TheMuBa - teatr na wyciągnięcie ręki | worldmaster.pl
#

W domowym zaciszu, w pociągu, w taksówce, w kolejce do lekarza… Teraz teatr jest wszędzie tam, gdzie Ty! A to za sprawą TheMuBa – teatru w internecie.

TheMuBa  (Theatre-Music-Ballet) to nowa platforma,  oferująca  obejrzenie spektakli teatralnych, koncertów, a także przedstawień baletowych  w  internecie. Każdy, kto założy konto, ma możliwość wykupienia e-biletu, który  daje  dostęp na 72h od premiery (jest ona udostępniana LIVE) do wybranej sztuki.  Twórcami  TheMuBa  są  Borys Szyc  – polski aktor teatralny i filmowy, Jarosław Kuźniar  – polski  dziennikarz oraz Marek Maślanka  – biznesmen, inwestor.

Spektakle live w domowym zaciszu. Teraz teatr jest wszędzie tam, gdzie Ty! A to za sprawą TheMuBa – bilety dostępne online.

TheMuBa.com

Geneza i wizja

Głównym zamysłem twórców było udostępnienie sztuki teatralnej każdemu, kto może być tym zainteresowany. Bilety na spektakle dość często są sporym wydatkiem, na który nie każdy może sobie pozwolić. Dodatkowo nie wszyscy mieszkają w centrum, czy w pobliżu teatru, gdzie na występ mogą wybrać się pieszo. Twórcy pomyśleli również o rodakach przebywających za granicą, którzy z polską sztuką teatralną nie mają styczności. W związku z powyższym TheMuBa rozwiązuje wszystkie te problemy, dzięki czemu sztuka teatralna jest dostępna dla każdego zainteresowanego, bez względu na miejsce zamieszkania – cały świat, czy formę odbioru spektaklu – komputer/laptop/telefon. Bilety na spektakle LIVE to wydatek 24,90 PLN, a odtworzenia to 19,90 PLN.

Dodatkowo, bardzo interesującym atutem TheMuBa jest możliwość wyboru obrazu z kilku kamer, w tym pokazujących  m.in. przygotowania aktorów w kulisach. To daje dużą swobodę widzom ponieważ pokazuje zupełnie nowe oblicze dzisiejszego teatru!

Wejdź na TheMuBa i zintegruj się kulturalnie!

 

Internet, telewizja, media… Cały ten świat jest potrzebny i na pewno ma swoje znaczenie, jednak odnoszę wrażenie, że zdecydowanie zbyt często nas ogłupia. Stwarza z nas nie coraz to mądrzejsze jednostki, ale coraz to bardziej ogłupiałych ludzi, którzy idiocieją wraz z upływem kolejnych lat.

Czy jednak można się temu wszystkiemu dziwić, skoro poziom reprezentowany w środkach masowego przekazu, pozostawia (delikatnie mówiąc) wiele do życzenia? Spójrzmy na programy, które emituje telewizja. Wiele z nich to durne repertuary, pokazujące jeszcze durniejsze życie gwiazd. Reality show, polegające na tym, kto zrobi z siebie większego idiotę. Do tego jeszcze mamy cały zestaw godzinnych programów, w których rzekomo są przedstawiane ludzkie problemy, a poziom gry aktorskiej przyprawia o ciarki na całym ciele… Robi to tak mocno, że kiedy tylko je widzę, chociażby kątem oka, pytam sam siebie – „Dlaczego ja?”. Rozumiecie tę grę słów?

Tak? To świetnie. Możemy więc iść dalej. 

Ludziom się to oczywiście podoba. Jest to tania rozrywka, którą mogą dostać za darmo. A wielu nie potrzebuje wiele. Wystarczy telewizja, kolejny ogłupiający program, ciastka pod ręką i gotowe! Przepis na super ekscytujące życie zakończony! Właśnie tak powstaje kolejne pokolenie idiotów.

Media – wylęgarnia absurdalności.

Nieważne, czy to telewizja, czy Internet, czy jakiekolwiek inne media. We wszystkich możemy spotkać kretyńskie treści, które zamiast uczyć, zapewniają nam tylko tanie sensacje, które mają nas tylko ogłupić i zapewnić szybką, bezrefleksyjną rozrywkę. Właśnie dlatego tak wielkim powodzeniem cieszą się wszelkie serwisy plotkarskie, których artykuły wołają o pomstę do nieba. Jeden tekst przez drugi, przekrzykuje się w tym, kto z kim spał, kto z kim nie spał, a kto się rozwodzi. Gdyby jeszcze te informacje były prawdziwe i napisane naprawdę rzetelnym językiem… Niestety nawet i tego nie możemy się doczekać.

Bardziej boję się trzech gazet niż trzech tysięcy bagnetów. – Napoleon Bonaparte

Taka sama sytuacja ma się z gazetami. Mam wrażenie, że autorzy prześcigają się w wymyślaniu coraz to bardziej krzykliwych nagłówków. Kiedyś otworzyłem jedną z popularniejszych polskich gazet. Nagłówek, który tam zastałem, utkwił mi głowie aż do teraz. Na całą stronę, wielkimi literami i z wielkim wykrzyknikiem, Ewa Chodakowska została napiętnowana za to, że pozwoliła sobie zjeść kebaba lub hamburgera (szczegółów niestety nie zapamiętałem!).  Oczywiście wszystko zostało opatrzone licznymi zdjęciami, biednej Ewy, która po prostu zgłodniała… A jaka była z tego sensacja! Trenerka milionów polek! Jak ona tak może!?

Popyt na idiotyzmy tworzą ludzie.

Idiotyzmy w tego typu miejscach to chleb powszedni. Jednak warto sobie uzmysłowić, że nie miałyby one miejsca, gdyby nie było na nie popytu. Zwróćcie uwagę, że większość waszego otoczenia wręcz żyje tym, kto z kim się żeni, jaka wielka gwiazda zaliczyła wpadkę, a kto po raz kolejny zrobił z siebie idiotę. Zamiast żyć swoim życiem i realizować swoje pasje, uczyć się czegoś, rozwijać się, wolimy żyć tanią sensacją i życiem innych, nierzadko durnych gwiazdek show-biznesu. Co jest tak bardzo pasjonującego w obserwowaniu osób znanych z tego, że są sławne? Gdyby jeszcze to wszystko sprowadzało się do śledzenia wartościowych osób, które swoim życiem dają jakikolwiek przykład! Niestety, nie ma sensu na to liczyć…

Kardashian

Jedyne czego się uczymy od takich osób, to jak pozować do zdjęć, co pokazać, ile pokazać lub jak wylansować się na pieniądzach swojej mamy (z ciekawości – ktoś wie, jaką rodzinę w tym momencie mam na myśli?). A dla mediów to jest idealny kąsek. Te wszystkie gwiazdy nadają się do tego perfekcyjne. Ich rozwiązłe życie, skandale, drogie samochody, bajeczne suknie… To wszystko wpasowuje się w wiele mediów, które z tak wielką lubością się o tym wszystkim rozpisują. A gdyby zamiast tego napisać coś wartościowego, o wartościowych ludziach… Żeby postarać się, nauczyć czegoś swoich odbiorców. Gdyby Internet, telewizja i całe media przestały być miejscem zepsutym, a stały się czymś prawdziwie cennym, z cenną wiedzą… Marzenia ściętej głowy.

Ekscytacja głupotą.

To my tworzymy na to wszystko popyt i to my tworzymy tę idiotyczną kulturę dla analfabetów. Nigdy nie zrozumiem fenomenu śledzenia i ekscytowania się życiem nastoletnich gwiazdek, których pokazywany przez nich poziom inteligencji równa się zdecydowanie dolnej granicy. Ale przecież to jest fajne, prawda? Przecież to jest dopiero piękne życie! Móc nie pracować, leżeć nad basenem, dodawać zdjęcia na Instagrama i zarabiać fortunę! Przecież właśnie to kusi kolejne, młode pokolenia. Nastolatki chcą być kolejnymi zidiociałymi dziewczynami, mającymi siano zamiast mózgu. Przepraszam, jeśli się mylę, ale obraz, jaki przedstawiają swoim działaniem takie osoby, pozostawia wiele do życzenia.

Telewizja nie jest zła, ale źle ją wykorzystujemy.

Internet, czy telewizja to miejsce stworzone dla nas. Ci, którzy tworzą programy lub artykuły dostosowują je do ludzkich potrzeb. Dlatego martwi mnie to wszystko, co obserwuję. Ten wysyp śmieciowych serwisów i emitowanych programów. Skoro się one pojawiają, to znaczy, że ktoś ich pragnie. A jeśli ktoś ich pragnie, to znaczy, że wszystko zmierza w bardzo złym kierunku.

Zawsze mamy wybór. Zamiast czytania o kolejnym rozwodzie wielkiej polskiej gwiazdy na serwisie plotkarskim, możemy obejrzeć ciekawy wykład z psychologii. Możemy zamiast oglądania w telewizji bandy głupków, których słownictwo sprowadza się do kilku przekleństw, przeczytać ciekawą książkę. Zamiast napędzać tę destrukcyjną maszynę, niszczącą nasz umysł, możemy zrobić cokolwiek, co będzie produktywniejsze. Choćby był to spacer na świeżym powietrzu.

