BMI - nie takie idealne, jak mogłoby się wydawać | worldmaster.pl
#

Najpopularniejszy wskaźnik do kontroli wagi ciała. Rozpowszechniony na całym świecie w różnych dziedzinach życia. Łatwy w korzystaniu, przyjęty niemalże za doskonałość w określaniu poprawnej wagi ciała. BMI to prawdziwy cud i dar z niebios! Istne błogosławieństwo… Czy jednak, na pewno jest tak w rzeczywistości?

Czym jest BMI?

BMI (ang. Body Mass Index), zwany również wskaźnikiem Queteleta II od nazwiska jego twórcy, to narzędzie do kontroli masy swojego ciała. Bardzo często zostajemy z nim zapoznani już w czasach szkolnych. Zazwyczaj nauczyciele na lekcjach geografii lub biologii, dają swoim uczniom możliwość poeksperymentowania i zajęcia czymś ich chłonnych umysłów. Również w wieku dorosłym, dość często spotykamy komentarze głoszące, jakoby BMI było metodą idealną do określenia, czy waga naszego ciała jest poprawna. Wskaźnika używają zarówno lekarze, jak i specjaliści. Wiele osób próbujących zmienić swoją sylwetkę, ślepo zawierza wszelkie swoje działania skali, na której opiera się ten znacznik. Ufamy mu, bo został przyjęty przez społeczeństwo za rewelacyjną technikę kontroli własnych postępów. Jego fenomenu upatrywałbym bardziej w fakcie, iż jest on szeroko dostępny i prosty w użytkowaniu, aniżeli w jego rzeczywistym geniuszu.

Już na samym początku należy zaznaczyć, że wskaźnik BMI teoretycznie nie powinien być stosowany w przypadku osób, które nie ukończyły 18 roku życia. W takich przypadkach o wiele częściej stosuje się siatkę centylową. W szczególności u niemowlaków, małych dzieci czy osób w okresie dojrzewania.  Uzasadnienie takiego postępowania znajduje się w fakcie, iż w przypadku osób młodych, ich ciało nieustannie się zmienia. Ewoluuje na przestrzeni każdego kolejnego dnia. Wyjątkowo widać to u małych dzieci, w przypadku których wzrost odbywa się niemalże w mgnieniu oka.

BMI oblicza się poprzez podzielenie swojej wagi ciała w kilogramach przez wzrost wyrażony w metrach, podniesiony do kwadratu:

wzór BMI

Źródło: nazdrowie.pl

Osoby niebędące nigdy wybitnymi jednostkami z matematyki, mogą skorzystać z wielu dostępnych kalkulatorów znajdujących się w Internecie, które wszystkie obliczenia wykonują za nas. Wystarczy wpisać swój wzrost oraz wagę, co mam nadzieję, nie będzie stanowiło większego problemu.

Uzyskany wynik przypisuje się do jednej z trzech, ogólnych kategorii:

  • Poniżej 18.5 – niedowaga
  • 18.5-24.99 – waga prawidłowa
  • Powyżej 25 – nadwaga

Istnieje również bardziej szczegółowa skala, dzieląca się w wartościach: „niedowaga” (wygłodzenie, wychudzenie) oraz „nadwaga” (I stopień otyłości, otyłość kliniczna, otyłość skrajna) – w zależności od wielkości otrzymanego rozwiązania.

Można również bez przeszkód posługiwać się tabelami, których w Internecie jest całe mnóstwo. Jedną z nich, prezentuję poniżej:

wskaźnik BMI

Źródło: www.bmi-kalkulator.pl

Cudowny wskaźnik, wcale nie taki doskonały…

Wiedząc już jakie komponenty zostają uwzględnione w ów wskaźnik, w naszej głowie powinna zrodzić się pierwsza, rozczarowująca myśl odnośnie do z pozoru niesamowitego narzędzia. BMI w swoich działaniach bierze pod uwagę masę naszego ciała. Zestawiając ją ze wzrostem, określa czy jest ona poprawna. Jednak kompletnie nie zwraca uwagi na jakość zgromadzonej przez nas wagi. W Internecie roi się od zdjęć osób, które na przestrzeni wystarczająco długiego okresu czasu, potrafiły diametralnie zmienić swoją sylwetkę, uzyskując na końcu taką samą wagę, jak przed rozpoczęciem działań. To dobitnie pokazuje, że kilogram nie jest równy kilogramowi. Inaczej będzie wyglądał człowiek nieaktywny, o wzroście 180 centymetrów  i wadze 90 kilogramów, a inaczej osoba o tych samych parametrach, odżywiająca się zdrowo i trenująca siłowo.

To jest ogromna wada wskaźnika BMI, którą wytykają mu wszyscy świadomi tego ludzie. Nie bierze pod uwagę budowy ciała oraz procentowej zawartości tkanki tłuszczowej. To właśnie ta wartość wyznacza przede wszystkim jakość naszej sylwetki. Głównie osoby uprawiające sporty sylwetkowe, szybkościowo-siłowe lub zwyczajnie dbające o rozwój swojej muskulatury, mogą czuć się wyraźnie zdezorientowane. W ich przypadku bardzo często pokazywaną wartością będzie „nadwaga” lub nawet „otyłość”. W rzeczywistości mogą posiadać oni skrajnie niski poziom tkanki tłuszczowej w ciele. Jednak ze względu na zbudowane mięśnie, waga ciała będzie wyższa i odbiegająca od wyznaczonych norm. Działa to również po przeciwnej stronie skali. Osoby, które dość intensywnie trenują sporty wytrzymałościowe, w których niska waga ciała jest rekomendowana, mogą często uzyskiwać wynik przypisujący ich do kategorii „niedowagi”. Dotyczy to często wysokich lekkoatletów.

Kobiety także mogą czuć się pokrzywdzone, ze względu na ich naturalnie wyższy poziom tkanki tłuszczowej. Niestety wskaźnik masy ciała, nie uwzględnia w swoich obliczeniach płci danego osobnika. Z tego więc powodu zachodzi istotna różnica między kobietą a mężczyzną o tych samych parametrach fizjologicznych.

Profesjonalistom i odbiegającym od normy ludziom, mówimy NIE!

Wskaźnikiem BMI pod żadnym pozorem, nie powinny kierować się osoby trenujące zawodowo. Profesjonaliści lub nawet pół-profesjonaliści, nastawieni są na uzyskiwanie określonych i wymiernych rezultatów w danym sporcie. Wyłączając dyscypliny sportowe, w których przypisywani jesteśmy do kategorii wagowych, w żadnym sporcie waga nie limituje zawodnika. Oczywiście, że w każdej dyscyplinie panują pewne standardy pożądanej masy ciała. Jednak uzależnianie swoich działań od BMI byłoby rozwiązaniem wysoce nieroztropnym. Osoba nastawiona na osiągnięcie konkretnego wyniku powinna poznać swoje ciało do tego stopnia, aby korzystanie z mocno uogólnionych wskaźników, stało się niepotrzebne. Zamiast stawiać BMI na piedestale, o wiele lepiej jest posiąść umiejętność dostosowywania wagi swojego ciała, do okresów treningowych i przyporządkowywania jej do głównych celów.

