uśmiecha zza lady. U fryzjera pan Zygmunt z bujnym wąsem, zawsze z nami porozmawia o sporcie i przeszłych czasach.

Wszędzie są ludzie i wszędzie budujemy kontakty.

Czyli idąc tropem Małego Księcia – wszędzie oswajamy ludzi.

Idąc jeszcze dalej – ponosimy także za to odpowiedzialność.

mały książę

Źródło: poznan.wyborcza.pl

Odpowiedzialność na każdym kroku.

Nasuwa mi się w tym momencie pytanie – za co ponosimy odpowiedzialność i w jakim stopniu?

W moim odczuciu, odpowiedzialność ponosimy głównie za swoje zachowanie. I to takie zachowanie, które nas stricte nie dotyczy, ale właśnie osób, które oswajamy. Najprostszym przykładem mogą być nasze słowa. Jestem pewien, że każdy z nas, choć raz pytany był o drogę. Czuliście wtedy tę nutkę niepokoju, kiedy pytający oddalił się we wskazanym przez Was kierunku, a wy przez następnych kilka minut zastanawialiście, czy aby na pewno wszystko dobrze przekazaliście? To jest właśnie odpowiedzialność. Oczywiście, że potencjalne niepowodzenie, może wynikać z zupełnie innych, niedotyczących Was czynników. Aczkolwiek, jeśli źle wskazaliście drogę, a pytający przez kolejną godzinę błąkał się, wpadając w histerię, to w pewnym stopniu, Wy jesteście za ten stan rzeczy odpowiedzialni.

Jak wielka ta odpowiedzialność jest, zależy od stopnia oswojenia. Jestem zdania, że jednak mniejsza wina spadnie na nas, kiedy udzielimy błędnej wskazówki, szukającemu drogi niż w przypadku bezpodstawnego rzucenia chłopaka lub dziewczyny.

Odpowiedzialność znika w tłumie.

Odpowiedzialności jednak w naszym społeczeństwie nie ma. I piszą społeczeństwo mam na myśli pewną grupę ludzi, którą widzimy na każdym kroku, każdego dnia. Poszukujecie przykładu? Przeprowadzono badanie, które polegało na tym, że osoba podstawiona przez badaczy, leżała w miejscu publicznym i nie ruszała się. Było to miejsce, którym przemieszczało się naprawdę wielu ludzi. Wszyscy znamy te scenariusze z życia, prawda? W większym mieście na porządku dziennym jest spotkać leżącego gdzieś pod murkiem pana Janusza, który odpoczywa po upojnej nocy.

Niestety (lub stety) badacze poszli o krok dalej. Doskonale zdawali sobie sprawę, jaki stosunek mają ludzie do osób brudnych, śmierdzących alkoholem i bezdomnych. Na ogół nikt im nie pomaga, bo wszyscy wiedzą, kim są i dlaczego w takim stanie się znajdują (choć i to może być czasami błędne!). Z tego więc powodu, człowiek podstawiony przez badaczy nie wyglądał jak typowy uliczny pijaczyna.

Co więcej! Ubrany był w garnitur i wyglądał bardzo schludnie. Słowem – w niczym nie przypominał osoby, która mogłaby mieć problemy z alkoholem i z tego powodu leżała na ziemi.

Jak myślicie? Jaka była reakcja przechodniów, czyli osób badanych?

Dokładnie taka sama, jakby leżał tam pijak. Wszyscy przechodzili niewzruszeni obok leżącego człowieka, który przecież mógł mieć w tamtej chwili zawał, wylew krwi do mózgu albo udar!

Wyjaśnienie.

Nastąpiło rozproszenie odpowiedzialności, zwane też efektem widza. Wszyscy, którzy widzieli, ale nie pomogli, nie czuli się winni za swój brak reakcji, gdyż twierdzili zapewne, iż odpowiedzialność spoczywa nie tylko na nich, ale na całym tłumie, który wraz z nimi podążał. Zadziałała w tym momencie psychologia tłumu. Skoro inni nie reagują, to dlaczego ja mam to robić? Albo – Skoro inni też tutaj są, to przecież nikt nie mówi, że to ja mam udzielić pomocy.

Oprócz faktu, iż odpowiedzialność jest nam obca i nie jest wpisana w nasze naturalne, ludzkie odczucia, warto również zauważyć, że prawdopodobieństwo rośnie gwałtownie w chwili, kiedy leżącego człowieka, potrzebującego pomocy, widziałaby tylko jedna osoba. Wtedy dopiero może ona poczuć się do obowiązku zainteresowania się, gdyż doskonale wie, że jest sama i to na niej spoczywa odpowiedzialność.

Apel do wszystkich Twórców.

Czuję, że równie dobrze mógłbym uderzać głową w mur, ale spróbuję. Zresztą… Po raz kolejny.

Drogi Twórco! Drogi Influencerze! Człowieku, którego oglądają/słuchają/czytają ludzie!

Wiedz proszę, że Twoje treści docierają do ludzi. Żywych ludzi. Nie awatarów. Nie pseudonimów i nie pustych nazw, niemających sensu. Po drugiej stronie ekranu siedzi żywy człowiek. Dokładnie taki sam, jak Ty i ja. I on to chłonie. Nierzadko całkowicie pozbawiony krytycyzmu i sceptycyzmu wobec widzianych treści. Ten człowiek, który Was obserwuje, nie jest też tylko bierny. Wiele Waszych treści bierze do siebie i w mniejszym lub większym stopniu wprowadza do życia. Sugeruje się nimi, a w skrajnym przypadkach, są to dla niego życiowe drogowskazy.

Jeśli więc kłamiecie, oszukujecie, tworzycie chłam godny patologii i nawołujecie do wynaturzenia człowieka, choćby w sposób podświadomy, to myślicie, że to przechodzi bez echa pośród Waszych widzów? Zrozumcie proszę Drodzy Twórcy, że ponosicie odpowiedzialność za to, co od Was wychodzi.

zachowanie

Oczywiście, że nie możecie odpowiadać za czyjeś życie. Nikt nie może! Jednak za to, co Wy umieszczacie i w jaki sposób to robicie, jest dokładnie Waszą sprawą. Świadomość więc tego, że obserwuje Was nierzadko wiele osób, powinna Wam przyświecać w tworzeniu odpowiednich treści, pod którymi możecie się podpisać w każdej chwili dnia i nocy.

Jeśli macie problem, aby zidentyfikować, czy to, co tworzycie, jest dobre dla Waszych obserwatorów, to zadajcie sobie jedno, kluczowe pytane:

Czy powiedziałbym/powiedziałabym kiedykolwiek to samo mojej córce?

Nie ważne, czy masz dzieci, czy nie. Po prostu pomyśl, a potem wyciągnij wnioski.

Ludzie Cię widzą.

Z własnego przykładu wiem, że odpowiedzialność spotyka nas na każdym kroku. Nawet jeśli wydaje nam się, że nikt nas nie obserwuje. Oprócz tekstów, które tutaj zamieszczam, prowadzę również małą stronę na Facebooku, na której dzielę się swoimi przemyśleniami. Interakcji nie ma tam wiele, dlatego łatwo wpaść tam w pułapkę „pisania do siebie samego”. Jednak w ostatnim czasie otrzymałem komentarz i wiadomość, z której jawnie wynikało, że napisanymi przez siebie słowami wpłynąłem realne na emocje osób, które go czytały.

