Mierz wysoko, bo masz ku temu potencjał. | worldmaster.pl
#

Powiedzenie „mierz wysoko” brzmi banalnie. Jednak dla mnie jest to tylko wyrażenie faktu, iż wszyscy mamy w sobie potencjał do realizacji marzeń. Nadal wygląda to zbyt pompatycznie? Nic na to nie poradzę. Mogę Was jedynie zaprosić do zapoznania się z tym tekstem, który rozwieje Wasze wątpliwości. Asekuracja podczas czytania go, nie jest wskazana!


Mam do Was wszystkich gorącą prośbę. Nie będzie to nic strasznego. Nie musicie nawet nic dla mnie robić. Zróbcie to dla siebie. Wiecie, o co mi chodzi? Żebyśmy wreszcie wszyscy zaczęli wykorzystywać swój ludzki potencjał i przestali sobie wiecznie umniejszać.

Raz już pisałem o tym, jak zbawienny wpływ na nasze życie może mieć stawianie sobie wyzwań, które z pozoru mogą być ponad nasze siły. Tym jednak razem chciałbym to wszystko umiejscowić w szerszym kontekście. Nie sprowadzać tego do jednej, konkretnej rzeczy lub docelowego zadania, ale do naszego całego życia.

Mierz wysoko.

Często można zaobserwować, jak na ogół siebie nie doceniamy. Stawiamy sobie cele, mamy plany, a nawet marzenia. Jednak wydaję mi się, że podchodzimy do nich wszystkich w sposób bardzo asekuracyjny. Zawsze w swoim umyśle znajdujemy jakieś małe „ale” lub nikłą przeciwność losu, która nie pozwala nam sięgać po to, czego prawdziwie pragniemy, bo sami się ograniczamy. Rozumiem, że możemy mieć wątpliwości i rozumiem lęk, który może nami kierować. To całkiem uzasadniony, ludzki odruch. Jednak naszym zadaniem – zadaniem ludzi, którzy pragną osiągać szczyty własnych możliwości – jest z nimi walczyć i nie poddawać się im.

mierz wysoko

Biorąc to wszystko pod uwagę, zazwyczaj ustalamy swoje cele oraz zadania na o wiele niższym pułapie, niż w rzeczywistości moglibyśmy osiągnąć. Myślę, że znaczną rolę w tym procesie odgrywa nasza wrodzona asekuracja. Na ogół wolimy delikatnie zaniżyć własne zdolności oraz umiejętności, byleby tylko poczuć się w miarę komfortowo. Sprowadza się to do tego, że kiedy mamy w sobie poczucie pewnego „zapasu” możliwości, czasu lub wiedzy, wtedy czujemy się o wiele bezpieczniej. Niestety prawdą jest także, że to właśnie wyjście z tej strefy komfortu i bezpieczeństwa daje nam spełnienie największych marzeń.

Te dwa aspekty niewątpliwie się wiążą. Mierzenie wysoko, gdzie tak naprawdę nie wiemy, czy podołamy, ani co spotkamy za następnym zakrętem, oznacza kompletne wyjście ze swojej strefy komfortu. Fakt – może nam wtedy towarzyszyć stres. Również mniejsza pewność siebie i ogólne poczucie delikatnego zagubienia będzie obecne. Jednak można rzec, iż jest to ryzyko wpisane w to działanie. Przecież, jak już to wielokrotnie podkreślałem – dążenie do największych marzeń to nie sielanka. Właśnie między innymi poprzez robienie czegoś, co nasz umysł postrzega jako niekomfortowe, a nawet zagrażające jego ciepłemu kącikowi w głowie, gdzie nie musi zanadto głowić się nad nowymi trudnościami i problemami.

Wrodzona asekuracja.

Bardzo często, kiedy ustalamy własne cele, kieruje nami asekuracja. Wolimy pozostawić sobie trochę „zapasu”, aby poczuć się bezpieczniej. Nie neguję tego ani nie podważam, bo nie twierdzę, że jest to coś złego. Zwracam tylko Waszą uwagę na aspekt, że na ogół świadomie i celowo zostawiamy sobie pewien bufor komfortu, aby tylko odczuć większą pewność.

Dość ciekawym zjawiskiem jest nasze ogólne podejście do rozmiaru celów, jakie sobie stawiamy. Myślę, że jest naprawdę liczne grono osób, które niewłaściwie podchodzi do tych zamiarów, które są zdecydowanie dalej i wyżej niż wszystkie inne. W takich chwilach postrzegamy je jako coś nieosiągalnego. Robimy to, bo jesteśmy przyzwyczajeni do zadań z „niższej półki”, które nie kosztują nas aż tak wielkiego wysiłku i przede wszystkim – aż tak wielkiego poświęcenia.

asekuracja

Interesujące jest w tej materii także nazewnictwo, jakim się kierujemy. Spotkałem się już kilkukrotnie, że na zadania, które wydają nam się realne i w zasięgu naszej ręki, mówimy cele lub właśnie, po prostu zadania. Natomiast na to, co rysuje się dla nas jako coś odległego, trudnego, z wieloma nieprzewidzianymi trudnościami po drodze, mówimy – marzenia lub plany. Jestem pewien, że robimy to podświadomie. Aczkolwiek jestem także przekonany, że w ten sposób otrzymujemy ludzi, którzy mogą realizować swoje mniejsze i poboczne „zadania”, ale nigdy nie zbliżą się nawet do swoich „marzeń”.

Czy ma na to wpływ stosowane nazewnictwo? Czy jeśli przestalibyśmy traktować marzenia jako coś odległego, a zaczęli rozpatrywać w kategoriach „zadania” lub „celu”, to moglibyśmy je szybciej osiągać? Nie mam absolutnie żadnego pojęcia na ten temat i nie chcę wysuwać żadnych wniosków. Pozostawiam to do waszych własnych, indywidualnych przemyśleń. Zastanówcie się nad tym.

„Tylko wysokie szczyty są warte wspinaczki!” – Andrzej Ziemiański „Pomnik Cesarzowej Achai”.

Porażka – ludzka smycz przed działaniem.

Kolejnym czynnikiem, który powstrzymuje nas przed mierzeniem wysoko w swoim działaniach oraz próbie ich realizacji, jest porażka. Nie chodzi mi o sam lęk przed nią, ale o niewłaściwe podejście do niej. Nie trudno wydedukować, że dla wielu z nas porażka jest czymś złym. To zdrowe podejście i myślę, że całkiem trafne. Jednak nie da się także ukryć, że porażka jest nierozerwalnie związana z naszym życiem. Myślę więc, że im wcześniej ją zaakceptujmy i im wcześniej nauczymy się z nią sobie radzić, tym lepiej.

Zmierzam do tego, że boimy się mierzyć wysoko, bo zwiększa to szanse niepowodzenia. To dość naturalne. Im wyżej jesteś, tym z większym hukiem możesz spaść. Jak już ustaliliśmy – nie lubimy niepowodzeń, bo widzimy w nich wyłącznie coś negatywnego i wręcz potwornego. Z tego więc powodu podświadomie wybieramy te ścieżki rozwoju, które zapewniają nam, choć odrobinę większe poczucie komfortu, a tym samym mniejszą szansę na odniesienie porażki.

Niestety to błędne rozumowanie. Faktycznie, że im wyżej zaszliśmy, tym mocniej możemy upaść, ale kto powiedział, że musimy upaść na samo dno? Stosując plastyczny język, wyobraźmy sobie, że wspinamy się na taki Mount Everest naszych możliwości. Szczyt szczytów. Jesteśmy na wysokości 7000 metrów nad poziomem morza i nagle tracimy grunt pod nogami. Coś nam nie wyszło. Błędna decyzja. Zdrada bliskiej osoby. Cokolwiek. Wszystko się jednak sprowadza do tego, że po prostu…

Spadamy.

Jednak nie musimy przecież spaść na sam dół, będąc sponiewieranymi przez ostre lodowcowe kły, prawda? Po drodze jest wystarczająco wiele półek skalnych i szczelin, które mogą nas ocalić. I na ogół tak jest. Oczywiście metaforycznie, bo dosłownie, odpadnięcie od ściany Mount Everest na tej wysokości… Nie chcę sobie tego nawet wyobrażać.

potencjał

Chodzi o to, że spadając z naszego życiowego szczytu, możemy wylądować na wysokości 4000 metrów lub 5000 metrów. Spadliśmy więc. Delikatnie się cofnęliśmy, ale czy to w istocie była porażka? Czy w ten sposób nasz potencjał spadł razem z nami? Teraz zastanówcie się przez chwilę nad tym, co Wam napiszę.