Powyższy akapit nie musi dotyczyć tylko profesjonalistów. Może on dotyczyć każdej osoby, która w swoich działaniach nastawiona jest na konkretny cel, a udział bierze w nim również waga ciała – w mniej lub bardziej bezpośredni sposób. Nie tylko zawodowi kulturyści, nie skorzystają z owego wskaźnika. Również wszyscy amatorzy, którzy swoją budową ciała, parametrami lub celami, różnią się od przeciętnej. Kwintesencją naszych rozważań jest uzmysłowienie sobie, że wskaźnik BMI został stworzony na podstawie ogólnych obserwacji osób, niewystających poza „przeciętność” pod kątem cech fizycznych. Adolphe Quételet w swoich badaniach wykorzystał setki ochotników i dostrzegł „pewną zależność”. Nie była to żadna reguła, rozwiązanie czy ujawnienie wielkiej tajemnicy. Czysta zależność, opierająca się na twierdzeniu, że waga rośnie proporcjonalnie do kwadratu wzrostu człowieka. Nie sugerował się indywidualną budową ciała, predyspozycjami czy stylem życia. Dlatego właśnie, jego z pozoru rewelacyjne narzędzie, nie nadaje się do użycia w naprawdę wielu przypadkach.

Nieprecyzyjny wskaźnik.

Określanie idealnych proporcji ciała wyłącznie po wzroście i wadze, jest strasznie ryzykowne i krzywdzące dla wielu z nas. Osoby umięśnione o niskiej zawartości tłuszczu w organizmie, mogą zrobić sobie krzywdę, doprowadzając się do stanów wyniszczających, próbując za wszelką cenę znaleźć się w rekomendowanej normie. Również sportowcy, mogą pogorszyć swoje rezultaty, gdy będą ślepo ufać niedokładnej skali, zamiast sugerować się uprawianą przez siebie dyscypliną sportu i własnym odczuciom.

bmi

Aby dokładnie zobrazować, jak bardzo skala ta jest nieprecyzyjna, wystarczy spojrzeć na przedział określany w niej jako „waga prawidłowa”. Przypisuje się jej wartości, mieszczące się od  18.5 do 24.99. Liczby te, są wynikami naszego wcześniejszego działania, opisanego na początku tekstu. Według wskaźnika BMI, dla osoby o wzroście 170 cm, idealna waga znajduje się między 54, a 72 kilogramem! To aż 18 kilogramów różnicy! Oprócz tego należy uwzględnić także jakość owej masy, indywidualne predyspozycje, uwarunkowania genetyczne czy własne samopoczucie.

BMI – świetne, ale nie najlepsze.

Nie chciałbym demonizować całej struktury, na której opiera się wskaźnik BMI. Moim celem nie było przekonanie Was do zaprzestania korzystania z jego funkcji. Chcę ukazać, że nie jest to idealna metoda do określania swojej prawidłowej wagi i warunkowania od niej swoich działań. Różnice w pokazywanych wartościach, różnią się diametralnie w zależności od jednostki i jej indywidualnej specyfiki. Niemożliwym jest uzyskanie klarownej i osobistej odpowiedzi, od narzędzia stworzonego dla ogółu i na podstawie ogółu. Większość osób, wykraczających poza przyjęte normy uznane za standardowe, nie odniesie żadnych korzyści ze stosowania tej metody. Paradoksalnie w takich przypadkach, może ona nieść ze sobą pewne ryzyko błędnie podjętych działań, wynikających z niewłaściwych i nierzeczywistych, otrzymanych danych.

Ludzie, którzy na co dzień prowadzą dość konserwatywny tryb życia, niewykraczający poza szeroko pojętą „rekreację”, mogą w pewnym stopniu korzystać ze wskaźnika BMI. Zalecałbym jednak wyłączne sugerowanie się nim, a nie ślepe podążanie i warunkowanie od jego wyników swoich decyzji. Pragnę to jeszcze raz podkreślić, że metoda ta bierze pod uwagę tylko ogólne czynniki, które nie uwzględniają indywidualnej budowy ciała. Nie twierdzę, że jest ona nieskuteczna lub niepotrzebna, ale zalecam ostrożność w korzystaniu z niej. Rekomenduję, aby całkowite uleganie temu systemowi, zastąpić kierowaniem się własnym samopoczuciem, ogólnym stanem zdrowia oraz wyglądem rzeczywistym własnej sylwetki. Żadna inna forma kontroli postępów, nie jest w stanie wyprzeć tego, co My widzimy w lustrze a inni, patrząc na Nas.

Smutno to mówić, ale mam wrażenie, że czasy wielbienia mądrości i prawdziwie cennych wartości, odeszły w zapomnienie. Teraz promowanym zachowaniem, przez wszelkiego rodzaju „Fit Gwiazdy” jest istny kult ciała. Jak najwięcej pośladków i bicepsów, bez przekazywania jakiejkolwiek wartości… Ciało opanowało social media!

Ciało wchodzi na salony…

ciało

Ostatnie lata to nie tylko ogromny rozwój technologiczny, rozwiązania, o których nie śniło się naszym przodkom, czy osiągnięcia, którymi będziemy mogli chwalić się przed potomkami. To także ogromne zainteresowanie zdrowym stylem życia, szeroko pojętą aktywnością fizyczną oraz chęcią zmiany swojej sylwetki. Nie da się ukryć, że dzięki temu wzrosła nasza świadomość spożywanego pokarmu czy znaczenia wagi ciała, w kontekście ogólnego zdrowia. Zaczęliśmy żyć bardziej świadomie, poprzez rozsądny dobór produktów oraz właściwy wybór aktywności.

Z drugiej jednak strony, pojawiło się wiele stereotypów, mitów oraz przesłanek, które skutecznie zrujnowały nie tylko marzenia wielu osób, ale również nie jedno cenne istnienie. Diety, opierające się na głodowaniu, „eksperci” głoszący istne herezje, „magiczne pastylki”, które odchudzają nie Ciebie, ale Twój portfel. To wszystko również jest następstwem prawdziwego, dietetycznego pobudzenia XXI wieku.

Wraz ze wzrostem świadomości, zaczyna się poszukiwanie wzorców. Osób, które można potencjalnie naśladować. Nie ma niczego złego w posiadaniu mentora. O ile jest to człowiek reprezentujący sobą pewną wartość, która przejawia się w jego czynach oraz zachowaniu.

Social media wylęgarnią gwiazd i zepsutych ideałów.

Coraz więcej osób pragnie pokazać to, czym się zajmuje, a łatwy dostęp do portali społecznościowych, sprzyja temu zadaniu. Jednym wychodzi to lepiej, innym gorzej. Jedni zyskują całe rzesze fanów i zostają okrzyknięci „gwiazdami”, a pozostali giną w gąszczu ludzi, podziwiających tych, którym się udało. Powodów takiego zjawiska może być kilka. Począwszy od zaangażowania, przez reklamy oraz umiejętność nawiązywania kontaktów, po odpowiednio zamieszczaną treść. Ciężko jest znaleźć antidotum na problemy, pasujące do każdej, sfrustrowanej osoby, próbującej zyskać więcej „lajków” czy „followersów”.

Sam fakt skupiania się na tych dwóch wartościach, również jest niewłaściwy i może być jedną z przyczyn, uniemożliwiających spełnienie Internetowych marzeń. Nie neguje takiego toku rozumowania. Posiadanie statusu gwiazdy jednego z portali społecznościowych kusi wielu z nas. Niesamowite jest, że możemy żyć w czasach, kiedy naszą pracą czy źródłem zarobku, stają się wcześniej wspomniane platformy. Rewelacyjna szansa dla wielu młodych (i nie tylko) ludzi, pragnących pokazać swoje życie, umiejętności czy osiągnięcia.

Czym właściwie jest pokazywanie siebie i czy musi iść ono w parze ze statusem „gwiazdy”?

