11 listopada. I nagle wszyscy są patriotami... | worldmaster.pl
#

To nie będzie długi tekst. Nie zabiorę Wam dużo czasu. W końcu dziś jest wielkie święto wszystkich Polaków, prawda? Święto Odzyskania Niepodległości, o którym w ostatnim czasie można zewsząd usłyszeć. No właśnie… Szkoda, że tylko w ostatnim czasie.

11 listopada to już mityczna data dla każdego Polaka. Jakby tego było mało, to w tym roku mija dokładnie 100 lat, odkąd znowu mamy swoją upragnioną niepodległość. Długo o nią walczyliśmy i wytrwale do niej dążyliśmy, ale w końcu się udało. Powinniśmy być wdzięczni naszym przodkom za to, czego dokonali.

Powiecie pewnie teraz – „JESTEŚMY!”. Czyżby? Czy aby na pewno?

11 listopada – Wielkie Święto, ale i tak nikt tego nie rozumie.

Dzień Odzyskania Niepodległości budzi wiele emocji i to jest bardzo przykre, ale wcale nie najgorsze. Naprawdę. Po pierwsze zupełnie nie rozumiem tych wszystkich sporów i kłótni na wysokich, państwowych szczeblach. Czy naprawdę tak trudno jest się porozumieć w takiej sprawie? Przecież to jest nasze święto! Święto Narodowe! Powinniśmy się cieszyć i radować naszą historią, a nie spierać na podłożu, czy coś jest „dobre”, czy „niedobre”. Przeddzień obchodów to nie pora na awantury i obarczanie się winą.

Drodzy Państwo z wysokich stanowisk!

Wszyscy mieliście na to całe 365 dni, ale nikt nie kwapił się, aby przedsięwziąć coś konkretnego w sprawach, o które teraz wszyscy się spieracie. Może w końcu pora zacząć ustalać jedną wersję i zachowywać się spójnie, dla dobra całego narodu? Spróbujecie? Tak na przyszłość?

I po co kłamiecie??

Jednak tak, jak pisałem, to wcale nie jest najgorsze. O nie, nie. To byłoby zbyt piękne, aby było prawdziwe. Kłótnie w wyższych sferach są zbyt normalne, aby były zaskakujące.

Wiecie, co mnie boli?

Że 11 listopada to dzień, w którym nagle wszyscy stają się przykładnymi obywatelami! Wszyscy nagle są patriotami! Wszyscy nagle kochają swoją ojczyznę! Całe społeczeństwo ubóstwia swój kraj! Cały naród mówi jednym głosem!

Skończcie z tą obłudą. Naprawdę, bo to jest niesamowicie przykre i smutne dla tych, dla których ojczyzna to coś więcej, niż udział w marszu i przywdziewanie „zbroi” w postaci tzw. patriotycznych bluz. Naprawdę tego nie widzicie? Nie widzicie tego, że większość zadeklarowanych, młodych patriotów, to tak naprawdę osoby, szukające wrażeń, poklasku i doznań? Nie widzicie, że to są osoby, które potem z uwielbieniem wrzucają zdjęcia na Instagrama lub Facebooka, żądni uznania? Oczywiście wszystko z należytymi hasztagami!

# 11 listopada # Dzień Niepodległości # Ojczyzna # Patriotyzm # POLSKA 

Brakuje jeszcze tylko: #Jestem Kłamcą.

Patriotyzm? Ojczyzna? Co Wy (MY) możecie o tym wiedzieć?!

Polska

Skończmy z tą farsą, bo wielu z Was wszystkich, rzekomych przykładnych patriotów z Polską Walczącą na bluzach, jest nikim innym, jak tylko osobami, które ojczyznę mają głęboko w poważaniu! Bo jak inaczej wytłumaczyć Wasze nagłe zainteresowanie sprawą Polską tylko raz do roku?! Może, zamiast afiszować się z symbolami naszej narodowej historii, zacznijcie nosić je w sercu? Może wtedy wyjdzie Wam to wszystkim na lepsze. Bo Święto Odzyskana Niepodległości to nie jest farsa i kolejne wydarzenie, w którym możecie wziąć udział, zrobić kilka zdjęć, pochwalić się i wrócić do domu, jakby nigdy nic. Zrozumcie, że to jest dzień, za który walczyli Wasi przodkowie i cieszcie się, że to nie Wy musieliście być na ich miejscu. Nie zdajecie sobie sprawy, jak wielkie macie szczęście i jak wielkim szacunkiem powinniście darzyć tych, którymi tak naprawdę gardzicie…

Boli? Ma boleć.