Zlecieliśmy z naszej własnej góry, do której szczytu zmierzaliśmy, ale nadal jesteśmy wysoko. O wiele, wiele wyżej, niż gdybyśmy od samego początku mierzyli w zdobycie szczytu Tatr, czy Karkonoszy. Tam, po dotarciu na wysokość 1600 metrów, 2000 metrów, czy nawet 2600 metrów, odnieślibyśmy zwycięstwo! Ależ bylibyśmy szczęśliwi! Jednak, co z tego, jeśli do granicy naszych możliwości byłoby jeszcze daleko, a my nadal bylibyśmy niżej, niż po pozornej „porażce” na ścianie Everestu?

„Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami.” – Patrick Süskind 

Nie zdobędziesz Everestu, wspinając się na Śnieżkę.

Zauważcie, że czasami mierzenie wysoko i nawet nieosiągnięcie końcowego szczytu może dać nam więcej, niż to pozorne zwycięstwo znajdujące się zdecydowanie poniżej naszych możliwości. Przykro więc obserwuje się ludzi, którzy żyją właśnie w ten sposób. Kieruje nimi asekuracja oraz chęć wiecznego poczucia komfortu. Cokolwiek robią, zawsze zostawiają sobie bufor czasu i umiejętności na – jak to nazywają – nieprzewidziane wypadki lub „na czarną godzinę”. Jeszcze raz to podkreślę, że nie uważam, iż jest to złe. I tacy ludzie są na tym świecie potrzebni. Stanowią oni miłą równowagę do innych szaleńców, którzy nawołują do wspinania się na Everest, mierzenia wysoko, stawiania sobie ogromnych wyzwań, etc. …

Znacie takich delikwentów?

Bądźmy proszę ze sobą szczerzy. Musimy sobie uświadomić, że tylko Ci, którzy nie boją się mierzyć wysoko, wyznaczać sobie granice rozwoju o wiele wyżej niż dotychczas, mogą w istocie spełnić swoje wielkie marzenia. Bo o nich tutaj mówię. O ludziach, którzy marzą o Evereście, ale nieustannie celują w Rysy albo Śnieżkę. Rozdźwięk między tymi dwoma szczytami, zarówno pod względem metaforycznym, jak i dosłownym, jest nie do opisania. Dlatego więc nie widzę sensu w okłamywaniu samych siebie. Albo naprawdę chcemy mieć cały świat pod swoimi stopami, albo zadowalamy się półśrodkami. Każda z tych opcja jest na swój sposób dobra, ale chodzi o to, aby być zgodnym z sobą.

Skoro marzymy o Evereście, to niech Everest będzie naszym celem. Naszym księżycem, o którym pisał Patrick Süskind. Bo nawet jeśli nam się nie uda, to i tak możemy być wyżej, niż gdybyśmy od samego początku mierzyli w niższe, łatwiejsze szczyty.

„Ponad gór omglony szczyt
Lećmy, zanim wstanie świt,
By jaskiniom, lochom, grotom
Czarodziejskie wydrzeć złoto!” 

J.R.R. Tolkien „Hobbit, czyli tam i z powrotem”.

Masz w sobie większy potencjał, niż Ci się wydaje.

Nie bójmy się mierzyć wysoko. Wykorzystujmy w pełni nasz ludzki potencjał. Niech nieustanna asekuracja przestanie nami kierować. Bądźmy w pewnym stopniu aroganccy i nie miejmy obaw przed stawianiem sobie celów, które początkowo wydają nam się nierealne i awykonalne. Choć raz spróbujmy pozbawić się buforu bezpieczeństwa, jaki ze sobą zawsze zabieramy podczas wspinaczki na metaforyczny szczyt. Zobaczmy, jak to jest poczuć w sobie zastrzyk adrenaliny i nie wiedzieć, co czeka nas za następnym pagórkiem. Niech owieje nas chłodny dreszczyk emocji i podniecenia, wynikający z robienia czegoś pozorne niemożliwego!

A jeśli kieruje Tobą lęk przed upadkiem i strach przed porażką, to zrozum drogi czytelniku, że nie zawsze musisz spaść na samo dno. Bardzo często możesz zatrzymać się wyżej, niż mógłbyś dojść, gdybyś nie mierzył tak wysoko. Mierzyć wysoko zwyczajnie warto. Choćby po to, aby uczcić ogromny potencjał, którym dysponujemy. Wszyscy mamy w sobie ogromne pokłady siły. Problem w tym, że boimy się ich użyć.

Lato odchodzi w zapomnienie, a do Polski zaczyna wkraczać jesień, a tuż po niej zima. Pogoda zmienia się na naszych oczach. Powoli i nieubłaganie zbliżają się te dni, w których słońca będzie jak na lekarstwo. Nadchodzi taki czas, kiedy krótkie spodenki, zwiewne sukienki i trampki, będziemy musieli zamienić na długie płaszcze, ciepłe swetry i rękawiczki.

Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem w swoich rozważaniach bardzo sprzeczny. Kiedy za oknem nieustannie leje, a pogoda nie zachęca do wystawienia nawet czubka nosa za drzwi, pragnę słońca i ciepła. Kiedy mróz na zewnątrz sięga minus dwudziestu stopni, marzę o lipcowym upale. Natomiast, kiedy faktycznie kolejny tydzień z kolei, podczas letniego skwaru rozpływam się w domu, po cichu liczę na ochłodzenie i chociaż delikatny deszczyk z nieba.

Nie widzę w tym za grosz logiki, ani żadnego sensu, ale człowiek jest na tyle sprzeczną istotą, że przestało mnie to już dziwić. Myślę, że po prostu pragniemy bardziej tego, czego mieć obecnie nie możemy. Ot, taka mała refleksja.

Powitajmy jesień!

jesień

Kiedy za oknem nadal niepodzielnie panowało lato, marzyłem o ochłodzeniu. Wybaczcie. Moje modły zostały wysłuchane. Jesień wkroczyła na salony! I to od razu z ogromnym przytupem! Bo jak wytłumaczyć fakt, że podczas porannego biegania pod wiatr, żałowałem, że nie ubrałem ciepłych, zimowych rękawiczek? Poza tym obłok pary, wydobywający się z ust tuż przed siódmą rano i mroźne powietrze, nie jest zapowiedzią upalnego dnia, prawda?

Było lato. Przyszła jesień, a potem nadejdzie zima. Tego zmienić nie możemy. Myślę, że i tak powinniśmy głęboko w duchu dziękować za to, że żyjemy w takim klimacie, w którym omijają nas wszelkie ogromne powodzie, tornada, huragany i inne klęski żywiołowe, o których na co dzień możemy usłyszeć z mediów. Trudno nie zgodzić się z faktem, że Polska leży w miejscu w miarę bezpiecznym pod względem występowania niekorzystnych warunków atmosferycznych. Nawet w ostatnich latach zima, stała się jakby mniejsza i zdecydowanie spuściła z tonu, choć według mnie, ona akurat mogłaby być zdecydowanie bardziej mroźna! Przede wszystkim w okolicach świąt Bożego Narodzenia!

Zauważyłem jednak nawet po sobie, że wraz z odejściem w zapomnienie krótkich spodenek i koszulek bez rękawów, chowamy głęboko do szafy także swój dobry humor. Zwłaszcza w tych pierwszych dniach, zwiastujących jesień. Ulewne deszcze, ponura aura i chłód, który nadchodzi po upalnym lecie, może przyprawiać o depresję i czasami trudno się temu dziwić. Przyzwyczajeni do długich, letnich dni i ciepłych wieczorów, zwyczajnie nie jesteśmy przygotowani na to, co ma nadejść. Nie mam tutaj jednak na myśli przygotowania fizycznego, ale mentalnego. Nadal myślami błądzimy i krążymy wokół wakacji oraz lata. Nie chcemy zaakceptować faktu, że ono – tak samo, jak nasze letnie ubrania – odeszło i nie wróci wcześniej, niż za rok. Czy tego chcemy, czy nie – taka jest Polska rzeczywistość.

natura

Jak pogoda determinuje nasze zachowanie?

Parę dni temu sam złapałem się na tym, że podnosząc leniwie powiekę oka i zerkając przez okno, poczułem się jakby trzydzieści lat starszy. Nagle wszelkie niewinne i małe problemy przybrały rozmiar ogromnych tworów. To, co mnie cieszyło jeszcze kilka dni temu, teraz stało się mało wartościowe, przytłoczone przez problemy. Wyzwania, które na mnie czekały, zaczęły przygniatać mnie swoją siłą. A przecież jeszcze jakiś czas temu bez problemów potrafiłem je udźwignąć.