Nasze społeczeństwo staje się społeczeństwem małp, co jest dość absurdalne. Żyjemy przecież w najlepszych możliwych czasach, gdzie mamy dostęp w zasadzie do wszystkiego. Możemy w każdej chwili poznawać nowe rzeczy i uczyć się nowych umiejętności. Mamy tak wielkie spektrum możliwości, że nie sposób ich opisać. Jednak zamiast tego, my wolimy przez długie godziny, oddawać się debilnym programom, które powodują u nas kompletne ogłupienie i całkowicie zły światopogląd. Czy tego właśnie chcemy? Zdurnowacenia społeczeństwa? Aby stało się ono bandą bezmyślnych zwierząt, które na widok cennej wiedzy będą odwracać głowę i patrzeć z zainteresowaniem tylko wtedy, gdy zapewni im się tanią rozrywkę?

telewizja

To już się dzieje!

Zauważcie, że idolami nastolatków nie są (zazwyczaj) prawdziwe cenne osoby. Mało kto chce być innowatorem i przedsiębiorcą, zmieniającym świat. Nie pragniemy tego, bo wolimy się bawić. Pragniemy tego, co jest śmieszne, wesołe i zabawne, a do tego jeszcze najgłupsze do granic możliwości. W ten sposób podobają nam się te wszystkie wyidealizowane życia amerykańskich gwiazd. Wolimy czytać o tym, ile kosztuje torebka znanej polskiej prezenterki, zamiast o tym, jak poprawić możliwości naszego przedsiębiorstwa. Jak grzyby po deszczu, w takich miejscach, jak Internet oraz telewizja powstają kolejne serwisy i kolejne programy, których jedynym zadaniem jest zapewnić nam rozrywkę. I to nie byle jaką! Najgorszą z możliwych!

Boli mnie w tym wszystkim najbardziej fakt, że dookoła tego wszystkiego dzieją się na świecie rzeczy, o których niewiele się mówi. A mówić o nich, powinno się najgłośniej. Są one zagłuszane właśnie przez te wszystkie idiotyczne programy i teksty. W końcu kto chciałby czytać o głodujących dzieciach w Afryce? W końcu to nie jest ani zabawne, ani śmieszne, no nie? Kto chciałby czytać o sytuacji w azjatyckich fabrykach, gdzie nagminnie nie szanuje się praw pracowników? A sytuacja kobiet na bliskim wschodzie? Czy ktoś się tym interesuje? Czy ktoś interesuje się w ogóle czymś, co wykracza poza życie wyuzdanych gwiazdek show-biznesu, których jedynym problemem jest dobór torebki do sukni wartej kilkadziesiąt tysięcy?

Fin de siècle…

Miał być lepszy od zeszłych nasz XX wiek,

Już tego dowieść nie zdąży,

lata ma policzone,

krok chwiejny,

oddech krótki.

Już zbyt wiele się stało,

co się stać nie miało,

a to, co miało nadejść,

nie nadeszło

 

Wisława Szymborska „Schyłek wieku”

Podobno każda cywilizacja musi mieć kiedyś swój koniec. Nie jestem żadnym wieszczem i nie traktujcie mnie w ten sposób, ale to, co obserwuję teraz, zakrawa na punkt w naszych dziejach, gdzie pomimo tej całej technologicznej otoczki, następuje nie postęp, ale całkowity regres ludzi. Staczamy się. Zadowalamy się coraz to mniej wyszukaną kulturą. Internet przestaje być dla nas narzędziem możliwości, a staje się miejscem kultu pustych wartości. Telewizja miała przekazywać rzetelne informacje, a w tym momencie stacje prześcigają się w podawaniu newsów, które mają za zadanie tylko przyciągnąć odbiorcę.

media

Przestało liczyć się dobro czytelnika, widza lub słuchacza. Liczą się tylko wyświetlenia, oglądalność. Statystyka to jest coś! Co z tego, że ludzie, zamiast się edukować, głupieją? Zamiast przyswajać cenną wiedzę, zasypują się durnymi tekstami o gwiazdach. Co z tego, skoro słupki oglądalności wędrują w górę? Przecież mówienie o realnych problemach tego świata nie sprzeda się tak mocno, jak kolejny rozwód, kolejnej polskiej gwiazdki, prawda? A umierające dzieci nie są tak kuszącym kąskiem, jak to, ile tym razem pokazała amerykańska, młoda modelka, czyż nie?

Regres ludzkości.

Kiedy to piszę, kręcę z niedowierzaniem głową. Kiedy piszę, ja uczę się razem z Wami wszystkimi. I choć wszystko wypływa z mojej głowy, to dopiero kiedy mogę to zobaczyć na papierze, zdaję sobie sprawę ze skali tego problemu. Wszystko zmierza nie w tym kierunku, w którym powinno… Kim staną się przyszłe pokolenia? Ludzie, którzy będą stanowić podwaliny pod cały świat? Zobaczmy, że to już się dzieje. Młode osoby nie mają w sobie ugruntowanych zasad ani reguł, którymi mogłyby się kierować. Przepraszam! One je mają, ale tak zepsute, że nie wiem, czy to prawda, czy żart. Czy naprawdę nie ma innych wzorców, z których możemy czerpać cenne wartości? Naprawdę powiem to bardzo dosadnie:

Rzygać mi się chce, kiedy ludzie zachwycają się osobami, których jedynym osiągnięciem jest bycie sławnym.

kult piękna

Nie tędy droga. My – jako ludzie, staczamy się. W czasach, kiedy następuje tak wielki rozwój, my odnotowujemy spadek. Mówiąc my, mam na myśli człowieka. Technologia napiera naprzód, wszystko posuwa się do przodu, ale ludzie zostają w tyle. Ba! Cofamy się.

Internet może dać nam wszystko, ale bierzemy to, co najgorsze.

Nie zrozumcie mnie źle, bo Internet i telewizja to prawdziwe dobrodziejstwo. Nadal można spotkać tam cenne wartości, kanały, programy, blogi, artykuły… Wszystko! Problem jest jednak w odbiorcach, którzy łakną pustej i pozbawionej sensu rozrywki, oraz stacjach, które lubują się w emitowaniu czegoś, co nas ogłupia. Właśnie dlatego twierdzę, że w większości przypadków Internet oraz telewizja ogłupia ludzi. Tworzy z nich niemyślące i bezrefleksyjne jednostki, których jedynym celem w życiu, jest obejrzenie kolejnego odcinka durnowatego reality show. Nie twierdzę, że nie można sobie na to pozwolić od czasu do czasu, ale nie cały czas!

Rozejrzyjcie się! Życie większości osób sprowadza się do życia nie swoim, ale znanych osób i z wypiekami na twarzy, śledzeniem ich poczynań. Czy tak ma wyglądać radosne i spełnione życie? Czy naprawdę chcemy stać się obserwatorami pustych wartości, których chcąc nie chcąc, stajemy się następnie powiernikami? Proszę. Otrząśnijmy się!

Czy możemy się wreszcie obudzić??

Jakikolwiek wydźwięk tego tekstu by nie był, uważam, że Internet i telewizja w dużej mierze robi nam wodę z mózgu. Czyni z nas pozbawione własnego rozumu i logiki jednostki. Ludzi, których jedynym zajęciem jest emocjonowanie się życiem rozkapryszonych gwiazd, niereprezentujących sobą żadnych, cennych wartości. Naturalnie, tego rodzaju media mają swoje dobre strony. Nadal można tam znaleźć cenne osoby z cennymi wartościami, które próbują nas czegoś uczyć. Telewizja daje nam do dyspozycji kanały naukowe, a Internet szerokie spektrum poszerzania swoich horyzontów. Niestety nie potrafimy z tego korzystać.

internet

O wiele bardziej interesuje nas to, jakiego koloru paznokcie ma młoda gwiazda, niż poznanie meandrów ludzkiego umysłu. Interesujemy się patologicznymi „youtuberami”, zamiast wartościowymi kanałami, przekazującymi nam rzetelną wiedzę. To przykre, kiedy szczególnie młode osoby z tak wielkimi wypiekami na twarzy pasjonują się swoimi idolami, którzy delikatnie mówiąc – są zwyczajnymi idiotami. Smutno się to wszystko obserwuje szczególnie wtedy, gdy uzmysłowimy sobie, że to właśnie te same osoby będą stanowiły w przyszłości fundament tego świata.

Na nasze szczęście są na tym świecie jeszcze naprawdę cenne osoby. Nadal są ludzie, którzy pragną zmieniać go na lepsze. Żywię ogromną nadzieję, że ten proces degeneracji ludzkich umysłów w końcu zwolni swoje tempo. Wierzę, że Ci, którzy powinni być słuchani, w końcu dojdą do głosu… Jeśli tak się nie stanie to nawet nie chcę myśleć, jak to się wszystko skończy i jak będzie wyglądać nasz świat za kilkanaście lub kilkadziesiąt lat.

