(Nie)zwykły człowiek - Przemysław Bieluch. | worldmaster.pl
#

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to jest spełniać swoje marzenia i realizować swoje cele? Myśleliście o tym, gdzie byście mogli być, gdybyście choć raz postawili na siebie i swój rozwój? Snuliście kiedykolwiek takie wizje? Takie, w których podejmujecie tę jedną, konkretną decyzję i postanawiacie zrobić wszystko, aby osiągnąć cel? Bez względu na Waszą odpowiedź, myślę, że ten tekst Was zainteresuje. A przynajmniej zainteresować powinien. Każdego bez wyjątku.

To będzie opowieść o człowieku.

Niezwykłej osobie, którą poznałem przed czterema miesiącami i której miałem przyjemność pomagać w osiągnięciu jej celu. Piszę to z ręką na sercu, ale ten chłopak wywarł na mnie ogromne wrażenie i jestem wprost przekonany, że i na Was oddziałuje w nie mniejszym stopniu.

Posłuchajcie  o tym, jak dokonała się jego przemiana.

(Nie)zwykły człowiek – Przemysław Bieluch.

Poznajcie proszę Przemysława Bielucha. 24 listopada skończy 20 lat. Jest to chłopak totalnie zakochany w piłce nożnej. Osoby tak bardzo ukierunkowanej na jeden, określony przez siebie cel, chyba jeszcze w swoim życiu nie spotkałem.

Przemysław Bieluch

Źródło: Przemysław Bieluch. Data: 5 czerwca 2018 rok.

Otrzymałem od niego wiadomość na Instagramie dokładnie 4 czerwca 2018 roku, po 22:00. Pytał mnie, czy zajmuję się rozpisywaniem diet. W takich chwilach, kiedy spoglądam wstecz, zastanawia mnie, co by było, gdybym podjął inną decyzję? Co by się stało, gdybym Przemkowi odmówił? To bardzo ciekawe, ale na całe szczęście tego nie zrobiłem. I to nie był przypadek. Nie wierzę w przypadki. Czuję, że tak musiało być.

Po krótkiej wymianie wiadomości nastąpiła klasyczna procedura – ankieta, odpowiedź i układanie planu. – Standard. – pomyślałem na początku, ale potem… Potem standardu już nie było. Od samego początku wiedziałem, że Przemek nie jest kolejnym podopiecznym, który „chce coś ze sobą zrobić”. Gdybyście tylko widzieli wypełnioną przez niego ankietę… Coś pięknego.  Pozwólcie, że zacytuję maleńki wycinek:

„Czuję się ociężale, wiem, że ważę za dużo. Nie zależy mi dokładnie na kilogramach, typu »do października muszę schudnąć 14 kg« bo to sztuczna otoczka. Chcę spalić zbędny tłuszcz ciężką pracą.”

Wierzcie mi lub nie, ale takie podejście nie jest często spotykane. Powiem więcej. Czegoś takiego nie spotyka się na co dzień. A już zwłaszcza tego, co zaszło później. Bo słowa Przemka, to było jedno, ale jego późniejsza praca… To już było coś innego. Zupełnie inny poziom, na który niewielu potrafi się zdobyć. Zarówno w wykonywanych obowiązkach, jak i w sposobie myślenia.

Startujemy!

Oficjalnie współpracę rozpoczęliśmy 9 czerwca. Już następnego dnia otrzymałem od Przemka maila, w którym to pisał mi, że właśnie poświęcił pięć godzin swojego cennego życia na skrupulatne przepracowanie planu, który ode mnie otrzymał. To był dla mnie kolejny sygnał, że mam styczność z osobą nietuzinkową. Co więcej, wszystko opracował naprawdę solidnie i nie wymagało to ode mnie wielu wyjaśnień.

Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się takiego podejścia. Nastawiony byłem raczej na to, że otrzymam pytania, na które będę odpowiadał, co jest dla mnie bardzo naturalne i w pełni wpisuje się w moje kompetencje. Dlatego byłem zdziwiony, kiedy Przemek napisał mi, że wykonał tak wiele pracy samodzielnej. Naturalnie, na początku pojawiło się kilka pytań i na przestrzeni tych czterech miesięcy, pojawiło się ich też jeszcze trochę, ale zaufajcie mi, że było ich naprawdę bardzo mało.

To kolejna wspaniała cecha Przemka. Jego etyka pracy. Pytał wtedy, kiedy musiał, ale na ogół zawsze starał się rozwiązywać swoje problemy samodzielnie i niesamowicie to w nim cenię. Każdego dnia wykonywał indywidualnie masę pracy. Dochodziło nawet do tego, że to ja popadałem w takie „trenerskie kompleksy”. Wiecie, jakie to głupie uczucie, kiedy komuś pomagacie, ale widzicie, że ten ktoś sam radzi sobie doskonale? To coś przewspaniałego! Pokazało mi to jasno, że tak naprawdę celem trenera nie jest doprowadzenie podopiecznego do celu. Celem trenera jest przygotowanie podopiecznego tak, aby ten cel był sam w stanie osiągnąć. I myślę, że właśnie to stało się w przypadku Przemka.

Doszło do tego, że w pewnym momencie nasza współpraca nie była już współpracą. Wskoczyliśmy na wyższy poziom znajomości. Kiedy Przemek czegoś potrzebował – pytał, a ja odpowiadałem. Nadal nieustannie czuwałem nad tym, co robi i nad całym jego planem, ale cała praca i cała uwaga należy się właśnie jemu. Ta przemiana to tylko jego zasługa! To on osiągnął ten sukces, ale… Powoli.

Do sukcesu jeszcze dojdziemy!

Pierwszy raport i już wiem, że Przemek jest inny.

Po pierwszym tygodniu nadszedł czas na pierwszy raport od Przemka z jego zmagań. To pierwsze sprawozdanie zawsze jest dla mnie ogromną zagadką, bo nigdy nie wiem, jakie podejście ma osoba, której pomagam. Naprawdę spotkałem się już w swoim życiu z wieloma różnorakimi zachowaniami. Włącznie z takimi, w których to „podopieczni” po otrzymaniu planu w zasadzie „znikali”. Milkli, nie odpowiadali na wiadomości i sprawiali wrażenie ludzi, nieliczących się z czyjąś pracą. Ale zostawmy to, bo Przemek taki nie był.

Oj, ja nawet powiem więcej.

On był kompletne inny. Nie będę ukrywał, że Przemek pokazał mi, że współpraca może przebiegać na zupełnie innym, wyższym poziomie. Piękny raport, który okrasił relacją każdego dnia, łącznie ze wszelkimi niuansami i barwnymi, oraz przede wszystkim bardzo szczerymi opisami własnych przeżyć i wrażeń, był tylko potwierdzeniem opinii, jaką o Przemku miałem. Często kręciłem głową z niedowierzaniem, kiedy czytałem kolejne raport, kolejne wiadomości, a już, zwłaszcza kiedy nawzajem z Przemkiem się poznawaliśmy.

Z każdym kolejnym tygodniem robiłem wielkie oczy ze zdziwienia i pytałem sam siebie:

„To tak można?!”

Można. I to jeszcze jak.

Rozważny tytan pracy.

U Przemka należy wyróżnić przede wszystkim jeden, bardzo ważny aspekt. Znajomość własnego ciała. Tyle razy, ile ja się go naprosiłem i ile razy ja go przestrzegałem, żeby nie przesadzał z aktywnością i uważał na siebie, to chyba nie da się tego zliczyć. Naprawdę. Jednak w zasadzie za każdym razem, wszystko wychodziło na Jego. Przyznam się, że nie raz martwiłem się, a nawet bałem, że przesadzamy. Że kalorii jest zbyt mało, a aktywności zbyt wiele. Że to się źle skończy…

przemiana

Źródło: Instagram – Przemysław Bieluch

Kiedy jednak czytałem te spokojne i pełne ambicji słowa Przemka:

„Witaj, to był ciężki i intensywny tydzień ale dałem radę. Zdaje sobie sprawę, że ten musi być jeszcze cięższy ale motywuje mnie to do dalszej pracy.[…] Zrobiłem ponad 100 tyś kroków i 70km na nogach […].”

Momentalnie się uspokajałem. Myślę, że w ogóle cała nasza relacja opierała się na ogromnym zaufaniu. Przemek zaufał mi w kwestii żywienia i całego planu, a ja zaufałem mu, w znajomości jego ciała. I się definitywnie nie zawiodłem, i myślę, że Przemek również!

Czasami bywało tak, że ja coś proponowałem, a Przemek to korygował i ostatecznie ja się z tym zgadzałem. Z drugiej jednak strony było tak, że Przemek wręcz sam coś proponował – a to przycięcie kalorii, a to dodanie aktywności (niezmordowany chłopak!), a ja musiałem go trochę hamować. Jednak bez względu na wszystko, Przemka cechował ogromny profesjonalizm. Nie zachowywał się jak ktoś, kto wie wszystko. Nie pisał mi, że „musi być tak, jak on chce”. Zawsze odnajdowaliśmy wspólny język i zawsze osiągaliśmy kompromis.

A to wszystko dlatego, że sobie ufaliśmy i byliśmy ze sobą szczerzy. Myślę, że to jest właśnie podstawą. Bez względu, o jakiej relacji mówimy. Nie ważne, czy to przemiana sylwetki, czy cokolwiek innego. Poza tym – nawet nie wiem, kiedy to się stało, ale chyba oboje zrozumieliśmy, że w gruncie rzeczy jesteśmy bardzo do siebie podobni. W ten sposób zaczęliśmy nadawać na tych samach falach.

Zero zawahań. Przemiana na tip-top.

Przejdźmy trochę dalej. Nie sposób przecież opisać każdego tygodnia! Mogę Was tylko zapewnić, co do jednego. Każdy raport – powtarzam KAŻDY – był tak samo rzetelny i tak samo szczegółowy, jak ten pierwszy. Nieważne, czy Przemek miał czas, czy go nie miał. Raport zawsze był. Czasami dzień później, czasami dzień wcześniej, ale zawsze występował i to kolejna cecha, które niesamowicie mi się podobało.

Systematyczność można było dostrzec na każdym kroku. W treningach, w odżywianiu, czy nawet w pozornie tak prozaicznej czynności, jak przysyłanie cotygodniowych raportów. To wszystko objawiało się tym, że ani razu, przez kilkanaście tygodni naszej owocnej współpracy, nie doszło do zaniechania planu. Ani razu. Rozumiecie to? Każdego dnia plan był wypełniany i nie było żadnych wymówek. Nieważne, czy Przemek był zmęczony, czy bolały go nogi, czy nie mógł akurat czegoś zjeść. Zawsze sobie radził. ZAWSZE.

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie jest to piękna lekcja. Zdecydowanie zbyt często narzekamy i szukamy jakiś alternatywnych wyjść. Po co to robimy? Szukamy wygody i komfortu? Świetnie. Jednak wtedy nie oczekujmy wielkiego sukcesu, bo to się ze sobą nie łączy. Jak się chce, to można i uważam, że naprawdę każdy może coś zrobić ze swoim życiem. Bez względu na to, kim jest i czym się zajmuje. Jednak do tego potrzebne jest działanie. Samozaparcie i ogromny wkład własny. Kto się potrafi na to zdobyć? Niewiele osób.