– Co się, więc ze mną stało? – zapytałem siebie.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nic. Kompletnie nic się ze mną nie stało, ani nic się nie zmieniło. Nadal miałem dwadzieścia lat i to samo życie, które miałem jeszcze ubiegłego dnia. Jedynym czynnikiem, który na mnie wpłynął tak negatywnie, było to, co ujrzałem za oknem. Deszcz, silny wiatr i zimno, które potrafiłem poczuć pomimo zamkniętego okna. Lato odeszło, przyszła jesień. Wraz z nią przybyło do mnie wiele problemów i trudności, które w rzeczywistości nie miały żadnego prawa bytu.

Zrozumiałem wtedy, że to tylko moje niewłaściwe nastawienie i postrzeganie tego, co mnie otacza, sprawiło, że poczułem się gorzej. Wcale nie pogoda. Przecież ona może być taka, jaka tylko chce być. Tylko moje nastawienie do niej, warunkowało mój humor. Jeśli uważacie, że deszcz i chłód wpływa tak samo źle na wszystkich, to powiedzcie to ludziom, którzy w deszczu potrafią bawić się jak małe dzieci, skacząc w największe kałuże. Albo osobom, które lubią romantyczne spacery, pośród kropelek jesiennego deszczyku.

deszcz

Wszyscy jesteśmy ludźmi i bardzo się od siebie różnimy. Również postrzeganiem pogody, która akurat w danym momencie rozciąga się nad naszymi głowami. To dość naturalne, że kiedy króluje lato, raczej się cieszymy i uśmiechamy. O poranku budzą promyki słońca, a my jesteśmy pełni życia. Odwrotnie ma się sytuacja, kiedy wstajemy rano, a tam nie lato, a jesień. Czyli szaro, buro i ponuro.

Deszcz to nie pora na depresję.

Czy możemy cokolwiek zrobić, aby to zmienić? Wątpię. Chyba, że wiecie, jak można manipulować pogodą, wtedy chętnie Was wysłucham! Jednak do momentu, kiedy nie poznacie tych tajników, pozostaje nam tylko jedno…

Zaakceptujmy pogodę taką, jaką jest. Leje deszcz? Trudno. Wezmę parasol. Wieje silny wiatr? Szkoda, ale ubiorę cieplejszą kurtkę. Ponuro i smutno na zewnątrz? Może i tak, ale przecież szczęście bierze się ze mnie, a nie z tego, co mnie otacza. Właśnie o to chodzi w moich rozważaniach i do tego zmierzam. Uważam, że zdecydowanie zbyt mocno uzależniamy się od temperatury, porywów wiatru, czystości nieba i innych czynników, które w gruncie rzeczy stanowią tylko dodatek do naszego życia. Pewnie, że trudno wyobrazić sobie życie na świecie, gdzie królowałaby tylko jesień. Każdy z nas zapewne by zwariował, ale na szczęście nie musimy się o tym przekonać. Może i lato się skończyło, a wraz z nim ciepło, ale teraz nastała jesień. Pora roku, jak każda inna.

pogoda

Dlaczego więc tak wielu ludzi, kiedy tylko słyszy jesień, od razu przełącza się na tryb „czuwania” i wiecznego utyskiwania na wszystko, co go otacza? To przecież bez sensu. Wiosna, lato, jesień, zima… Co za różnica? To nadal życie, którym możemy żyć bez względu na wszystko. Nadal jesteśmy tacy sami i nadal możemy robić to, co robiliśmy do tej pory. Oczywiście, że bieganie letnim porankiem jest o wiele przyjemniejsze i łatwiejsze, niż bieganie jesiennym wieczorem, ale przecież nadal możemy to robić. Kwestia wyboru i gustu.

To tylko kolejna pora roku.

Jednak na ogół postępujemy odwrotnie. Kiedy pojawia się pierwszy dzień słoty – my nagle chowamy się i jakby zapadamy się w sobie. Płaczemy, stresujemy się i generalnie pozwalamy, aby nasze smutki nas zjadły. Zupełnie niepotrzebnie! Czy wieje, czy pada, czy świecie słońce i czy jest upał, czy zimno – nadal mamy życie, które możemy rozgrywać według własnych upodobań. Szczęście, którego tak wszyscy bardzo pragniemy, nie bierze się z tego, jak wygląda pogoda, ale z nas samych. Dlatego to my jesteśmy odpowiedzialni za nasz stan emocjonalny, a nie meteorolodzy, którzy przewidzieli jesienną aurę.

aura

Naprawdę rozumiem, że jesień może być okropna. Długie wieczory, w których tylko pada. Wychodzisz do pracy – pada i ciemno. Wracasz z pracy – ciemno i pada. Ot, tak dla odmiany. Słońca jak na lekarstwo. Tak samo, jak ochoty na cokolwiek. Doskonale to rozumiem i naprawdę nie mam nic przeciwko ciepłemu kocykowi, kubkowi gorącej herbaty i dobrej książce. Ba! Ja to nawet polecam! Jednak nie można traktować niesprzyjającej nam aury, jako czegoś, co się przeczeka albo co gorsza – wymówki do smucenia się i popadania w depresyjny nastrój. Wątpię, aby znalazło się szerokie grono entuzjastów ponurej pogody, przyprawiającej o rozpacz, ale ja wam wcale nie każę kochać takiej aury! Zwyczajnie proszę o zaakceptowanie jej i zaprzestanie uzależniania od niej swojego nastroju.

Skoro potrafisz się śmiać latem, to śmiej się także jesienią lub zimą. Jeśli lato jest dla Ciebie okresem rozkosznych spacerów, to może kultywuj to nadal, kiedy nastanie jesień? Tak naprawdę wybór należy do Ciebie. To tylko kolejna pora roku, która niejako sztucznie wyznacza nasz życiowy rytm. Przestań więc przykładać do tego tak wiele swojej uwagi i zajmij się zwyczajnie korzystaniem z życia.

Wiosna, lato, jesień, zima. One wszystkie są piękne!

Takie właśnie jest życie. Ono nie patrzy na to, jaką porę roku mamy. Nie zwraca uwagi na temperaturę, ani jak wygląda pogoda za oknem. Może Cię tak samo brutalnie sprowadzić do parteru latem, kiedy aura jest piękna, jak i niesamowicie, pozytywnie zaskoczyć, w ponurą jesienną pogodę. Taka jest kolej rzeczy, na którą wpływu nie mamy i mam nadzieję, że nigdy mieć nie będziemy.

lato

„Bardzo wcześnie jest jesień. Coraz wcześniej słońce
Za jezioro z ołowiu w drżące spada trzciny.
Dzień jest po to, by sennie płynęły godziny,
A wieczór, by oglądać gwiazdy spadające.”

Jan Lechoń, Czerwone Wino

Pamiętajcie jeszcze, że w gruncie rzeczy, jesień, czy zima nie są wcale takie straszne. Przecież mroźnego zimowego dnia, w którym występuje przejrzyste niebo z wesoło świecącym słońcem, nie da się nie lubić! Tak samo, jak jesiennych barw, które skąpane w słońcu, mienią się w różnych, żywych kolorach! Albo to rześkie powietrze, tak przedziwnie czyste po letnich upałach, które łapczywie wciągamy do płuc! Prawdą jest, że zazwyczaj te „gorsze” pory roku widzimy tylko z perspektywy lata lub wiosny, ale może na moment oceńmy je tak, jak powinniśmy?

Jesień poprzez jesienność, a zimę poprzez zimowość?

Co Wy na to?

Uff… Emocje po ćwierćfinałach jeszcze nie opadły. Co to były za pojedynki! To był e-sport w najlepszym wydaniu! Czy ktoś mógł przewidzieć takie wyniki? Wątpię, aby komukolwiek udało się obstawić przed turniejem, iż w półfinale Mistrzostw Świata w League of Legends 2018 roku, ujrzymy aż TRZY drużyny z zachodu! To pierwsze takie Worldsy (nie licząc mistrzostw sezonu pierwszego), gdzie w najlepszej czwórce nie ma drużyn z Korei!

Czyżby na naszych oczach następował koniec pewnej epoki? 

Aż trudno wykrzesać z siebie odpowiednie słowa, aby opisać to, jak bardzo nieprzewidywalny, a zarazem wspaniały jest ten turniej. Czegoś takiego i w takiej ilości, w League of Legends jeszcze nie widziałem.

Chiny lepsze od Korei.

Już pierwszy pojedynek ćwierćfinałowy zaczął się od niespodzianki, choć nie była ona w gruncie rzeczy, aż tak ogromna. Sam przyznaję się, że dla mnie faworytami była drużyna KT Rolster z Korei, ale Invictus Gaming z Chin, nadal pozostawało solidną drużyną. I jak widać po końcowym rezultacie – okazali się lepsi. Sam pojedynek był bardzo, ale to bardzo zacięty, a świadczyć o tym może, chociażby ta akcja, która według mnie jest jedną z lepszych tegorocznych Mistrzostw.

Klasyczny „Base race”!