Teraz może to dla Was brzmieć, jak zupełne nic, ale uwierzcie, że świadomość faktu, iż Wasze słowa docierają do kogoś i realnie wpływają na życie innych osób, jest niezwykła pod każdym względem. Odpowiedzialność, jaka się w Was rodzi, jest porażająca. Tak samo, jak radość oraz szczęście, wynikające z możliwości pomagania innym.

Mały Książę miał rację?

Nie ważne więc, co robicie. Możecie prowadzić własną firmę, prowadzić swój kanał na YouTube albo być uczniem. Musicie pamiętać, że w każdej możliwe sytuacji ponosicie odpowiedzialność za to, jacy jesteście. I chcę też wskazać Wam, że możecie być także odpowiedzialni za swoje czyny względem siebie – przed sobą. W takiej sytuacji, w przypadku błędu, możecie mieć pretensje do siebie.

odpowiedzialność

Natomiast w przypadkach, kiedy wchodzicie w interakcję z drugim człowiekiem i bierzecie udział w jego życiu, wtedy zdajcie sobie sprawę, że właśnie go oswajacie. A jeśli w grę wchodzi oswojenie, to ponosicie wtedy w pewnym stopniu winę za to, jak będzie to jego życie wyglądało. Przynajmniej w danym momencie.

Zacznij od siebie.

Żeby to wszystko nie zabrzmiało jednak aż tak bardzo strasznie, chcę zdjąć z Was trochę tej presji, która narosła wokół tego tekstu. Niewątpliwie ponosimy odpowiedzialność za swoje czyny i słowa, ale uważajmy, aby nie wpaść w pułapkę zamartwiania się każdym swoim słowem. Nie żyjemy z kimkolwiek 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Nie jesteśmy przy każdym jego wyborze. Dlatego nie zawsze jest tak, że to nasze słowa wywołały końcową porażkę lub nieszczęście.

Aby jednak zachowywać się względem innych odpowiednio, znalazłem pewne rozwiązanie. Bardzo proste w swej naturze!

Wystarczy, żebyśmy potrafili panować nad swoim zachowaniem. To znaczy, abyśmy byli świadomi tego, co mówimy i tego, co robimy. Jeśli tylko weźmiemy odpowiedzialność za swoje (a nie innych) czyny, wtedy będzie to już połowa sukcesu, do którego niewątpliwie wszyscy ludzie powinni dążyć. A patrząc z nadzieją na fakt, że wielu ludzi, uczy się od innych, to nie można wykluczyć faktu, iż swoim odpowiedzialnym zachowaniem, możesz ruszyć w ruch machinę, która zmieni postępowanie innych osób w Twoim otoczeniu.

To jak? Wchodzisz w to?

Wszystko zaczęło się niewinnie. Tak naprawdę zaczęło się w sposób zupełnie przypadkowy.

Jeden mail, potem jeden wpis na Facebooku, komentarz, wiadomość, odpowiedź, rozmowa…

I dalej było już tylko pisanie.

Poszło. Udało się.

I oto jestem. Tutaj na WorldMaster. I to dokładnie po raz setny.

WorldMaster

Na samym początku proszę Was o jedno. Rozluźnijcie się. Puśćcie sobie dobrą muzykę i zacznijcie czytać. Ze zrozumieniem, bez zrozumienia – nie ma znaczenia. Ważniejsze jest otwarte serducho. Gotowi? Możemy zaczynać?

No to jedziemy.

TAK TO SIĘ ZACZĘŁO…

Jak już możecie się domyślić, nie będzie to zwyczajny tekst. Myślę, że będzie on inny niż wszystkie pozostałe, bo będzie on o mnie. Tak po prostu. Mam nadzieję, że zrozumiecie.

Robię to, bo uważam, że jest ku temu okazja. Jest to setny tekst, który pojawia się w moim wykonaniu, w tym miejscu. Dla mnie to jest szok, bo jeszcze mam w głowie dokładnie sytuację, kiedy zasiadałem do tworzenia mojego pierwszego tekstu. Był to czas, kiedy WorldMaster był jeszcze tylko wizją…

16 kwietnia 2018 rok. 21:46.

Tak to się zaczęło.

To wtedy powstał pierwszy artykuł: „Czy pieniądze rządzą światem?”.

Nawet nie wiecie, jak bardzo byłem wtedy skupiony. Dla mnie było to coś niespotykanego. Taka szansa? Taka okazja? Musiałem ją wykorzystać. Nie mogłem odpaść. I tutaj duży ukłon w stronę całej ekipy WorldMaster. Dziękuję Wam za zaufanie. Zrobiliście wtedy dla mnie więcej, niż możecie sobie tylko wyobrazić. Zwłaszcza, że ta szansa wzięła się tak naprawdę znikąd. Przypuszczam, że wtedy wiele ryzykowaliście, werbując w swoje szeregi kogoś takiego jak ja. Mam jednak nadzieję, że w jakimś stopniu udało mi się odwdzięczyć za to, co dla mnie zrobiliście.

Przepraszam, jeśli momentami będzie robiło się nostalgicznie, ale postarajcie wczuć się w moją sytuację. W sytuację chłopaka, dla którego pisanie było wytchnieniem. Sposobem na poradzenie sobie z wieloma rzeczami. Tak naprawdę wciąż tak jest, ale teraz mam miejsce, w którym mogę się tym dzielić. Wtedy tego miejsca szukałem. Otrzymałem je. Czy mogło być coś lepszego?

WORLDMASTER

Pamiętam, jak dziś, gdy po rozmowie, w której dowiedziałem się, że prawdopodobnie „się nadam”, leżałem przez dobrych kilka minut na łóżku, nie bardzo wiedząc, co zrobić i co sobie myśleć.

Pierwszy raz, kiedy tak naprawdę uwierzyłem w swoje pisanie, był podczas matury rozszerzonej z języka polskiego. Oczywiście, że wcześniej zbierałem mniej lub bardziej pozytywny feedback i pisałem na jakimś poziomie, ale zawsze brakowało mi pewnego potwierdzenia. Matura trochę mnie podbudowała. Zwłaszcza, że doskonale pamiętam, w jaki sposób pisałem moją pracę. Nie traktujcie tego, jako sposobu na Wasze rozprawy, ale mogę Wam zdradzić, że według mnie rozszerzona matura z polskiego to nie jest czas na trzymanie się sztywnych konwenansów. Dlatego mocniej pokierowałem się w stronę eseju i własnych rozważań. Chyba podziałało!

Drugi raz, było to właśnie, kiedy odezwał się do mnie Mariusz z WorldMaster i powiedział, że mogę zacząć pisać. Wtedy zapaliła się lampka w mojej głowie, że być może to jest coś więcej, niż tylko klepanie słów i przelewanie swoich myśli na papier.

Nie myślcie sobie jednak, że traktuje swoje pisanie, jako coś niezniszczalnego i wspaniałego. Wręcz przeciwnie! Muszę się jeszcze wiele nauczyć i doskonale zdaję sobie z tego sprawę.

Wracając do przerwanego wątku…

Leżałem na łóżku z dwoma wielkimi rumieńcami na twarzy i uśmiechałem się do siebie jak głupi. No, co ja Was będę oszukiwał. Byłem cholernie podekscytowany i kompletnie nie miałem pojęcia, co z tego wyniknie. Ale podobało mi się to, bo oto nagle zrozumiałem, że stałem się częścią czegoś większego. Czegoś, co ma cel i ideę, z którą sam się utożsamiam. Wszedłem w to od razu.

I żeby była jasność:

Nie żałuję.