Jednak Przemek był wśród nich…

Nie tylko sylwetka. Umysł i siła mentalna!

Ostatecznie Przemek osiągnął swój cel i w świetle tego, co napisałem, nikogo nie powinno to dziwić. Zresztą zobaczcie i przeczytajcie sami, jaki ostatecznie postęp udało mu się wykonać.

sylwetka

Źródło: Archiwum prywatne – Przemysław Bieluch. Tak! To nadal ten sam chłopak!

Może to Was zaskoczy, ale ten końcowy sukces nie był dla mnie wcale najlepszy z tego wszystkiego. Nigdy, ale to przenigdy, nie byłem jeszcze tak mocno dumny i tak bardzo zaangażowany w życie, i podejmowane działania, przez kompletnie obcą mi osobę, którą przed kilkunastoma tygodniami nawet nie znałem.

Dla wielu osiągnięcie celu sylwetkowego jest bardzo proste, ale przy tym też bardzo płytkie. Na ogół wszyscy chcą mieć „większe bicepsy” albo „jędrniejszy tyłek”, a cała reszta nie jest ważna. Szkoda, bo kształtowanie sylwetki może być świetną przygodą, która potrafi zmienić wszystko albo chociaż wiele. Łącznie z pozostałymi aspektami życia. Nie chcę pisać, że Przemek realizuje swoje marzenia dlatego, że ma lepszą sylwetkę i dokonała się w niej przemiana. To zbyt dalece idący wniosek. Jestem pewien, że jest on w tym miejscu, w którym jest, dlatego, że jest człowiekiem o niespotykanej sile charakteru. Ambicja, gdyby mogła, wylewałaby mu się uszami. Wiecie, co mi napisał, po ponad miesiącu współpracy, kiedy pierwsze efekty były już naprawdę fajne?

„Jakby od pewnego czasu wchodzenie na górę było po prostu zakodowane. Dodatkowo nie czuję aż takiej satysfakcji bo wiem, że jeszcze muuuuultum pracy przede mną.”

Wiecie, kto tak pisze? Człowiek ambitny i zorientowany na sukces.

Intensywność, która zabiłaby słonia.

Obok tych wszystkich, naprawdę rzadko spotykanych cech w takim natężeniu i w takiej kulminacji, posiadał coś jeszcze. Przewspaniałą etykę pracy, która niejednego potrafiłaby wykończyć. Potrafił jeździć na rowerze do pracy, pracować, a potem, jakby nigdy nic, zrobić sobie dwa treningi – siłowy i intensywny trening piłkarski. Zrobienie dwudziestu tysięcy kroków w ciągu dnia, nie stanowiło dla Przemka problemu. Ba! On do tego dążył!

Nieustannie narzucał na siebie większą intensywność. Skoro w jednym tygodniu zrobił tyle, to w następnym chciał robić jeszcze więcej! I on to robił! Ja naprawdę starałem się go hamować, ale potem doszedłem już do wniosku, że to nie ma sensu. Nie dlatego, że nie widziałem w tym przyszłości. Wręcz przeciwnie. Od pewnego momentu widziałem ją jaśniej niż wcześniej i dostrzegłem, że ten człowiek, któremu pomagam (a który w zasadzie radził sobie i beze mnie rewelacyjnie) osiągnie sukces i spełni swoje marzenia.

Nie pomyliłem się.

Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.

Obecnie Przemek stacjonuje w Zabrzu. Jest członkiem Football Training Center. Moim zdaniem jest to jedna z najlepszych Akademii Piłkarskich w naszym kraju. Nie tylko pod kątem przygotowania fizycznego, ale także mentalnego. To było jego marzenie i spełnił je. Jednak patrząc na to, ile pracował przez cały okres wakacyjny – wcale mnie to nie dziwi. Jak sam pisał, jego poziom piłkarski wzrósł, ale ja pragnę przed Wami wszystkimi zauważyć, że wzrósł, dlatego że Przemek na to pracował. I to ciężko.

Bardzo, bardzo ciężko.

Kilka treningów piłkarskich w tygodniu, kilka treningów siłowych, do tego nierzadko dochodziły jeszcze przejażdżki rowerowe oraz praca. Obok tego ciągle się rozwijał i widziałem, że nie jest to typ człowieka, którego zadowoli tylko rozwój fizyczny. Czytał, dowiadywał się i uczył. Tym sposobem, gdzieś w międzyczasie, spełnił swoje kolejne marzenia.

  • Jedno z nich to kanał na YouTube, a drugie to…
marzenia

Źródło: Instagram – Przemysław Bieluch.

  • Samotna wycieczka do Madrytu na mecz Realu Madryt – ulubionej drużyny Przemka. Kiedy się o tym dowiedziałem… Miałem ciarki na całym ciele. Jednak w tym miejscu pragnę oddać głos Przemkowi. On opowie Wam o tym zdecydowanie lepiej.

Posłuchajcie.

https://www.youtube.com/watch?v=qEQn-kBwU_E

Przemysław Bieluch – inspiracja dla każdego z nas.

Takiego człowieka jak Przemek jeszcze nie spotkałem. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Cieszę się niezmiernie z tego, że napisał do mnie przed kilkoma miesiącami, bo pomimo tego, iż obecnie Przemek radzi już sobie świetnie samodzielnie, to nadal utrzymujemy kontakt.  Jestem dumny, że mogłem mu pomagać i jeszcze bardziej dumny, że w pewnym momencie, byłem już Przemkowi zbędny.

Etyka pracy, ambicja, systematyczność, cierpliwość i w tym wszystkim, także niesamowita pokora. To wszystko reprezentował i nadal reprezentuje sobą Przemek, i naprawdę wiele mnie nauczył. Kojarzycie mój tekst o wzięciu się do roboty? Zgadnijcie, kto był inspiracją. Niebawem ukaże się kolejny tekst o stawianiu sobie wysoko poprzeczki, który powstał dzięki Przemkowi. To on był moją muzą.

Przemysław Bieluch to człowiek, który może stać się przykładem dla nas wszystkich. Dla wszystkich, którzy gdzieś skrycie marzą o sukcesie, ale boją się po niego sięgnąć. Jednak moje słowa nigdy nie oddadzą tego, jak wielką osobą jest Przemek. Jestem niezmiernie zadowolony, ze mogłem brać w tym wszystkim udział i dołożyć od siebie tę maleńką cegiełkę. Tylko nie zapominajmy, proszę, że ja to tylko opisuję, a wszelkie zaszczyty należą się Przemkowi. Dlatego proszę.  Jeśli możecie, pogratulujcie Przemkowi za kawał niesamowicie wykonanej pracy. Nieważne, czy w komentarzach na Facebooku, czy to na jego Instagramie, czy kanale na Youtube.

Porównajmy to jeszcze raz. Prawda, że inspirujące?

metamorfoza

Źródło: Archiwum prywatne – Przemysław Bieluch. Efekt ciężkiej pracy.

To dopiero początek…

Opisać całą tę historię w przystępnie długiej do czytania formie, jest zwyczajnie, nie sposób. Mogę Wam tylko obiecać, że jeśli Przemek wyrazi taką chęć, to być może pojawi się w moich materiałach po raz kolejny!

W tym wszystkim jest jednak najpiękniejsze to, że Przemek dopiero się rozpędza. To, co najlepsze dopiero przed nim, a On po osiągnięciu jednego celu, od razu wyznacza sobie kolejne i mierzy jeszcze wyżej. Dlatego w przyszłości można się spodziewać, że osiągnie jeszcze nie jedno.

Zakończę to słowami Przemka, które napisał mi je, już po zakończonej współpracy, kiedy to wymienialiśmy się swoimi refleksjami. Są to słowa, którymi każdy powinien się inspirować.

„Co do sylwetki, co do planu, powiem to wprost: gdybym sobie po prostu założył, że fajnie będzie schudnąć, być bardziej zdrowym i trochę się zmniejszyć, to ja bym nigdy nie zrobił tego co zrobiłem. Wydawało mi się niemożliwym, żeby zrzucić z siebie tyle kilogramów dlatego tak mnie to napędzało do działania, jeszcze jak do tego dołożymy fakt, że wymyśliłem sobie coś tak abstrakcyjnego jak te FTC w Zabrzu, to miałem po prostu paliwo rakietowe. Nie zrealizowałbym nic małego, podobnie, nie chciałoby mi się nawet podskakiwać, gdybym nie miał w planach przebicia głową sufitu.”

Mistrzostwa Świata w League of Legends, czyli popularne Worldsy trwają właśnie teraz! E-sport jest bliski mojemu sercu. Zwłaszcza tak wielkie wydarzenie. Przypuszczam, że niewiele osób zna mnie od tej strony. Dlatego więc dla wszystkich niezorientowanych w temacie, mam małą wiadomość. Otóż jestem ogromnym fanem e-sportu, a zwłaszcza gry League of Legends. Jeśli drogi czytelniku po raz pierwszy spotkałeś się z tym terminem albo chcesz poznać e-sport od strony bardziej emocjonalnej, to odsyłam Cię do napisanych przeze mnie dwóch tekstów. Znajdziesz je Tutaj i Tutaj.

Skoro ten piękny wstęp mamy już za sobą, przejdźmy do konkretów! Jako zapalony kibic League of Legends nie mogłem odmówić sobie sposobności do napisania „kilku” zdań odnośnie do trwających obecnie Mistrzostw Świata, które w środowisku graczy określane są po prostu jako – Worldsy. Nie ukrywam, że obecny czas, dla wielu kibiców, a także wielu graczy, to taki mały okres żniw. Emocje sięgają zenitu, gra na najwyższym poziomie, a na dodatek niespodzianki mnożą się na każdym kroku. Jakby tego mało, cała impreza odbywa się w Korei. Mekce e-sportu, a już zwłaszcza mekce League of Legends.

e-sport

Źródło: riftherald.com
Na zdjęciu: Finał Mistrzostw Świata 2017.

Worldsy rozpoczęły się wraz z początkiem października, a przedwczoraj poznaliśmy już wszystkie pary ćwierćfinałowe. Warto nadmienić, że wśród nich, znajdują się dwie drużyny europejskie – Fnatic oraz G2 Esports z Marcinem „Jankosem” Jankowskim w składzie.

Przed rozpoczęciem Mistrzostw stawiano wiele predykcji. Zakładano, które drużyny mają największe szanse wyjść z grupy, które tych szans nie mają wcale, a które wyjść po prostu muszą. Jednak e-sport, tak jak każdy inny sport, również cechuje się niesamowitymi zwrotami akcjami i ogromnie zaskakującymi wynikami. Nie mogło więc i tego zabraknąć w fazie grupowej Mistrzostw Świata!

Mistrzostwa Świata – Faza Grupowa. Grupa A.

Mistrzostwa Świata

Źródło: www.cybersport.pl

W moim odczuciu, grupa A była grupą najbardziej wyrównaną. Flash Wolves (Tajwan), Afreeca Freecs (Korea), G2 Esports (Europa), a także Phong Vu Buffalo (Wietnam), mogły zwiastować, iż końcowe rezultaty nie mogą być pewne.