Jeśli zależy nam zbudowaniu solidnej i wytrzymałej personalnej marki, to wręcz musimy zaprezentować swoją osobę. To nieuniknione, skoro chcemy zainteresować potencjalnego odbiorcę sobą i tym, czym się zajmujemy. Można to porównać do prowadzenia firmy. Gdy takową posiądziemy, to chcemy zrobić wszystko, aby zdobyć jak najwięcej wiernych klientów, odbiorców i osób, które będą się z nią utożsamiały. Tak samo wygląda to w przypadku chęci budowania marki wokół swojej osoby. Jednak w tym przypadku, „firmą” jesteśmy my sami. Dlatego więc zaprezentowanie tego, czym się zajmujemy, staje się absolutną podstawą.

Jednym z doskonałych przykładów powyższej zależności jest branża fitness. Nie wiem, czy istnieje druga taka dziedzina, w której można znaleźć tyle osób, działających indywidualnie i próbujących opierać swoją pracę oraz ewentualne zarobki, na swojej osobistej marce. Trenerzy personalni, dietetycy, pasjonaci zdrowego stylu życia, osoby interesujące się tym tematem – wielu z nich pragnie zostać „gwiazdą” social mediów.  Jak już wspominałem, to świetne dla wielu z nas, że pojawia się szerokie grono ekspertów czy pasjonatów, chcących dzielić się swoim życiem, poradami oraz wskazówkami. Jednak zastanówmy się, czy aby na pewno wszyscy tego pragną? Czy wszyscy, którzy dają coś od siebie, robią to z myślą o innych, czy jest to zwykły zabieg, mający na celu promocję własnej osoby?

Kult ciała.

kult ciała

Rzecz, która opanowała zdecydowaną większość fitnessowych kont w mediach społecznościowych oraz pasjonatów tejże dziedziny. Panie wdzięcznie wyginające się przed lustrem, prezentujące swoje ukochane walory. Panowie, napinający brzuchy oraz bicepsy, robiący groźne miny. Oni wszyscy, prezentujący to, co mają najlepsze. Wielkie oraz pięknie ukształtowane mięśnie…

Czy to wszystko nie posunęło się trochę zbyt daleko?

Ogromną niesprawiedliwością byłoby przypisywanie wszystkich do jednej grupy czy twierdzenie, iż takie zachowanie jest złe. Byłbym hipokrytą, gdybym to napisał, bo sam niejednokrotnie ulegam pokusie skorzystania ze swojego ciała i zaprezentowania go szerszej widowni. Jednak jestem całkowicie pewien, że nawet w tej materii należy mieć pewien umiar. Nie zgadzam się z głosami, wyrażającymi swoje oburzenie, jakoby osoby prezentujące swoją muskulaturę i ciało były nic niewarte, pozbawione rozumu oraz jakiejkolwiek moralności. Naturalne jest, że chcemy pokazywać to, w czym jesteśmy dobrzy i czym się zajmujemy. Początkująca piosenkarka zaprezentuje wykonane przez siebie utwory. Przedstawi swoje umiejętności w tej dziedzinie i niejako – pokaże swoją „formę”. Tak samo jest również w branży fitness, w której wiele osób prezentuje swoje ciało, jako wartość, którą w sobie wypracowali.

Zaprezentowanie swojego ciała, co pewien czas lub robienie tego w konkretnym celu, aby przekazać jakąkolwiek wartość lub zawrzeć wskazówkę, jest na pewno działaniem pożądanym. Na wszystko musi być miejsce. Również na uwielbienie jednej z rzeczy, którą posiadamy. Szczególnie jeśli jest ono naszą wizytówką i nierzadko pracą. Poza tym liczy się też sposób, w jaki siebie prezentujemy. Czy robiąc to, zależy nam tylko na zdobyciu polubień i kolejnych obserwatorów, więc przedstawiamy siebie w jak najlepszym świetle, czy robimy to, aby zaprezentować siebie takimi, jakimi jesteśmy naprawdę?

social media

Granica dobrego smaku.

Wszakże ciężko jest ją wskazać, to myślę, iż każdy z nas potrafi dostrzec tę linię oddzielającą umiar, od przesady. Prezentowanie własnych walorów od istnego kultu ciała. Nieustanne wstawianie zdjęć swoich pośladków, bicepsów, brzucha czy jakiejkolwiek innej części swojego ciała jest zdecydowanie pozbawione dobrego smaku. Zakrawa to zdecydowanie o chorobliwy kult ciała i próbę dowartościowania się. Jestem niemal przekonany, iż takie działanie jest spowodowane chęcią zyskania widowni, fanów i stania się „fit gwiazdą”. Warto jednak zastanowić się, co w takim przypadku sobą reprezentujemy?

Zawsze staramy się pokazywać to, co jest w nas najlepsze. Jeśli więc prezentujemy tylko swoje wielkie mięśnie, to kim się stajemy?

Jaskiniowcami, dającymi upust swoim zwierzęcym instynktom. Cofamy się do swojej prehistorycznej formy. Charakter, inteligencja, wszystko, co jest w środku nas, w takich sytuacjach zanika. Nie pozwalamy dojść prawdziwie cennym wartościom do głosu. Zagłuszamy je, swoją rządzą zdobycia „lajków” i fanów. W rzeczywistości otrzymujemy ludzi podobnych do treści, którą zamieszczamy. Zwierzęta, czekające na kolejną porcję pół nagiego zdjęcia. Nie możemy spodziewać się mądrej, wyrafinowanej oraz niesamowitej publiczności, skoro treść, którą im dajemy, pozostawia wiele do życzenia.

Zapamiętajmy, że to wcale nie odbiorcy wybierają nas, ale My ich. Poprzez treści, jakie prezentujemy i udostępniamy. Nie brakuje osób i „fit gwiazd” mediów społecznościowych, które urosły do tej rangi, nie dzięki temu, co osiągnęły, ale dzięki temu, ile pokazały. To dość brutalna rzeczywistość, ale droga do prawdziwej wielkości i budowania trwałych relacji, nie może ograniczać się tylko do pokazywania swojego ciała. Nawet jeśli byłoby ono najcudowniejszą rzeczą na świecie. Treść, jaką przekazujemy i w jaki sposób to robimy, odzwierciedla widownię, jaką otrzymujemy. Jeśli uprawiamy kult ciała i nieustannie zachwycamy się własnymi mięśniami, to prędzej czy później, publiczność zacznie dostrzegać w nas tylko te rzeczy, zamiast prawdziwie cennych wartości.

Zatrważające jest, jak daleko potrafimy się posunąć dla pozyskania kolejnego widza. Dlaczego w całym tym działaniu zatracamy to, co w nas ludziach, jest najpiękniejsze? Nasze wnętrze i wartości definiują to, kim jesteśmy. Nie ciało ani jakikolwiek mięsień. Oczywiście, że ono również może wskazywać na naszą siłę charakteru, ale nigdy nie zbliży się, chociażby na krok do tego, co definiuje człowieczeństwo – umysł i serce.

Pokazuj siebie! Rób to, ale znaj limit i własne wartości.

Ciekawe jest, że osoby, które mają odpowiednią hierarchię wartości już na początku, zawsze będą pamiętały o tym, co jest najistotniejsze. Bez znaczenia, czy będą przeciętnym Kowalskim, czy „gwiazdą”. Zdefiniujmy rzeczy, którymi kierujemy się w swoim życiu, jeszcze zanim zaczniemy aspirować do miana gwiazdy.

Smutną wizją jest obserwowanie prawdziwie cennych kanałów oraz kont w social mediach, które przekazują rzetelną wiedzę, posiadających kilkukrotnie mniejszą widownię od swoich niechlubnych braci i sióstr. To nie przypadek, że osoby traktujące swoje ciało z dystansem i z pewną dozą umiaru są tymi, którym daleko do statusu „gwiazdy”. Na szczęście jest im jednak blisko, do pozostania prawdziwymi idolami oraz mentorami wielu z nas.