#czytambrucha

EMOCJE I PISANIE

Napisanie poszczególnych tekstów nigdy nie było proste. Nie zawsze przychodziły mi one z łatwością. Czasami siadałem przez białą kartką papieru, w głowie miałem masę pomysłów, ale po upływie 30 minut, nie pojawiło się na ekranie nawet jedno słowo. Wstawałem wtedy sfrustrowany i niezadowolony z możności wydobycia na światło dzienne tego, co czuję. To nie będzie tajemnica, jeśli napiszę, że wiele moich tekstów jest mocno nacechowanych emocjonalnie. Nawet jeśli tego nie widzicie, to każdy tekst ma dla mnie wartość. Każdy opowiada historię. Z moim mniejszym lub większym udziałem.

Te teksty są dla mnie naprawdę ważne.

„Kiedy wciąga nas czerń” powstał w chwili, kiedy sam miałem humor, zakrawający o apokalipsę. Czułem się beznadziejnie. Usiadłem i zacząłem pisać. Czy pomogło? Trochę. Ale wiem, że pomógł on innym. I to jest najcenniejsze.

Wiecie, jaka ciekawostka kryje się za tekstem „Otwórz oczy”? Pierwsza wersja tego tekstu została utworzona, kiedy miałem bodajże 16 albo 17 lat. Nie jestem tego w stanie poprawnie określić. I wyobraźcie sobie, że ten tekst leżał sobie na dysku przez trzy lata. Wyciągnąłem go dokładnie 19 kwietnia 2018 roku. Udoskonaliłem, poprawiłem i mogłem go Wam zaprezentować. Do dziś uważam, że jest to jeden z lepszych tekstów pod kątem przelania własnych uczuć.

A tekst o rodzinie… Cóż. Byłem w szoku, kiedy rozbił bank oglądalności, ale ilekroć go czytałem, to w gruncie rzeczy nie dziwiłem się temu. To nie zabrzmi skromnie, ale wiem, że jest dobry. Dobry, bo bije w odpowiednie tony. Nazwijcie to manipulacją, ale ja nazwę to odpowiednią retoryką. Dopóki wywiera on odpowiednio pozytywny wpływ na czytelników, to nie mam zamiaru nic w nim zmieniać.

Czytając to, pewnie doświadczycie małego chaosu, ale musicie to zrozumieć. Piszę to bardzo spontanicznie. Jeśli się spodziewaliście usystematyzowanej wiedzy, gdzie będę się z Wami dzielił moimi wskazówkami odnośnie do pisania tekstów to przepraszam, ale nie. Jestem za chudą rybką, aby udzielać komukolwiek takich porad. Jedyne, co mogę napisać w tej materii, to aby wszyscy, którzy czymkolwiek się dzielą, brali odpowiedzialność za swoje słowa, myśleli i nie próbowali naśladować kogokolwiek. Czyli nie czytać poradników dla pisarzy i twórców, nie słuchać, jak skutecznie pisać, tylko właśnie pisać. Po swojemu, w swoim stylu. Tak będzie lepiej. I oczywiście czytać. Duuuużo czytać!

NARODZIŁ SIĘ Z CHAOSU

Jak już jesteśmy przy temacie chaosu, to muszę Wam zdradzić pewien sekrecik.

O ile się nie mylę, to ani jeden tekst, który napisałem dla WorldMaster, nie był planowany na zasadzie:

„Tutaj napiszę to, potem dam taki tytuł, zakończę to takimi słowami, a następnie dodam jeszcze coś w stylu XXX, żeby pobudzić do aktywności”.

Wiele tekstów tworzyłem spontanicznie, dzieląc się swoimi przemyśleniami i tym, co sam się dowiedziałem. Dużo artykułów to moja obserwacja, o czym zresztą wspominałem w TYM tekście. Jeszcze więcej tekstów leżało odłogiem przez kilka lub kilkanaście tygodni (a niektóre nawet przez lata), żeby w końcu ujrzeć światło dzienne. Czy tak musi być zawsze? Oczywiście, że nie.

Po prostu dla mnie teksty, które wychodzą prosto z serducha, ale są planowane oraz „rozrysowywane” na kartce, przestają być emocjonalne, a stają się kolejnym schematem przelanym na papier. To nic złego! Ale zawsze takie pisanie w stanie „flow” sprawiało mi o wiele więcej frajdy, niż planowanie każdego słowa. Taki już jestem, aczkolwiek nie myślcie sobie, że lekceważyłem cokolwiek, co napisałem.

Co to, to nie!

Choćby tekst: „Otyłość to choroba wciąż poszerzająca swoje kręgi”.

To był chyba jeden z tekstów, który tworzyłem najdłużej. Wszystko za sprawą danych, których potrzebowałem na użytek tego tekstu, a które ostatecznie się w nim znalazły, ale w przystępnej formie.

JAK ZDOBYĆ WYŚWIETLENIA? NIE WIEM.

Jak już tak sobie wspominamy, to nie mogę, nie napisać o tekście, który do dziś jest moim artykułem z największą liczbą wyświetleń.

Oczywiście chodzi o tekst, o rozwoju osobistym.

I widzicie. Tak to jest, że ciężko się o tym mówi, ale taka jest właśnie prawda, że teksty, które w mojej ocenie poruszają równie ważne tematy, nie „sprzedają się” tak bardzo, jak ten, który tak naprawdę…

Uderzył w odpowiednią nutę. Temat na topie. Bo kto obecnie nie słyszał o rozwoju osobistym? Przyznam się też, że robotę zrobił odpowiedni tytuł. Jednak ten zabieg był celowy. Zresztą przyjąłem za niego trochę krytyki na jednej z grup. Wciąż jednak uważam, że tytuł jest odpowiedni. Skoro przyciąga on czytelnika, który dzięki temu może zmieni swoje idiotyczne postępowanie, to dlaczego miałby być inny?

Pomimo tego, że tytuł jest „sprzedajny”, a ja uważam, że w stajni mam równie wartościowe teksty, które dysponują „widownią” parokrotnie mniejszą, to nie umniejszam wartości temu tekstowi. Bo jak mógłbym to zrobić?

Każdy tekst, który napisałem, jest dla mnie na swój sposób wyjątkowy. Na każdego poświęciłem swój czas i wiele swoich myśli, które zaprzątały moją głowę. Chwilami stawało się to tak bardzo uciążliwe i wpływało na inne życiowe kwestie, że nie potrafiłem sprawnie funkcjonować. Wtedy miałem dość pisania i nie mam zamiaru tego ukrywać. Zabrzmi to paradoksalnie, ale był też taki czas, w którym pisałem zbyt szybko i zbyt dużo. Jak to się skończyło? Wypaleniem. Resztę dopowiedzcie sobie sami.

Nie chcę czynić z siebie herosa albo kogoś wyjątkowego. Napisałem sto tekstów i jestem z siebie bardzo zadowolony, ale spokojnie. Nie potrzebuję wychwalania pod niebiosa. Lubię sobie tylko czasami powspominać i cofnąć się do chwili, kiedy się to wszystko rozpoczynało. Bo chyba każdy w swoim życiu potrafi wskazać taki punkt graniczny, od którego jego życie nagle przeskoczyło na zupełnie inny tor, z czego początkowo nie zdawał sobie sprawy.

Ale moje dzisiejsze pisanie jeszcze nie dobiegło do końca. Zanim je zakończę, wstrzymajcie się jeszcze chwilkę. Przerzućcie piosenkę na następną i czytajcie dalej. Jeśli chcecie.