Jerzy Górski i jego historia jest nieprawdopodobna. „Najlepszy” to książka właśnie o nim i jego życiu, które wisiało na włosku, ale udało mu się przetrwać. Sięgnął szczytu swoich możliwości, ale zanim do tego doszło musiał wiele przejść. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, jak to jest sięgnąć dna, poleżeć na nim będąc zbrukanym i posiniaczonym, a następnie odbić się i wrócić w glorii oraz chwale, to trafiliście w doskonałe miejsce.

Nastał poniedziałek. Kolejny piękny tydzień września. Aby umilić Wam trochę świadomość, czekających Was wyzwań w ciągu kolejnych dni, przychodzę do Was z recenzją. Nie będzie to jednak opis zwykłej książki. Wszystko, co zostało w niej napisane, wydarzyło się naprawdę, choć momentami może nam się to wydawać wielce nieprawdopodobne. Pozwól więc czytelniku, że pomogę Ci, zapoznać się z życiem człowieka, którego historia przyprawia o dreszcze. Nie pytam, czy jesteś gotowy, bo na to, co usłyszysz, gotowym być się zwyczajnie nie da.

„Drogi czytelniku, jeśli wytrwasz do końca tej powieści, to życzę Ci dużo sukcesów i znalezienia takiej pasji, która będzie Cię prowadzić przez życie.” – Jerzy Górski

infografika - wprowadzenie

„Najlepszy”.

Autorem książki pt. „Najlepszy”, którą dziś bierzemy na nasz subiektywny celownik wrażeń, jest Łukasz Grass. Cieszę się, że książkę o tej tematyce napisał człowiek, który ma z nią wiele wspólnego. Oczywiście mówię tutaj o aspektach czysto sportowych. W końcu autor, tak jak i główny bohater książki, również jest związany z triathlonem. Myślę, że dzięki temu mógł o wiele lepiej zrozumieć wiele poruszanych kwestii.

Jerzy Górski to człowiek nietuzinkowy. Jest organizatorem imprez triathlonowych oraz biegowych. Prezesem Centrum Sportowego „Głogowski Triathlon” oraz byłym członkiem Polskiego Związku Triathlonu. Na swoim koncie ma zwycięstwo w prestiżowych zawodach (nazywanych ówcześnie Mistrzostwami Świata) Double Ironman w Alabamie, w 1990 roku. Zawody te sprowadzały się do pokonania prawie 8 kilometrów pływania, 360 kilometrów jazdy rowerem oraz 84 kilometry biegu. Dystans ten pokonał w czasie 24 godzin 47 minut oraz 46 sekund. Ponadto brał również udział m.in. w maratonie Nowojorskim, kalifornijskim biegu Western States Endurance Run, czy w Ultramanie, w 1995 roku (10 km pływania, 421 km jazdy na rowerze, 84  km biegu).

Jerzy Górski

Źródło: www.weekend.gazeta.pl
Na zdjęciu: Jerzy Górski

Dobrze. Tyle z wprowadzenia. Najciekawsze dopiero przed nami. Trzymajcie się i zapnijcie pasy. Będzie mocno, ostro i brutalnie. Bez przebierania w słowach, czyli tak, jak cała ta książka została napisana.

„Odgłosy wołania o pomoc i uderzenia butów o metalowe schody więzienia słyszałem jakby z oddali, przytłumione. Zacząłem tracić przytomność. Przed oczami przewijał mi się film z życia. Ktoś cofał taśmę, a ja widziałem wszystkie okropności, które doprowadziły mnie do tego miejsca. […].

Umierałem.”

Obiecujące początki.

Książka rozpoczyna się od dość klasycznego wprowadzenia. Poznajemy świat małego Jurka. Świat, który sprowadzał się wtedy do życia w Legnicy, czyli miasta, gdzie się urodził, gdzie się wychował i gdzie również stoczył się na dno. Narratorem całej historii spisanej w książce jest sam Jerzy Górski. Stosuje narrację pierwszoosobową, co jeszcze bardziej potęguje możliwość zajrzenia do jego własnego, wewnętrznego świata. Dzięki temu czytelnik ma wrażenie, jakby nie czytał, ale rozmawiał z siedzącym tuż obok niego bohaterem książki.

Już na początku otrzymujemy obraz chłopaka, który nie boi się życia. Jest odważny i ma zadziwiającą zdolność udowadniania wszystkim, że jest najlepszy. W początkowych latach ta cecha uwidoczniła się w jego zaangażowaniu najpierw w tenis stołowy, a następnie w jego pierwszą, znaczną miłość – gimnastykę.

„Zakochałem się w gimnastyce. Miałem wszelkie fizyczne predyspozycje do tego sportu. […]. Najważniejsza była sala gimnastyczna. Niestety, nie dla ojca, który chciał, żebym został mechanikiem samochodowym i w przyszłości otworzył warsztat.”

Na pierwszym kartkach książki, dostrzegamy poważny dysonans między młody Jurkiem, a jego ojcem, który miał wobec niego inne plany. Kolejne strony, tę różnicę będą między nimi jeszcze mocniej pogłębiać i jak wielokrotnie zostanie to wspomniane – przemoc nie ograniczała się tylko do potyczek słownych…

„Make love not war”

Wszystko zaczęło się niewinnie. W zasadzie czytając słowa Jerzego Górskiego, schemat jego upodlenia był bliźniaczo podobny do tego, co można zaobserwować w dzisiejszym świecie. Pierwsze były papierosy. Jedno niewinne zaciągnięcie. Potem był już cały, wypalany z dala od rodzicielskiego, a zwłaszcza ojcowskiego oka. Następnie paczka, dwie… Doszło do tego, że zasypiał i budził się z papierosem w zębach, a większe zdziwienie budził widok, kiedy nie palił, niż gdy palił. Nawet wśród rodziny.

Papierosy jednak nie wystarczyły. Przyszedł czas na zażywanie leków, tabletek, a nawet wąchanie kleju Butaprenu. Teraz może nam się to wydawać co najmniej dziwne, ale pamiętamy, że były to lata dominacji tzw. Dzieci Kwiatów. Przynajmniej na zachodzie. Znacie to słynne powiedzenie, wspomniane wcześniej w nagłówku?

„Make love not war”

To ono stało się myślą przewodnią młodego, nastoletniego Jurka Górskiego i jego kolegów, którzy w następnych latach pod przykrywką chęci „wyróżnienia się”, wpadli w sidła potwornego nałogu, upodlenia i lekkomyślnego igrania ze śmiercią.

terapia

Źródło: www.weekend.gazeta.pl Fot. archiwum prywatne
Na zdjęciu: Jerzy Górski (drugi od prawej) podczas terapii w Monarze.

Przebywanie w nieodpowiednim towarzystwie, chęć ucieczki od świata dorosłych, problemy w szkole i niechęć do jakiejkolwiek edukacji, bieda w domu, w którym nie miał nawet własnego pokoju i musiał spać z matką, konflikty z ojcem i przede wszystkim poczucie przynależności do wspólnoty innych, zagubionych i młodych ludzi, doprowadziła go do roku 1969. Miał wtedy zaledwie 15 i był zachłyśnięty ruchem hippisowskim. Kwieciste koszule, dżinsy z szerokimi nogawkami… To wszystko upodobał sobie młody Jerzy Górski. Tak samo, jak morfinę, której „pierwszy strzał” rozlał się po jego ciele w niedzielne południe.

Staczanie się na dno…

Od tego momentu wszystko zdaje się toczyć szybko. Przynajmniej dla czytelnika, bo nie wyobrażam sobie, co musiał czuć w tamtym okresie bohater książki „Najlepszy”. Jerzy Górski stał się narkomanem. Pierwszy zastrzyk z morfiny nie wystarczył. Następnego dnia przyszedł kolejny, a z upływem kolejny dni, tygodni oraz lat, nic się w tej materii nie zmieniało.

film

Źródło: www.nypff.com
Na zdjęciu: Kadr z filmu. Jakub Gierszał (Jerzy Górski), Arkadiusz Jakubik (kierownik basenu/trener), Kamila Kamińska (Ewa/dziewczyna Jerzego).

„Najlepszy” serwuje czytelnikowi piekielny obraz oddziaływania używek i narkotyków na organizm człowieka. To, co dzieje się po nich z człowiekiem jest wprost nie do wyobrażenia. Piszę to, co najmniej tak, jakbym sam tego doświadczył, ale właśnie tak działa ta książką. Te odczucia i świadomość pojawiła się po jej przeczytaniu. Jej zrelacjonowanie i opisanie oznaczałoby napisanie przeze mnie recenzji nie na kilka minut czytania, ale co najmniej na kilkadziesiąt. Mnogość sytuacji, wydarzeń, które wstrząsają czytelnikiem, jest tak wielka, że nie sposób jest je tutaj wszystkie wymienić.

Człowiek zniszczony przez siebie samego.