Ostatecznie to IG okazało się ekipą lepszą i choć zapewne niewiele osób na to stawiało, to jednak zdołali pokonać faworyzowaną drużynę z Korei. Wyobrażacie sobie jednak, co by się stało, gdyby po akcji zaprezentowanej powyżej, to KT Rolster awansowało do półfinału? Jedno uderzenie od wygrania gry, a potem przegranie całego pojedynku? Na szczęście dla IG, ten scenariusz nie okazał się prawdziwy. 

Invictus Gaming

Źródło: www.dotesports.com

Umarł król, niech żyje król!

Kolejny mecz toczył się między G2 a ogromnymi faworytami do wzniesienia trofeum – RNG. Jeśli ktoś przed pojedynkiem, postawił u bukmachera pieniądze na drużynę z Europy, z Marcinem „Jankosem” Jankowskim w składzie, to pewnie obecnie nie musi narzekać na jesienną aurę, tylko leżakuje na Malediwach.

To był dla mnie ogromny szok. Coś nieprawdopodobnego. Trzecia drużyna Europy, która w tym roku przeżywa naprawdę wielkie trudności i która określana jest mianem „underdog” (drużyna, po której oczekuje się przegranej), w zaciętym pojedynku przeciwstawiła się murowanym faworytom do zwycięstwa w całym turnieju.

Czy e-sport może być jeszcze piękniejszy? Czy e-sport może być piękniejszy od tego jawnego przykładu nieprzewidywalności i emocji, jakie towarzyszyły każdemu kibicowi podczas tego pojedynku? Śmiem wątpić.

Dodam jeszcze tylko, że w pewnym momencie, kiedy zerknąłem na licznik wyświetleń, mecz pomiędzy obiema ekipami, na platformie Twitch.tv śledziło blisko PÓŁ MILIONA OSÓB. Jest to liczba, której nie sposób objąć umysłem… Czy ktoś tego chce, czy nie, ale e-sport jest naszą przyszłością. Taka jest prawda i zamiast z tym walczyć, może warto się tym zainteresować?

Poniżej daję Wam przykład akcji, która pokazała całemu światu, że bycie z Europy, wcale nie oznacza bycia przegranym. Perkz i spółka udowodnili, że walczyć można z każdym i to na każdym poziomie. Tutaj chcę jeszcze tylko wyróżnić grę strzelca G2 – Hjarnana, który pomimo pojedynku z najlepszym strzelcem świata – Uzim, poradził sobie wprost rewelacyjnie i nie oddawał łatwo pola, zdecydowanie zdolniejszemu i bardziej utytułowanemu zawodnikowi.

Brawo drużyna! Brawo G2!

Cichy zwycięzca.

Nie wiem dlaczego, ale dość mało mówi się o zwycięstwo Cloud9 nad Afreeca Freaks. Przypuszczam, iż dzieje się to dlatego, iż G2 odniosło zwycięstwo nad silniejszym rywalem i to ich wynik jest większym zaskoczeniem. Pragnę jednak zwrócić uwagę wszystkich, że Cloud9 pokonało drużynę z Korei TRZY do ZERA. Można rzec, że przejechali się po nich tak samo gładko, jak walec jeździ po świeżej warstwie asfaltu. Choć dawano im więcej szans, niż chociażby G2, to jednak nadal drużyna z Ameryki faworytem nie była. A oni nie dość, że wygrali, to dodatkowo zrobili to w pięknym stylu. Ani razu nie ulegli Koreańczykom i podobnie jak G2 udowodnili, że zachodnia część świata dogania albo już dogoniła wschód, który do tej pory był niekwestionowanym mistrzem tej gry.

A na potwierdzenie moich słów wstawiam tę kuriozalną, ale jakże przepiękną akcję w wykonaniu zawodników Cloud9. Przypominam tylko, że grający na górnej alei – Eric „Licorice” Ritchie jest tegorocznym debiutantem… Jakby tego było mało, to wspierający – Tristan „Zeyzal” Stidam jest również nowicjuszem, który w pierwszej drużynie zadebiutował dopiero podczas letniej części sezonu… Coś pięknego! Ręce same składają się do oklasków!

Fnatic idzie po swoje.

Dla odmiany, w  meczu między Fnatic, a EDG faworytem była drużyna europejska. Co tu dużo mówić… Nie zawiedli! Choć naprzeciwko siebie mieli zawsze nieprzewidywalną drużynę z Chin – Edward Gaming, to Fnatic stanęli na wysokości zadania. Nie ustrzegli się przegranej jednej mapy i paru błędów, a momentami środkowy – Caps, wyglądał tak, jakby go zupełnie w grze nie było, to jednak pomimo tego wszystkiego, spełnili pokładane w nich nadzieje.

Wygrali 3-1 i tym samym zapewnili sobie udział w półfinałach Mistrzostw Świata. Po raz ostatni byli tam w roku 2015, gdzie gładko ulegli drużynie ROX Tigers (obecnie – z pewnymi modyfikacjami – Kingzone DragonX). W tym roku liczą zapewne na zdecydowanie więcej. Jak powiedział sam Martin „Rekkles” Larsson, czyli gwiazda oraz weteran drużyny Fnatic:

I don’t care who we beat in finals, I just care about lifting the trophy.

Myślę, iż jest to idealne podsumowanie nastawienia, z jakim Fnatic przystąpi do meczu z Cloud 9. A na przypomnienie, dlaczego to właśnie Fnatic znajduje się w półfinale, a nie Edward Gaming, i dlaczego to właśnie Rekkles, postrzegany jest za jednego z najlepszych na świecie, na swojej pozycji, zapraszam do obejrzenia tego zagrania.

Co nas czeka?

Chciałbym jeszcze krótko przedstawić, czekające nas półfinały. Tym razem nie będę się już bawił w jasnowidza, bo ostatnio słabo mi to wyszło… Jednak, czy ktokolwiek mógł przypuszczać, iż wyniki ułożą się właśnie w ten sposób? O ile obecność Fnatic w najlepszej czwórce dziwić nie może, to już postawa Cloud9 oraz G2, jest sporym zaskoczeniem. Rzekłbym nawet – niemałą sensacją.

Obie drużyny w tym roku przeszły wiele. Cloud9 musiało w letnim sezonie ligi amerykańskiej wychodzić z ostatniego miejsca, aby móc w ogóle marzyć o jakiejkolwiek walce o Worldsy. G2 natomiast przeżywało wiele kryzysów, których zwieńczeniem było odpadnięcie już w ćwierćfinale letniej części sezonu europejskiej ligi. Obie ekipy musiały walczyć w fazie wstępnej do Mistrzostw. Następnie obie trafiły do wcale nie najłatwiejszych grup.

Jednak pomimo tego wszystkiego podołali i to w jakim stylu. Nie wiem, jak to wygląda z Waszej perspektywy, drodzy czytelnicy, ale w mojej ocenie, obie ekipy raz na zawsze zamknęły usta krytykom. Nawet jeśli w półfinale odniosą porażkę, to według mnie są oni zwycięzcami całego turnieju. Oczywiście, że marzą o wzniesieniu trofeum nad swoje głowy, w otoczeniu tysięcy fanów, skandujących ich imię (po koreańsku, ale to zawsze coś!). Jednak w razie konieczności – do domu mogą wracać z tarczą, a nie na tarczy.

G2 i Cloud9 rzeczywiście skazani na porażkę?

Jednak, biorąc to wszystko pod uwagę, warto zastanowić się, czy aby na pewno są oni tacy bezsilni i skazani na porażkę? Wszyscy wiemy, jak skończyły się takie przewidywania ostatnim razem…

Myślę, że cokolwiek by nie powiedzieć, to w czekających nas w półfinałach, pewni nie możemy być już niczego. Choćby z tego powodu, że żadnej z tych ekip nie pretendowano do bycia w najlepszej czwórce Mistrzostw. Mimo wszystko tam są i nie zdarzyło się to przez przypadek. Po drodze pokonali najlepszych i w pełni na to zasłużyli.

G2

Źródło: www.esportnow.pl
Fot. Riot Games

Czy więc starcie G2 z IG, jest już przesądzone? Zdecydowanie nie! Choć myślę, że i w tym wypadku to drużyna ze wschodu będzie faworytem, to jednak G2 pokazało już nie raz, że nie warto ich skreślać. Nadal popełniają błędy i nadal potrafią zagrać świetny oraz słabiutki mecz jeden po drugim. Jednak odnoszę wrażenie, iż wreszcie – z rocznego letargu – obudziła się gwiazda zespołu – Luka „ Perkz” Perković, którego zagranie mogliście już oglądać. Jakby tego było mało, w końcu dolna aleja wskoczyła na poziom godny Mistrzostw i całego G2. Co więcej! Cały sztab trenerski chyba zrozumiał już, iż grający na górnej alei Martin „Wunder” Hansen, lepiej czuje się, grając bohaterami, mającymi realny wpływ na rozgrywkę. A jeśli dołączymy do tego wszystkiego, jeszcze całkiem nieźle (choć nie rewelacyjnie) grającego Jankosa, wtedy otrzymujemy drużynę, która może wszystko.