Już pierwszego dnia nastąpiło potwierdzenie moich słów. Na własne oczy przekonałem się, jak G2 potrafiło wygrać z mistrzem z Tajwanu, faworyzowaną drużyną z Korei, a następnie, jak gdyby nigdy nic, przegrać z Wietnamskim outsiderem. Wtedy nabrałem już pewności, że w tej grupie może stać się wszystko. I tak też było.

Po pierwszym dniu to Flash Wolves oraz właśnie G2, było na uprzywilejowanej pozycji. To te dwie drużyny zakończyły zmagania pierwszej fazy z bilansem 2-1. Jeśli jednak ktokolwiek skreślił formację z Korei, która po świetnym sezonie pojechała na Worldsy, to grubo się pomylił. W drugiej turze meczów fazy grupowej nastąpiło odrodzenie ekipy Afreeca Freecs. Równolegle dość mocno zagubiło się G2, które o wyjście z grupy, musiało walczyć w dodatkowym, barażowym meczu z Flash Wolves. Na ich szczęście i szczęście ich wszystkich fanów, zdołali wygrać i po bojach, znaleźli się w ćwierćfinale.

Ostatecznie to drużyna z Korei, po rewelacyjnej drugiej turze meczów wygrała grupę, tuż przed G2.

Na kolejnych miejscach plasowało się Flash Wolves oraz Phong Vu Buffalo, które pomimo ostatniego miejsca w grupie, może wracać do Wietnamu, będąc z siebie zadowolonymi. Kilkukrotnie postawili się silniejszym od siebie formacjom. To między innymi dzięki nim, G2 zawdzięcza swój awans. Bo to właśnie ich zaskakujące zwycięstwo w przedostatnim meczu nad Flash Wolves spowodowało, że Ci zmuszeni byli do grania meczu barażowego o wyjście z grupy, z formacją europejską.

Warto tutaj pochwalić także G2. O ile awans ekipy z Korei, nikogo nie powinien dziwić, o tyle europejska formacja nie radzi sobie w tym roku najlepiej. Wiosną przegrali dość gładko finał europejskiej ligi z Fnatic, a latem zakończyli swojego zmagania już na ćwierćfinale. Aby dotrzeć do fazy głównej Mistrzostw, najpierw musieli przebrnąć przez regionalne kwalifikacje, a następnie przez fazę wstępną Mistrzostw Świata. Ich awans, nie jest być może ogromną niespodzianką, ale na pewno wydarzeniem, na które niewiele osób mogło stawiać jeszcze przed kilkoma miesiącami.

Grupa B. Grupa śmierci.

Mistrzostwa Świata

Źródło: www.cybersport.pl

W tej grupie działo się wszystko. Emocje były nie do opisania! Największym dotychczasowym zaskoczeniem turnieju jest odpadnięcie po pierwszej fazie turnieju koreańskiej drużyny, broniącej tytułu Mistrzów Świata – Gen G. Esports, która rok temu znana była jako Samsung Galaxy. Choć w obecnym sezonie formą nie zachwycali, to tylko jedno zwycięstwo w sześciu meczach, jest wynikiem bardzo zaskakującym. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, iż obok faworytów całego turnieju – chińskiej drużyny Royal Never Give Up, zmagali się z amerykańską formacją Cloud 9, która awansowała do fazy głównej Mistrzostw Świata po długich bojach oraz europejskim Vitality, skazywanym na porażkę.

Rzeczywistość wszystko zweryfikowała. Jak się okazało, skazane z góry na pożarcie Vitality, zdołało wygrać dwukrotnie z broniącym tytuły Gen G., a także po fenomenalnej grze z faworytami całego turnieju – RNG. Niestety dwie porażki w starciu z Cloud9 i równie wspaniała postawa amerykańskiej formacji, spowodowała, że to właśnie oni, wraz z chińskim RNG, znaleźli się w ćwierćfinałach.

Mnie, jako fana League of Legends cieszył niezmiernie fakt nieprzewidywalności każdego meczu. Vitality, czy Cloud 9 jasno pokazały, że potencjalnych gigantów nie należy się bać. Pomimo tego, że obu zachodnim drużynom nie dawano żadnych szans na wyjście z grupy, to potrafiły zagrać kilka fenomenalnym meczów i tym samym zająć odpowiednio trzecie oraz drugie miejsce w grupie. Nawet Vitality, które odpadło, może wracać do Europy z wysoko uniesionymi głowami. Warto również dodać, że RNG, wygrywające w tym sezonie wszystko, po raz pierwszy pokazało poważną rysę, na swoim dotychczas nieskalanym obliczu. Czy był to tylko wypadek przy pracy, czy oznaka słabości?

Tego jeszcze nie wiemy…

Grupa C. Nadzieja Ameryki…

Mistrzostwa Świata

Źródło: www.cybersport.pl

To w tej grupie znajdowała się największa nadzieja Stanów Zjednoczonych. Ku ich nieszczęściu, po raz kolejny okazało się, że nieważne jak niestabilny lub słaby sezon może mieć C9, to nadal właśnie oni stanowią ostatnią nadzieję Ameryki.

Pragnę jednak trochę usprawiedliwić amerykański Team Liquid, który definitywnie nie miał zbyt wiele szczęścia. Obok koreańskiego mistrza letniego sezonu – KT Rolster, znaleźli się w grupie z MAD Team, drużyną z Tajwanu, skazaną z góry na porażkę (jak się okazało – bardzo słusznie), a także chińskim Edward Gaming, które zostało do ich grupy dokooptowane z fazy wstępnej Mistrzostw, przez które przeszło jak burza. W ten więc sposób wiadomo było, że TL może mieć pewne problemy, ale wielu entuzjastów nadal w nich wierzyło. Niestety te nadzieje okazały się bardzo płonne.

Zasadniczo w moim odczuciu, Team Liquid nawet na moment nie zbliżyło się do ćwierćfinałów. W pierwszej turze przegrali zarówno z Edward Gaming, jak i z KT Rolster. Zwycięstwo zaliczyli tylko z MAD Team. Drużyną, która ostatecznie zakończyła swoje zmagania z rezultatem 0-6. Przez całą fazę grupową jak burza przeszła drużyna z Korei, która oddała tylko jedną mapę drużynie z Chin. Obok mistrza Chin – RNG, to właśnie koreańskie – KT Rolster stawiane jest w roli ewentualnego pretendenta do końcowego tryumfu. Nie przekreślałbym jednak Edward Gaming, które pomimo pewnych trudności, nadal prezentuje się bardzo solidnie.

Myślę, że koniec końców, ostateczny rezultat w tej grupie nie powinien nikogo dziwić.

Grupa D. Szansa dla Fnatic.

Fnatic

Źródło: www.cybersport.pl

League of Legends jest grą piękną i właśnie to piękno widać było w zmaganiach, w grupie D. Znalazła się tam ogromna nadzieja europejskiej sceny e-sportowej – Fnatic. Pomimo tego, że od lat, dostrzega się wyraźną dominację drużyn ze wschodu, to formacje zarówno ze Stanów Zjednoczonych, jak i z Europy nadal ciężko pracują na swój sukces. Idealnym tego przykładem jest Fnatic – Mistrz Świata z sezonu pierwszego. Ekipa, która Worldsy zna lepiej niż własną kieszeń.

Choć byli oni zawsze drużyną niewątpliwie silną, to moim zdaniem, ich dotychczasowe mecze dopiero teraz potwierdzają, że zasługują na swoje miano. Poza tym, po sześciu grupowych meczach, rozbudzili oni we mnie ogromne nadzieje, bo widząc ich grę, nie sposób było sobie pomyśleć:

„Czy to naprawdę drużyna z Europy?!”

Zgadzam się ze sceptykami, którzy powiedzą, że grupa D była grupą najsłabszą.

Coś w tym jest. Jednak do mnie przemawia przede wszystkim styl, w jaki Fnatic tę grupę wygrało. A nie zapominajmy, że oprócz nich, w grupie znalazła się druga drużyna chińskiej ligi – Invictus Gaming. Była tam również drużyna  G-Rex (Tajwan) oraz organizacja, która istnieje dopiero od roku:  100Thieves (Ameryka).

Myślę, że pomimo niewątpliwego sukcesu Fnatic, na uwagę zasługuje również formacja ze Stanów Zjednoczonych. Niestety, nawet na moment nie zbliżyli się do ćwierćfinałów, ale nadal twierdzę, że w tej drużynie tkwi potencjał. Ich największym problemem jest pozycja strzelca (AD Carry), co do której istnieje wiele niejasności. W końcu, czy wpuszczanie do pierwszego składu absolutnego debiutanta, mogło być dobrym rozwiązaniem? Z taktycznego punktu widzenia – może, ale z psychologicznego – szczerze w to wątpię. Efektem było trzecie miejsce w grupie i ugranie dwóch punktów w starciach ze słabiutkim G-Rex, które notabene zakończyło podobnie jak MAD Team z grupy C – z bilansem 0-6.

Subiektywnie bardzo doceniam pracę wykonaną przez Fnatic, ale obiektywnie… Była to najsłabsza grupa całych Mistrzostw. League of Legends jest nieprzewidywalne, dlatego nie chcę niczego perorować. Aczkolwiek na ten moment – mimo wszystko, styl zwycięstw europejskiej formacji napawa mnie wielkim optymizmem.

Worldsy

Źródło: www.lolesports.com

Mistrzostwa Świata wkraczają w decydującą fazę!

Faza grupowa to już jednak przeszłość. Przed nami zaczyna się prawdziwa, e-sportowa uczta! Worldsy wchodzą w rozstrzygający etap. Faza pucharowa oznacza, że drużyna przegrana, definitywnie żegna się z turniejem. Oczywiście wszelkie mecze odbywać się będą do trzech zwycięstw, co tylko zwiększa atrakcyjność widowiska i w zasadzie usuwa wszelki czynnik przypadku! Teraz wyjaśni się, czy dwukrotnie poniesiona porażka z teoretycznie słabszymi rywalami przez RNG była tylko przypadkiem, czy faktem. To także idealna okazja, aby sprawdzić, czy dyspozycja Fnatic jest w rzeczywistości tak dobra, czy ich rywale byli tak słabi… Faza pucharowa nie wybacza błędów. Tam wszystko się wyjaśni.

A to wszystko, już w ten weekend!

Ćwierćfinał 1. KT Rolster vs Invictus Gaming.

Pary ćwierćfinałowe zapowiadają się wyjątkowo ekscytująco. Szlagierowym pojedynkiem, wydaje się starcie między KT Rolster, a Invictus Gaming. Są to odpowiednio: pierwsza drużyna letniej części sezonu w Korei i druga drużyna Chin. Jakby tego było mało, oba zespoły zaprezentowały się solidnie w swoich grupach. Choć zwycięzcą może być każdy, to jednak w roli faworyta wyraźnie rysuje się ekipa z Korei, której skład naszpikowany jest gwiazdami. Tacy zawodnicy jak: Smeb, Score, Ucal, Deft i Mata są znani zasadniczo każdemu fanowi League of Legends, a kulminacja takich sław w jednej drużynie może oznaczać tylko jedno: Worldsy na najwyższym poziomie!