Nie twierdzę, że pokazywanie siebie oraz swojego ciała to zło. To świetny zabieg, nie tylko marketingowy, ale również czysto motywacyjny. Wiele początkujących osób, zaczyna dlatego, że ich celem jest osiągnięcia tego, co Pan Gwiazda zaprezentował w mediach społecznościowych. Ciało osób z branży fitness to często punkt wyjścia dla adeptów zdrowego stylu życia. Jestem jednak przekonany, że trzeba robić to z pewnym wyczuciem.

Linia między zdrowym i rozsądnym umiarem, a samouwielbieniem i nieustannym pokazywaniem swoich pośladków jest bardzo cienka. Warto znać tę granicę i trzymać się po jej właściwej stronie. Nie istotne, czy mówimy o Internecie, czy o prawdziwym, rzeczywistym świecie. Zarówno w jednym, jak i w drugim, opieranie swojej wartości na swoim ciele jest prawdziwym destrukcyjnym zachowaniem, które w dłuższej perspektywie czasu, czyni z nas jaskiniowców XXI wieku.  

Są niepowodzenia mniejsze i większe. Czasami cicho się skradają, niczym złodziej, ograbiając nas z nadziei i szans na sukces. Niektóre są brutalne, inne łagodniejsze. Porażki są z nami od zawsze i będą z nami nadal. Nie próbujmy z nimi walczyć, ale musimy się od nich uczyć. Porażka nie jest karą, ale prawdziwym darem.

Jeśli należysz do grona osób,  które w całym swoim życiu, nigdy nie doświadczyły porażki, to możesz bez jakichkolwiek wyrzutów sumienia pominąć ten tekst. Mam jednak ogromną nadzieję, że nie należysz do tej grupy. Być może właśnie w tym momencie zastanawiasz się, co zrobić po kompletnie zepsutym dniu, który przecież miał być jednym z kolejnych, w drodze do Twojego wielkiego celu. Nie wiesz, co powinieneś zrobić, a negatywne uczucia, już wyciągają swe macki, w celu dosięgnięcia Twoich nieskalanych do tej pory myśli. Nie obawiaj się! Spieszę z pomocą!

Uniknięcie niepowodzenia – Mission Impossible.

W życiu każdego z nas przychodzi moment, kiedy rzetelnie realizowany do tej pory plan, zostaje dość brutalny spartaczony. Nie ma znaczenia, o jakiej dziedzinie życia mówimy. Nieistotne, czy jest to praca na etacie, bycie przykładem oraz wzorem dla swoich dzieci, czy droga do lepszej sylwetki. Nieuniknioną częścią każdego możliwego aspektu naszego życia są porażki.

porażka

Niepowodzenia są wpisane w proces działania. Powinniśmy uświadomić sobie ten fakt już na początku naszej drogi. Nie próbujmy nawet udawać, że wszystko będziemy realizowali wręcz idealnie. Przewidzenie każdego kolejnego dnia naszego życia, podczas którego realizujemy założony na samym początku plan, jest misją niemożliwą do wykonania. Nawet przez samego Toma Cruise’a.  Tak więc stawianie odważnej tezy, jakoby mielibyśmy dotrzeć do swojego celu, bez choćby najmniejszego szwanku jest dość odważnym posunięciem. Wręcz ocierającym się o szaleństwo oraz fikcje.

Na nasze nieszczęście, zdecydowanie zbyt często kojarzymy słowo „porażka” tylko i wyłącznie z negatywnymi emocjami oraz wydarzeniami. Wbrew temu wszystkiemu, to zjawisko w świetnej większości przypadków, powoduje więcej dobrego, niż inne pozytywne wydarzenie. Aby jednak do tego doszło, muszą zajść dwie bardzo ważne rzeczy. Musi upłynąć odpowiedni długi czas oraz My sami musimy wyciągnąć z niepowodzenia należyte wnioski i sumiennie pracować, nad nie dopuszczeniem do jego ponownego ukazania się.

Wszakże, na początku swojej przygody ze zmianą sylwetki, ciągłe powtarzanie sobie, że czeka na nas niejedna porażka, może nastręczać pewne trudności i poczucie dyskomfortu, to jednak klarowne uświadomienie sobie niemożności ich uniknięcia, pozwala zapobiec późniejszemu szokowi.

Porażka i jej historia, czyli dzień życia każdego z nas.

Gdy rozpoczynamy swój przepiękny proces kształtowania sylwetki, naturalne jest, że raczej nie myślimy o porażkach. Idealizujemy swoje przyszłe działania oraz swój cel, do którego mamy zamiar z uporem dążyć. O wiele łatwiej jest nam wyobrazić sobie odległe marzenie, niż porażkę czekającą tuż na najbliższym zakręcie. Całkiem normalną i do pewnego stopnia właściwą rzeczą jest, chwytanie się tego, co pozytywne, a unikanie tego, co negatywne. O ile nie zakłamuje nam to naszej rzeczywistości.

Uwzględniamy w swoim planie wszystko w najdrobniejszych szczegółach: dietę, treningi, aktywność, planowanie posiłków czy spontaniczne spotkania ze znajomymi. Zatracamy się w pięknych aspektach działania. Zapominamy, że nie bez powodu mawia się, iż droga do sukcesu okupiona jest łzami i hektolitrami wylanego potu. Nie twierdzę, że powinno się nieustannie myśleć o trudnościach. Jednak posiadanie tej wiedzy, choćby w najgłębszym zakamarku umysłu, do którego mamy szybki dostęp, może być działaniem pożądanym i właściwym.

W końcu przychodzi czas na nasze działanie. Pierwsze dni, a być może i tygodnie upływają w sielankowej atmosferze. Zdajemy sobie sprawę, że treningi kosztują nas sporo sił, a przygotowywanie posiłków i planowanie, zabiera nam trochę czasu, jednak są to tylko drobne trudności. Problemy i drobne niepowodzenia, których akurat się spodziewaliśmy i byliśmy na nie w pełni przygotowani. Nabieramy pewnej dozy elastyczności, potrafimy zmobilizować się do cięższego treningu i wykrzesać z siebie chociaż trochę energii na niewykorzystanie samochodu, ale własnych nóg. W głowach zuchwalszych osób może pojawić się nawet jakże odważna i pozbawiona szacunku myśl, do swoich starszych kolegów z „branży”, opiewająca komunikatem: „To nie jest takie trudne! Co oni za głupoty opowiadają!?”. Nierzadko pojawią się tam również barwne przerywniki o różnym stopniu nacechowania emocjonalnego, z których słynie nasz naród, a które jak żaden inny wyraz potrafią zastąpić szeroką gamę słów.

Dzień porażki.

porażki

Kłótnia z żoną, nagana od szefa, nieplanowane nadgodziny, niezrealizowany projekt czy niespodziewane wezwanie do szkoły w sprawie swojego niegrzecznego potomka. Chwila, kiedy dieta, trening i kształtowanie sylwetki jest ostatnią rzeczą, o której mamy ochotę myśleć. Moment, w którym wydaje nam się to nierealnym działaniem i surrealistycznym marzeniem, oderwanym od naszej codziennej rzeczywistości. W jednej chwili przestajemy być zuchwałymi adeptami. Przemieniamy się w skruszałych ludzi, muszącymi radzić sobie z trudnościami, jakie stawia przed nami życie. Tracimy ochotę na jeszcze jedno wyzwanie, jakim jest realizowanie swojego sylwetkowego planu. Tłumaczymy sobie, że nie mamy na nie sił, ochoty i czasu. Perswadujemy sobie, iż musimy skupić się na ważniejszych problemach, a emocje nami targające skutecznie potwierdzają nasze własne myśli.