Jerzy Górski stał się narkomanem, który trwał w swoim nałogu przez 14 lat. Wielokrotnie trafiał do Szpitala Psychiatrycznego oraz więzienia. W zasadzie okres jego walki z nałogiem (choć walką tego nazwać nie można) sprowadzał się do nieustannego podróżowania między szpitalem a więzieniem, z maleńką przerwą na kolejny napad na aptekę i oczywiście następne, coraz to już liczniejsze zastrzyki z morfiny, które wyniszczały go każdego, kolejnego dnia. Nawet w szpitalu nie powstrzymywał się od wstrzykiwania sobie kolejnych dawek narkotyku, który dostarczali mu, jego wspaniałomyślni znajomi.

W pewnym momencie morfina przestała wystarczać. Zaczęło się prawdziwe igranie ze śmiercią. Nadeszła pora na heroinę i to na dodatek z wątpliwej, własnej produkcji. To właśnie ona zabiła wiele osób, których Jurek sam znał, nie wspominając o tych, których poznać nie zdołał. Wiecznie igrał z policją. Stał się znany w całej Legnicy i terenach do niej przyległych. Każdy narkoman i największy możliwy miejski ćpun znał Jurka Górskiego, a on znał ich. Znała go także policja, z którą doszedł do tak „zażyłych” relacji, że w przypadku kiedy okradano kolejną aptekę lub dokonywano kolejnego przestępstwa, zawsze najpierw pukano do drzwi mieszkania państwa Górskich.

autor

Najlepszy we wszystkim.

Nigdy nie wydał swoich kolegów. To właśnie jego zadziwiająca lojalność oraz wcześniej wspomniana chęć bycia najlepszym, nierzadko nastręczała mu wielu kłopotów. Z drugiej jednak strony, zyskiwał sobie takim zachowaniem ogromny szacunek i trudno się nie zgodzić z tym, że i te cechy pomogły mu się wyrwać z nałogu.

Zanim jednak do tego doszło, co najmniej raz próbował się zabić. Co najmniej raz próbował się powiesić i co najmniej dwa razy nie zakończył swojego życia przypadkowo. Najpierw połknął metalowy przedmiot owinięty chlebem, aby tylko trafić do szpitala i opuścić więzienie. Kiedy nie poskutkowało, wstrzyknął sobie gorącą czekoladę tuż pod żebra. Ten ostatni wyczyn doprowadził go prawie do śmierci i stanowił niejako czynnik, który zaczął powoli przechylać szalę goryczy.

Jerzy Górski miał dość. Jednak jak każdy człowiek uzależniony, targały nim ogromne sprzeczności. Chciał skończyć zażywać narkotyki, ale wiedział także, że nie może bez nich żyć. Jak więc z tego wybrnął? Chciał być najlepszy. I jeśli do tego momentu był najlepszy w ćpaniu, tak zupełnie przypadkowo znalazł coś, w czym mógł uwidocznić swój niespotykanie twardy charakter.

„To było prawdziwe szorowanie dna. Na wielu spotkaniach motywacyjnych słyszy się, że trzeba sięgnąć prawdziwego dna, aby się podnieść. Ja nie sięgnąłem dna, tylko przypierdoliłem w nie z takim impetem, że ślady zostaną mi do śmierci.”

Nowa droga życia.

Odmienił go Monar. Stowarzyszenie założone przez Marka Kotańskiego, o którym po raz pierwszy usłyszał… w więzieniu. To właśnie tam się wybrał po jednym, ze swoich przymusowych odwyków i to właśnie tam po raz pierwszy poczuł się częścią wspólnoty. Pomogły mu reguły, jakie tam panowały. Nikt go tam nie przetrzymywał, a członkowie społeczności leczyli się sami. Poprzez pracę, zajęcia i ogólną świadomość, że to wszystko robią tylko z własnej i nieprzymuszonej woli.

Najlepszy

Źródło: www.zblogowani.pl

W tym momencie „Najlepszy” zaczyna pokazywać inną rzeczywistość. Ukazuje się naszym oczom Jerzy Górski nie, jako najlepszy człowiek w braniu narkotyków, ale najtwardszy człowiek, jaki widział ówczesny, sportowy świat. Zakochał się najpierw w bieganiu. Nie były to łatwe początki. Codziennie zgodnie z regułami Monaru musiał przebiegać prawie 2 kilometry. Problemem dla jego wyniszczonego ciała było przemaszerowanie szybkim tempem kilkudziesięciu metrów.

Czy się jednak poddał?

Nie. Przecież był zawzięty, pamiętacie? Znalazł coś, w czym mógł być najlepszy i zrobił to. Rozumiecie tę sytuację? Całe czternaście lat zażywania narkotyków, które powinny go zabić, doprowadziły go do miejsca, w którym chciał zostać najlepszym w sporcie. Najpierw było to bieganie. Potem dołączył do tego jeszcze rower, aby na końcu nauczyć się pływać i zdecydować się na triathlon.

„Przez chwilę leżałem bez ruchu. »Cienias? Kurwa, nie jestem cieniasem!« Zawsze byłem najlepszy. We wszystkim. Zerwałem się z łóżka.”

To kolejna strona tej książki, która ma niejako dwie twarze, ale możemy określić je tym samym epitetem.

NIEPRAWDOPODOBNE.

Jak to możliwe?

Najpierw okres kompletnego pochłonięcia przez narkotyki, a potem czas nieustannej walki ze swoimi słabościami, tykającym zegarem na mecie i wciąż powracającymi pokusami do alkoholu, papierosów i narkotyków. Słowa, które przekazuje nam Łukasz Grass i jego książka, są niespotykane. Powiedzenie o nich, że są inspirujące, byłoby kompletnym zbesztaniem jej przekazu. Czegoś takiego nie da się zwyczajnie wytłumaczyć i czegoś takiego jeszcze nie widziałem.

Łukasz Grass

Żródło: www.plejada.pl
Na zdjęciu: autor Łukasz Grass

Bo jak można wyjaśnić fakt, że organizm Jerzego Górskiego po tak ciężkim etapie zdołał się zrekonstruować i umożliwić mu codzienne, niesamowicie ciężkie treningi oraz start w arcytrudnych zawodach? Jak to możliwe, że lekarze i jego trenerzy nie potrafili odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób, ciało narkomana u schyłku życia, który w zaawansowanym stadium nie ważył nawet 50 kilogramów, może zapewnić mu tak wysoki poziom sportowy?

Czy można w jakichkolwiek słowach wyjaśnić jego upór, kiedy jeździł osobiście do największych sław polskiego biegania, kolarstwa, czy pływania, prosząc ich o porady? Czy można jakkolwiek wytłumaczyć, że pomagał mu sam Antoni Niemczak – jeden z najlepszych polskich biegaczy długodystansowych, z którym się zaprzyjaźnił, dzięki swojej szczerości i otwartości? Właśnie to pomagało Jerzemu. Nie bał się mówić o tym, kim jest i jaką drogę przeszedł. Dzięki temu nie odrzucił go nikt, kogo prosił o pomoc. Trenował z zawodowymi kolarzami i podglądał pływaków. Pytał, szukał informacji, a na temat triathlonu potrafił rozmawiać godzinami. Był zapatrzony tylko w jeden cel. Chciał być najlepszy i udało mu się to.

Ironman

Źródło: www.sport.onet.pl
Na zdjęciu: Jerzy Górski podczas zorganizowanych przez siebie zawodach na dystansie Ultraman w Głogowie.

Po wielu perypetiach. Po zorganizowanym przez siebie jednoosobowych, trzydniowych zawodach, gdzie zwerbował w tym celu nawet jednostkę policji, z którą wcześniej miał wiele scysji. Po pokonaniu kilkuset kilometrów – biegnąc, jadąc na rowerze i pływając. Po wielu przygodach w samym Monarze, gdzie był o krok od zdegradowania do pozycji początkowej. Po upływie kilku lat, odkąd zakończył okres przyjmowania narkotyków i jakichkolwiek używek. Po tym wszystkim… Spełnił swoje marzenie.

Jerzy Górski Mistrzem Świata.

On. Chłopak z Legnicy. Narkoman z 14-letnim stażem.

Czy to nie jest opowieść jak z filmu? Czym więc wobec tego wszystkiego są nasze życiowe trudności?

Niczym kochani. Niczym. Wszystko jest możliwe, a „Najlepszy” nam to dobitnie pokazuje.

„Żeby wyjść z narkomanii, trzeba próbować się doskonałym, bo inaczej nie dasz sobie rady, wujek! Przeciętni będą dalej brali. Nie boisz się, kurwa?? Nie masz dupościsku, że ci się nie uda? Bądź doskonały… Bądź NAJLEPSZY.” – Marek Kotański

Historia, której przebić się nie da.