Jednak nie zapominajmy o nieprzewidywalnych zawodnikach z Chin. Rookie (uważany za jednego z najlepszych zawodników świata) i spółka, to formacja wyjątkowa zdolna oraz utalentowana, która indywidualnymi zagrywkami może w każdym momencie odwrócić przebieg meczu. To właśnie oni, byli o krok od pokonania wiecznie faworyzowanego RNG w finale letniego sezonu chińskiej ligi. Choć ich porażka z Fnatic (i to dwukrotnie) działa na ich niekorzyść, to nie przekreślałbym ich zbyt szybko.

Mój typ: KT Rolster

Ćwierćfinał 2. G2 Esports vs Royal Never Give Up.

Cóż… Oczywiście, że z całych sił kibicuję drużynom europejskim, a na dodatek jedynemu Polakowi, grającymi właśnie w barwach G2, ale prawdę mówiąc… Nie daję im wielkich szans w starciu z RNG. Choć uważam, że ten cały „hype” wobec chińskiej drużyny, jest delikatnie przereklamowany, to nie ulega wątpliwości, iż to właśnie oni są zdecydowanym faworytem w starciu z G2.

RNG w tym sezonie wygrywa wszystko – i na rodzimym podwórku, i na scenie międzynarodowej. G2 natomiast prezentuje się wyjątkowo kiepsko. Zmiany w składzie, wątpliwa gra i nierzadko głupio popełniane błędy. Europejska formacja jest zdolna do zagrania fenomenalnej gry o 12:00, aby już o 13:00 przegrać ze słabiutkim przeciwnikiem.

Myślę, że w tym starciu kluczowa będzie dolna aleja. Czuję, że RNG zrobi wszystko, aby wysforować swojego lidera – Uziego, na prowadzenie, a G2, będzie zmuszone do odpierania ich ataków. Jeśli im się uda. Jeśli zagrają tak, jak Vitality w fazie grupowej, to myślę, że wszystko jest możliwe…  W przeciwnym wypadku, jeśli zobaczymy G2 z letniej części sezonu, to nie wróżę im wielu sukcesów.

Mój typ: RNG

Worldsy

Źródło: www.lolesports.com

Ćwierćfinał 3. Fnatic vs Edward Gaming.

Fnatic lepiej trafić nie mogło. Tu już nawet nie chodzi o rywala, ale o sam fakt ułożenie drabinki. Potencjalnie najsilniejszych rywali mogą spotkać dopiero… W finale! Jeśli zwyciężą w ćwierćfinale, to w półfinale mogą spotkać albo Cloud9, albo Afreeca Freecs. Czyli definitywnie słabszy zestaw rywali niż chociażby RNG, czy KT Rolster. Jednak zanim do tego dojdzie, muszą zmierzyć się z Edward Gaming. Drużyną z Chin, która pomimo słabszego sezonu, nadal stanowi światowy trzon League of Legends.

Fnatic również doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego niewątpliwego szczęścia. Spójrzmy na ich radość. Oby tylko nie przed wczesną!

Czy historia zatoczy koło?

Pragnę tylko przypomnieć, że w 2015 roku, również w ćwierćfinale, Fnatic zmierzyło się właśnie z Edward Gaming i wtedy wygrali dość gładko 3-0. Nie miałbym nic przeciwko, aby ten scenariusz się powtórzył. Oczywiście, że wtedy oba składy, z małymi wyjątkami, wyglądały zgoła inaczej, ale myślę, że obecne zmiany działają definitywnie na korzyść Fnatic. Choć to dziwnie zabrzmi, w obliczu odwiecznej dominacji drużyn ze wschodu, ale uważam, że to właśnie europejska drużyna jest faworytem w tym pojedynku. Zwłaszcza po tak dobrze rozegranej fazie grupowej.

Myślę, że na korzyść Fnatic działa także jeszcze jedna sprawa. Mają w swoim składzie prawdziwe bogactwo. Kiedyś bywało, że wszystko było uzależnione od ich strzelca – Rekklesa. Teraz, jeśli nawet Rekkles znajduje się w słabszej dyspozycji, to jest jeszcze prawdopodobnie najlepszy zachodni środkowy – Caps. Oprócz niego, prawdziwie wspaniałe Worldsy rozgrywa Jungler (tzw. Leśnik) – Broxah. A jeśli do tego wszystkiego dodamy jeszcze zawsze solidnego wspierającego i dwóch, wymiennych zawodników, grających na górnej alei, wtedy otrzymujemy naprawdę mocny i równy skład.

Zastanawiam się jednak, jak Fnatic poradzi sobie w starciu rozciągniętym na kilka gier. Czy wystarczy im pomysłów i czy przede wszystkim nie zaczną popełniać głupich błędów? Cokolwiek by nie powiedzieć, będzie ciekawie, a znając Fnatic, będzie na pewno wiele się działo. Myślę, że możemy nastawić się na wiele zaskakujących i solowych akcji! Zwłaszcza na środkowej alei.

Mój typ: Fnatic

Ćwierćfinał 4. Afreeca Freecs vs Cloud 9

Drużyna z Korei versus Drużyna z Ameryki. Kiedyś bez wątpienia wskazałbym ekipę ze wschodu, ale po fazie grupowej, nie jestem już pewien swojego wyboru. Choć Afreeca Freecs w drugiej fazie rozgrywek zaprezentowała się świetnie, to jednak słaba gra w pierwszej fazie działa na ich niekorzyść. Natomiast Cloud 9 w zupełnie swoim stylu, jak zawsze, broni honoru Ameryki i pomimo tego, że na pewno nie są predysponowani do zwycięstwa w tym starciu, to nie spisywałbym ich na straty. Myślę, że mogą zaskoczyć. Tak samo, jak w starciu z RNG, czy chociażby z Gen G.

Moim zdaniem kluczem do ich zwycięstwa jest dobra i aktywna gra junglera – zarówno Roberta „Blabera” Huanga, jak i Dennisa „Svenskerena” Johnsena. Jeśli to u nich zadziała, to uważam, że mogą powalczyć o zwycięstwo. Oczywiście, że nie przyjdzie im to łatwo, bo Afreeca wydaje się, jakby nabrała wiatru w żagle, ale w końcu kto przed rozpoczęciem Mistrzostw stawiał na Cloud 9? A tu proszę! Wyszli z grupy śmierci!

Czy to nie jest dla nich wystarczający powód, aby mogli poczuć się jak niesieni na skrzydłach?

Mój typ: Cloud 9

Worldsy

Źródło: www.lolesports.com

E-sport – moje hobby.

Zdaję sobie sprawę, że ta tematyka tekstu zupełnie odbiega od tego, o czym pisałem do tej pory. Jednak każdy z nas ma jakąś pasję lub hobby. Dla mnie jest nią między innymi e-sport, a zwłaszcza League of Legends. Myślę, że właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Żeby dzielić się tym, co nas interesuje. Nie bać się, powiedzieć, napisać lub po prostu przekazać coś „swojego”. I do tego też Was zachęcam.

Dla mnie impulsem do napisania tego artykułu były Worldsy, na których przeżywam naprawdę niesamowite emocje. Jednak tak, jak pisałem w tekście – prawdziwe poruszenie dopiero nadejdzie wraz z fazą pucharową. Aczkolwiek dla Was mam pewną radę. Nie czekajcie na żaden impuls. Jeśli coś Was interesuje – piszcie, mówcie. Podzielcie się tym. Być może jest więcej osób podobnych do Was? Może swoimi słowami wniesiecie coś do czyjegoś życia?

Spróbujcie!

Wy to przemyślcie, a ja już zacieram dłonie na pierwsze mecze ćwierćfinałowe w ten weekend!

Młodość – jedni za nią tęsknią, inni chcą, aby się zakończyła. Dorosłość – jedni jej pragną, inni nienawidzą. Nasz wiek to trudny orzech do zgryzienia. Nie ukrywam, że w mojej ocenie jest to jedna z większych bolączek, które dotykają ludzi. Pomimo tego, że od średniowiecza minął już spory kawałek czasu, to nadal mamy w sobie cząstkę umartwiania się. W ten sposób nawet podczas życia, jest w nas obecna śmierć. Pamiętamy o niej. Pamiętamy o przemijaniu i o tym, co może na nas czekać, na końcu drogi. W efekcie zbyt często sięgamy wzrokiem za siebie, zamiast z nadzieją spoglądać na to, co rysuje się przed nami.

Temat poruszony w tym tekście, w ustach dwudziestolatka może brzmieć co najmniej dziwnie. Odrzućmy jednak na bok wszelkie konwenanse i sztuczne schematy dotyczące wieku. Nie skupiajcie się więc na tym, ile ja mam lat, ale na tym, co chcę Wam przekazać. Moje słowa kieruję do każdego, wciąż młodego człowieka, który choć raz w życiu pomyślał, że jest już stary, a jego wiek oznacza schyłek życia.

wiek

Postrzeganie kogoś za osobę młodą zależy tak naprawdę od osoby postrzegającej. Im starsza ona jest, tym poda wyższą granicę wieku, świadczącą o młodości. Dla wielu osób w moim wieku, młodość kończy się zapewne gdzieś w okolicach dwudziestu pięciu, maksymalnie trzydziestu lat. Innymi słowy, wszyscy, którzy mają więcej lat, są zwyczajnie postrzegani już jako – kolokwialnie mówiąc – starzy. Nasi rodzice natomiast, tę granicę mogą przesunąć o nawet kilkadziesiąt lat do przodu. Na uwagę zasługuję w tym momencie także fakt, że na ogół, do pewnego momentu życia, tak umiejętnie przesuwamy koniec młodości, aby za wszelką cenę się w niej znaleźć.

Z kolei dla naszych dziadków młodą osobą jest zapewne każdy, kto jest od nich młodszy o kilka lat, kto może się samodzielnie poruszać, kto nie ma jeszcze na głowie wyłącznie siwych włosów, kto nie jest chory…

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

Cóż. Jak widać wyznaczników młodości może być wiele. W końcu cechuje się ona własnymi regułami, które są bardzo płynne i zmieniają się w zależności od punktu, w którym znajdujemy się w swoim życiu. Samo zagadnienie postrzegania swojego wieku również jest dość pasjonujące. Dla przykładu napiszę tylko, że mając czternaście, czy piętnaście lat i chodząc do gimnazjum, osoby mające lat dwadzieścia, wydawały mi się tak bardzo odległe i tak bardzo dorosłe! Teraz po upływie kilku lat, sam jestem dumnym posiadaczem cyfry „dwa” na swoim życiowym liczniku i wiecie, co? Nadal czuję się młodo i moja granica postrzegania dorosłości, przesunęła się o kilka dobrych lat do przodu.

W dzisiejszym tekście chciałbym jednak poruszyć delikatnie inny temat. Oczywiście nadal chodzi mi o nasz wiek, o młodość, dorosłość i wszystko to, co ma związek z tymi zagadnieniami. Jednak pragnąłbym się skupić nie na tej płynnej granicy między młodością, a dorosłością, której tak naprawdę nie ma i zależy wyłącznie od konkretnego człowieka. Moje słowa kieruję do tych osób, które niewłaściwie postrzegają swój wiek i tym samym pozbawiają się przyjemności, jakie oferuje nam życie.

dorosłość

Nasz wiek – nasza obsesja.