Łącznie z ostatecznym tryumfem w całym turnieju.

Czy Fnatic spełni pokładane w nich nadzieje?

Drugi półfinał to już niemalże bratobójczy pojedynek. Zachód vs Zachód. Dzięki temu, mamy przynajmniej pewność, iż co najmniej jedna drużyna „z naszych stron” znajdzie się w finale.

Fnatic

Źródło: www.monsterenergy.pl

Choć to może dziwić, ale to właśnie o Fnatic zaczynam bać się bardziej. Choć nie ukrywam, iż strasznie ich lubię (Cloud9 również!), to jednak styl, w jakim pokonali Edward Gaming pozostawia wiele do życzenia. Szczególnie martwi mnie postawa środkowego – Rasmusa „Capsa” Winthera, który cały pojedynek rozciągnięty na cztery gry, zagrał dość przeciętnie. W pełni rozumiem, iż drużyna przeciwna skupiła się głównie na nim, a jego brawurowy styl gry, na pewno mu nie pomagał, ale mimo wszystko… Niesmak i niepewność pozostała. Jednak, aby nie było tak smutno, warto dodać, że jeśli Caps czegoś nie może, to wtedy włącza się do rywalizacji Rekkles, grając wprost koncertowo.

Co można natomiast powiedzieć o Cloud9? Na pewno to, że nie stoją w tym starciu na przegranej pozycji. Moim zdaniem, w tym pojedynku, warto się uważnie przyjrzeć… Wszystkim liniom. Dosłownie!

Caps vs Jensen, Rekkles vs Sneaky… Czy coś więcej należy dodawać? Jedni z najlepszych na swoich pozycjach – zwłaszcza na zachodzie. A jakby tego było mało, to na górnej alei spotkają się Licorice z Bwpio. Są to dwaj debiutanci, którzy szturmem wdarli się do światowej czołówki najlepszych drużyn. Soaz (dzielący swe miejsce z Bwipo) na pewno również otrzyma swoją szansę, ale jego starcie z zawodnikiem Cloud9 na pewno nie będzie mniej ekscytujące.

Cloud9

Źródło: www.riftherald.com

Zapowiada się świetny pojedynek drużyn, które zasadniczo nie mają nic do stracenia. Ich brawurowa gra, może wynieść ten mecz na zupełnie wyższy poziom umiejętności. Oby tak się stało!

E-sport przestał być zabawą nastolatków.

Słowem zakończenia napiszę tylko, iż League of Legends i cały e-sport jest pięknym zjawiskiem. Doskonale rozumiem, że nie każdy może go zrozumieć, ale proszę, abyśmy go chociaż uszanowali. Jeśli Wy czegoś nie robicie, to nie znaczy, że coś jest złe i gorsze. E-sport to miejsce dla wielu ludzi. Tam starczy miejsca dla każdego. E-sport to pasja i emocje.

Myślę, że te Mistrzostwa Świata idealnie to obrazują. Nieważne, czy to piłka nożna, siatkówka, czy League of Legends. Emocje są na tym samym poziomie. Wiecie dlaczego? Bo w tym wszystkim uczestniczą ludzie, którzy chcą coś osiągnąć. I dopóki e-sport dotyczy ludzi, a nie maszyn, to według mnie to jest sport. Bez względu na to, czy oni grają na komputerze, czy nie. To jest sport i warto o tym pamiętać. Tam również jest profesjonalizm i to nawet większy niż w naszej rodzimej pseudo lidze kopaczy.

e-sport

Źródło: www.eulolesports.com

Nie zapominajmy również, że League of Legends to gra, w którą na profesjonalnej scenie grają bardzo młode osoby. Gwiazda G2 – Perkz, ma zaledwie 20 lat, Rekkles – podpora i „weteran” Fnatic 22, a Caps – 18! Każdy z nich jest młody! Próżno szukać wśród nich ludzi dojrzałych lub doświadczonych życiem. To są jeszcze młode osoby! Dla nich to od zawsze było spełnieniem marzeń, więc uszanujmy e-sport dla nich. Jeśli nam się nie podoba, to nie oglądajmy i zostawmy to wszystko w spokoju. Niech e-sport idzie swoją drogą, a my swoją. Natomiast jeśli go kochamy, to nie bójmy się okazywać emocji.

A jestem pewien, że tych nie zabraknie już w najbliższy weekend, podczas półfinałów.

Będzie się działo. Tego jestem pewien!

Jeśli nie masz obecnie możliwości przeczytania tekstu to zapraszam Cię serdecznie do przesłuchania jego wersji audio w moim wykonaniu. 🙂


Czasami jest źle. Bywa, że czujemy się najgorzej w swoim życiu. Ból jest nie do wytrzymania, a cierpienie wykracza poza granice rozumowania. Los przygniata nas swoim ciężarem. Zaczyna brakować nam tchu.

Toniemy.

Zanurzamy się w bezmiarze hardości życia i rozpaczliwie próbujemy szukać gruntu. Przebieramy nogami. To nasze ostatnie tchnienia. Nie możemy znaleźć żadnego oparcia. Nie potrafimy pływać w takiej głębinie, która nieustannie wciąga nas jeszcze bardziej. Jeszcze mocniej. Dalej, głębiej… Oddala nas od tego, co dobre. Od tego, co szczęśliwe. Brzeg życia zostaje za nami. Przed nami bezkres wód. Pod nami toń rozpaczy.

To koniec.

Bywają dni, kiedy życie daje nam w kość. Zamykamy się w swoim pokoju i nikogo do siebie nie dopuszczamy. Chcemy być sami. Pragniemy samotności. Pragniemy ciemności. Unikamy radości i światła. Chcemy płakać. Chcemy wyć. Chcemy zapomnieć o tym, co sprawiło nam ból.

Ale nie możemy.

Zdarzają momenty, kiedy ciężar życia staje się nie do udźwignięcia. To nie jest czas, kiedy dostajemy złą ocenę z matematyki. To nie są te chwile, kiedy trening na siłowni pójdzie nie po naszej myśli. Nie chodzi mi o tak błahe i idiotyczne rzeczy. Mam na myśli coś o wiele gorszego. Coś, co powoduje, że najchętniej sami rzucilibyśmy się w głęboką toń bez jakiejkolwiek, najmniejszej umiejętności pływania. Może nie pragniemy swojej śmierci, ale najchętniej zrobilibyśmy wszystko, aby tylko zapomnieć. Zapomnieć o tym, co było. Zapomnieć o tym, co może być…

To są te momenty, które definiują nasze życie. Wiecie, jak na nie mówimy?

  • Śmierć.
  • Zdrada.
  • Choroba.
  • Nieszczęście.
  • Rozstanie.

To tylko niektóre z nich.

Wiecie, jak musi czuć się osoba, która właśnie straciła bliską osobę w wypadku drogowym? Albo kobieta, która przed chwilą wyszła z gabinetu lekarskiego i dowiedziała się, że ma zaawansowane stadium nowotworu? Albo mąż, którego zostawiła żona po dwudziestu latach małżeństwa? Wyobrażacie sobie minę młodej kobiety, która właśnie zostaje poinformowana o śmierci swoich dzieci?

Zaklinam rzeczywistość, żebyśmy nigdy nie musieli się o tym przekonać.

W takich chwilach jest ciężko. Jest cholernie źle. Macki rozpaczy przyciągają nas do siebie. Głębia rozpaczy pochłania nas, a ból jest nie do zniesienia. Nie chcemy walczyć. Nie mamy po co.

Nie chcemy żyć.


W życiu bywa źle. Czasami nawet tak źle, że nie potrafimy sobie tego w tym momencie uświadomić. Wydaję się, ze wszystko jest dobrze, a potem przychodzi cios. Jeden. Drugi. Trzeci. Dziesiąty.

Nokaut.

Leżymy. Nie chcemy się podnosić. Wiemy, że powinniśmy. Ktoś z naszego życiowego narożnika krzyczy:

„Wstawaj mamo!”, „Wstawaj tato!”, „Wstawaj! Walcz!”.