STO TEKSTÓW W LICZBACH

Lubicie liczby? Ja w szkole matematyki nienawidziłem. I to tak szczerze. Nudziła mnie, męczyła i nurtowała. Zawsze mnie zastanawiało, w jakim okresie mojego życia przyda mi się wiedza na temat logarytmów albo trygonometrii. Mam nadzieję, że przez następne lata swojego życia, w końcu się o tym dowiem.

Ale do rzeczy.

Zawsze jednak za to lubiłem statystykę i cyferki, które przedstawiały „coś”. Cyferki, które niosły za sobą pewną informację. Dlatego podsumowałem trochę swoją dotychczasową twórczość.

Chcecie je poznać?

No to słuchajcie!

⇓⇓⇓ #CZYTAMBRUCHA ⇓⇓⇓

Kiedyś próbowałem również oszacować, ile czasu spędzam nad jednym tekstem. I nie chodzi mi tylko o pisanie, ale też o wszelką korektę, wprowadzanie poprawek, edycję, wstawienie odpowiednich obrazów, nadanie właściwego tytułu i wszelkie tego typu rzeczy. Nie jestem tego w stanie powiedzieć z pewnością, ale z moich obserwacji wynika, że jest to coś w granicach od 3 do 5 godzin. Nie wiem tylko, czy nadmierny pedantyzm mi w tym pomaga, czy raczej szkodzi… 

No dobrze! A teraz odpalcie swoje ulubione kawałki, bo już zbliżamy się do końca. U mnie startuje właśnie…

Jesteście wciąż ze mną? Dziękuję. Lecimy do końca.

ZAWSZE MOŻE BYĆ LEPIEJ

Pisanie dla WorldMaster nie jest dla mnie zwykłym pisaniem. Nie będę nadmiernie filozofował, ani posługiwał się przesadnym patosem. Niemniej jednak tworzenie tekstów dla Was wszystkich jest czymś niezwykłym. Sam fakt, że dziś mogę robić to po raz setny, sprawia, że mam ciarki na całym ciele.

Ale nie chcę, żeby było też tak tylko kolorowo.

Myślę, że jest to dobry czas, aby uderzyć się w pierś i powiedzieć z pełną odpowiedzialnością, że w niektórych momentach moich tekstów, brakowało mi zwyczajnie odwagi. Nie byłem tak zdecydowany, jakbym sam tego chciał. Poza tym moje teksty opierają się na mojej obserwacji. To nie są badania. To nie są eksperymenty. To samo życie. Wnioski wyciągajcie sobie sami.

No to jesteśmy już po łyżce dziegciu. Kończmy to już powoli. Co Wy na to?

W tym miejscu chciałbym podziękować Tobie. Dokładnie, Tobie. Jeśli to czytasz, to wiedz, że dziękuję Ci za każdą chwilę, którą mi poświęciłeś. Doceniam to. Nigdy bym nie pomyślał, że ktoś będzie chciał czytać to, co napisałem. Dziękuję za wszystkie upojne wieczory i poranki przy kawie. Bez Was wszystkich raczej by się to nie udało.

ZAPOWIEDŹ?

Myślę również, że setny tekst to dobry moment, aby coś zapowiedzieć. Nie chcę składać żadnych deklaracji, ale myślę, że w przyszłości styl tworzonych przeze mnie tekstów ulegnie małej zmianie. Będę starał się stawiać bardziej na rzetelną wiedzę, popartą badaniami, a nie opierać się tylko na własnych obserwacjach. Choć, nie bójcie się! I takie teksty wciąż będą się tutaj pojawiać. Bo czasami ja po prostu lubię z Wami porozmawiać. Tak zwyczajnie. Bez wszelkich konwenansów.

Nikt nie wie, co przyniesie przyszłość, ale wiem, że w przyszłości powstanie kolejny tekst tego typu. Wtedy jednak nie będę pisał o setnym, ale o dwusetnym artykule.

Dla mnie to jest coś dużego i myślę, że to zrozumiecie.

Dziękuję za wszystko!

Za to, że moje pisanie może do Was trafiać.

pisanie

Dietetyczny paranoik to… No właśnie! Kim on jest? Czy to ktoś zdrowo się odżywiający, czy wyznający żywieniową ideologię? A może żadne z powyższych? Zapoznajcie się z tekstem, który dla Was przygotowałem, bo może się okazać, że dietetyczny paranoik znajduje się w Waszym otoczeniu. Albo co gorsze widzicie go, kiedy spoglądacie w lustro…


W dzisiejszych czasach wcale nie jest tak trudno zwariować od nadmiaru wszelkiego rodzaju informacji w świecie dietetyki i zdrowego odżywiania. W końcu nastały takie dni, gdzie co druga osoba po jednodniowym szkoleniu, tytułuje się dietetykiem, a ludzie, którzy nigdy nie dotknęli sztangi, nazywają siebie trenerami. Jeśli to Was bawi (tak, jak mnie) i nie do końca wierzycie w moje słowa (ja w swoje wierzę) to polecam odwiedzić Instagrama. Wpiszcie tam sobie w wyszukiwarkę hasztag #trenerpersonalny, #zdroweodżywianie i inne pochodne słowa. Zobaczycie tam wiele osób, próbujących być trenerami, kiedy tak naprawdę większość z nich tego trenera właśnie potrzebuje.

Teraz wyobraźmy sobie panią Jadzię, która postanawia zlikwidować pielęgnowaną przez lata fałdkę na brzuchu. Ona przecież nie wie, skąd powinna czerpać swoją wiedzę. Ta biedna kobieta nie ma pojęcia, że „paker” z Instagrama, który w nazwie użytkownika doda sobie „trener personalny”, tak naprawdę nie musi być najlepszym wyborem w kwestii pomocy sylwetkowej. Jakby brakowało Wam powodów do śmiechu, to realni dietetycy i trenerzy z prawdziwego zdarzenia, są bardzo często ignorowani, bo mają zbyt słabą siłę przebicia! Ironia? Skądże! Samo życie!

Wróćmy jednak do pani Jadzi. Jak myślicie, co się z nią stanie? Co się wydarzy, kiedy odda się w ręce człowieka, który sam potrzebuje pomocy i którego wiedza kończy się na kaloriach? Pewni być nie możemy, ale myślę, że na dobre to pani Jadzi nie wyjdzie. Co więcej, nierzadko kończy się zaburzeniami, chorobami, a czasami również…

Zwariowaniem! Tak, tak! Dobrze czytacie!

Jak rozpoznać dietetycznego paranoika?

Spotkaliście kiedyś dietetycznego paranoika? Jestem przekonany, że na pewno przynajmniej raz w życiu mieliście z taką osobą kontakt! Jeśli jednak nie jesteście pewni swojej decyzji, to zapoznajcie się z poniższą listą, dziesięciu punktów, które ułatwią Wam rozpoznanie dietetycznego paranoika w Waszym otoczeniu!

1. Liczenie KAŻDEJ kalorii.

Paranoik tak już ma. Dla niego jedna brakująca kaloria w planie to grzech śmiertelny, z którego musi się wyspowiadać na niedzielnej mszy, a potem odbyć pielgrzymkę do Częstochowy na kolanach. Dlatego, aby temu przeciwdziałać, w zasadzie w ogóle nie rozstaje się ze swoim dzienniczkiem kalorii, a przed każdym posiłkiem, wszystko dokładnie analizuje w tabelach kaloryczności produktów. Dietetyczny paranoik to taka osoba, która poświęca więcej czasu na liczeniu kalorii z posiłku, niż na jego faktycznym przygotowaniu…

2.Ważenie, co do JEDNEGO grama.