Wiele nie napisałem. Wiele pominąłem. Wiele pozostało niewypowiedziane. Jednak właśnie taka jest ta książka. Sam autor – Łukasz Grass wspomina, że Jerzy Górski i jego życie, to gotowy scenariusz na kilka książek i po jej przeczytaniu, zgadzam się z tym w zupełności. Tak więc i moja recenzja nie jest pełna, ale mam nadzieję, że zawarłem w niej wystarczająca ilość informacji, abyście po nią sięgnęli.

infografika - podsumowanie

Zaufajcie mi, że warto. Dla mnie jest to jedna z najbardziej inspirujących opowieści, o jakiej kiedykolwiek słyszałem. Wobec jej oblicza na znaczeniu nagle straciły wszelkie moje własne przeciwności losu. Już sam fakt, że ktoś, kto przez całe 14 lat zażywał narkotyki, pił alkohol i palił po kilkadziesiąt papierosów dziennie, może zostać Mistrzem Świata i być NAJLEPSZY, powinno być wystarczającym czynnikiem, dla którego ruszycie się ze swojego miejsca i zaczniecie działać.

„Najlepszy” to książka niespotykana. Książka, dzięki której zrozumiecie, że nieważne skąd zaczynacie i dokąd zmierzacie. Najważniejsze jest jednak to, żebyście dalej wierzyli w swój cel i nieustannie do niego dążyli.

„Jeszcze przez chwilę stałem na mecie podwójnego Ironmana i patrzyłem na zegar. Czułem dumę i spełnienie. […]. Zawsze pod prąd, zawsze inaczej, zawsze za głosem serca – od totalnego upodlenia do mistrzostwa. Wreszcie byłem NAJLEPSZY.”

Życzę Wam wszystkim, żeby „Najlepszy” i Jerzy Górski stał się dla Was życiowym przewodnikiem na pełnej trudności drodze do celu. Nic lepszego spotkać Was nie może.

Panie Jurku! Czapki z głów!

Co się stanie, kiedy Rafał Fronia zechce opisać swoje górskie wyprawy? To proste! Wspaniały opis wspinaczkowych wojaży! „Anatomia Góry” to prawdziwy cud. Dlatego dziś zabieram Was na wyprawę. Nieziemską wędrówkę, gdzie cały świat macie pod swoimi stopami. Dosłownie.


Wraz z rozpoczęciem kolejnego tygodnia, a tym samym pierwszego tygodnia września, przynoszę Wam nową recenzję. Będzie to opis książki niezwykłej. Dokonany przez człowieka, który za pomocą słów, przelewa na papier swoje własne przeżycia w warunkach, zdecydowanie odbiegających od normalnych i codziennych, które możemy doświadczać każdego dnia.

Powitam Was w ten sam sposób, w jaki autor wita czytelników w swojej książce. Jesteście gotowi?

„Każde słowo w tej książce to prawda. Czytasz więc zapiski wariata. Witam Cię w Kukułczym Gnieździe. Jedziemy.”

góry

Źródło: www.himalaisci.pl Fot. Piotr Tomala
Na zdjęciu: “Twarz” Lhotse (8516 m n.p.m.)

Książka nie z tego świata.

„Anatomia Góry”, której autorem jest Rafał Fronia, to książka niezwykła. Ukazuje nam ona świat niedostępny dla przeciętnego zjadacza chleba. Pokazuje nam emocje, które targają autora oraz jego kompanów, podczas wspinania się na najwyższe góry świata. Jest to książka opisująca zdobywanie najwyższych, światowych szczytów. Wszystko zostało zapisane w sposób, w jaki nikt do tej pory jeszcze tego nie robił. Rafał Fronia to mistrz posługiwania się słowem. Raz chowa swoje prawdziwe zamiary za taflą metafor i ciekawych porównań, aby jeszcze w tym samym akapicie, nie mieć oporów zastosować przekleństwa, wulgaryzmu, czy innego plastycznego i jakże barwnego słowa.

Zacznijmy jednak od szaty graficznej całej książki, bo to ona zasługuje na szczególne uznanie.

Widoki jak z bajki!

anatomia góry

Źródło: www.wiadomosci.onet.pl
Na zdjęciu: Widok na górę K2 (8611 m n.p.m.) nocą

Jak już się zapewne przekonaliście – okładka jest piękna. Bajeczna. Pobudzająca wyobraźnie i nutkę odkrywcy w każdym z nas. Wspaniały obraz góry K2 (8611 m n.p.m.), który widzicie powyżej, rysuje się oczom czytelnika, niczym niezbadana i nieskażona ludzką stopą kraina. Widzimy tam zupełnie inny świat. Surowszy. Straszniejszy. Mroczniejszy. A przy tym przepiękny i przewspaniały. Właśnie takie emocje targały mną, kiedy oglądałem pozostałe fotografie umieszczone w tej książce.

Ostrzegam Was! Jest ich naprawdę wiele! Myślę, że nie popełnię błędu, gdy napiszę, iż nadają one całej opowieści opisywanej przez autora, swoistego pazurka. Sam język, jaki stosuje Rafał Fronia pobudza naszą wyobraźnię do twórczego myślenia, a zamieszczone na kartach książki fotografie, rozpalają w nas ogień pożądania jeszcze mocniej. Słowa i zdjęcia. Obie te formy niesamowicie się wzajemnie uzupełniają oraz przenikają.

Oprócz tradycyjnych, zapierających dech w piersiach widoków najwyższych gór świata, ich bliskości, dostojeństwa oraz tajemniczości, jaką wokół siebie roztaczają, spotkamy tam także sfotografowane sytuacje z codziennego, obozowego i wspinaczkowego życia samego autora, a także jego kompanów. Zdjęcia miasta, fotografie tamtejszej ludności i inne, mniej wspinaczkowe materiały… Niby codzienna rzecz dla każdego z nas, ale jednak była ona dla mnie tak piekielnie interesująca, że przebierałem nogami na samą myśl o tym, że na kolejnych stronach po raz kolejny zobaczę coś nowego. Coś niespotykanego i coś dla mnie na ten moment niedostępnego. Było to niesamowite doświadczenie.

Rafał Fronia i jego magiczny świat.

notka biograficzna

Rafał Fronia w dość dobry sposób przybliża swoją sylwetkę na stronach tejże książki. Nie robi tego w sposób – nazwijmy to – narcystyczny, opisując swoje dokonania, wyliczając swoje sukcesy i inne, temu podobne rzeczy. Nie znajdziemy tam nawet bezpośredniej wzmianki o tym, jak wygląda jego dom lub życie prywatne. Skupia się wyłącznie na górach i to właśnie poprzez góry, ukazuje nam się obraz sylwetki autora.

„Anatomia Góry” to swoisty reportaż, który autor czyni ze swoich górskich wypraw. Jednak wnikliwy czytelnik, może z niej wynieść także coś więcej. Ukazuje nam się obraz człowieka, który jest zakochany w górach. Który dostrzega we wspinaczce pewną mistyczność. Rafał Fronia to odpowiedni człowiek do pisania tego typu książek. Nie wiem, czy istnieje ktokolwiek lepszy. Doskonały wspinacz, mistrz pióra, świetnie władający językiem i szanujący każdy krok pod górę, jaki wykonuje. Jest człowiekiem świadomym tego, co robi. Wie doskonale, w jakim celu wykonuje te wszystkie karkołomne wyzwania, jakie na siebie narzuca.

„Anatomia Góry” – uśmiech murowany!

 

infografika - informacje

„Anatomia Góry” została wydana przed dwoma miesiącami, więc ukazuje wydarzenia, które rozegrały się na górskich szlakach nie tako dawno temu. Spotkamy tam jednak opisy starszych wypraw autora w Alpy, a także jego pełne niespodzianek przygody do Ameryki Południowej, gdzie wspinał się na tamtejsze wulkany Ekwadoru. Nie myślcie, że doświadczycie w tej książce wyłącznie jałowych opisów wspinaczek. Na to liczyć nie możecie! Każda wyprawa to zbiór relacji z każdego dnia, który jeden jest barwniejszy od drugiego. Gdyby ktoś poświęcił temu dużo czasu, to myślę, że z tej książki można byłoby wybrać prawdziwą rzekę zabawnych anegdot. Jedną z nich cytuję Wam poniżej. Pochodzi ona z opisu pierwszego dnia autora, podczas pobytu w Ekwadorze, w celu zdobycia kilku tamtejszych szczytów.

„Tomasz Morawski – honorowy konsul RP w Ekwadorze – przyjął nas w swej rezydencji niczym dobrych znajomych. My ubrani w trekkingowe buciory, a tu ambasador Rosji, panie z wyższych sfer, brat konsula – jeden z największych plantatorów róż na świecie, polski misjonarz z Brazylii. No i my. Oszołomki z Polski, będący – jak stwierdził konsul – pierwszymi, którzy przyjechali, do Ekwadoru odmrażać dupska na Chimborazo, zamiast siedzieć na plaży w Galapagos. […]. Polska wódeczka w hektolitrowych ilościach, barszcz czerwony i raut dyplomatyczny przekształcił się w typową polską imprezę, gdzie ambasador został Wołodią, a wszyscy na pożegnanie ściskali się, jakby spędzili ze sobą połowę życia. Jak w ojczyźnie.”

chimborazo - wulkan

Źródło: www.auroraexpeditions.com.au
Na zdjęciu: Chimborazo (6268 m n.p.m.)

Zaufajcie mi, że takich barwnych scenek, nieskąpiących mocnego i bezpośredniego słownictwa, jest w tej książce o wiele, wiele więcej. Przytoczenie ich wszystkich, skutkowałoby przepisaniem całej tej książki na nowo, dlatego zwyczajnie już w tym miejscu zachęcam Was do zapoznania się z nią osobiście.