Ale my nie chcemy. Czujemy na sobie ciężki bucior życia. Bucior? Przecież to zakazane! Tak nie można! Jednak komu mamy się poskarżyć? Kto nas wysłucha? Kto nam pomoże? Ktoś potrafi przeciwstawić się życiu i jego brutalniejszej stronie, która nierzadko gra nieczysto? Tej samej stronie, która pod żadnym pozorem nie jest sprawiedliwa. Bo jak możemy mówić o sprawiedliwości, skoro jedni mogą używać pieniędzy jako papieru toaletowego, a inni umierają z głodu? Jak można mówić o tym, że na świecie istnieje coś takiego, jak sprawiedliwość, skoro bezdomni giną na ulicach wielkich aglomeracji, pomiędzy ludźmi sukcesu, podążającymi do swoich idealnych prac, w idealnych ciuchach, w całym swoim idealnym życiu? Gdzie jest sprawiedliwość? Gdzie jest ta lekkość życia, o której każdy huczy i grzmi?

Może jest w oczach matki, która musi powiedzieć swojej córce, że nie stać ją na nową sukienkę dla niej? A może w oczach nastoletniej dziewczyny, która właśnie dowiaduje się, że czeka ją amputacja nogi? Czy to jest sprawiedliwość? Czy to jest to dobre życie, o którym piszą inni? O którym piszę ja sam?


Koniec.

Nie ma nas. Czerń nas pochłania. Czerń rozpaczy. Ciemność wkrada się do naszego umysłu. Nie chcemy jeść. Nie chcemy pić. Nie chcemy nic. Chcemy tylko spać i marzymy, aby sen trwał w nieskończoność, bo sen daje ukojenie od brutalnej rzeczywistości, a wtedy ból znika. To nasze wybawienie. Wybawienie ze świata, który czasami potrafi znienacka walnąć nas prosto w twarz, zaśmiać się szyderczo i odejść, zostawiając nas krwawiących.

Właśnie takie jest życie.

Brudne. Nieczyste. Brutalne. Złe. Niesprawiedliwe. Buńczucznie nastawione do tych, którzy chcą mu się przeciwstawić. To tam jest ból i czerń. To tam jest żal, smutek i rozpacz. Czasami jest uśmiechnięte, ale zaraz potem potrafi zadać nam cios. Uderzenie, po którym podniesienie się, będzie tylko zabawnym żartem. Anegdotką opowiedzianą w rodzinnym, ciepłym gronie.

Problem w tym, że niektórzy nie mają rodzin. Ani ciepła. Ani jakiegokolwiek grona, z którymi mogą porozmawiać.


Będę brzmiał jak kaznodzieja. Będę brzmiał jak motywator. Będę brzmiał jak coach. Ale wiecie co? Nie interesuje mnie to. To jeden z bardziej emocjonalnych wpisów, jakie wyszły spod mojej ręki i to jest dla mnie najcenniejsze. Najcenniejszy dlatego, że zrodził się we mnie pod wpływem chwili. Impulsu. Przyszło Flow. Przyszła myśl. Przyszedł wpis.

Wiecie, co Wam teraz powiem? Co Wam zakomunikuję w obliczu tego wszystkiego, co napisałem powyżej?

Walcie to. Walcie to wszystko. Postawcie się temu. Sprzeciwcie się. Walczcie. Nie dajcie się tak łatwo pogrążyć.

Wszystko można naprawić. Wszystko można przezwyciężyć. Rozumiem, że śmierci nie można cofnąć. Złamanego serca nie można złączyć. Zdrady nie wybacza się tak szybko, a choroby nie można tak po prostu pokonać, ale można pokazać życiu język i szyderczo się zaśmiać.

Powiedzmy tej brudnej części życia:

„Wal się! Ja chcę żyć! Żyć tak, jak chcę! Ja będę żył! Ja będę żyła!”

Mówmy to, jeśli nas kopie. Jeśli nas bije. Jeśli wciąga nas pod swoją wodę rozpaczy, w której dławimy się, krztusimy i nie możemy złapać powietrza. To boli. Oczywiście, że nie koi, bo wtedy nie miałoby to sensu. Ten ból jest wielki jak diabli. Ale przetrwajmy to. Wytrwajmy. Nie poddawajmy się. Będzie lepiej. Obiecuję. Przysięgam na wszystko, w co wierzę. Przetrwaj ten ból, to cierpienie, ten smutek. Postaw się temu, co złe. To Cię umocni. Uzdrowi. Staniesz się silniejszy.

Wystaw życiu swój środkowy palec dłoni i krzyknij do niego parę gorszących słów. Pokaż mu, że z Tobą nie przyjdzie mu tak łatwo. Zademonstruj swoją siłę. Przestań być kolejną potulną owieczką. Zmień się w drapieżnika.

Zaatakuj pierwszy.

Przypuść atak pierwsza.

Wyzwij je na pojedynek. Jeśli wciągnie Cię w ciemność, zapal latarkę w telefonie. Jeśli wciągnie Cię w głębinę zła, zacznij płynąć.

Nieważne co, ale rób coś. Walcz o swoje.

życie


Pamiętaj drogi człowieku, kim jesteś i dokąd zmierzasz. Chcesz się poddać przed końcem swojego życia? Tak nie można. Udowodnij, że zasługujesz na miano człowieka. Pokaż, że zasługujesz na to, aby oddychać i dążyć do swoich marzeń.

Rozumiem, że czasami jest piekielnie ciężko, ale uśmiechnij się. To uzdrawia. To oczyszcza. Zawsze może być gorzej. Zawsze na świecie jest ktoś, kto ma gorzej od Ciebie, ale mimo to walczy. Pomyśl o tej osobie. Pomyśl o tych wszystkich ludziach z przeszłości, którzy musieli żyć w chorym świecie. Świecie wojny i zła. Pomyśl o swoich przodkach, którzy musieli drżeć o swoje życie każdego dnia, dla których każdy głośniejszy odgłos równoznaczny był z wybuchem bomby lub wystrzałem z działa. Pomyśl o nich. Na ich pamięć. Na pamięć wszystkich ludzi, którzy przeszli przez o wiele większe piekło niż Ty:

PODNIEŚ SIĘ.

Jest źle, ale może być lepiej. Od Ciebie wszystko zależy. Zbierz się w sobie. Weź się w garść. Masz dla kogo żyć. Jeśli nawet nie masz rodziny, przyjaciół – nikogo bliskiego, to pomyśl o wszystkich ludziach, którzy są bezdomni lub chorzy. Być może to oni potrzebują Twojej pomocy.


Pamiętaj drogi czytelniku, kim jesteś.

Jesteś człowiekiem.

I nie ważne, jak bardzo jest źle.

TY JESTEŚ WAŻNY.

Jeśli nie dla siebie, to na pewno dla kogoś innego.

DOPÓKI ŻYJESZ, MOŻESZ WSZYSTKO.

Dopóki żyjesz, możesz czynić dobro.

ŻYJESZ I ŻYJ.

Nie marnuj tego.

Proszę.

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to jest spełniać swoje marzenia i realizować swoje cele? Myśleliście o tym, gdzie byście mogli być, gdybyście choć raz postawili na siebie i swój rozwój? Snuliście kiedykolwiek takie wizje? Takie, w których podejmujecie tę jedną, konkretną decyzję i postanawiacie zrobić wszystko, aby osiągnąć cel? Bez względu na Waszą odpowiedź, myślę, że ten tekst Was zainteresuje. A przynajmniej zainteresować powinien. Każdego bez wyjątku.

To będzie opowieść o człowieku.

Niezwykłej osobie, którą poznałem przed czterema miesiącami i której miałem przyjemność pomagać w osiągnięciu jej celu. Piszę to z ręką na sercu, ale ten chłopak wywarł na mnie ogromne wrażenie i jestem wprost przekonany, że i na Was oddziałuje w nie mniejszym stopniu.

Posłuchajcie  o tym, jak dokonała się jego przemiana.

(Nie)zwykły człowiek – Przemysław Bieluch.

Poznajcie proszę Przemysława Bielucha. 24 listopada skończy 20 lat. Jest to chłopak totalnie zakochany w piłce nożnej. Osoby tak bardzo ukierunkowanej na jeden, określony przez siebie cel, chyba jeszcze w swoim życiu nie spotkałem.

Przemysław Bieluch

Źródło: Przemysław Bieluch. Data: 5 czerwca 2018 rok.

Otrzymałem od niego wiadomość na Instagramie dokładnie 4 czerwca 2018 roku, po 22:00. Pytał mnie, czy zajmuję się rozpisywaniem diet. W takich chwilach, kiedy spoglądam wstecz, zastanawia mnie, co by było, gdybym podjął inną decyzję? Co by się stało, gdybym Przemkowi odmówił? To bardzo ciekawe, ale na całe szczęście tego nie zrobiłem. I to nie był przypadek. Nie wierzę w przypadki. Czuję, że tak musiało być.