Jeśli poczęstujesz paranoika jabłkiem, to jeśli nie ma akurat  pod ręką wagi kuchennej, najprawdopodobniej zabierze je do domu, aby tam móc je zważyć. Zapewne zrobi to kilkukrotnie, ustawiając urządzenie pod różnymi kątami… Bo, „co, jeśli się pomylę?!”. Wszystko musi być zważone idealnie! Przecież tylko wtedy taka osoba, będzie mogła policzyć KAŻDĄ kalorię, prawda? Jakże to pięknie i logicznie brzmi!

3.Posiłek poza domem? NIE MA MOWY!

Kojarzycie te wszelkie pudełka z jedzeniem, które każdy szanujący się „fitnesiak” pokazuje na Instagramie? Cóż… Paranoik się z nimi nie rozstaje! Nie ważne, czy jest to wypad ze znajomymi na piwo, komunia córki, czy impreza urodzinowa babci. Tylko pudełka! Sto procent albo nic! W końcu zjedzenie czegokolwiek poza domem i czegoś, co nie było przez paranoika przygotowane, to trucizna! To trucizna uczyniona przez ludzi, czyhających na jego sylwe… Tfu! Życie! Co z tego, że jesteśmy głodni, a żona właśnie przygotowała cudownego kurczaka. Wolimy głodować! Pokazujemy silną wolę i gotujemy sobie ten swój suchy ryż, kiedy w naszym organizmie żołądek zaczyna przyklejać nam się do kręgosłupa z głodu… To jest dopiero pokaz bohaterstwa i wytrzymałości!

jedzenie

4.Brak zainteresowania CENNYMI radami.

Paranoikowi nie przetłumaczysz. Choćbyś postawił mu pod nosem najznakomitszego specjalistę pod słońcem, to on i tak będzie wiedział lepiej. Jak jest niegrzeczny, to pewnie nawet go nie będzie słuchał. Natomiast grzeczni paranoicy to tacy, którzy z uwagą kiwają główką, ale w jej wnętrzu nieustannie powtarzają: „I tak wiem lepiej”. Efekt jest taki, że po wysłuchaniu wszystkich rad, oni i tak dalej robią swoje. W końcu, kto może znać lepiej ich ciało od nich samych? Co z tego, że sami robią sobie krzywdę. To nie ma znaczenia! Liczy się tylko ich zdanie. W skrajnych przypadkach paranoicy zaczynają traktować osoby, chcące im pomóc, jako wrogów, którzy pragną im coś odebrać (odebrać, ale co? Kurczaka z ryżem?!). Dojść może nawet do zerwania kontaktów i złości oraz przelania całej swojej miłości na pojemniczek z jedzonkiem… Ono przynajmniej zrozumie!

5.Dietetyczny Paranoik myśli, że jest PĘPKIEM świata.

Paranoicy mogą mieć w sobie narcystyczną duszę. Myślę też, że na ogół kulturyści, którzy potrafią godzinami oglądać się w lustrze, to również paranoicy. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, iż taki delikwent sądzi, że wszyscy mu się przyglądają i oceniają, jak wygląda? Stawianie siebie w centrum uwagi (lub sądzenie, że tak jest) dla paranoika to codzienność! Po siłowni w letni dzień ubierze oczywiście koszulkę bez rękawów, aby wszyscy mogli oglądać imponującą (sic!) muskulaturę. W kwestii żywienia jest dokładnie tak samo. Najważniejszy jest On – Pan i Władca własnego talerza. Paranoik we własnej osobie.

6.Rozmowa tylko o JEDNYM.

Dla paranoika nie ma znaczenia to, że właśnie został wybrany nowy papież. Jego nic nie obchodzi kolejny zamach terrorystyczny. Dla niego nawet urodziny córki, czy impreza rodzinna to nic innego, jak tylko temat poboczny. Paranoik dietetyczny mówi zawsze tylko o jednym. O żywieniu, o treningu, o sylwetce. O tym, co zrobił, co zjadł, co zjeść zamierza albo jakiego koloru był jego mocz. Śmiejecie się, ale myślę, że i takie rzeczy się zdarzają! Najgorzej jest jednak wtedy, kiedy paranoik postanawia uprzykrzyć życie innym! Wtedy potrafi ni stąd, ni zowąd, zacząć wyliczać, ile ktoś zjadł i ile będzie potrzebował czasu aktywności, aby to spalić. Jedno jest pewne! Takie zachowanie na pewno spowoduje brak apetytu jego słuchaczy. Tak samo, jak niechęć do takiego delikwenta.

paranoik

7.Jesteś SŁABY, jeśli robisz coś INNEGO.

Tego nie zawsze widać. Tu też zależy, czy paranoik jest kulturalny, czy ma wszystko w głębokim poważaniu. Jeśli na niczym mu nie zależy (oprócz siebie rzecz jasna) to prawdopodobnie powie nam prosto w oczy, że nie ma ochoty z nami rozmawiać, skoro nie robimy tego, co on. Grzeczniejszy natomiast, będzie mógł nas nawet z uwagą słuchać, ale w głębi duszy będzie nami gardził. W mniejszym lub większym stopniu. Nasze zainteresowania będą dla niego tylko dziecinną igraszką, bo przecież czymże one są w porównaniu z jego boskim wyczynem trzymania diety?! Sprawa jest prosta. Chcesz zyskać szacunek paranoika? Rób dokładnie to samo, co on! Odmienność nie jest tolerowana!

8.Stosowanie GŁODÓWEK.

Paranoik nie wie, co jest dobre, a co nie. Jemu zależy tylko na tym, żeby jak najszybciej zrealizować swój cel. Co z tego, że wszyscy huczą, że to coś jest złe? Pamiętacie? Przecież paranoik nie słucha nikogo. Liczy się tylko on sam! A w końcu wyczytał w czasopiśmie dla zapracowanych pań, że głodówka to szybki sposób na schudnięcie. Co więc robi? Głoduje! I to jeszcze jak! Robi to z zaciętą miną cierpiętnika, który pokutuje za grzechy ludzkości. A spróbujcie mu tylko to wyperswadować. Wiecie, co Wam powie? „BZDETY!”. No tak, przecież ma rację. Próbujemy mu pomóc, bo rzecz jasna zazdrościmy mu tego, jakże owocnego życia!

9.Stosowanie WYMYŚLNYCH diet.

W gruncie rzeczy to nie wiem, co jest gorsze. Głodówka, czy wymyślne diety, wykreowane przez pseudo specjalistów. Bo jak nazwać twory, który zakładają spożywanie tylko warzyw lub tylko owoców? Albo inne zakazują spożywania owoców po godzinie 18:00 lub całkowicie wykluczają spożywanie węglowodanów? Dla wielu brzmi to jak abstrakcja, ale dla paranoika? Dla paranoika to jest niczym zbawienie! Czy może być coś cudowniejszego od cudownej diety, gwarantującej wspaniałe rezultaty i koncertowo zniszczone zdrowie? Naturalnie, drugiej części paranoik nie słyszy. Jego interesuje tylko to, co potwierdza jego tezę. A jakby na to nie spojrzeć, to chociażby dieta Dukana, brzmi tak jakoś mądrze, prawda? Więc chyba warto w nią wierzyć, no nie?

dietetyczny paranoik

10.Paranoik NIE MA pojęcia o zdrowym odżywianiu.