Wyżej! Wyżej! Na kolejny szczyt!

Oprócz Alp i ekwadorskich wulkanów, Rafał Fronia przedstawia także swoją wyprawę na Pik Lenina. Jest to szczyt położony w Azji na granicy Tadżykistanu i Kirgistanu, i liczy – bagatela – 7134 metrów, nad poziomem morza. Po raz kolejny zostajemy zasypani ciekawymi informacjami, barwnym językiem i jakże przecudownymi zdjęciami! Wybaczcie, że tak wszystko zachwalam, ale od jakiegoś czasu również stałem się pasjonatem wspinaczki i wysokich gór. Wszystko za sprawą mojej siostry, która przekazała mi tę miłość, niczym szybko rozprzestrzeniający się wirus. W tym jednak wypadku życzę takiego wirusa każdemu z Was. I takiej siostry także! Na razie jest to tylko miłość na odległość, ale w przyszłości… Kto wie! Dlatego tak bardzo podobają mi się wszelkie fotografie i uważam, że jeśli ktoś, chociaż tylko trochę lubi góry, to powinien zapoznać się z tą książką, choćby dla samych przecudnych widoków, złowionych przez aparat autora.

„Trzeba bardzo uważać, jeden zły krok i pa,pa! 100 metrów w dół… Idę bez zabezpieczenia, więc adrenalina hula w żyłach jak diabli. Do wieczora nuda, siedzę na kamyczku i dumam.”

Ten cytat pochodzi właśnie z wyprawy na Pik Lenina Rafała Froni. To idealny przykład tego, jak sprawnie posługuje się on słowem. Plastyczny język, budowane napięcia, wzbudzanie w czytelniku żądzy przygody, a zaraz potem… Zwyczajne siedzenie i dumanie. Coś cudownego!

pik lenina

Źródło: www.goryonline.com
Na zdjęciu: Pik Lenina (7134 m n.p.m.)

Przychodzi następnie czas na wspomnienie jeszcze dwóch, bardzo ważnych wypraw, w jeszcze wyższe góry. Jest to czas na opis tzw. ośmiotysięczników, które Rafał Fronia zdobył lub zdobyć próbował. Tym razem powstrzymam się od komentarza i pozostawię w Was nutkę zaciekawienia. W końcu nie mogę zdradzić Wam całej książki, rozdział po rozdziale, prawda? Mogę Wam jedynie powiedzieć, że są to informacje świeże. Poruszające nawet pokrótce tragiczne wydarzenia, którymi żyła cała polska jeszcze nie tak dawno temu.

Kogo możemy spotkać w książce?

„Anatomia Góry” to nie tylko barwny opis wędrówki, wspinaczki i kultury napotkanych krajów oraz ludzi. To książka, która nie opisuje tylko samego autora, choć to naturalne, że to jego sylwetka zostaje nam przybliżona najmocniej. Jednak oprócz niego poznajemy także inne, polskie wspinaczkowe osobistości. Jednych lepiej, innych gorzej, a jeszcze pozostali zostają tylko nadmienieni zdawkowo, ale jestem przekonany, że są to nazwiska, których przedstawiać nikomu nie trzeba.

Rafał Fronia

Źródło: www.fakt.pl
Na zdjęciu: Autor książki – Rafał Fronia.

W ten więc sposób, na kartkach tej książki przetaczają się takie persony, jak: Krzysztof Wielicki (do którego autor nie kryje swojej ogromnej sympatii), Piotr „Krótki” Tomala (z którym autor spędził wiele dni pod górą, jak i podczas samego zdobywania góry), Jarek Gawrysiak (słowa autora: „którego lubię tak bardzo, pomimo jego charakteru, przypominającego zęby starej piły”.), Denis Urubko (który chciał zrezygnować z możliwości spełnienia swoich marzeń, po to, aby zejść z poszkodowanym Fronią), Adam Bielecki (który wraz z Denisem rzucił się na ratunek parze francusko-polskiej), a także roześmiani Argentyńczycy w składzie: Herman, Andreas, Ron i Mariano (ten ostatni zginął podczas wspinaczki), Irańczycy, Chińczycy i inne, przeróżne mieszanki kulturowe, z którymi autor wraz ze swoimi kompanami zaprzyjaźnił się mniej lub bardziej.

Ach! I jest jeszcze Waldi! Osławiony Waldi ze Szczecina, którego opis wywołał na mojej twarzy szeroki uśmiech. Zdecydowanie warto przeczytać tę książkę. Choćby dla samego Waldiego! Naprawdę!

„Przyszedł do nas Waldi. Obładowany jak obnośny handlarz kiełbasą i serem. I swoimi niestworzonymi historiami. Facet jest niesamowity. To o nim powinno się książki pisać. Dziewczyny by mdlały, a faceci zakuwali żony w kajdany.”

Obozowe zwyczaje i miłość do jajek.

Wszystkie strony pozwalają nam zbliżyć się do klasycznego życia wspinacza w wysokich górach. Otrzymujemy w ten sposób codzienny, obozowy rytuał. Ich zachowanie przy kilkudziesięciu stopniowym mrozie lub – co jest zaskakujące – kilkudziesięciu stopniowym upale, od którego twarz zdaje się płonąć. Obserwujemy zwyczaje, poznajemy obozowy harmonogram i schemat, jakim posługuje się nie tylko autor, ale także jego współtowarzysze. „Anatomia Góry” umożliwia nam zajrzenie do obozowej mesy i ujrzenie zaprawionych w boju himalaistów, grających w karty lub szachy. Możemy ujrzeć śpiewających i cieszących się życiem normalnych ludzi, którzy różnią się od nas tylko tym, że nie boją się marzyć i te marzenia spełniać.

Jesteśmy świadkami jedzenia przez nich tej samej, niezmiennej struktury na śniadanie, która zawsze składa się z jajek. Jak dowiecie się z kolejnych stron książki, Rafał Fronia zaleca, żeby przed wyprawą w wysokie góry upewnić się, że lubi się jajka. Bo bez tego zdobywanie najwyższych szczytów nie jest możliwe!

„W Górach wszystko zaczyna się od jajka. Jeśli jesteś uczulony na jajko, nie możesz zostać himalaistą. Ja polubiłem jajka. Ale pamiętam historię z Dhaulagiri. Przez 33 dni na śniadanie było jajo. Nie było ani jednego dnia wyjątku. I pamiętam, jak Krzyś Wielicki, na zakończenie wyprawy zaczął marzyć, że jak wróci do domu, pójdzie do najlepszej knajpy w Dąbrowie Górniczej i zamówi jajka sadzone. Potem poprosi kelnera, aby ten otworzył okno. I wtedy on wypierdoli to razem z talerzem na ulicę.”

Właśnie to jest Rafał Fronia. W pełnej, nieziemskiej krasie.

szczyt

Źródło: www.polskatimes.pl Archiwum Rafała Froni
Na zdjęciu: Rafał Fronia

Jest też miejsce na momenty refleksji…

Przestrzegam Was jednak! Nie myślcie, że autor tylko opisuje, relacjonuje i komentuje zaobserwowane sytuacje. Och nie! Nic z tych rzeczy! Rafał Fronia jest bacznym obserwatorem, ale nie tylko tego, co dzieje się dookoła niego, ale także tego, co dzieje się w jego wnętrzu. Dzieli się z czytelnikami swoimi zapiskami spod największych gór świata. Tym samym otrzymujemy poważne rozważania dotyczących życia. Uwierzcie, że wiele słów, składających się na całe zdania oraz następnie długie akapity i strony, wywołują w człowieku wiele refleksji. Zmuszają do zastanowienia i momentami, nawet do przemyślenia wartości, jakimi kierujemy się w życiu.

„Gdy odnosi się sukces, żyje się lepiej. Uśmiech zaraża, spokój rozlewa się na innych. Masz aurę. Jedna dobra myśl przyciąga kolejną. Życie staje się pasmem sukcesów, wygranych, czasem bez walki, z kolei walkowerem odchodzi to, co złe, smutne, bolesne. Gdy odnosi się sukces, żyje się lepiej. Pamiętaj. To samo nie przyjdzie, trzeba po to iść.”

Takich pięknych przemyśleń jest w tej książce o wiele więcej. Nie wspominając już o przepięknych wierszach oraz fraszkach, które niczym lekki puszek, otulają cała narrację, jaką prowadzi Rafał Fronia…

Świat, którego na co dzień podziwiać nie możemy.