Zupełnie niepoprawnie przykładamy nadmierną uwagę do wieku. Jesteśmy na jego punkcie wyczuleni od najmłodszych lat. Zabawki od lat trzech. Szkoła w wieku siedmiu lat. Filmy od lat trzynastu. Prawo jazdy w wieku osiemnastu lat. Tak naprawdę nasze życie to wieczne postrzeganie swojego wieku w kontekście całego świata. Problem w tym, że czas płynie nieubłaganie. Nie uważam, że skupianie się na tym, ile tym razem zabrał nam lat, cokolwiek zmieni. Niestety tak właśnie się zachowujemy. Skupiamy się na swoim wieku i niepotrzebnie przypisujemy mu jakieś większe znaczenie. Oczywiście, że do pewnego stopnia to ma sens! Przecież pani ekspedientka nie sprzeda alkoholu dwunastolatkowi, ale na późniejszym etapie życia, czy ma to aż tak wielką wagę? Wyłączając z tego wszelkie ograniczenia fizyczne, nastające naturalnie wraz z wiekiem – wątpię.

Z jednej strony, kiedy jesteśmy młodzi, a młodość nas rozpiera, nierzadko chlubimy się tym, ile mamy lat. Z dumą obnosimy się ze swoimi kolejnymi „nastymi” urodzinami. Zmiana poglądu i zachowania przychodzi w momencie refleksji, gdy nagle powoli przestajemy postrzegać siebie jako nastolatków lub młodych dorosłych. Moment ten dla każdego z nas może być inny. Dla jednych będzie to ślub, dla drugich narodziny dziecka, a jeszcze dla innych zakończenie studiów lub podjęcie pierwszej, ważnej pracy. Nie zmienia się jednak zależność. W pewnym momencie naszego życia dopada nas nostalgia. Objawia się zaprzestaniem chlubienia się swoim wiekiem i nagłym uświadomieniem sobie, że jesteśmy starsi, niż chcielibyśmy być.

Nie spoglądaj na młodość, która już minęła.

W tym momencie popadamy w kolejną skrajność. Tak, jak poprzednio chwaliliśmy się tym, jak bardzo młodzi jesteśmy, tak teraz wręcz wstydzimy się mówić o tym, ile mamy lat. Porównujemy siebie do nastolatków, którzy dopiero kończą szkołę średnią i z rozrzewnieniem wspominamy lata, kiedy byliśmy na ich miejscu. Strach zagląda nam w twarz, kiedy rozumiemy, że od tamtej pory minęło już może dziesięć albo i piętnaście lat.

młodość

W swoim rozumowaniu jesteśmy dość skrajni. Nie uwzględniamy drugiej strony życiowego przedziału. Zazwyczaj porównujemy swój dorosły już wiek, który tak często bardzo nam wadzi, do młodszych od siebie. Zapominamy, że na tym świecie są osoby, które są starsze od nas i które marzą, aby być w naszej sytuacji. Jeśli sobie o tym nie przypomnimy, to wiecznie będziemy uważali się za starszych, gorszych i zasadniczo tych, którzy jako pierwsi znikną z tego świata. Choć brzmi to kuriozalnie, to myślę, że w wielu przypadkach tak właśnie jest.

Sam fakt wiecznego spoglądania wstecz jest niezdrowy i budzi poważne komplikacje w sferze spełnionego życia. Jeśli nieustannie będziemy patrzeć na nasze nastoletnie dzieci i wręcz zazdrościć im życiowego położenia, to nigdy nie zaznamy prawdziwego szczęścia. To nie temat na dzisiejszy artykuł, ale zwyczajnie musimy pogodzić się z tym, że czas jest nieubłagany. Porusza się swoim torem. Był na tym świecie przed nami i będzie jeszcze długo po nas. To stała wartość, która narzuca nam nasz rytm, więc nie możemy z nią walczyć. Zaakceptujmy ten fakt i przejdźmy z nim do porządku dziennego. Wykorzystujmy każdy wiek, w którym się znaleźliśmy, na czerpanie z życia garściami. Niestety prędzej, czy później przyjdzie taki moment w naszym życiu, gdzie tych sił nam zabraknie. Wtedy pozostanie nam już tylko czekanie, na kolejne ciche tyknięcie zegara śmierci.

Jak sami wpędzamy się w posępny nastrój?

Uważam, że mamy właśnie problem w czerpaniu z życia garściami. O ile młodość charakteryzuje się nawet przesadnym braniem w garść, co popadnie, o tyle dorosłość – szczególnie ta średnia – w wielu przypadkach cechuje się pewnym marazmem, przygnębieniem oraz nostalgią.

Co mam na myśli, pisząc średnia dorosłość? Dla mnie, jak i dla wielu psychologów oraz badaczy, jest to wiek rozciągający się mniej więcej od czterdziestu roku życia do pięćdziesiątego, a może nawet i sześćdziesiątego. Jak wiadomo – granica jest płynna. Znacie to słynne powiedzenie kryzys wieku średniego? To jest właśnie ten wiek.

Jednak tak naprawdę żaden kryzys wcale przyjść nie musi. Nie musi wcale nadejść smutek i brak poczucia sensu w życiu, kiedy nagle dzieci „wyfruwają z gniazda”. Nie musi przyjść żadna nostalgia i uczucie przygnębienia. Uważam, że niejako ludzie będący w tym wieku, sami się w ten nastrój wpędzają. W jaki sposób? Moim zdaniem robią to poprzez niewłaściwe postrzeganie swojego wieku. Patrzą na to, ile mają lat, potem porównują się do swoich o wiele młodszych dzieci i dopada ich chandra. Analizują, rozmyślają i wspominają, i nierzadko dochodzą do potwornych wniosków, że są do niczego i nic więcej w życiu już zrobić nie mogą.

Rozumiecie brutalność tych słów? Gdybyśmy je usłyszeli od kogoś bliskiego, wtedy poczulibyśmy się jak uderzeni obuchem i na pewno by nas to zabolało. Dlaczego więc sami wypowiadamy je we własnym wnętrzu i ranimy swoją duszę?

czas

Śmierć nadejdzie na końcu i ani chwili wcześniej.

To prawda, że jeśli masz czterdzieści, pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt lat, nie jesteś już najmłodszy lub najmłodsza. Młodość zapewne odeszła, a wraz z nią stalowa wytrzymałość, jaką cechowałeś się w szkole. Niezwykła siła, jaką pokazywałeś na studiach lub mocna głowa, którą popisywałeś się podczas licznych imprez. Jednak, czy to oznacza, że nic nie można zrobić?

Dochodzę do wniosku, że osoby, których spotkała średnia dorosłość, najchętniej położyliby się do łóżka i czekali na śmierć. Problem w tym, że śmierć w dzisiejszych czasach następuje o wiele, wiele później niż chociażby miało to miejsce jeszcze w ubiegłym stuleciu! Nie wiem, czy ktokolwiek zdaje sobie z tego sprawę, ale zrozum kochany czytelniku, że jeśli masz pięćdziesiąt lat, to przed Tobą jest nadal statystycznie około trzydziestu, a nawet więcej lat życia! Oczywiście, że możesz zachorować i umrzeć wcześniej. Oczywiście, że możesz wpaść pod samochód i zginąć, idąc po bułki do sklepu! Ale to są wypadki. Gdybyśmy mieli w taki sposób rozpatrywać nasze życie, to wtedy nawet i dwunastolatkowie mogliby o sobie powiedzieć, że są na schyłku życia.

Czy Wy drodzy dorośli zdajecie sobie sprawę, co to oznacza?

Przed Wami jest nadal wiele wspaniałych dni, które możecie wykorzystać. Nadal możecie pracować. Nadal możecie podróżować i nadal możecie realizować swoje marzenia. Nie ma czegoś takiego, jak „jestem na to za stary”! Zrozumcie, że w końcu przyjdzie ten dzień, kiedy faktycznie siły Was opuszczą, a wtedy będziecie żałować. Będziecie płakać nad swoją przeszłością, w której pomimo wciąż młodego wieku, Wy się tylko nad sobą użalaliście!

Dorosłość to nie koniec, a początek życia.

Jesteście wspaniali! Nie ważne, czy macie trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt, czy sześćdziesiąt lat. Nie ważne, czy przed Wami statystycznie dwadzieścia lat życia, czy piętnaście. To nie ma żadnego znaczenia, dopóki żyjecie i możecie czerpać z życia garściami. Wiem, że piszę to z pozycji chłopaka, którego nadal spotyka młodość. Jednak ja także napotkam kiedyś średnią dorosłość i nie mam zamiaru żyć w sposób, jaki żyje wiele osób.

Nie mam zamiaru w wieku pięćdziesięciu lat płakać nad swoim losem i twierdzić, że jestem stary. Nie chcę ze łzami w oczach spoglądać na młodszych od siebie i nie pragnę nawet przez chwilę poczuć urojonej beznadziejności! I Was zachęcam do tego samego.

Średnia dorosłość to nie schyłek wieku! Ba! Nawet schyłek wieku, nie musi oznaczać, że nadeszła pora na położenie się do łóżka i czekanie na śmierć! Ludzie w wieku osiemdziesięciu lat biegają maratony! Spotykają się również z koleżankami i spacerują pod rozgwieżdżonym, nocnym niebie, a Ty drogi czytelniku, który jesteś o kilkadziesiąt lat młodszy, narzekasz na to, że nie jesteś młody?

śmierć

Najważniejsze, że żyjesz!

Przemyślmy to i się zastanówmy. Dorosłość, młodość, starość… Każdy z tych okresów naszego życia jest na swój sposób piękny, ale zarazem także trudny. Jednak jeśli już wiemy, że nieważne, w jakim punkcie życia będziemy, problemy i tak będą nas dotykały, to czy nie warto po prostu wykorzystywać ofiarowany nam czas i robić tyle, na ile pozwala nam nasze ciało? Śmiem twierdzić, że to wcale nie wiek oraz czas zabiera nam siły i możliwości, ale nasze własne, ułomne myślenie. To my sami pozbawiamy się szans na życie spełnione i takie, o którym marzymy. To starsi ludzi sami pozbawiają się okazji do korzystania z życia, kiedy grzecznie czekają na śmierć! Jeśli czytają mnie osoby, które tak właśnie postępują to mam do Was prośbę. Wystawcie śmierci środkowy palec i z głośnym śmiechem pobiegnijcie w swoją stronę. W stronę życia, które im bliżej jest schyłku, tym jeszcze bardziej powinno być wykorzystywane.

„Powiadają, że starość nie chroni przed miłością, ale miłość chroni przed starością.” – Roma Ligocka

Każdy okres naszego życia ma swoje zalety. Każdy ma także swoje wady. Dorosłość, w której wielu ludzi pogrąża się i popada w nostalgię, jest tak naprawdę wiekiem pięknym. To wtedy zapewne nasze życiowe doświadczenie pomaga nam w podejmowaniu wielu decyzji. Przestajemy przejmować się błahostkami, bo dysponujemy szerszym poglądem na świat. Zapewne także możemy mieć więcej czasu dla siebie z powodu „uwolnienia” swoich dzieci z rodzinnego domu. To piękny czas, w którym możemy podjąć się nowych zadań. Możemy realizować się w nowych marzeniach, a także znaleźć całkiem nowe zainteresowania. Nieważne ile masz lat i nieważne, że ktoś jest od Ciebie młodszy. Żaden wiek nie predysponuje Cię do tego, aby spokojnie czekać na śmierć. Bez różnicy w jakim stadium życia jesteś. Zawsze jest możliwość do realizowania swoich pasji i wyznaczania nowych życiowych szlaków.