Wydaje mi się, że świetle pozostałych dziewięciu punktów to jest jasne. Dietetyczny paranoik jest tak naprawdę błądzącym we mgle dzieckiem, które szuka właściwej drogi. Nie widzi jednak pod nogami wyraźnej ścieżki, tylko biega dookoła, próbując znaleźć rozwiązanie. Z paranoikami jest to samo. Oni dla otoczenia mogą się rysować jako osoby mądre i zorientowane w temacie, ale w rzeczywistości to osoby, robiące krzywdę sobie i nie rzadko również innym.

Wyobrażacie sobie, co się stanie, jak nasza kochana pani Jadzia z początku tekstu, trafi na właśnie takiego paranoika? Koszmar murowany! Wyobrażacie ją sobie, jak każdego wieczora spożywa suchy twaróg polany oliwą z oliwek? A codziennie wstaje o piątej rano, aby przygotować sobie pięć, idealnie tak samo niesmacznych posiłków do pracy? Powiem Wam szczerze, że ja jakoś tego nie widzę. Nic, a nic! A niestety paranoicy nie tylko zatruwają życie swoje, ale także życie innych. Często nie zdają sobie nawet z tego sprawy. A dlaczego nie mają pojęcia o zdrowym odżywianiu? To proste! Przecież słuchają tylko siebie, pamiętacie?

Żarty żartami, ale…

Możecie odnieść wrażenie, że jestem szyderczy względem dietetycznych paranoików. To był jednak celowy zabieg, aby trochę przejaskrawić zachowania osób, które charakteryzują się tymi cechami. W rzeczywistości jestem zdania, że Ci paranoicy, którzy wpadli w sidła błędnego postrzegania żywienia, potrzebują naszej pomocy. Naturalnie, że nas to momentami może bawić, ale droga od dietetycznego paranoika do poważnych zaburzeń odżywiania oraz zdrowotnych nie jest wcale taka długa. Co więcej, nie rzadko mogą się one krzyżować…

… Też taki byłem!

Wiem doskonale, że przetłumaczenie osobie o takich skłonnościach nie jest łatwe. Wiem to, bo sam taką osobą byłem. Za nic w świecie nie dało się mnie przekonać, że zjedzenie jednej kostki czekolady nie jest złe. Nie przyjmowałem w ogóle do wiadomości, że istnieje coś takiego jak zdrowe i zbilansowane odżywianie. Zamiast tego preferowałem zjedzenia paczki chrupkiego pieczywa i jabłka… W ujęciu całego dnia…

Obok tego wszystkiego, widziałem również troskę o moje zdrowie osób najbliższych. Najstraszniejsze było jednak w tym wszystkim to, że rozumiałem to, ale nic z tym nie robiłem, bo walka o lepszą sylwetkę wygrywała. Dlatego z perspektywy czasu wiem, że bycie paranoikiem dietetycznym nie jest tylko zabawną igraszką, którą można wspominać przy rodzinnym stole. Paranoik dietetyczny to osoba, która może borykać się z anoreksją, czy bulimią, lub być nim w znacznym stopniu zagrożona. Paranoik dietetyczny to także osoba, która zamyka się na otoczenie. Ciężko jest do niej dotrzeć i nierzadko wymagać to może interwencji specjalisty. Ponadto paranoik dietetyczny to nie jest coś, co samo minie i można machnąć na to ręką. Zaufajcie mi, że bycie taką osobą, wpływa w znacznym stopniu na życie całego, najbliższego otoczenia. Mówię to z perspektywy osoby, która w pewnym znaczeniu była w takim miejscu.

Zdradzić Wam malutki sekret?

Nie warto. Lepiej miejcie to swoje „nieidealne” ciało z fałdką na brzuchu niż macie pakować się w to „coś”. Naprawdę.

Oczy i uszy szeroko otwarte!

medytacja

Jeszcze słowem zakończenia, chcę tylko nadmienić, żebyście traktowali całą tę listę poważnie, ale umiejscawiali ją w szerszym kontekście. To znaczy, że jeśli ktoś mówi ciągle o zdrowym odżywianiu, wcale nie oznacza, że jest paranoikiem. Być może interesuje się tą dziedziną wiedzy i jest zdrowo „zafiksowany” na tym punkcie. Tak samo osoby, które skrupulatnie liczą spożywane kalorie, nie muszą sugerować, że są paranoikami. Może są zawodowcami i przygotowują się do bardzo ważnych zawodów sylwetkowych?

Z tego więc powodu zachęcam Was, abyście na osoby, u których dostrzegacie którekolwiek z wyżej wymienionych cech, spoglądali holistycznie. To znaczy w szerszym ujęciu. Jeśli natomiast boicie się, że nie zdołacie wykryć u bliskiej osoby właśnie takiego zachowania, to pragnę Was uspokoić.

To widać, czy ma się styczność z paranoikiem dietetycznym. Widać to po sobie mówienia, zachowania i sposobie bycia – zwłaszcza w sytuacjach, gdzie taki paranoik może czuć się niepewnie (kolacja poza domem, spotkanie ze znajomymi).

I na sam koniec, pamiętajcie o najważniejszym!

Paranoik dietetyczny nie ułatwi Wam kontaktu i pomocy. Jeśli zechcecie mu pomóc, będzie to od Was wymagało nie lada cierpliwości oraz zaangażowania. Już teraz mogę Wam powiedzieć, że stracicie wiele sił… Jednak w obliczu przywrócenia człowieka do normalności, myślę, że jest to gra warta świeczki.

„To nie ma sensu” – słyszymy niejednokrotnie z ust bliskiej osoby. Czym jednak jest ten cały sens i jak go odnaleźć w swoim życiu?

Powyższe pytanie na pewno nie należy do gatunku tych, na które odpowiedź możemy udzielić w mgnieniu oka. Posuwając się dalej, można byłoby je nazwać pytaniami z natury egzystencjalnej, a bardziej pretensjonalni odbiorcy, określiliby je jako filozoficzne. Myślę jednak, że właśnie takie pytania, rodzą w nas pewne zmiany. Skłaniają nas do przemyśleń i poszukiwania odpowiedzi, a to natomiast prowadzi do uzyskania świadomości większej, niż do tej pory.

Sens i jego definicję zostawmy osobom, które potrafią go określić w sposób, który byłby zrozumiały i klarowny dla każdego człowieka. Przyznam się szczerze, że ja tego nie potrafię. Mógłbym napisać, iż sens oznacza odczuwania pewnego stanu emocjonalnego (raczej pozytywnego), który towarzyszy nam podczas wykonywania określonej czynności lub znajdowania się w pewnym stadium życia. Tym stanem emocjonalnym może być spełnienie, poczucie dobrze obranej drogi życiowej lub odczuwanie satysfakcji w pewnym momencie swojego życia. Nie twierdzę jednak, iż jest to definicja pełna i zamknięta. Pragnę jeszcze zwrócić Wasza uwagę, że tak naprawdę ciężko jest znaleźć słowo zastępcze do „sensu” w tym znaczeniu, prawda? To też zjawisko całkiem niespotykane. Jak widać, „sens” jest ciekawszy i bardziej wyjątkowy, niż mogłoby się wydawać.

Zamiast skupiać się nad konkretną definicją, chciałbym porozmawiać z Wami o sensie, jako zjawisku, którego w swoim życiu tak często poszukujemy.

Sens życia.