„Anatomia Góry” to książka przecudowna. Będę ją zachwalał zawsze, ilekroć będę miał do tego sposobność. Polecam ją szczególnie tym, którzy tak jak ja, kochają góry i potrafią zrozumieć sens zdobywania szczytów, który zabiły już setki innych śmiałków. Rafał Fronia to autor, który nie tylko relacjonuje wydarzenia rozgrywające się ponad głowami nas wszystkich, zwyczajnych śmiertelników. To nauczyciel czytelników. Nas wszystkich, którzy wchodzą w świat, tak misternie przez niego zbudowany. Dzięki niemu mamy możliwość poznania nie tylko jego osoby i jego wnętrza, ale także całej struktury wspinaczkowych wypraw. Wchodzimy w jego skórę. Jesteśmy jednymi z nich. Jesteśmy jednymi ze zdobywców, którzy próbują stanąć na szczytach tego świata i choć na moment poczuć się jak wszystko, co przyziemne, zostaje pod ich stopami.

Ama Dablam

Źródło: www.portalgorski.pl
Na zdjęciu: Ama Dablam (6812 m n.p.m.). Rafał Fronia mówi o niej: “Piękno w czystej postaci. Dla mnie – górski ideał.”

Autor czyni to wszystko za pomocą przewrotnego języka. Fronia bawi się słowem. Raz jego długie metafory wzbudzają w czytelniku podziw i przyprawiają o zawrót głowy, a zaraz potem otrzymujemy kilka dosadnych opisów sytuacji, które wywołują szeroki uśmiech na twarzy. Liczne anegdoty, zabawne sytuacje i opisy napotkanej ludności, czynią tę książkę jeszcze barwniejszą. O ile może w ogóle taka być, w obliczu licznych, przepięknych fotografii, jakie zostały w niej zamieszczone.

Ocena nie może być inna!

podsumowanie

Zdecydowanie polecam ją każdemu. Jest to piękny obraz nie tylko góry, ale człowieka w górach, który odnajduje siebie i swoje małe, drugie, tak bardzo inne życie.

Recenzję zacząłem od słów autora, tak więc i teraz czuję się zobligowany do tego, aby zakończyć ją w ten sam sposób.

„Ale strach przed stanięciem przed tobą nagim, bezbronnym, z otwartą duszą też istnieje. Gdy perspektywa dzielenia się moimi myślami sprowadzała wizję drwiny, śmiechu, tego też nie mogłem pokonać. Ten strach wracał wiele razy. […]. Wybacz moją ułomność, prostotę i obawy. Zwyciężyła chęć opowiedzenia tego, podzielenia się. Dziękuję, że byliśmy tu razem.”

himalaizm

Źródło: www.polskieradio.pl
Na zdjęciu: Piotr Tomala (z lewej) i Rafał Fronia w obozie pierwszym na wysokości 5900 m n.p.m, podczas próby zdobycia szczytu K2.

Ja również dziękuję, że byłeś tutaj ze mną po raz kolejny drogi czytelniku. Twoja obecność wiele dla mnie znaczy. Do zobaczenia w szerokim morzu liter, w kolejnym tekście!

„Czas mroku”, którego autorem jest Anthony McCarten to książka na pewno nietuzinkowa. Czy jednak przedstawiony tam Winston Churchill spodoba się każdemu?

W poprzednim tygodniu pochylaliśmy się wspólnie nad najnowszym dziełem Stephena Kinga pt. „Outsider”. Tym razem postanowiłem wypowiedzieć się na temat książki, która porusza o wiele poważniejsze tematy. One nie tylko wydarzyły się naprawdę, ale także wstrząsnęły całym światem.

Anthony McCarten. Autor książki, scenarzysta filmu.

„Czas mroku” to książka, w której autor postanowił przybliżyć nam sylwetkę Winstona Churchilla. Jednego z najznakomitszych, a już na pewno najbardziej znanych osobistości w dziejach świata, która miała znamienny wpływ na jego losy. Jednak zanim skupimy się na samej fabule i mojej opinii o niej, chciałbym, choć na chwilę, pochylić się nad autorem, którym jest Anthony McCarten. Człowiek, który w swoim dorobku ma już kilka ciekawych projektów. Również jako scenarzysta.

biografia

Przypadkowe, pierwsze spotkanie.

Książka dostała się w moje ręce trochę w sposób przypadkowy. Oczywiście kupiłem ją świadomie, ale nie planowałem wcześniej jej zakupu, bo zwyczajnie jej nie znałem. Myślę, że zdecydowanie nie można o niej powiedzieć, iż jest bestsellerem, czy tytułem czytanym przez miliony ludzi na świecie. Być może właśnie dlatego nabyłem ją raczej w sposób impulsywny niż zaplanowany.

Pomimo tego wszystkiego, przystąpiłem do jej lektury z naprawdę dużymi oczekiwaniami. Lubię zagłębiać się w ciekawych, przeszłych wydarzeniach, a szczególnie tych momentach w dziejach, które opisują konflikty zbrojne. Pamiętam, że na lekcjach historii potrafiłem zanurzać się w zamierzchłych czasach i podróżować po nich wraz z Napoleonem Bonaparte, Janem III Sobieskim, czy jeszcze wcześniej – z Aleksandrem Macedońskim. Do dziś to pewne uwielbienie we mnie pozostało i myślę, że był to czynnik determinujący, dlaczego ta książka znalazła się na mojej półce i dlaczego także nie spełniła moich oczekiwań.

W końcu tytuł jednoznacznie wskazywał, że opisywać ona będzie losy Winstona Churchilla – brytyjskiego premiera, który objął ten urząd w jednej, z najczarniejszych godzin dla Wielkiej Brytanii, a także całej Europy. II wojna światowa trwała już w najlepsze, ale tylko ci, którzy ją wywołali, zdawali się pojmować jej zasady. Tym samym bez żadnych skrupułów kroczyli od zwycięstwa do zwycięstwa, podporządkowując sobie kolejne narody. Zaczynając rzecz jasna od Polski.

Książka dobra, ALE…

Zanim jeszcze zacząłem ją czytać, a tym bardziej, zanim uświadomiłem sobie, że już zbliżam się do jej końca – liczyłem na to, że autor opisze cały okres „panowania” Churchilla, który w pewnym momencie stał się bardziej ubóstwiany, niż sam ówczesny król Jerzy VI Windsor. Rozumiem zamysł autora, który postanowił skupić się na małym wycinku z przeszłości, ale w tym aspekcie zabrakło mi szerszej perspektywy, przedstawienia tak barwnej osoby, jaką niewątpliwie był Winston Churchill. Zwyczajnie czułem niesamowity niedosyt, kiedy dotarłem do końca i ze zdziwieniem, pytałem sam siebie – „To już? Koniec? W momencie, kiedy zostało jeszcze tyle wydarzeń do zrelacjonowania?”.

informacje

Autor – Anthony McCarten – postanowił poświęcić całą swoją uwagę, skupioną na prawie 300 stronach (pozostałe to przypisy), na postaci Churchilla z okresu, kiedy Niemcy wydawały się niezachwianą potęgą, a ich przeciwnicy – ledwie mogącym cokolwiek znaczyć pyłkiem, popychanym przez wiatr. Akcja rozpoczyna się w dniu 7 maja 1940 roku. Jest to czas, kiedy II wojna światowa ma tylko jednego zwycięzcę. Jest to kraj, którego wielu ludzi wolałoby nie oglądać na tej pozycji. Realia nie znosiły jednak sprzeciwu. Opracowana przez Niemieckich specjalistów taktyka „Blitzkrieg” zdawała egzamin koncertowo. Jak muchy padały kolejne państwa, niemogące unieść zmasowanego ataku swojego wroga. Adolf Hitler był niemalże skąpany w glorii i chwale, i na pewno państwom próbującym mu się przeciwstawić nie pomagał fakt, że Wielka Brytania sama borykała się z wewnętrznymi problemami.

Winston Churchill zbawcą Wielkiej Brytanii oraz całej Europy!

Właśnie ten ostatni aspekt – wewnętrzne problemy Wielkiej Brytanii – stanowi punkt wyjściowy całej książki. Od razu zasiadamy w ławach parlamentu brytyjskiego. Parlamentu strasznie podzielonego. Parlamentu żądającego wyjaśnień i ustąpienia ze stanowiska ówczesnego premiera – Neville’a Chamberlaina. Wielu miało dość jego polityki ustępstw (Appeasement), która jak pokaże historia – kompletnie nie sprawdziła się w stosunku do kraju niemieckiego. Zarzucono mu nieustanne dążenie do pokojowego rozstrzygnięcia konfliktu, w którym prym wiódł kraj, który nie bał się rozlewu krwi. I to na skalę masową. W tamtym okresie kandydatura Winstona Churchilla wydawała się tylko nieśmiesznym żartem. Jednak z upływem kolejnych dni, kiedy najsilniejszy kandydat do objęcia posady premiera – Lord Halifax (Edward Wood) odmówił objęcia tego urzędu, a pozycja Churchilla zaczęła zaskakującą rosnąć, to co nieprawdopodobne, stało się prawdą.

10 maja 1940 roku, premierem stał się ten, którego historyk David Canadine nazwał

„charakterem jednocześnie prostym, żarliwym, niewinnym i niezdolnym do oszustwa, czy intrygi, ale również charakterem większym niż życie, romantycznym, rycerskim, bohaterskim, wielkodusznym i bardzo kolorowym.”