Najpierw opuszczamy trening. Nie mamy sił ani dość jasnego umysłu, aby móc się na nim skupić. Prawdziwa emocjonalna burza, która targa naszym wnętrzem powoduje, że zjedzenie kilku kostek czekolady, uwzględnionej w plan, staję się dla nas nieśmiesznym żartem. Chwytamy za całą tabliczkę, delektując się smakiem jej oraz całego, upływającego dnia, który nagle…

Przestaje być idealny.

W końcu, na koniec dnia uświadamiamy sobie, że kompletnie zrujnowaliśmy sobie swój dzień w drodze do lepszej sylwetki. Nie zrobiliśmy treningu, nie spacerowaliśmy jak to robiliśmy do tej pory, a dotychczasową sałatkę jajeczną z awokado, zastąpiła tabliczka czekolady, pudełko lodów i szybkie danie, z dość niepewnie wyglądającego stoiska w jednej z uliczek. W takim momencie najczęściej pojawia się chwila refleksji, która niestety nie naprawi już naszych błędów. Zastanawiamy się, co poszło nie tak i dlaczego dopuściliśmy do tak wielkiego niepowodzenia, psując swój dzień kształtowania sylwetki. Osoby w pełni zdrowe, z dobrym i odpowiednim podejściem do tego procesu oraz funkcji, jaką pełni jedzenie, zapewne nie będą reagowały zbyt emocjonalnie na tego typu przypadek. Jest to zachowanie jak najbardziej pożądane. Grupa po drugiej stronie bariery powiąże z tym wydarzeniem wszystkie swoje negatywne emocje. W konsekwencji może prowadzić to, do poważnych problemów zdrowotnych.

Wielka Pani Porażka – i co dalej?

Nieistotne, w jakim natężeniu emocjonalnym zareagujemy na bądź co bądź – swoją dietetyczną porażkę. Zawsze towarzyszy nam pytanie, pojawiające się w naszej głowie, niczym pulsujący neon nad drzwiami nocnego klubu: „Co teraz? Co mam zrobić!?”. Odpowiedź jest zatrważająco prosta i uniemożliwiająca jakikolwiek sprzeciw.

NIC. Porażki się zdarzają.

Zawsze pojawią się dni, w których gorsze samopoczucie przechyli szalę zwycięstwa na swoją korzyść, a chęć ominięcia planu weźmie górę. Choć prawdopodobnie nie przeczytacie o tym w zbyt wielu książkach, to musicie uświadomić sobie, że każdy człowiek miewa gorsze chwile. Nie mówię tu o spektakularnych niepowodzeniach, które z tak wielką lubością są opisywane w życiorysie każdego człowieka sukcesu. Chodzi mi o zwyczajny słaby dzień, brak humoru, nastroju i niezrealizowanie zadań czekających na wypełnienie danego dnia. Każdy ma chwilę słabości. Zarówno pan Kowalski, jak i Zuckerberg, Musk, Vaynerchuk, Buffett i ktokolwiek, kto jest postrzegany za „człowieka sukcesu”. Jedyną skromną i z pozoru błahą różnicą, jest reakcja na zaistniałe niepowodzenie.

O ile czasu nie można cofnąć (jeszcze!), o tyle możemy mieć wpływ na nasze zachowanie w stosunku do pojawiającej się porażki, nastręczającej nam tylu trudności. Spoglądając na to zjawisko przez pryzmat kształtowania sylwetki, mogę z całą odpowiedzialnością za swoje słowa rzec, iż kombinowanie i usilna chęć wprowadzenia zmian, może przynieść więcej szkód niż jakiegokolwiek pożytku. W świetnej większości przypadków przyczyna chwilowej porażki nie leży w planie lub niewłaściwym działaniu, a po prostu w samej wspaniałości cudu, jakim jest życie. Ono jest zaskakująco nieprzewidywalne i czasami, to ono panuje nad nami, a nie My nad nim. Zrozummy to, zaakceptujmy i przejdźmy z tym faktem do porządku dziennego.

niepowodzenia

Wróćmy do naszego dotychczasowego planu, realizujmy go tak samo, jak do tej pory i nie zaprzątajmy sobie głowy tym jednym dniem niepowodzenia. Skupmy się na tygodniach, poprzedzających to wydarzenie, które były dla nas tak owocnym żniwem naszej ciężkiej i wytrwałej pracy. Utożsamianie swoich działań od jednego dnia jest działaniem wielce nierozsądnym, a nawet idiotycznym. Nie ważne czy dotyczy to dnia spektakularnego sukcesu, czy ogromnej porażki. To tylko jeden dzień. Dwadzieścia cztery godziny w prawdziwym morzu, setek tysięcy pozostałych godzin naszego istnienia.

Porażki nie możesz uniknąć, ale możesz się na niej uczyć.

Jakkolwiek czasu oraz swoich decyzji cofnąć nie zdołamy, to jest rzecz, którą zrobić powinniśmy. Wyciągajmy wnioski z niepowodzeń. Jeśli pamięć nie bawi się ze mną w ciuciubabkę, to Anthony Robbins rzekł, iż po przeanalizowaniu swojej porażki i wystosowaniu z niej odpowiednich wniosków, powinniśmy o niej natychmiast zapomnieć. Po co mielibyśmy zajmować nią swoje myśli, skoro zrobiliśmy już wszystko, co tylko mogliśmy uczynić?

Niepodważalny pozostaje fakt, że to właśnie wszelkie nasze niepowodzenia uczą nas najmocniej. Thomas Alva Edison nigdy nie udoskonaliłby żarówki i wprowadził jej tym samym do codziennego użytku, gdyby na swojej drodze nie napotkał szeregu porażek. Momentów, które nakierowały go na właściwą odpowiedź. Choć przypisywanie temu amerykańskiemu wynalazcy słów: „Nie odniosłem porażki. Po prostu odkryłem 10 000 błędnych rozwiązań”, może być całkowicie wyssane z palce, to jednak zawiera w sobie pewne ziarenko prawdy.

Dar czy przekleństwo? Wszystko zależy od Ciebie.

Porażki nie są niepowodzeniem, jeśli potrafimy się do nich odpowiednio odnieść. Na pewno jednak takimi będą i na zawsze pozostaną takie w naszej głowie, gdy nie wyciągniemy z nich odpowiednich lekcji. Kluczem do radosnego oraz nierzadko spektakularnego życia, jest posiadanie umiejętności wyciągania wniosków i uczenia się na własnych błędach.

Odwołując się do kształtowania sylwetki, być może wyciągniętym wnioskiem, będzie fakt spożywania zbyt małej ilości kalorii lub nadmierna i niedostosowana do naszej osoby, aktywność fizyczna. Czyli dwa aspekty, które w dłuższej perspektywie czasu, mogą prowadzić do naszych frustracji oraz niepowodzeń. Nie zmienienie swojego sposobu działania w tym przypadku, oznacza nieustanne powracanie do punktu wyjścia. Dni, w których porażka staną się nie ciekawym doświadczeniem, ale brutalną codziennością.

Marcus Tullius Cicero, znany szerzej jako Cyceron, miał rzec:

„Właściwością człowieka jest błądzić, głupiego – w błędzie trwać. Żyć – to myśleć”.