Sens może być różny, ale myślę, że tym głównym i nadrzędnym jest właśnie tytułowy sens życia. Myślę, że jeśli go zabraknie, to ciężko odnaleźć sens w czymkolwiek innym, skoro wszystko składa się właśnie na życie. Przepraszam, ale sam już czuję, że powoli zaczynam filozofować, a przecież nie o to tutaj chodzi. Mam na myśli to, że sens życia ludzkiego, bardzo często jest dla nas nieodgadniony. Choć wydaje nam się, że przecież on jest, to w rzeczywistości nie potrafimy go odnaleźć. Nie zawsze i nie codziennie, ale zdarza się, że gubimy go gdzieś po drodze.

sens życia

Ten brak sensu życia, może objawiać się poczuciem beznadziejności sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy i w której tkwimy przez dłuższy czas. Sens, a raczej jego brak, może wiązać się z wiecznym szukaniem tego, co chcemy robić, a już przede wszystkim z tym, co lubimy robić. Brak tego poczucia może objawiać się chaotycznym działaniem, zmienianiem swojego zdania, a także ogólnym poczuciem frustracji. Myślę, że osoby, które poszukują sensu swojego życia, mogą czuć się zagubione. Wręcz obce w świecie natłoku informacji i życia, które tak często idealizujemy.

Każdy ma inne przeznaczenie.

Zauważmy jeszcze tylko, że tak naprawdę prawdziwy sens życia jest prosty i myślę, że każdy, kto żyje, spełnia go. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to można by rzec, że sensem życia jest życie. Kropka. Koniec rozważań. Z drugiej jednak strony, można by to wzbogacić o kolejne przykłady i właśnie o to chodzi mi w tym artykule, aby trochę rozwinąć to zagadnienie. Jednak w tym aspekcie, musimy już zdać sprawę, że sens życia dla każdego z nas jest czymś innym.

Dla pana Kowalskiego będzie to obejrzenie meczu ligi mistrzów, dla pani Grażynki będą to, coniedzielne odwiedziny wnucząt, a dla aspirującego piłkarza będzie to po prostu gra w piłkę. Problem w tym wszystkim jest taki, że nie każdy z nas zna swój sens życia. Myślę, że większość z nas nie wie, czym on jest. Choć możemy żyć w błogiej nieświadomości, że wszystko jest w porządku, to jednak to momentami uporczywe kłucie w sercu, podpowiada nam coś innego. W tym właśnie tkwi cały sęk, naszych dzisiejszych, wspólnych rozważań.

Od razu zaznaczę, że nie chcę kreować się na znawcę tematu i osobę wszechwiedzącą. Na tym mi nie zależy, nawet gdybym kimś takim był. A nie jestem. Dlatego, jeśli ktokolwiek uważa, że w tym tekście powiem mu, co jest sensem jego życia, to przepraszam, ale tego nie zrobię. Nie jestem jasnowidzem ani czarnoksiężnikiem, w których czasami tak bardzo chcemy wierzyć. Po co więc powstaje ten tekst? W jakim celu go tworzę? To całkiem proste. Aby pokazać Wam wszystkim i ukazać wszystkim niedowiarkom, że sens życia jest ważny. Poza tym, być może dzięki moim słowom, zaczniecie myśleć i działać. A jeśli to już się stanie, to wtedy nie mam wątpliwości, że prędzej, czy później swój sens odnajdziecie.

Jak znaleźć sens życia?

Paradoksalnie, głównym problemem, jaki stoi na drodze do poznania swojego przeznaczenia, nie jest wcale  życie lub nasz umysł, ale my sami. To trochę tak, jak ze wszystkim. Wszelkie bariery, jakie powstają w naszym życiu, na ogół tworzymy my sami. Czy to poprzez złe nastawienie, czy to swoje zachowanie, czy to poprzez nieodpowiednie środowisko, które przecież sami wybieramy. Daleki jestem od zrzucania winy na cokolwiek innego, co nie ma bezpośredniego związku z nami.

Pisząc, że to my jesteśmy odpowiedzialni za to, że sens życia w naszym życiu nie chce się jawnie objawić, mam na myśli wcale nie tak trudną zależność.

Im mniej aktywni jesteśmy, tym trudniej jest nam ten sens odnaleźć.

aktywność

Aktywność nie oznacza aktywności fizycznej. Wtedy byłoby to zbyt proste. Aktywność oznacza dla mnie działanie, ruch. Również w ujęciu metaforycznym, wykraczającym poza granice fizyczności. To tak samo, jak z odnalezieniem tego, co lubimy robić. Zasadniczo to niejako łączę oba te pojęcia, bo (nie wiem, czy słusznie, ale tak niejako podpowiada mi logika oraz intuicja) uważam, że znalezienie tego, co się lubi i tego, co się chce robić w życiu, jest ściśle związane z jego sensem.

Bądź aktywny.

Nasze życie sprowadza się do pewnej działalności, a przynajmniej sprowadzać się powinno. Nawet jeśli jesteśmy mało aktywni, to i tak coś ze sobą robimy. Jedni oglądają telewizję, inni czytają książki, jeszcze inni chodzą do pracy, a jest też grupa, która podróżuje po świecie. Nie ma to znaczenia. Każdy z nas coś robi i to jest fakt. Tym samym, całe nasze życie to działanie. Życie jest zorientowanie na wykonywanie określonych czynności. Nawet zwykłe leżenie to też czynność. Bierna, ale nadal aktywność.

Zmierzam do tego, że jeśli coś stanowi całe nasze życie (wykonywanie czynności), to odnalezienie w tych czynnościach tego, co sprawia nam wyjątkową radość, będzie oznaczało także realne odszukanie sensu życia. Jak już to wielokrotnie podkreślałem, problemem jest jednak to, że często kompletnie nie wiemy, jak ten sens poszukać.

Sens życia można odnaleźć poprzez działanie.

Wracamy w tym miejscu do urwanego wcześniej wątku.

Aktywność powoduje, że ten sens jest nam łatwiej odnaleźć. W jaki sposób? Poprzez działanie. Im więcej robimy, im więcej czynności wykonujemy, tym naturalniej, więcej świata poznajemy. Nawet nie tylko świata, ale także samych siebie. W końcu wszystko, co robimy i wszystko, co nas otacza, oddziałuje na nas w pewien sposób i z pewną siłą. Tym sposobem zdobywamy bezcenne doświadczenie i nie mam tutaj na myśli doświadczenie wymagane na rozmowie kwalifikacyjnej o pracę. Chodzi mi o doświadczenie życiowe, które zdobywać możemy na co dzień. W każdej chwili istnienia.

Dzięki paraniu się różnych zajęć i stawianiu się w różnych sytuacjach, stajemy się bardziej zdolni i rozumiejący więcej zjawisk nas otaczających. W ten sposób jesteśmy bardziej świadomi siebie i swojego własnego poczucia sensu. Bo tak naprawdę, jeśli nie wiemy, co stanowi sens życia, to jak chcemy go odnaleźć, jeśli nie robimy nic w tym kierunku? Jestem zdania, że myślenie na ten temat potrafi wiele wnieść, ale samo myślenie na niewiele się zda, jeśli zabraknie działania. Dzięki refleksji możemy domyślić się pewnych rzeczy lub wysnuć odpowiednią teorię. Jednak jej sprawdzenie należeć już będzie do aktywności.

Konkluzja.