Był to ten sam, który nie rozstawał się cygarem i dobrym alkoholem. Ten sam, który do Bessie Braddock oskarżającej go o bycie pijanym, powiedział:

„Ale jutro będę trzeźwy, a pani madame, nadal będzie taka brzydka.”

Jedna rzecz, dla której zdecydowanie warto ją przeczytać!

Cała książka – poza otoczką historyczną – zasługuje na uznanie pod jednym, ważnym względem. Ukazuje ona rolę, jaką pełnią słowa – szczególnie te dobrze dobrane. Pokazuje, jak Churchill stał się mistrzem oratorstwa i jak wiele czasu poświęcał na to, aby doszlifować każde swoje przemówienie. Do annałów przejść może, jego „testowanie” słów w wielu nieformalnych sytuacjach. Słów, których pragnął użyć w swoim oficjalnym wystąpieniu. Dowiadujemy się z kolejnych stron, z jakich wzorców czerpał inspiracje i dlaczego tak bardzo upodobał sobie Cycerona. Przed naszymi oczami staje obraz człowieka, który będąc w młodym wieku, czytał wiele utworów poświęconych wielkim przywódcom oraz filozofom. Nie może zatem dziwić fakt, że w wielu swoich przemówieniach czerpał z nich wzorce.

Anthony McCarten

Źródło: www.hollywoodreporter.com
Na zdjęciu: Anthony McCarten

Mistrz w swoich fachu.

Trzeba mu jednak oddać, że był w tym doskonały. Któż z nas nie zna jego słynnego przemówienia, wygłoszonego na początku czerwca, tuż po cudownym ocaleniu z Dunkierki ponad 300 tysięcy brytyjskich żołnierzy? Jeśli nie wiecie, o czym mówię, to na pewno sobie przypomnicie, gdy zacytuję część słów z całego, pięknego przemówienia, które znajdziecie w książce.

„Będziemy walczyć do końca. Będziemy walczyć we Francji, będziemy walczyć na morzach i oceanach, będziemy walczyć z coraz większą wiarą i siłą w powietrzu, będziemy bronić naszej wyspy bez względu na koszty, będziemy walczyć na plażach, na lotniskach, na polach, na ulicach, będziemy walczyć na wzgórzach; nigdy się nie poddamy […].”

Można wątpić w siłę słów, ale czy człowiek tak wielki, jak Churchill mógł się mylić? Czy mógł być w błędzie, kiedy mówił w wieku dwudziestu trzech lat:

„Spośród wszystkich talentów, jakimi obdarzono ludzi, żaden nie jest tak cenny, jak talent krasomówczy.”

Nie chcę wyciągać jednoznacznych wniosków, ale po tej lekturze, jestem wprost przekonany, że gdyby nie nieustanny entuzjazm Churchilla i jego dopracowane pod każdym względem przemówienie, to być może teraz, oglądalibyśmy całkiem inną Europę… On nie tylko pobudzał do walki naród swój, ale także francuski. Za wszelką cenę próbował podtrzymywać morale. Jak dowiecie się z książki – pisał nawet do swoich ministrów, aby zawsze starali się pokrzepiać naród i całe swoje otoczenie.

Obraz Churchilla, którego wojna także przerastała.

Na kolejnych stronach jasno widzimy, jak Churchill nie znosił porażki. W przeciwieństwie do lorda Halifaxa, z którym zdecydowanie zbyt często nie potrafił się porozumieć – nie pragnął pokoju z Niemcami. Choć jak wskazuje autor, istnieją przesłanki, że w krytycznym momencie, kiedy Niemcy niewzruszenie maszerowali na Paryż, a Wielkiej Brytanii groziła utrata blisko 80% całej armii, Churchill napomykał w swoich kontaktach z innymi, iż byłby „wdzięczny”, za możliwość ocalenia swojego narodu. Mimo to – nigdy te słowa nie zabrzmiały głośno i nigdy nie usłyszało ich społeczeństwo brytyjskie.

Myślę, że nieważne, czy miewał chwilę zwątpienia, czy nie, to i tak można go określić jako człowieka wielkiego, który swoim działaniem odwrócił losy świata. I książka byłaby wprost cudowna, gdyby nie jeden, mały szczegół…

Ale co z „potem”?

W książce nie ma żadnej konkretnej wzmianki o czasie, kiedy szale zwycięstwa II wojny światowej zaczęły się przechylać na stronę Wielkiej Brytanii i jej sojuszników. To naprawdę iście poetyckie zakończenie, bo kończy się ona w zasadzie na płomiennym przemówieniu brytyjskiego wodza, ale zdecydowanie zabrakło mi akcji… Być może źle do tego wszystkiego podchodzę, bo książka sama w sobie jest naprawdę świetnie napisana, ale naprawdę odczuwam niesamowity niedosyt. Można rzec, że opiera się ona w głównej mierze na tym, jak Churchill doszedł do władzy i jak ją sobie niesamowicie mocno ugruntował. I to tyle. Wiele spotkań, wiele rozmów, wiele przemówień i wymienionych wiadomości, ale tylko szczątkowe informacje dotyczące sytuacji na frontach i akcji, która działa się później.

Jestem pewien, że taki był zamysł autora. Aby pokazać czas, w którym Churchill objął posadę premiera, umocnił się na niej, a potem odwrócił losy świata. Jednak właśnie tego „potem” zabrakło mi w tej książce.

Klimat panujący w utworze jest niezaprzeczalnie dobry. Można poczuć się jak świadek obrad Gabinetu Wojennego lub domownik Winstona i Clementine Churchill. Nagle przenosimy się do czasów zupełnie sobie nieznanych. Poznajemy tego sławnego polityka od kompletnie drugiej strony. Przedstawia nam się obraz człowieka zdecydowanego, o duszy narcystycznej, choć momentami wątpiącego w swoje zdolności. Widzimy jego relacje z żoną i zachowanie wobec innych. Anthony McCarten stworzył świetny życiorys Churchilla i choć kompletną biografią tego nazwać nie można, to niewiele mu do niej brakuje. Niestety…

Za dużo Churchilla w książce o Churchillu?!

Winston Churchill

Źródło: www. watchviews.com
Na zdjęciu: Gary Oldman jako Winston Churchill.

To niepodobna poprawiać tak znakomitego człowieka, jakim jest autor tej książki. Jednak w moim odczuciu jest tu trochę za dużo o samym Churchillu. Może nawet nie „za dużo o nim”, ale za mało o tym, co działo się w tamtej chwili na świecie i przede wszystkim – co działo się później. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby autor – choć pokrótce – przybliżył zmagania Churchilla z Hitlerem i Mussolinim w następnych pięciu latach. Choć fabuła została opracowana bardzo skwapliwie i dotarcie do tak niezliczonej ilości materiałów, musiało zająć wieczność, to jak już to wielokrotnie podkreślałem – zabrakło mi całościowego spojrzenia na II wojnę światową.

Jednak to jest tylko moja opinia. Być może podchodzę do tego w sposób niewłaściwy. Może jestem zbyt wielkim fanatykiem wojen, bitew i wielkich wodzów. To wszystko pozostaje w sferze domysłów. Nie zmienia to jednak faktu, że książka jest niezmiernie rzetelnym dziełem, przedstawiającym Churchilla w pierwszych dniach objęcia przez niego urzędu premiera. Anthony McCarten jest bardzo obiektywny w swoich rozważaniach. Przekazuje czytelnikowi nawet tak absurdalne, ale jakże ciekawe szczegóły, jak wystąpienie Churchilla w radiu, w którym ktoś musiał stać za nim i trzymać go za uszy, aby ten nie kręcił głową, jak miał to w zwyczaju podczas przemówień publicznych, w których mocno gestykulował.

„Czas mroku” nie spodoba się każdemu.

recenzja

Anthony McCarten stworzył naprawdę solidne dzieło, którego jednak nie polecam każdemu. Jeśli ktoś lubi klimaty wojenne lub przede wszystkim, pragnie poznać od kulis tworzenie się światowego przywódcy, jak najbardziej jest to lektura dla niego. Ba! To nawet obowiązek! Tak samo, jak dla każdego wielbiciela wielkich person w dziejach świata. Jednak jeśli nie jesteś fanem II wojny światowej, nie widzisz w niej nic szczególnego, a pragniesz bitew i wojen, to nie zaprzątaj sobie tą pozycją głowy. I jest coś jeszcze! Polecam ją każdemu, kto pragnie nauczyć się pięknego przemawiania. Churchill powinien być dla Was wzorem.

Jako ciekawostkę dodam już na samym końcu, że powstał także film o tym samym tytule. Mamy w szeregach WorldMasterowskich prawdziwego speca od filmowych recenzji. Myślę więc, że jeśli wszyscy zgodnie poprosimy, to Damian (bo o nim tutaj mowa) może poświęci swój czas na przedstawienie swojego poglądu od strony kinematograficznej.

Moja ocena tego utworu, może nie jest aktem wychwalającym go ponad wszelką cenę, ale jakby to powiedział sam Churchill:

„Człowiek, który zgadza się ze wszystkim, nie zasługuje na to, by ktokolwiek się z nim zgadzał.”

Dziękuję za uwagę!

#kolejne artykuły