Zawsze i w każdej chwili możemy czerpać z życia garściami.

Internet, telewizja, media… Cały ten świat jest potrzebny i na pewno ma swoje znaczenie, jednak odnoszę wrażenie, że zdecydowanie zbyt często nas ogłupia. Stwarza z nas nie coraz to mądrzejsze jednostki, ale coraz to bardziej ogłupiałych ludzi, którzy idiocieją wraz z upływem kolejnych lat.

Czy jednak można się temu wszystkiemu dziwić, skoro poziom reprezentowany w środkach masowego przekazu, pozostawia (delikatnie mówiąc) wiele do życzenia? Spójrzmy na programy, które emituje telewizja. Wiele z nich to durne repertuary, pokazujące jeszcze durniejsze życie gwiazd. Reality show, polegające na tym, kto zrobi z siebie większego idiotę. Do tego jeszcze mamy cały zestaw godzinnych programów, w których rzekomo są przedstawiane ludzkie problemy, a poziom gry aktorskiej przyprawia o ciarki na całym ciele… Robi to tak mocno, że kiedy tylko je widzę, chociażby kątem oka, pytam sam siebie – „Dlaczego ja?”. Rozumiecie tę grę słów?

Tak? To świetnie. Możemy więc iść dalej. 

Ludziom się to oczywiście podoba. Jest to tania rozrywka, którą mogą dostać za darmo. A wielu nie potrzebuje wiele. Wystarczy telewizja, kolejny ogłupiający program, ciastka pod ręką i gotowe! Przepis na super ekscytujące życie zakończony! Właśnie tak powstaje kolejne pokolenie idiotów.

Media – wylęgarnia absurdalności.

Nieważne, czy to telewizja, czy Internet, czy jakiekolwiek inne media. We wszystkich możemy spotkać kretyńskie treści, które zamiast uczyć, zapewniają nam tylko tanie sensacje, które mają nas tylko ogłupić i zapewnić szybką, bezrefleksyjną rozrywkę. Właśnie dlatego tak wielkim powodzeniem cieszą się wszelkie serwisy plotkarskie, których artykuły wołają o pomstę do nieba. Jeden tekst przez drugi, przekrzykuje się w tym, kto z kim spał, kto z kim nie spał, a kto się rozwodzi. Gdyby jeszcze te informacje były prawdziwe i napisane naprawdę rzetelnym językiem… Niestety nawet i tego nie możemy się doczekać.

Bardziej boję się trzech gazet niż trzech tysięcy bagnetów. – Napoleon Bonaparte

Taka sama sytuacja ma się z gazetami. Mam wrażenie, że autorzy prześcigają się w wymyślaniu coraz to bardziej krzykliwych nagłówków. Kiedyś otworzyłem jedną z popularniejszych polskich gazet. Nagłówek, który tam zastałem, utkwił mi głowie aż do teraz. Na całą stronę, wielkimi literami i z wielkim wykrzyknikiem, Ewa Chodakowska została napiętnowana za to, że pozwoliła sobie zjeść kebaba lub hamburgera (szczegółów niestety nie zapamiętałem!).  Oczywiście wszystko zostało opatrzone licznymi zdjęciami, biednej Ewy, która po prostu zgłodniała… A jaka była z tego sensacja! Trenerka milionów polek! Jak ona tak może!?

Popyt na idiotyzmy tworzą ludzie.

Idiotyzmy w tego typu miejscach to chleb powszedni. Jednak warto sobie uzmysłowić, że nie miałyby one miejsca, gdyby nie było na nie popytu. Zwróćcie uwagę, że większość waszego otoczenia wręcz żyje tym, kto z kim się żeni, jaka wielka gwiazda zaliczyła wpadkę, a kto po raz kolejny zrobił z siebie idiotę. Zamiast żyć swoim życiem i realizować swoje pasje, uczyć się czegoś, rozwijać się, wolimy żyć tanią sensacją i życiem innych, nierzadko durnych gwiazdek show-biznesu. Co jest tak bardzo pasjonującego w obserwowaniu osób znanych z tego, że są sławne? Gdyby jeszcze to wszystko sprowadzało się do śledzenia wartościowych osób, które swoim życiem dają jakikolwiek przykład! Niestety, nie ma sensu na to liczyć…

Kardashian

Jedyne czego się uczymy od takich osób, to jak pozować do zdjęć, co pokazać, ile pokazać lub jak wylansować się na pieniądzach swojej mamy (z ciekawości – ktoś wie, jaką rodzinę w tym momencie mam na myśli?). A dla mediów to jest idealny kąsek. Te wszystkie gwiazdy nadają się do tego perfekcyjne. Ich rozwiązłe życie, skandale, drogie samochody, bajeczne suknie… To wszystko wpasowuje się w wiele mediów, które z tak wielką lubością się o tym wszystkim rozpisują. A gdyby zamiast tego napisać coś wartościowego, o wartościowych ludziach… Żeby postarać się, nauczyć czegoś swoich odbiorców. Gdyby Internet, telewizja i całe media przestały być miejscem zepsutym, a stały się czymś prawdziwie cennym, z cenną wiedzą… Marzenia ściętej głowy.

Ekscytacja głupotą.

To my tworzymy na to wszystko popyt i to my tworzymy tę idiotyczną kulturę dla analfabetów. Nigdy nie zrozumiem fenomenu śledzenia i ekscytowania się życiem nastoletnich gwiazdek, których pokazywany przez nich poziom inteligencji równa się zdecydowanie dolnej granicy. Ale przecież to jest fajne, prawda? Przecież to jest dopiero piękne życie! Móc nie pracować, leżeć nad basenem, dodawać zdjęcia na Instagrama i zarabiać fortunę! Przecież właśnie to kusi kolejne, młode pokolenia. Nastolatki chcą być kolejnymi zidiociałymi dziewczynami, mającymi siano zamiast mózgu. Przepraszam, jeśli się mylę, ale obraz, jaki przedstawiają swoim działaniem takie osoby, pozostawia wiele do życzenia.

Telewizja nie jest zła, ale źle ją wykorzystujemy.

Internet, czy telewizja to miejsce stworzone dla nas. Ci, którzy tworzą programy lub artykuły dostosowują je do ludzkich potrzeb. Dlatego martwi mnie to wszystko, co obserwuję. Ten wysyp śmieciowych serwisów i emitowanych programów. Skoro się one pojawiają, to znaczy, że ktoś ich pragnie. A jeśli ktoś ich pragnie, to znaczy, że wszystko zmierza w bardzo złym kierunku.

Zawsze mamy wybór. Zamiast czytania o kolejnym rozwodzie wielkiej polskiej gwiazdy na serwisie plotkarskim, możemy obejrzeć ciekawy wykład z psychologii. Możemy zamiast oglądania w telewizji bandy głupków, których słownictwo sprowadza się do kilku przekleństw, przeczytać ciekawą książkę. Zamiast napędzać tę destrukcyjną maszynę, niszczącą nasz umysł, możemy zrobić cokolwiek, co będzie produktywniejsze. Choćby był to spacer na świeżym powietrzu.

Nasze społeczeństwo staje się społeczeństwem małp, co jest dość absurdalne. Żyjemy przecież w najlepszych możliwych czasach, gdzie mamy dostęp w zasadzie do wszystkiego. Możemy w każdej chwili poznawać nowe rzeczy i uczyć się nowych umiejętności. Mamy tak wielkie spektrum możliwości, że nie sposób ich opisać. Jednak zamiast tego, my wolimy przez długie godziny, oddawać się debilnym programom, które powodują u nas kompletne ogłupienie i całkowicie zły światopogląd. Czy tego właśnie chcemy? Zdurnowacenia społeczeństwa? Aby stało się ono bandą bezmyślnych zwierząt, które na widok cennej wiedzy będą odwracać głowę i patrzeć z zainteresowaniem tylko wtedy, gdy zapewni im się tanią rozrywkę?

telewizja

To już się dzieje!

Zauważcie, że idolami nastolatków nie są (zazwyczaj) prawdziwe cenne osoby. Mało kto chce być innowatorem i przedsiębiorcą, zmieniającym świat. Nie pragniemy tego, bo wolimy się bawić. Pragniemy tego, co jest śmieszne, wesołe i zabawne, a do tego jeszcze najgłupsze do granic możliwości. W ten sposób podobają nam się te wszystkie wyidealizowane życia amerykańskich gwiazd. Wolimy czytać o tym, ile kosztuje torebka znanej polskiej prezenterki, zamiast o tym, jak poprawić możliwości naszego przedsiębiorstwa. Jak grzyby po deszczu, w takich miejscach, jak Internet oraz telewizja powstają kolejne serwisy i kolejne programy, których jedynym zadaniem jest zapewnić nam rozrywkę. I to nie byle jaką! Najgorszą z możliwych!

Boli mnie w tym wszystkim najbardziej fakt, że dookoła tego wszystkiego dzieją się na świecie rzeczy, o których niewiele się mówi. A mówić o nich, powinno się najgłośniej. Są one zagłuszane właśnie przez te wszystkie idiotyczne programy i teksty. W końcu kto chciałby czytać o głodujących dzieciach w Afryce? W końcu to nie jest ani zabawne, ani śmieszne, no nie? Kto chciałby czytać o sytuacji w azjatyckich fabrykach, gdzie nagminnie nie szanuje się praw pracowników? A sytuacja kobiet na bliskim wschodzie? Czy ktoś się tym interesuje? Czy ktoś interesuje się w ogóle czymś, co wykracza poza życie wyuzdanych gwiazdek show-biznesu, których jedynym problemem jest dobór torebki do sukni wartej kilkadziesiąt tysięcy?

Fin de siècle…

Miał być lepszy od zeszłych nasz XX wiek,

Już tego dowieść nie zdąży,

lata ma policzone,

krok chwiejny,

oddech krótki.

Już zbyt wiele się stało,

co się stać nie miało,

a to, co miało nadejść,

nie nadeszło

 

Wisława Szymborska „Schyłek wieku”

Podobno każda cywilizacja musi mieć kiedyś swój koniec. Nie jestem żadnym wieszczem i nie traktujcie mnie w ten sposób, ale to, co obserwuję teraz, zakrawa na punkt w naszych dziejach, gdzie pomimo tej całej technologicznej otoczki, następuje nie postęp, ale całkowity regres ludzi. Staczamy się. Zadowalamy się coraz to mniej wyszukaną kulturą. Internet przestaje być dla nas narzędziem możliwości, a staje się miejscem kultu pustych wartości. Telewizja miała przekazywać rzetelne informacje, a w tym momencie stacje prześcigają się w podawaniu newsów, które mają za zadanie tylko przyciągnąć odbiorcę.

media

Przestało liczyć się dobro czytelnika, widza lub słuchacza. Liczą się tylko wyświetlenia, oglądalność. Statystyka to jest coś! Co z tego, że ludzie, zamiast się edukować, głupieją? Zamiast przyswajać cenną wiedzę, zasypują się durnymi tekstami o gwiazdach. Co z tego, skoro słupki oglądalności wędrują w górę? Przecież mówienie o realnych problemach tego świata nie sprzeda się tak mocno, jak kolejny rozwód, kolejnej polskiej gwiazdki, prawda? A umierające dzieci nie są tak kuszącym kąskiem, jak to, ile tym razem pokazała amerykańska, młoda modelka, czyż nie?