Aby poszukać lub chociaż zacząć szukać sensu swojego życia, powinniśmy być aktywni, w celu nabycia nieodzownego doświadczenia i zwyczajnego sprawdzenia, co sprawia nam największe poczucie spełnienia. Jeśli chodzimy do pracy, od której mamy odruch wymiotny, to wątpię, aby stanowiła ona sens życia. Natomiast, jeśli kochamy biegać i biegamy, wtedy prawdopodobnie ten sens został przez nas odnaleziony.

Czy sens życia może być złudny?

Sens życia jest bardziej złożony, niż mogłoby się to wydawać. To trochę ironicznie napisane, bo zdaję sobie sprawę, że i tak pisze już momentami delikatnie zawile. Mam na myśli fakt, iż sens życia może być rozumiany dwojako. Albo jako coś jednolitego i pojedynczego, albo jako coś wielorakiego. Sugerując się tym, co napisałem, możemy dojść do pewnego wniosku.

Ktoś może być nieszczęśliwy, z powodu chodzenia do znienawidzonej pracy i tym samym, nie odczuwać sensu. Ale równie dobrze ta sama osoba, może po pracy biegać, czyli robić to, co szczerze kocha i wtedy ten sens odnajdować, właśnie w tej aktywności.

działanie

Wybaczcie, ale nie sposób jest mi odpowiedzieć, czy takie zachowanie i taki przejaw życia oznacza, iż taka osoba ten sens życia ma, czy też nie. Intuicja podpowiada mi, że nie. Mogę nawet posunąć się o krok dalej i powiedzieć, iż jest to sens złudny. Zafałszowany przez chwilowe odczuwania sensu, podczas biegania, kiedy tak naprawdę przez resztę dnia, nie jesteśmy go w stanie nawet dostrzec. Naturalnie, takie postrzeganie siebie i swojego życia jest lepsze, aniżeli w przypadku osób, które nie mają nic, czym mogłyby się podeprzeć. Jednak nadal twierdzę, że nie jest to sytuacja, która mogłaby uchodzić za dobrą, czy odpowiednią. Co więcej, takie stworzone przez nas samych warunki, mogą tworzyć pewne komplikacje. Możemy mieć poczucie, że wszystko jest w porządku i tym samym, zaniechać jakichkolwiek zmian. Po prostu nie będziemy świadomi tego, że tak naprawdę sens życia nie jest nam znany lub nie jest przez nas praktykowany.

Sens ludzkiego życia nie jest wartością stałą.

Równie dobrze, takie przejawy odczuwania i braku odczuwania sensu, mogą być czymś normalnym. Bo tak samo, jak nie jesteśmy w stanie nieustannie być szczęśliwymi i uśmiechać się, tak i być może ten sens życia, możemy w pewnych sytuacjach tracić lub trochę gubić. W końcu czasami nasza codzienność jest nieprzewidywalna i relatywnie nie trudno jest się w niej zatracić. Niemniej jednak nadal skłaniam się bardziej ku temu, że bez względu na okoliczności, sens życia powinien w nas być i zawsze powinien być przez nas odkryty.

A jak to zrobić, już wiemy.

Trzeba się otworzyć i być aktywnym. Próbować nowych rzeczy i sprawdzać się jako człowiek. Nie jako ojciec, rodzic, pracownik, sportowiec, czy działacz społeczny. Po prostu jako człowiek. Wtedy stajemy „czyści” na początku odkrywania siebie i łatwiej jest nam odszukać w sobie czynnik, który sens życia zdefiniuje.

rozmowa

Kwintesencja życia.

Z sensem życia jest trochę tak samo, jak z wytłumaczeniem silnej woli. Przywołałem akurat ją, bo i o niej już raz pisałem, i wiem, że wytłumaczenie tego zjawiska na przestrzeni jednego artykułu, który ma być w miarę „czytodajny” dla Was (to znaczy o w miarę rozsądnej długości), jest bardzo trudne. Wręcz niemożliwe. Mimo to uważam, że tym tekstem, choć trochę nakierowałem Was na to zjawisko. Ciekawscy mogą sami zgłębiać ten temat i podzielić się ze mną owocami swojej pracy. Kto wie, może właśnie w tym, tkwi Wasz sens? Natomiast leniwi, mogą czekać, zanim ponownie nie poruszę tego tematu i zagłębię się w niego mocniej. Wasz wybór!

Sens życia jest ważny tak naprawdę z wielu powodów, ale jeden szczególnie wysuwa się na pierwszy plan. To on nadaje naszemu życiu smaku. Gdybym miał to w jakiś sposób zobrazować, to powiedziałbym, żebyście wyobrazili sobie coś, czego wyjątkowo nie lubicie robić i w czym kompletnie nie widzicie przyszłości. Jak już to zrobiliście, to teraz pomyślcie, że robicie to do końca swojego życia. Niezbyt ciekawa wizja, prawda? No właśnie.

Dokładnie tak widzę życie, pozbawione sensu.

Nie chcę poruszać bardziej dramatycznych nut i głosić Wam kazań. Mógłbym przecież napisać, że jesteśmy istotami uprzywilejowanymi i wręcz naszym obowiązkiem, jest odpowiednie wykorzystywanie daru, jaki mamy, choćby z powodu wdzięczności. Ale przecież to byłoby już zbyt pretensjonalnie. W ten sposób musiałbym też tępić wszystkich, którzy palą, piją alkohol i są otyli, a tego robić nie chcę, bo moim zadaniem nie jest wchodzenie w Wasze życie, ale zwracanie uwagi na pewne zagadnienia. Ja jestem tylko taką iskierką, która może, ale nie musi spowodować u Was zmiany. To, czy tak się stanie, zależy od Was.

Spokojnie. W końcu go znajdziesz!

Adekwatnie do tematu tekstu, napiszę, iż dla mnie, między innymi sensem życia, jest pobudzanie innych do działania. Tutaj możemy pójść ponownie dalej i zastanowić się, czy sens życia jest jeden dla wszystkiego, co robimy, czy może być różny w zależności od tego, czym się akurat paramy. To są naprawdę trudne pytania, na które znalezienie odpowiedzi pozostawiam do refleksji Wam wszystkim.

Moim zdaniem sens życia jest jeden i odnosi się do całego naszego istnienia. Jednak możemy go postrzegać pod wieloma różnymi postaciami, które objawiają się poprzez to, co robimy na co dzień. W ten więc sposób, możemy odczuwać sens życia, graniczący z euforią, kiedy biegamy i sens życia mniej odczuwalny, ale za to bardziej stały, kiedy wykonujemy zajęcie, ukierunkowane mocniej na długofalowość. W obu przypadkach ten sens życia się pojawia i uważam, że mniej ważną kwestią jest, jaki on jest i czy zawsze jest jednolity, od tego, czy w ogóle on występuje. Bo w dobie dzisiejszego zatracania się i poszukiwania własnej tożsamości, posiadanie sensu istnienia, wcale nie musi być tak pewne, jak mogłoby się wydawać.

sens życia ludzkiego

Doszliśmy do końca naszych rozważań, ale wierzę, że jest to równocześnie początek Waszego myślenia nad sensem życia. Jeśli go do tej pory nie znaleźliście – nie przejmujcie się. Szukajcie go i działajcie w swoim tempie. Jestem pewien, że on się pojawi, tylko w swoim, bliżej nieokreślonym czasie.

Trzymajcie się mocno tego, co sprawia Wam największą radość, bo to bardzo często tam tkwi sens całego naszego istnienia.

Bądźcie silni. Żyjcie sensownie. Do następnego!

#kolejne artykuły