Dlatego zachęcam, abyśmy my również myśleli. Przestali traktować porażki jako źródło naszego wszelkiego i niepojętego nieszczęścia. Zaprzestali przypisywać je do kategorii plag, a rozpoczęli pojmować jako nowe wyzwanie. Porażka to cenna lekcja od życia, którą daje nam zupełnie za darmo i wyłączanie dla nas. To o wiele lepsze niż jakakolwiek książka, tekst, film czy porada od bliskiej osoby. Tylko tak mocne doświadczenie, które możemy odczuć na własnej skórze, może wywołać w nas prawdziwie silną reakcję. Odpowiedź mogącą umożliwić nam przejście na wyższy poziom wtajemniczenia dziedziny, w której się poruszamy lub sensu naszej egzystencji. Tylko od nas samych zależy czy się na to zdecydujemy, czy przejdziemy obok tego fascynującego zjawiska ze spuszczoną głową, głośno lamentując o niebotycznej otaczającej nas niesprawiedliwości.

Wybór należy do Nas.

Tak często daje się słyszeć niewinne głosy, tłumaczące własne porażki, które brzmią: „Bo moja silna wola nie istnieje i dlatego mi się nie udaje!”. Dla wielu to sensowna argumentacja, ale dla mnie jest to tylko kolejna wymówka. Co, jeśli powiedziałbym Ci, że Twoja siła woli jest niewyczerpalna i nieograniczona? Co wtedy zrobisz? Poszukasz kolejnej wymówki czy w końcu zaczniesz szukać prawdziwych przyczyn, własnych niepowodzeń?

Panie i Panowie! Mityczna i legendarna – silna wola.

Każdy o niej słyszał, ale nikt jej jeszcze nie widział. Każdy z nas jej doświadczył, ale nikt nie zachował jej na zawsze. Czasami się pojawia i przepełnia nas do granic możliwości, a momentami znika i pozostawia nam bezbronnymi, niczym stado owiec bez pasterza. To nie jest wstęp, zapowiadający tajemniczą istotę, rodem z powieści Stephena Kinga. To nie fantastyka, ale nasze codzienne, realne życie.

Dogłębne zrozumienie omawianego zjawiska, wymagałoby gruntownego przewertowania takich działów nauki jak metafizyka czy psychoanaliza. Wbrew pozorom, siła woli nie jest do końca jasna oraz zunifikowana. Swoim znaczeniem i poprawnym zinterpretowaniem, budzi o wiele więcej kontrowersji, aniżeli zgodnych twierdzeń. Wszechstronne zmierzenie się z tym zagadnieniem, byłoby nie lada wyzwaniem oraz ekscytującym doświadczeniem, na które na pewno sobie pozwolę w przyszłości. Tymczasem dziś, siła woli występuje w trochę innej roli. Na pewno bardziej przystępnej, łatwiejszej do przyswojenia i prostszej do zobrazowania.

Silna wola sprawia, że nawet najsłabsi mają w sobie wielką siłę. – Kate Morton

silna wola

Australijka pisarka, która jest autorką zacytowanych słów, pochodzących z jednej z jej powieści, dość trafnie oddała całą ideę odnoszącą się do siły woli. Zazwyczaj właśnie w podobny sposób ją definiujemy. Określamy jako umiejętność do przezwyciężania codziennych trudności i cechę, dzięki której nieustannie potrafimy trzymać się wyznaczonego wcześniej kursu. Wolna wola to możliwość decydowania i bycie odpowiedzialnym za przedsięwzięte kroki w sposób świadomy. Nie jest ona uzależniona od tego, jak wyglądamy czy jak dobrzy jesteśmy w wykonywaniu określonej czynności. Niewątpliwym fenomenem jest, że jej siła bierze się z naszego wnętrza. Z tego więc powodu każdy, kto tylko potrafi o nią dbać i odpowiednio rozwijać, jest w stanie realizować swoje mniejsze lub większe postanowienia. Bez znaczenia skąd pochodzi, jak wygląda i co posiada.

Siła woli to nie wymówka!

Można rzec, że siła woli nie dyskryminuje nikogo. Zależy wyłącznie od nas samych, bo to my decydujemy o jej odpowiednim natężeniu. Ma na nią wpływ wiele innych, pośrednich czynników, ale wszystkie sprowadzają się do naszej osoby i naszego wewnętrznego „ja”.

Pomimo jej olbrzymiego znaczenia w codziennym życiu, często podlega niepotrzebnej idealizacji. Zawierzamy jej wszelkie nasze działania, nie bacząc na inne okoliczności, które również mają wpływ na to, co robimy. Stosujemy ją jako pretekst w odniesionych porażkach i jako źródło ewentualnych sukcesów. Sami tak do końca nie potrafimy określić, czym ona jest i jaki ma wpływ na nasze życie. Jednak nie hamuje nas to w ciągłym mówieniu o tym zjawisku. Myślę, że uzależnianie od niej całego naszego działania, może być tak samo destrukcyjne, jak jej zupełne pomijanie. Opieranie swoich poczynań tylko na jednym filarze, nigdy nie prowadzi do niczego dobrego. Tym bardziej, jeśli to nasz nierzadko zmienny i kapryśny umysł, sprawuje nad nim kontrolę.

Dbałość i opieka.

Każdy z nas, zdaje sobie sprawę z występowanie w naszym życiu zjawiska siły woli, ale rzadko pamiętamy o tym, że o nią również należy dbać. Tak jak wszystko w naszym życiu, nawet tak abstrakcyjne pojęcie musi być poddawane ciągłej trosce. Niemożliwe jest, aby nieustannie trwać w stanie gotowości i pełnym oczekiwania napięciu, w maksymalnie zgromadzonej w nas samych, sile woli. Prędzej czy później doprowadzi to do przeciążenia lub krótkotrwałego rozkojarzenia. Skoro zależy ona głównie od naszego umysłu, to próbując przez cały czas trwać w jej całkowitym skondensowaniu, wykonywałby on ciągłą pracę, a przecież i on potrzebuje przerwy na regenerację.

Dwie płaszczyzny pielęgnacji.

  • Biologiczna, która sprowadza się do spożywania odpowiednio zdrowych i zbilansowanych pokarmów, co prowadzi do lepszego zdrowia, samopoczucia, większej koncentracji oraz zaangażowania w dane działanie, a w konsekwencji do zwiększania siły woli. Również dbałość o odpowiednio długi oraz jakościowy sen, sprzyja regeneracji naszego umysłu. Rezultatem takiego działania jest jego gotowość do wytężonej pracy dnia następnego. Tak jak wspominałem, nieustanne tkwienie w maksymalnym skupieniu podczas wykonywanych obowiązków, prowadzi do przemęczenia. Dlatego tak ważne jest pamiętanie o stosowaniu przerw, podczas których kompletnie odłączymy się od dotychczas wykonywanej czynności, wymagającej od nas nie lada koncentracji i zaangażowania.

siła woli

  • Psychiczna, czyli to, jak postrzegamy samych siebie i swoje działania, ma często ogromny wpływ na to, jak kreuje się moc naszej woli. Sam fakt stawiania sobie celów determinuje naszą chęć do ich wykonywania. Jeśli będą one zbyt duże, to nie będziemy umieć zmobilizować się do ich wykonania. Zbyt małe natomiast, mogą wydawać nam się niewarte naszej uwagi. Kluczem jest umiejętne podzielenie tych większych, na mniejsze etapy. Tak, aby nasz mózg mógł czerpać ciągłą satysfakcję z realizowanych zadań. Dzięki temu może wzrosnąć również nasza pewność siebie, która w pewnym stopniu, także odpowiada za poziom naszej woli. Gdy będziemy mieli konkretne doświadczenie, w którym już poradziliśmy sobie z trudną sytuacją lub rozwiązaliśmy niełatwe zadanie, to będzie nam zdecydowanie prościej dokonać tego po raz drugi w przyszłości. Przeświadczenie to bierze się z poczucia pewności siebie oraz sprawowania kontroli nad swoim działaniem. Raz sprawnie i dogłębnie poruszona siła woli może dawać swoje efekty wielokrotnie, w późniejszych etapach życia. W tym punkcie objawia się silna korelacja pomiędzy siłą woli a doświadczeniem życiowym.