Regres ludzkości.

Kiedy to piszę, kręcę z niedowierzaniem głową. Kiedy piszę, ja uczę się razem z Wami wszystkimi. I choć wszystko wypływa z mojej głowy, to dopiero kiedy mogę to zobaczyć na papierze, zdaję sobie sprawę ze skali tego problemu. Wszystko zmierza nie w tym kierunku, w którym powinno… Kim staną się przyszłe pokolenia? Ludzie, którzy będą stanowić podwaliny pod cały świat? Zobaczmy, że to już się dzieje. Młode osoby nie mają w sobie ugruntowanych zasad ani reguł, którymi mogłyby się kierować. Przepraszam! One je mają, ale tak zepsute, że nie wiem, czy to prawda, czy żart. Czy naprawdę nie ma innych wzorców, z których możemy czerpać cenne wartości? Naprawdę powiem to bardzo dosadnie:

Rzygać mi się chce, kiedy ludzie zachwycają się osobami, których jedynym osiągnięciem jest bycie sławnym.

kult piękna

Nie tędy droga. My – jako ludzie, staczamy się. W czasach, kiedy następuje tak wielki rozwój, my odnotowujemy spadek. Mówiąc my, mam na myśli człowieka. Technologia napiera naprzód, wszystko posuwa się do przodu, ale ludzie zostają w tyle. Ba! Cofamy się.

Internet może dać nam wszystko, ale bierzemy to, co najgorsze.

Nie zrozumcie mnie źle, bo Internet i telewizja to prawdziwe dobrodziejstwo. Nadal można spotkać tam cenne wartości, kanały, programy, blogi, artykuły… Wszystko! Problem jest jednak w odbiorcach, którzy łakną pustej i pozbawionej sensu rozrywki, oraz stacjach, które lubują się w emitowaniu czegoś, co nas ogłupia. Właśnie dlatego twierdzę, że w większości przypadków Internet oraz telewizja ogłupia ludzi. Tworzy z nich niemyślące i bezrefleksyjne jednostki, których jedynym celem w życiu, jest obejrzenie kolejnego odcinka durnowatego reality show. Nie twierdzę, że nie można sobie na to pozwolić od czasu do czasu, ale nie cały czas!

Rozejrzyjcie się! Życie większości osób sprowadza się do życia nie swoim, ale znanych osób i z wypiekami na twarzy, śledzeniem ich poczynań. Czy tak ma wyglądać radosne i spełnione życie? Czy naprawdę chcemy stać się obserwatorami pustych wartości, których chcąc nie chcąc, stajemy się następnie powiernikami? Proszę. Otrząśnijmy się!

Czy możemy się wreszcie obudzić??

Jakikolwiek wydźwięk tego tekstu by nie był, uważam, że Internet i telewizja w dużej mierze robi nam wodę z mózgu. Czyni z nas pozbawione własnego rozumu i logiki jednostki. Ludzi, których jedynym zajęciem jest emocjonowanie się życiem rozkapryszonych gwiazd, niereprezentujących sobą żadnych, cennych wartości. Naturalnie, tego rodzaju media mają swoje dobre strony. Nadal można tam znaleźć cenne osoby z cennymi wartościami, które próbują nas czegoś uczyć. Telewizja daje nam do dyspozycji kanały naukowe, a Internet szerokie spektrum poszerzania swoich horyzontów. Niestety nie potrafimy z tego korzystać.

internet

O wiele bardziej interesuje nas to, jakiego koloru paznokcie ma młoda gwiazda, niż poznanie meandrów ludzkiego umysłu. Interesujemy się patologicznymi „youtuberami”, zamiast wartościowymi kanałami, przekazującymi nam rzetelną wiedzę. To przykre, kiedy szczególnie młode osoby z tak wielkimi wypiekami na twarzy pasjonują się swoimi idolami, którzy delikatnie mówiąc – są zwyczajnymi idiotami. Smutno się to wszystko obserwuje szczególnie wtedy, gdy uzmysłowimy sobie, że to właśnie te same osoby będą stanowiły w przyszłości fundament tego świata.

Na nasze szczęście są na tym świecie jeszcze naprawdę cenne osoby. Nadal są ludzie, którzy pragną zmieniać go na lepsze. Żywię ogromną nadzieję, że ten proces degeneracji ludzkich umysłów w końcu zwolni swoje tempo. Wierzę, że Ci, którzy powinni być słuchani, w końcu dojdą do głosu… Jeśli tak się nie stanie to nawet nie chcę myśleć, jak to się wszystko skończy i jak będzie wyglądać nasz świat za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat.

Wszędzie tylko liczby. Im są wyższe – tym lepiej! Co z tego, że każda dyscyplina ma inną specyfikę?! Sportowcy mają czasami naprawdę ciężko… Dzieje się tak głównie za sprawą tzw. niedzielnych kibiców. Osobiście nie wyobrażam sobie, jak można porównywać to, co zrobił Robert Karaś, z tym, co robią polscy przedstawiciele innych dyscyplin. Niestety w wielu domach właśnie to się odbywa. Nieustanne porównywanie i tworzenie nagonki na tych, którzy na swoim koncie mają mniej „cyferek”.

Nie wiem, czy jest to wina naszej polskiej mentalności, czy w ogóle mentalności nas wszystkich – ludzi. Nie jestem nawet w stanie jednoznacznie powiedzieć, co stoi za takim mechanizmem. Chodzi mi o to, że bardzo kochamy liczby. Są one dla nas wielkością, która w naszej opinii wyznacza prestiż, status społeczny, czy w skrajnych przypadkach także to, jakimi ludźmi jesteśmy. Chciałbym także zaznaczyć, że temat jest bardzo szeroki. Można rozpatrywać go pod wieloma kątami, jednak na omówienie wszystkich możliwości, nie starczyłoby nam tutaj miejsca. Postaram się w przyszłych tekstach czasami wrócić do poruszanego tutaj tematu.

Tymczasem skupmy się na samych liczbach i ich naszym postrzeganiu.

Robert Karaś – inspiracja.

Pomysł na ten artykuł przyszedł mi do głowy bardzo przypadkowo. Zapewne wielu z Was słyszało już niebywałą historię, o wyczynie Polaka – Roberta Karasia. Gdyby ktoś nie wiedział, to tylko uprzejmie informuję, iż jest to 29-letni mężczyzna, który przed kilkoma tygodniami stał się Mistrzem Świata na dystansie potrójnego Ironmana. Co to znaczy? Trzymajcie się mocno. W czasie poniżej 31 godzin, pokonał 11.4 km płynąc, 540 km jadąc na rowerze oraz 126.6 km biegnąc. Dobrze czytacie. Żadne cyferki mi się nie pomyliły. Zrobił to i na dodatek poprawił rekord świata. Cyborg? Mistrz? To mało powiedziane.

Robert Karaś

Źródło: businessinsider.com.pl Fot. TeamKaraś.
Na zdjęciu: Robert Karaś

Choć wyczyn ten zasługuje na uwagę, nie będę dziś o nim rozprawiał. Ewentualnie tylko delikatnie się posiłkował, aby przedstawić Wam rzecz, która niejako determinuje nasze postrzeganie rzeczywistości.

Kto ma ciężej? Farah, Sagan, czy Karaś?

Kiedy sobie o tym wszystkim myślałem, dotarła do mnie pewna myśl. Absurdalna. Może dla wielu dziwna w obliczu tego, czego dokonał Robert Karaś. Otóż zastanawiałem się, czy faktycznie miał on ciężej niż profesjonalny maratończyk, biegający na światowym poziomie i próbujący powiedzmy… Złamać rekord świata. Albo zawodnik z elity biegów na 5000 metrów? Czy Robert Karaś miał trudniej niż Mo Farah? Człowiek legenda, jeśli chodzi o biegi na dystansach 5000 i 10000 metrów? Idąc tym tokiem myślenia, czy z kolei Mo Farah ma ciężej, niż chociażby Peter Sagan, który trzy razy z rzędu zostawał mistrzem świata w kolarstwie szosowym ze startu wspólnego? A co z Eliudem Kipchoge? Człowiekiem, który przed kilkunastoma dniami ustanowił rekord świata w maratonie? Czy w ogóle istnieje jakakolwiek skala, która może porównywać takie wyniki i odczucia związane z ich osiąganiem przez danego sportowca?

Zanim mnie wszyscy zlinczują i zaczną przekrzykiwać się, iż nie doceniam sukcesu Roberta, to naprawdę uprzedzam. Jestem tym, który chciałby, aby o jego sukcesie było jak najgłośniej. Życzyłbym mu, żeby wszystkie jego cele się spełniły. Zastanawia mnie jednak nasze postrzeganie jego sukcesu.

Postrzeganie wyników sportowców przez pana Kowalskiego.

Właśnie to mam na myśli, pisząc cały ten tekst. NASZE postrzeganie sukcesu innych osób. Nie postrzeganie tego czynnika przez NICH, czyli głównych zainteresowanych, ale przez nas – osób trzecich. Świadków tychże wydarzeń. Zauważmy, jak wielkie wrażenie wywarły na nas te liczby. Trudno się temu dziwić, bo potrafią działać na wyobraźnie, prawda? W końcu dystans 540 kilometrów jest męczący, kiedy pokonuje się go samochodem, a co dopiero rowerem! Oddziałują na naszą wyobraźnię z jednego, prostego powodu. Bo te liczby są duże. Ogromne, wielkie. Od razu nasz sprytny umysł przekłada je na codzienne życie. W ten sposób porównujemy je do odległości między znanymi nam miejscowościami. Taki Pan Kowalski, który nijak interesuje się sportem, tym bardziej triathlonem, słysząc, że ktoś przebiegł ponad 125 kilometrów, łapie się za głowę i intensywnie myśli. Jego wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach i siedząc w fotelu, duma:

„Od mojego domu do Pściszewa Górnego jest 30 kilometrów. Od Pściszewa do Zaściankowa Dużego kolejne 15 kilometrów. A za Zaściankowem jest jezioro Bystra Rzeka, do którego podobno jest jakieś 10 kilometrów. Wiem, bo jeździłem tam za dzieciaka…”

Myśli, myśli i nagle uświadamia sobie, że musiałby pokonać ten odcinek ponad dwukrotnie, aby dorównać Robertowi. Potem sobie przypomina, że nie chce mu się tego robić nawet samochodem i nagle robi szerokie ze zdziwienia oczy, bo rozumie, że ten człowiek zrobił to, biegnąc. Co więcej, miał już za sobą ponad 11 kilometrów pływania i niemal 550 kilometrów jazdy na rowerze.

Rozumiecie teraz, jak pracuje nasz sprytny, człowieczy umysł? Im większa liczba, tym większe wrażenie na nas robi. Szczególnie na ludziach, którzy nie są zbyt mocno zainteresowani danym tematem, o którym akurat usłyszeli wiadomość.

Nagonka za zbyt małe liczby. Absurd!