Po krótkiej wymianie wiadomości nastąpiła klasyczna procedura – ankieta, odpowiedź i układanie planu. – Standard. – pomyślałem na początku, ale potem… Potem standardu już nie było. Od samego początku wiedziałem, że Przemek nie jest kolejnym podopiecznym, który „chce coś ze sobą zrobić”. Gdybyście tylko widzieli wypełnioną przez niego ankietę… Coś pięknego.  Pozwólcie, że zacytuję maleńki wycinek:

„Czuję się ociężale, wiem, że ważę za dużo. Nie zależy mi dokładnie na kilogramach, typu »do października muszę schudnąć 14 kg« bo to sztuczna otoczka. Chcę spalić zbędny tłuszcz ciężką pracą.”

Wierzcie mi lub nie, ale takie podejście nie jest często spotykane. Powiem więcej. Czegoś takiego nie spotyka się na co dzień. A już zwłaszcza tego, co zaszło później. Bo słowa Przemka, to było jedno, ale jego późniejsza praca… To już było coś innego. Zupełnie inny poziom, na który niewielu potrafi się zdobyć. Zarówno w wykonywanych obowiązkach, jak i w sposobie myślenia.

Startujemy!

Oficjalnie współpracę rozpoczęliśmy 9 czerwca. Już następnego dnia otrzymałem od Przemka maila, w którym to pisał mi, że właśnie poświęcił pięć godzin swojego cennego życia na skrupulatne przepracowanie planu, który ode mnie otrzymał. To był dla mnie kolejny sygnał, że mam styczność z osobą nietuzinkową. Co więcej, wszystko opracował naprawdę solidnie i nie wymagało to ode mnie wielu wyjaśnień.

Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się takiego podejścia. Nastawiony byłem raczej na to, że otrzymam pytania, na które będę odpowiadał, co jest dla mnie bardzo naturalne i w pełni wpisuje się w moje kompetencje. Dlatego byłem zdziwiony, kiedy Przemek napisał mi, że wykonał tak wiele pracy samodzielnej. Naturalnie, na początku pojawiło się kilka pytań i na przestrzeni tych czterech miesięcy, pojawiło się ich też jeszcze trochę, ale zaufajcie mi, że było ich naprawdę bardzo mało.

To kolejna wspaniała cecha Przemka. Jego etyka pracy. Pytał wtedy, kiedy musiał, ale na ogół zawsze starał się rozwiązywać swoje problemy samodzielnie i niesamowicie to w nim cenię. Każdego dnia wykonywał indywidualnie masę pracy. Dochodziło nawet do tego, że to ja popadałem w takie „trenerskie kompleksy”. Wiecie, jakie to głupie uczucie, kiedy komuś pomagacie, ale widzicie, że ten ktoś sam radzi sobie doskonale? To coś przewspaniałego! Pokazało mi to jasno, że tak naprawdę celem trenera nie jest doprowadzenie podopiecznego do celu. Celem trenera jest przygotowanie podopiecznego tak, aby ten cel był sam w stanie osiągnąć. I myślę, że właśnie to stało się w przypadku Przemka.

Doszło do tego, że w pewnym momencie nasza współpraca nie była już współpracą. Wskoczyliśmy na wyższy poziom znajomości. Kiedy Przemek czegoś potrzebował – pytał, a ja odpowiadałem. Nadal nieustannie czuwałem nad tym, co robi i nad całym jego planem, ale cała praca i cała uwaga należy się właśnie jemu. Ta przemiana to tylko jego zasługa! To on osiągnął ten sukces, ale… Powoli.

Do sukcesu jeszcze dojdziemy!

Pierwszy raport i już wiem, że Przemek jest inny.

Po pierwszym tygodniu nadszedł czas na pierwszy raport od Przemka z jego zmagań. To pierwsze sprawozdanie zawsze jest dla mnie ogromną zagadką, bo nigdy nie wiem, jakie podejście ma osoba, której pomagam. Naprawdę spotkałem się już w swoim życiu z wieloma różnorakimi zachowaniami. Włącznie z takimi, w których to „podopieczni” po otrzymaniu planu w zasadzie „znikali”. Milkli, nie odpowiadali na wiadomości i sprawiali wrażenie ludzi, nieliczących się z czyjąś pracą. Ale zostawmy to, bo Przemek taki nie był.

Oj, ja nawet powiem więcej.

On był kompletne inny. Nie będę ukrywał, że Przemek pokazał mi, że współpraca może przebiegać na zupełnie innym, wyższym poziomie. Piękny raport, który okrasił relacją każdego dnia, łącznie ze wszelkimi niuansami i barwnymi, oraz przede wszystkim bardzo szczerymi opisami własnych przeżyć i wrażeń, był tylko potwierdzeniem opinii, jaką o Przemku miałem. Często kręciłem głową z niedowierzaniem, kiedy czytałem kolejne raport, kolejne wiadomości, a już, zwłaszcza kiedy nawzajem z Przemkiem się poznawaliśmy.

Z każdym kolejnym tygodniem robiłem wielkie oczy ze zdziwienia i pytałem sam siebie:

„To tak można?!”

Można. I to jeszcze jak.

Rozważny tytan pracy.

U Przemka należy wyróżnić przede wszystkim jeden, bardzo ważny aspekt. Znajomość własnego ciała. Tyle razy, ile ja się go naprosiłem i ile razy ja go przestrzegałem, żeby nie przesadzał z aktywnością i uważał na siebie, to chyba nie da się tego zliczyć. Naprawdę. Jednak w zasadzie za każdym razem, wszystko wychodziło na Jego. Przyznam się, że nie raz martwiłem się, a nawet bałem, że przesadzamy. Że kalorii jest zbyt mało, a aktywności zbyt wiele. Że to się źle skończy…

przemiana

Źródło: Instagram – Przemysław Bieluch

Kiedy jednak czytałem te spokojne i pełne ambicji słowa Przemka:

„Witaj, to był ciężki i intensywny tydzień ale dałem radę. Zdaje sobie sprawę, że ten musi być jeszcze cięższy ale motywuje mnie to do dalszej pracy.[…] Zrobiłem ponad 100 tyś kroków i 70km na nogach […].”

Momentalnie się uspokajałem. Myślę, że w ogóle cała nasza relacja opierała się na ogromnym zaufaniu. Przemek zaufał mi w kwestii żywienia i całego planu, a ja zaufałem mu, w znajomości jego ciała. I się definitywnie nie zawiodłem, i myślę, że Przemek również!

Czasami bywało tak, że ja coś proponowałem, a Przemek to korygował i ostatecznie ja się z tym zgadzałem. Z drugiej jednak strony było tak, że Przemek wręcz sam coś proponował – a to przycięcie kalorii, a to dodanie aktywności (niezmordowany chłopak!), a ja musiałem go trochę hamować. Jednak bez względu na wszystko, Przemka cechował ogromny profesjonalizm. Nie zachowywał się jak ktoś, kto wie wszystko. Nie pisał mi, że „musi być tak, jak on chce”. Zawsze odnajdowaliśmy wspólny język i zawsze osiągaliśmy kompromis.

A to wszystko dlatego, że sobie ufaliśmy i byliśmy ze sobą szczerzy. Myślę, że to jest właśnie podstawą. Bez względu, o jakiej relacji mówimy. Nie ważne, czy to przemiana sylwetki, czy cokolwiek innego. Poza tym – nawet nie wiem, kiedy to się stało, ale chyba oboje zrozumieliśmy, że w gruncie rzeczy jesteśmy bardzo do siebie podobni. W ten sposób zaczęliśmy nadawać na tych samach falach.

Zero zawahań. Przemiana na tip-top.

Przejdźmy trochę dalej. Nie sposób przecież opisać każdego tygodnia! Mogę Was tylko zapewnić, co do jednego. Każdy raport – powtarzam KAŻDY – był tak samo rzetelny i tak samo szczegółowy, jak ten pierwszy. Nieważne, czy Przemek miał czas, czy go nie miał. Raport zawsze był. Czasami dzień później, czasami dzień wcześniej, ale zawsze występował i to kolejna cecha, które niesamowicie mi się podobało.

Systematyczność można było dostrzec na każdym kroku. W treningach, w odżywianiu, czy nawet w pozornie tak prozaicznej czynności, jak przysyłanie cotygodniowych raportów. To wszystko objawiało się tym, że ani razu, przez kilkanaście tygodni naszej owocnej współpracy, nie doszło do zaniechania planu. Ani razu. Rozumiecie to? Każdego dnia plan był wypełniany i nie było żadnych wymówek. Nieważne, czy Przemek był zmęczony, czy bolały go nogi, czy nie mógł akurat czegoś zjeść. Zawsze sobie radził. ZAWSZE.