Nasza wola nie ma ograniczeń. Sami je tworzymy!

Choć pojęcia afirmacji, autosugestii czy wizualizacji budzą wiele kontrowersji, to nie podlega dyskusji fakt, że nasze myśli wykorzystywane w odpowiedni sposób, potrafią zdziałać istne cuda. Moc przekazu w połączeniu z naszym umysłem jest nieograniczonym zjawiskiem. Siła woli również taka jest. Nie jest limitowana przez żaden organ naszego ciała. Nie jest dozowana niczym insulina przez trzustkę czy ograniczające genetyczne uwarunkowania każdego z nas. Twierdzenie jakoby miałaby nam się ona wyczerpać lub zanikać na przestrzeni danego czasu, jest kompletną bzdurą! Przynajmniej w ujęciu dosłownym.

Realnym zjawiskiem jest, że nawet w ciągu dnia o różnych jego porach, wydawać nam się może, że nasza silna wola występuje w różnym natężeniu.

Rano nie zawsze jest nam łatwo wstać i przemóc się, aby wykonać zadania na nas czekające. Gdy już to zrobimy z niemałym trudem, nagle odkrywamy w sobie „ukryte” pokłady wewnętrznej siły i realizujemy swoje cele z prędkością światła. Po ich wykonaniu, gdy słońce na niebie wskazuje na późne popołudnie, ponownie wchodzimy w etap ogólnego przytłoczenia i kolokwialnie mówiąc – „zmęczenia materiału”. Błędnie zakładamy, że nasza silna wola jest już na wyczerpaniu i nic nie będziemy w stanie już zrobić. Wystarczy jednak telefon od bliskiej osoby, oferującej wyjście na miasto i nagle ni stąd, ni zowąd, odnajdujemy w sobie wystarczające pokłady samozaparcia, aby dokończyć wyznaczone zadania i spokojnie móc przetańczyć całą noc. Czy to nie dziwne, skoro siła woli jest rzekomo limitowana?

W rzeczywistości, to my sami ją ograniczamy. Naszymi błędnymi i niewłaściwymi myślami oraz niejako zaklinaniem rzeczywistości. Sami wprowadzamy się w mylny nastrój zmęczenia, wyczerpania i zagubienia. Im dłużej nasz umysł porusza się w takim świecie, tym mniejszą ilością silnej woli dysponujemy. Zamiast przeświadczenia, jakoby najwięcej byłoby jej rano, a najmniej wieczorem, polecam zacząć myśleć o niej w kategoriach nieskończoności oraz dbać o jej pielęgnacje.

Fizyczne zmęczenie i własne lenistwo to nie brak silnej woli.

Nie da się ukryć,  że to zazwyczaj po wyjściu z pracy, najczęściej wpadamy w pułapkę zaniechania swoich planów i łamania wyznaczonych standardów. To wtedy jest nam najłatwiej machnąć ręką i wyrzec mityczne: „Zacznę od jutra!”. Myślę, że to właśnie stąd wziął się pogląd, głoszący o skończoności siły woli. Faktem jednak jest, że to nie nasza wola determinuje naszą małą porażkę, ale ogólne zmęczenie po całym dniu pracy. W takich sytuacjach może sprawdzić się krótka drzemka, kilkunastominutowy spacer na świeżym powietrzu czy zimny, orzeźwiający prysznic! Problem nie leży w naszym samozaparciu, motywacji czy czymkolwiek innym, tylko w naszym ogólnym postrzeganiu własnego, faktycznego stanu.

Szerokie grono osób, które ma ogromny problem z wczesnym wstawaniem, czuje się jak nowo narodzone po porannym rozruchu w postaci biegania czy jazdy na rowerze. Gdyby silna wola była limitowana, to nigdy nie byliby w stanie odczuć nowej dawki pozytywnej energii i prawdziwego zastrzyku motywacji na dalszą część dnia. Skoro jej wyeksploatowanie jest realne, to jak to możliwe, że o szóstej rano najchętniej spędzilibyśmy cały dzień w łóżku, a o ósmej po zakończonym treningu czujemy, że cały świat należy do nas?

silna wola

Siła woli jest w nas w takiej samej ilości.

Bez względu na porę dnia, roku czy wykonywane zajęcie – ona zawsze dysponuje takim samym poziomem mocy. To my sami często zupełnie nieświadomie, ją sobie limitujemy. Ograniczamy się fałszywymi twierdzeniami. Nasze fizyczne zmęczenie utożsamiamy z naszym wnętrzem, które zazwyczaj jest tak samo rześkie oraz świeże, jak na początku dnia, po cudownie przespanej nocy. Uzmysłowienie sobie tego zjawiska, może ułatwić nam wiele rzeczy w życiu. Nagle stracimy wymówkę, do nietrenowania po pracy. „Dietetyczne grzeszki” przestaną mieć dotychczasową argumentację, opierającą się o rzekomym zmęczeniu psychicznym. Nie twierdzę, że ono nie występuje. To zjawisko często spotykane, ale tylko w przypadku osób, nie umiejących pielęgnować swojego wnętrza i dbać o to, aby własna wola była traktowana z ogromną troską.

Pomimo jej nieograniczonego potencjału, raczej nigdy nie może występować sama. Aby nasza wola była skuteczna, zawsze wraz z nią musi iść działanie oraz niezachwiana pewność siebie, połączona z odpowiednią motywacją. Właśnie w takim połączeniu tkwi jej największa siła. Dlatego samodzielne idealizowanie tego zjawiska jest małym niedopatrzeniem. Pomimo najszczerszych chęci, największego samozaparcia, ale nie popartego odpowiednim działaniem i zaangażowaniem… Nadal jesteśmy w tym samym miejscu. W takim przypadku nawet fenomen silnej woli nie jest w stanie samemu nic zdziałać.

Silna wola to potężne narzędzie, w dłoniach każdego z nas.

Wytłumaczenie tego zjawiska jest zadaniem niewątpliwie trudnym. Żywię głęboką nadzieję, że słowa przeze mnie napisane zostanę dobrze zrozumiane, a ich sens zostanie właściwie odczytany przez każdego z Was. Silna wola to potężne narzędzie w drodze do osiągnięcia sukcesu. To kolosalna oraz sprawiedliwa broń w głowie każdego z nas. Jest nieograniczona. Tylko my jesteśmy odpowiedzialni za jej odpowiednie dozowanie. Posiadanie umiejętności odpowiedniego nią zarządzania może przynieść nam wiele dobrego. Jednak nawet niesamowite jej rozwinięcie może okazać się niczym, jeśli nie będziemy w stanie połączyć tego ze skutecznym działaniem.

Samozaparcie, umiejętność przezwyciężania napotkanych trudności, realizowanie wyznaczonych zadań pomimo fizycznego zmęczenia, pokonywanie wewnętrznego lenistwa.  Jakkolwiek byśmy nie określili tego zjawiska, to nie ulega wątpliwości, że jest to niezbędny czynnik, biorący udział w procesie osiągania sukcesu. Niejedyny, ani nielwystępujący samodzielnie, ale na pewno o ogromnej sile i potężnym znaczeniu.