Posłużę się kolejnym przykładem i niejako skonfrontuje go z tym, co pisałem do tej pory o Robercie. Jednak zanim to zrobię, jeszcze raz podkreślę – nie można jasno stwierdzić, kto ma ciężej, uprawiając sport na tak wysokim poziomie. Czy biegacz na 800 metrów, czy Robert Karaś? Maratończyk, czy ktoś, kto rzuca młotem? To są inne dyscypliny lub inne dystanse. Każda z nich ma inną specyfikę, więc bez względu na wszystko nie można ujmować żadnej z nich. A niestety widzę, że tak się czasami dzieje.

sportowcy

Źródło: www.independent.co.uk
Na zdjęciu: Mo Farah

W obliczu tak wielkich liczb, nagle wyniki, jakie osiągają nasi maratończycy, wydają się niczym dla przeciętnych zjadaczy chleba. Tak zwanych kanapowców, którzy nie mają nic wspólnego z tą dyscypliną. Taki wcześniej wspominany pan Kowalski patrzy na wynik naszego Henryka Szosta albo Arkadiusza Gardzielewskiego i puka się w głowę, widząc ich ogromne zmęczenie na mecie maratonu podczas Mistrzostw Europy w Lekkoatletyce w Berlinie. Denerwuje się, woła żonę i krzyczy do niej rozemocjonowany:

„Patrz Bożenka! Zobacz, jak się kładą! To są mięczaki, a nie biegacze! Szkoda na nich pieniędzy! Zobacz tylko, jak padają za tą metą. Jak jakieś muchy! A oni przebiegli tylko (sic!) 42 kilometry! To jest jakiś tam ledwie maraton. A taki Karaś zrobił trzy razy tyle i do tego jeszcze jeździł na rowerze i pływał! To jest dopiero gość, a nie Ci pseudo sportowcy, za których my musimy płacić…”

Czy przykład i słowa są przerysowane? Odpowiedzcie sobie sami. Ja chcę tylko Wam pokazać, że nasz ludzki umysł chwyta się tego, co większe. Robert Karaś przebiegł 126 kilometrów po tak długim, wcześniejszym wysiłku, a Henio Szost pokonał „tylko” 42 kilometry? No pewnie, że Robert jest lepszy! Tak niestety wygląda perorowanie wyników w wielu domach, gdzie ludzie nie zagłębiają się w specyfikę danego sportu lub dyscypliny, tylko sugerują się liczbami. Suchymi statystykami, które nijak mają się do osiągnięć.

Same statystyki nic nie znaczą.

W wywiadzie, jakiego udzielił Robert Karaś dla Łukasza Jakóbiaka, padły słowa, które idealnie komponują się do omawianego w tym tekście tematu. Otóż Łukasz zapytał w pewnym momencie Roberta, czy ten, wiedząc, jaką ma przewagę, miał myśli, aby choć na chwilę zwolnić. Robert na to odparł, że nie, bo nie miał z czego. Oczywiście rozwinął swoją wypowiedź, ale jej główny sens sprowadzał się do tego, iż jechał on, pływał lub biegał w zakresie intensywności, która nie była przesadnie mocna. Jak to nazwał – intensywność jazdy na rowerze, można było określić jako „rozjazd”. Czyli skala wysiłku raczej nie wykraczała poza rozumowanie przeciętnego człowieka. Oczywiście nie chcę go za to piętnować, bo jak już pisałem – tego wymagał od niego akurat ten konkretny dystans!

dyscyplina

Jednak zastanówcie się teraz, czy te liczby, do których tak bardzo przykładamy swoją uwagę, mają faktycznie tak wielkie znaczenie? Pisząc liczby, mam na myśli te, którymi operuje przeciętny Kowalski. Oczywiście konkretne czasy i tempa nic dla niego nie znaczą, więc pod uwagę bierze wyłącznie te, które najbardziej oddziałują mu na psychikę. Dystanse lub miejsce w ogólnej klasyfikacji.

Inna dyscyplina to inna specyfika. Uszanujmy to.

W ten sposób otrzymujemy bohaterstwo Roberta Karasia i niezadowolenie (a w niektórych przypadkach także i krytykę) polskich maratończyków na Mistrzostwach Europy w Berlinie. Czy jednak ktoś się zastanawiał nad specyfiką tychże dystansów? Ktoś brał pod uwagę, że biegnąc na 42 kilometry, nie ma miejsca na coś takiego, jak „umiarkowane tempo”? Czy w końcu sugerując się, naszą rządzą porównywania miejsc, pamiętaliśmy o tym, iż jednak zachodzi różnica między Mistrzostwami Europy w Lekkoatletyce, a Mistrzostwami Świata w potrójnym Ironmanie, gdzie jak sam Robert Karaś powiedział – nie jest zbyt popularną dyscypliną, nawet wśród zawodowych triathlonistów?

Nie zrozumcie mnie źle, bo nikomu nie umniejszam. Po prostu zwyczajnie boli mnie ten nasz ludzki kult przywiązywania uwagi, wyłącznie do wielkości liczb. Pokonałeś 42 kilometry, biegnąc i poprawiając rekord polski w maratonie? Co z tego! W tym samym czasie jakiś pan Czesiek spod Pściszewa zrobił podwójnego Ironmanie w osiem dni! Co tam Twój marny rekordzik polski, na jakieś marne 42 kilometry! Czesiek to dopiero pokazał pazur, jak przebiegł dwa razy tyle, a na dodatek jeszcze pływał i jeździł na rowerze!

Dokładnie tak to wygląda.

Wyżej, mocniej, dalej! Liczą się liczby!

Już odbiegając od tak wysokiego, sportowego poziomu, zejdę troszkę na ziemię. Z własnego życia wiem, że kiedy dawałem z siebie wszystko na zawodach, na 5 km i zdobywałem swoje kolejne życiówki, to nikt mnie nawet zbyt mocno nie pytał o czas. W zasadzie zawsze pytanie sprowadzało się do: „A na ile biegłeś?” Odpowiadałem: „Pięć kilometrów.”. Kiwnięcie głową. „A który byłeś?” Mówiłem – „Nie wiem dokładnie, ale chyba gdzieś około setki”. Myślicie, że ktoś pytał o czas? A gdzie tam! Jestem pewien, że gdyby stanął przed ludźmi sam Kenensisa Bekele i powiedział im, że pobił właśnie rekord świata, oni tylko zerknęliby na niego i zapytali, ile przebiegł. Gdyby odparł, że  5 kilometrów, machnęliby ręką i stwierdzili, że Zośka z drugiego piętra, wczoraj na treningu przebiegła „dyszkę”.

liczby

Kiedy natomiast pokonałem w dość spokojnym tempie ponad 20 kilometrów (czym się zresztą dzieliłem), to nagle w oczach wielu ludzi urosłem do rangi „bohatera”. Oczywiście, że ból stawów oraz ogólne zmęczenie (fizyczne oraz psychiczne) było w istocie niesamowicie dojmujące. Jednak mimo to czułem się  lepiej, niż podczas biegów na 5 kilometrów, które od startu do mety, były biegane do żargonowej „odciny”? Co z tego, skoro tutaj to było tylko marne 5000 metrów, a tam ponad 20 kilometrów! Byłem gość, bo przebiegłem spokojnie tak „ogromny” dystans!

Rozumiecie absurdalność takiego pojmowania sytuacji?

Długość wysiłku nie świadczy o poziomie sportowca.

Nie chodzi o to, że mamy każdemu gratulować i klepać po plecach za każdym razem, kiedy pokona nawet jeden metr. Chodzi zwyczajnie o trochę większą świadomość w wygłaszanych opiniach oraz wyrokach. Bo naprawdę smutno patrzy się na te wszystkie komentarze i teksty, które karcą tych, którzy dawali z siebie wszystko. Przykro słucha się rozmów ludzi, którzy umniejszają wielkim sportowym wyczynom. Robią to tylko dlatego, że nie ma w nich „wielkich” liczb, przyprawiających o zawrót głowy. Dlatego zwyczajnie apeluję do wszystkich Panów Kowalskich i Pań Bożenek. Zanim cokolwiek powiecie i napiszecie, zastanówcie się dwa razy, czy to wszystko ma sens. Czasami irracjonalność komentarzy i wygłaszanych mądrości przez ekspertów razi nie tylko w oczy. Godzi także prosto w serce, które pęka pod wpływem tych wszystkich zwyczajnie niesprawiedliwych i idiotycznych wyroków.

Sama wielkość liczb nie znaczy nic, jeśli nie mamy pojęcia o specyfice danej dyscypliny. Idźcie proszę do takiego Adama Kszczota lub Marcina Lewandowskiego. Powiedźcie im, że są gorsi i w ogóle nie zasługują na uwagę, bo nie biegają za jednym razem po sto pięćdziesiąt kilometrów. Zadzwońcie sobie do takiego Szymona Kulki albo Marcina Chabowskiego. Poinformujcie ich, że się do niczego nie nadają, bo nie uprawiają wysiłku przez 30 godzin bez wytchnienia. Albo spotkajcie się z Anitą Włodarczyk i powiedzcie jej prosto w oczy, że jej złote medale Mistrzostw Świata, Europy oraz Igrzysk Olimpijskich są nic nie warte, bo tylko stała i rzucała sobie młotem…

puchar

Myślicie, że taki Kszczot nie dałby rady przebiec stu kilometrów za jednym razem? Jestem przekonany, że po kilku miesiącach odpowiedniego treningu, zrobiłby to z palcem w nosie. Jednak po co ma to robić? Przecież specyfika jego dyscypliny tego od niego nie wymaga. Więc ma to robić tylko po to, żeby zaspokoić swoje własne ego i przypodobać się Panu Kowalskiemu?!

Propagujmy to, co propagowane być powinno.

Niestety takie zachowanie nie jest propagowane tylko przez „zjadaczy chleba”, ale także przez internetowych twórców, a także największe, polskie media. Nie uderzam w tym momencie w nikogo, bo prawdą jest, że całą tę otoczkę liczb, nie stwarzają sportowcy swoimi osiągnięciami, ale My – ludzie, świadkowie i opiniotwórcy, którzy zdecydowanie zbyt często głoszą swoje idiotyzmy na prawo i lewo.

Normalnie więc w świecie proszę, żebyśmy trochę więcej myśleli. Przestańmy w końcu przywiązywać tak wielką uwagę do samej wielkości liczb. Jeśli już natomiast to robimy lub chcemy robić – wtedy zapoznajmy się z daną dyscypliną i dopiero wtedy głośmy swoje opinie. Bo sam dystans lub samo miejsce w klasyfikacji, nie mówi nam nic o danym zawodniku.

Przepraszam, jeśli byłem zbyt mocny w słowach albo ktokolwiek źle odczytał ten tekst. Jednak już zbyt długo raziła mnie w oczy ta powszechna mania wielkości. Pomyślcie więc, zanim napiszecie kolejny oświecony komentarz, godzący w godność wielkich sportowców, którzy nie podobają Wam się tylko dlatego, że mają na swoim liczniku zbyt mało „wielkich liczb”. Jeśli już chcecie kogokolwiek oceniać i zestawiać go z innym sportowcem, wtedy bierzcie w swoje rozmyślania zawodników, uprawiających te same dyscypliny.

Wielkich sportowców nie porównujcie swoją własną, zwyczajną miarą. Porównujcie ich miarą godną statusu mistrzów, jaki posiadają.

#kolejne artykuły