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie jest to piękna lekcja. Zdecydowanie zbyt często narzekamy i szukamy jakiś alternatywnych wyjść. Po co to robimy? Szukamy wygody i komfortu? Świetnie. Jednak wtedy nie oczekujmy wielkiego sukcesu, bo to się ze sobą nie łączy. Jak się chce, to można i uważam, że naprawdę każdy może coś zrobić ze swoim życiem. Bez względu na to, kim jest i czym się zajmuje. Jednak do tego potrzebne jest działanie. Samozaparcie i ogromny wkład własny. Kto się potrafi na to zdobyć? Niewiele osób.

Jednak Przemek był wśród nich…

Nie tylko sylwetka. Umysł i siła mentalna!

Ostatecznie Przemek osiągnął swój cel i w świetle tego, co napisałem, nikogo nie powinno to dziwić. Zresztą zobaczcie i przeczytajcie sami, jaki ostatecznie postęp udało mu się wykonać.

sylwetka

Źródło: Archiwum prywatne – Przemysław Bieluch. Tak! To nadal ten sam chłopak!

Może to Was zaskoczy, ale ten końcowy sukces nie był dla mnie wcale najlepszy z tego wszystkiego. Nigdy, ale to przenigdy, nie byłem jeszcze tak mocno dumny i tak bardzo zaangażowany w życie, i podejmowane działania, przez kompletnie obcą mi osobę, którą przed kilkunastoma tygodniami nawet nie znałem.

Dla wielu osiągnięcie celu sylwetkowego jest bardzo proste, ale przy tym też bardzo płytkie. Na ogół wszyscy chcą mieć „większe bicepsy” albo „jędrniejszy tyłek”, a cała reszta nie jest ważna. Szkoda, bo kształtowanie sylwetki może być świetną przygodą, która potrafi zmienić wszystko albo chociaż wiele. Łącznie z pozostałymi aspektami życia. Nie chcę pisać, że Przemek realizuje swoje marzenia dlatego, że ma lepszą sylwetkę i dokonała się w niej przemiana. To zbyt dalece idący wniosek. Jestem pewien, że jest on w tym miejscu, w którym jest, dlatego, że jest człowiekiem o niespotykanej sile charakteru. Ambicja, gdyby mogła, wylewałaby mu się uszami. Wiecie, co mi napisał, po ponad miesiącu współpracy, kiedy pierwsze efekty były już naprawdę fajne?

„Jakby od pewnego czasu wchodzenie na górę było po prostu zakodowane. Dodatkowo nie czuję aż takiej satysfakcji bo wiem, że jeszcze muuuuultum pracy przede mną.”

Wiecie, kto tak pisze? Człowiek ambitny i zorientowany na sukces.

Intensywność, która zabiłaby słonia.

Obok tych wszystkich, naprawdę rzadko spotykanych cech w takim natężeniu i w takiej kulminacji, posiadał coś jeszcze. Przewspaniałą etykę pracy, która niejednego potrafiłaby wykończyć. Potrafił jeździć na rowerze do pracy, pracować, a potem, jakby nigdy nic, zrobić sobie dwa treningi – siłowy i intensywny trening piłkarski. Zrobienie dwudziestu tysięcy kroków w ciągu dnia, nie stanowiło dla Przemka problemu. Ba! On do tego dążył!

Nieustannie narzucał na siebie większą intensywność. Skoro w jednym tygodniu zrobił tyle, to w następnym chciał robić jeszcze więcej! I on to robił! Ja naprawdę starałem się go hamować, ale potem doszedłem już do wniosku, że to nie ma sensu. Nie dlatego, że nie widziałem w tym przyszłości. Wręcz przeciwnie. Od pewnego momentu widziałem ją jaśniej niż wcześniej i dostrzegłem, że ten człowiek, któremu pomagam (a który w zasadzie radził sobie i beze mnie rewelacyjnie) osiągnie sukces i spełni swoje marzenia.

Nie pomyliłem się.

Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.

Obecnie Przemek stacjonuje w Zabrzu. Jest członkiem Football Training Center. Moim zdaniem jest to jedna z najlepszych Akademii Piłkarskich w naszym kraju. Nie tylko pod kątem przygotowania fizycznego, ale także mentalnego. To było jego marzenie i spełnił je. Jednak patrząc na to, ile pracował przez cały okres wakacyjny – wcale mnie to nie dziwi. Jak sam pisał, jego poziom piłkarski wzrósł, ale ja pragnę przed Wami wszystkimi zauważyć, że wzrósł, dlatego że Przemek na to pracował. I to ciężko.

Bardzo, bardzo ciężko.

Kilka treningów piłkarskich w tygodniu, kilka treningów siłowych, do tego nierzadko dochodziły jeszcze przejażdżki rowerowe oraz praca. Obok tego ciągle się rozwijał i widziałem, że nie jest to typ człowieka, którego zadowoli tylko rozwój fizyczny. Czytał, dowiadywał się i uczył. Tym sposobem, gdzieś w międzyczasie, spełnił swoje kolejne marzenia.

  • Jedno z nich to kanał na YouTube, a drugie to…
marzenia

Źródło: Instagram – Przemysław Bieluch.

  • Samotna wycieczka do Madrytu na mecz Realu Madryt – ulubionej drużyny Przemka. Kiedy się o tym dowiedziałem… Miałem ciarki na całym ciele. Jednak w tym miejscu pragnę oddać głos Przemkowi. On opowie Wam o tym zdecydowanie lepiej.

Posłuchajcie.

https://www.youtube.com/watch?v=qEQn-kBwU_E

Przemysław Bieluch – inspiracja dla każdego z nas.

Takiego człowieka jak Przemek jeszcze nie spotkałem. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Cieszę się niezmiernie z tego, że napisał do mnie przed kilkoma miesiącami, bo pomimo tego, iż obecnie Przemek radzi już sobie świetnie samodzielnie, to nadal utrzymujemy kontakt.  Jestem dumny, że mogłem mu pomagać i jeszcze bardziej dumny, że w pewnym momencie, byłem już Przemkowi zbędny.

Etyka pracy, ambicja, systematyczność, cierpliwość i w tym wszystkim, także niesamowita pokora. To wszystko reprezentował i nadal reprezentuje sobą Przemek, i naprawdę wiele mnie nauczył. Kojarzycie mój tekst o wzięciu się do roboty? Zgadnijcie, kto był inspiracją. Niebawem ukaże się kolejny tekst o stawianiu sobie wysoko poprzeczki, który powstał dzięki Przemkowi. To on był moją muzą.

Przemysław Bieluch to człowiek, który może stać się przykładem dla nas wszystkich. Dla wszystkich, którzy gdzieś skrycie marzą o sukcesie, ale boją się po niego sięgnąć. Jednak moje słowa nigdy nie oddadzą tego, jak wielką osobą jest Przemek. Jestem niezmiernie zadowolony, ze mogłem brać w tym wszystkim udział i dołożyć od siebie tę maleńką cegiełkę. Tylko nie zapominajmy, proszę, że ja to tylko opisuję, a wszelkie zaszczyty należą się Przemkowi. Dlatego proszę.  Jeśli możecie, pogratulujcie Przemkowi za kawał niesamowicie wykonanej pracy. Nieważne, czy w komentarzach na Facebooku, czy to na jego Instagramie, czy kanale na Youtube.

Porównajmy to jeszcze raz. Prawda, że inspirujące?

metamorfoza

Źródło: Archiwum prywatne – Przemysław Bieluch. Efekt ciężkiej pracy.

To dopiero początek…

Opisać całą tę historię w przystępnie długiej do czytania formie, jest zwyczajnie, nie sposób. Mogę Wam tylko obiecać, że jeśli Przemek wyrazi taką chęć, to być może pojawi się w moich materiałach po raz kolejny!

W tym wszystkim jest jednak najpiękniejsze to, że Przemek dopiero się rozpędza. To, co najlepsze dopiero przed nim, a On po osiągnięciu jednego celu, od razu wyznacza sobie kolejne i mierzy jeszcze wyżej. Dlatego w przyszłości można się spodziewać, że osiągnie jeszcze nie jedno.

Zakończę to słowami Przemka, które napisał mi je, już po zakończonej współpracy, kiedy to wymienialiśmy się swoimi refleksjami. Są to słowa, którymi każdy powinien się inspirować.

„Co do sylwetki, co do planu, powiem to wprost: gdybym sobie po prostu założył, że fajnie będzie schudnąć, być bardziej zdrowym i trochę się zmniejszyć, to ja bym nigdy nie zrobił tego co zrobiłem. Wydawało mi się niemożliwym, żeby zrzucić z siebie tyle kilogramów dlatego tak mnie to napędzało do działania, jeszcze jak do tego dołożymy fakt, że wymyśliłem sobie coś tak abstrakcyjnego jak te FTC w Zabrzu, to miałem po prostu paliwo rakietowe. Nie zrealizowałbym nic małego, podobnie, nie chciałoby mi się nawet podskakiwać, gdybym nie miał w planach przebicia głową sufitu.”

#kolejne artykuły