Pędzimy, biegamy i uciekamy, nie wiedząc przed czym. Ciągły pośpiech i gonitwa za wielkimi ambicjami, notorycznie przysłania nam to, co w życiu jest najpiękniejsze. Na moment stań się ponownie dzieckiem. Poczuj w sobie nieograniczoną, dziecięcą radość i pozwól sobie odczuć głębokie, wewnętrzne spełnienie.

Cokolwiek planujemy w naszym życiu, zawsze staramy się, aby było to jak najlepsze i jak najbardziej dopracowane. Każdy szczegół musi ze sobą współgrać i znajdować się na swoim miejscu, żebyśmy poczuli się odpowiednio pewnie. Oczekujemy perfekcji w swoim działaniu. Nieistotne, czy jest to proces kształtowania sylwetki, czy wspinanie się na szczeblach kariery zawodowej. Zawsze chcemy wygrywać, zawsze chcemy wykonywać wszystko najlepiej i mieć wszystko, co najlepsze. Spodziewamy się rewelacyjnych rezultatów, które u niektórych się pojawiają, a u innych nie. Dlaczego?

W swoim dążeniu do upragnionej sylwetki, awansu w pracy czy posiadania dużej rodziny, zapominamy o ważnym czynniku.

O cieszeniu się z możliwości wykonywania danej czynności!

radość

Cały ten pośpiech i nienaturalna pogoń za marzeniami powoduje, że zatracamy się w tym coraz bardziej. Stajemy się zbyt poważni i zbyt zdyscyplinowani. Każdy małe odstępstwo od naszej planowanej drogi, wywołuje u nas wzburzenie i złość. Chcemy być perfekcyjni, ale zapominamy, że coś takiego w ogóle nie istnieje.

Nie ma czegoś takiego jak perfekcja w odniesieniu do rasy ludzkiej. Nikt nie jest perfekcyjny i Ty również nie próbuj taki być. Niech Twój plan żywieniowy również nie będzie idealny. Niech Twój trening od czasu do czasu będzie spontaniczny zamiast zaplanowany, co do minuty. Twoja podróż do pracy, czas w pracy, cokolwiek to jest – niech sprawia Ci radość! Zrób coś, co sprawi, że poczujesz głębokie szczęście i satysfakcje z wykonywania danej czynności.

Tak często obserwuje ludzi, którzy otrzymują niemal idealny plan, który ma ich zaprowadzić do wymarzonego ciała. W zdecydowanej większości przypadków nigdy im się to nie udaje. Zapominają o tak prostej do wykonania rzeczy, jaką jest radość z wykonywanej pracy. W efekcie próbują przed samymi sobą udowodnić, że są kimś innym. Zaciskają zęby, z ust cieknie im ślina, a ich wyraz twarzy przypomina oblicze mordercy.

Można inaczej. Lepiej!

Uśmiechnijcie się, zaciśnijcie zęby z wysiłku, ale czujcie w sobie wewnętrzną radość. Poszukujcie jej za wszelką cenę. Odnajdźcie w sobie wewnętrzne spełnienie. Bojowe i agresywne nastawienie przed treningiem też ma swoje miejsce, ale nie zawsze i nie cały czas! Przed trudnymi sesjami, przed ciężkimi dniami w pracy, przed konkretnymi wyzwaniami ma to jak najbardziej swoje uzasadnienie, ale nie na co dzień. Robimy z siebie męczenników, którzy muszą pokonywać każdego dnia wiele trudności. W rezultacie sprawiamy osoby wiecznie niezadowolone, smutne i rozzłoszczone na cały świat. Obarczamy za to winą naszą aktywność. Nasz styl życia.

Codzienność, którą przecież sami sobie wybraliśmy.

Dlaczego mamy robić coś, co nie sprawia nam radości? Jeśli nie czujesz jej w żadnej minucie swojego działania i nie poczułeś jej nigdy, pomimo że kontynuujesz swoje dzieło od dłuższego czasu, to warto zrewidować swoje poglądy i plany.

Wewnętrzne spełnienie to wyznacznik dobrze obranej ścieżki.

Nie zawsze będzie łatwo i życie nie polega na robieniu tego, co przyjemne i proste. Wielokrotnie spotkamy się z sytuacjami, które będą dla nas maksymalnie niekomfortowe i niekorzystne, ale mimo to, będziemy musieli sobie z nimi poradzić. Śmiem twierdzić, że to właśnie takie chwile rozwijają nas najbardziej. Jednak to są pojedyncze epizody. Momenty w naszym życiu sprawdzające nas, czy potrafimy dać sobie radę. Nawet w takich chwilach, zawsze powinno pojawić się głębokie uczucie satysfakcji po wykonaniu zadania.

spełnienie

Nie ważne, co robimy i dokąd zmierzamy. Zadbajmy o to, aby w każdej chwili wykonywania zadania, czuć radość i spełnienie. Zachować pogodę ducha i wewnętrzne szczęście, nawet pomimo trudności i sytuacji, wymagających od nas głębokiej koncentracji. Niech nasze życie nie będzie sztywne, smutne i ponure czy sztampowe do granic możliwości. Posiadanie najlepszego planu jest rewelacyjne, jeśli w ogóle takowy istnieje, ale o wiele lepsze jest wykonywanie planu trochę mniej perfekcyjnego, ale za to systematycznie z uśmiechem na ustach. Ważne jest robienie czynności i dążenie do czegoś, co sprawia nam radość i daje spełnienie, zamiast złości i rozdrażnienia.

Wielokrotnie na sali treningowej widziałem twarze ludzi, którzy nie wyglądali na miłych i zadowolonych z siebie. Ponura mina, zwężone oczy, zaciśnięte zęby i głębokie zamknięcie się w sobie. Nie neguje tego ani nie podważam tej taktyki zachowania na treningu, jednak chciałbym zwrócić uwagę na fakt, że zapewne te same osoby w życiu codziennym uśmiechają się i cieszą. Dlaczego więc nie robią tego również na treningu? Podczas czynności, którą sami sobie wybrali i którą robią dla siebie?

Rób to, co sprawia Ci radość. Ucz się od dzieci!

dziecięca radość

Jeśli czegoś nie lubimy, to starajmy się tego unikać. Szkoda naszego istnienia, na poświęcanie swojej uwagi na rzeczy nieistotne. Jeśli sprawia nam to satysfakcję i radość… Pokażmy to! Podzielmy się tym, z całym światem! To nie jest trudne.

Nie zawsze będzie łatwo, ale niech zawsze będzie radośnie!

Uśmiechnijmy się do pani ekspedientki w sklepie. Idźmy ulicą tanecznym krokiem, słuchając swojej ulubionej piosenki. Okażmy swoją wdzięczność. Dzielmy się radością!

Bawmy się tym! Redukcja masy ciała, budowanie masy mięśniowe, trening, praca, sprzątanie – sprawmy, że każda z czynności, którą wykonujemy, zajaśnieje dla nas w innych, lepszych barwach. Zamieńmy szarą masę, którą wykonujemy każdego dnia, na prawdziwą tęczę kolorów! Bierzmy przykład z dzieci, które nawet w najprostszym działaniu odnajdują powód do radości. Niech czynność, która jest dla nas prawdziwym utrapieniem, będzie przyczyną naszego uśmiechu. Okażmy tę radość. Przeżyjmy najlepszą przygodę, jaką tylko możemy sobie sami zafundować!

 Z uśmiechem na ustach! 🙂

#kolejne artykuły