Tak, gardzicie. Gardzicie starszymi ludźmi, których postrzegacie, jako „mohery” i osobniki oderwane od rzeczywistości. Oczywiście, że tych, którzy walczyli o naszą wolność, już nie ma (albo nie ma ich zbyt wielu), ale są młodsi od nich, a nadal starsi od nas, którzy chronili granic naszego kraju, chociażby w II wojnie światowej. A jak Wy ich traktujecie? Narzekacie, wyzywacie i odtrącacie! Pokazujecie im, że nie ma dla nich miejsca w kraju, który przecież rzekomo tak bardzo kochacie! Co to znaczy? Że Polska nie jest nawet dla Polaków, jeśli już wchodzimy w głoszone przez Was poglądy? Czy to jest zachowanie godne patrioty?! Czy to jest zachowanie godne, którym tak się chlubicie właśnie dzisiejszego dnia? Właśnie 11 listopada?!

Dziś – Polska kochana. Jutro – Polska wyzywana.

Wszyscy jesteście kłamcami, bo wszyscy nagle jesteście patriotami. Wasze codzienne zachowanie w niczym nie przypomina darzenia Polski szczerym uczuciem. Ale to nie koniec! Pośmiejmy się dalej! Wy jej nie lubicie! Polska jest dla Was udręką i marną wizją rozwoju! Przypomnijcie sobie te wszystkie rozmowy ze znajomymi, w których utyskiwaliście na nasz kraj. Przypomnijcie sobie, jak pragnęliście ją opuścić i uparcie twierdziliście, że „na zachodzie” jest lepiej!

Nie pamiętacie? Zapomnieliście o tym?  Ależ oczywiście! Bo dziś jest 11 listopada! Dziś jest Święto Odzyskania Niepodległości! Przecież dziś wszyscy jesteście przykładnymi patriotami!

Dziś Polska jest w Waszych sercach, ale jutro znowu będzie w jednej, wielkiej D. 

Po co bierzecie w tym udział? Kłamców nikt nie potrzebuje.

Żal mi Was wszystkich. Żal mi tych, dla których miłość do kraju, patriotyzm i ojczyzna to  tylko szopka, i kolejny fortel do wyłudzenia „lajków” w mediach społecznościowych. Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać, kiedy widzę Wasze zachowanie. Tak. Zwracam się do Was wszystkich, bo wszyscy to robicie. Jeśli są wśród Was prawdziwi patrioci, to wybaczcie mi, że musicie to czytać, ale jestem pewien, że w takim wypadku wszyscy się ze mną zgodzicie.

Przykro mi, że Polska stała się dla Was czymś, co można kochać „od święta”. Jeśli Polska jest dla Was udręką to niech będzie, ale przestańcie być kłamcami, którzy w Święto Niepodległości nagle są kochanymi patriotami. Skończcie z tym i idźcie swoją drogą. Nikt się na Was nie obrazi. Nikt Was nawet nie zauważy.

To jest Święto Odzyskania Niepodległości. Rozumiecie to?

11 listopada. Dzień Odzyskania przez Polskę Niepodległości. I znów na jeden dzień wszyscy będą kochanymi patriotami. I znów na jeden dzień Polska będzie ojczyzną wszystkich.

Wszystko na jeden dzień…


Jestem gotów na lincz.

Dokładnie tak samo, jak Polska, ponownie od jutra.

Dziś będzie krótko, zwięźle i na temat. Tak, tak! Ja też potrafię tak pisać! Tym tekstem chcę zdjąć lęk oraz strach, który jest w każdym z nas. Sami się przekonacie, że strach ma tylko wielkie oczy i na ogół nie jest prawdziwy. Często to tylko nasza wyobraźnia płata nam figle! Ponadto on wcale nie jest taki zły, jakby mogło się to wydawać. Jednak o tym i o innych rzeczach przekonacie się z dalszej części tekstu, do którego was gorąco zapraszam!

(Przepraszam, ale nie mogłem się pohamować przed umieszczeniem kotka, którego już zapewne widzieliście. Prawda, że piękny?)


Znacie to słynne polskie powiedzenie – „Strach ma wielkie oczy”? Jestem pewien, że przynajmniej każdy z Was słyszał je, chociaż raz w całym swoim życiu. Ale jak to bywa z tego typu powiedzeniami – jednym uchem wleciały, drugim wyleciały, a my nawet nie zauważyliśmy, że kiedykolwiek je słyszeliśmy. Szkoda!

Zmierzam do tego, że bardzo często strach jest tylko taki duży w naszej głowie. W rzeczywistości sytuacja rysuje się w o wiele cieplejszych barwach. Ba! Czasami w ogóle nasz lęk jest nieuzasadniony. Nie da się ukryć, że w całym procesie poznania świata, największą rolę odgrywa nasza głowa. A ona, jak to ona – lubi płatać nam niemałe figle. Czasami mam wrażenie, że umysł potrafi być tak samo niesamowitym narzędziem, jak i brutalnym tworem, który nieustannie sobie z nas kpi. Brutal jeden!

Ale do rzeczy!

Dlaczego się boimy?

strach

W swoim życiu nie raz musieliśmy wyjść z własnej strefy komfortu. Świadomie lub nie, często znajdowaliśmy się sytuacjach, które wymagały od nas natychmiastowego reagowania i były dla nas zaskakujące. Krótko mówiąc – było to coś, czego nie do końca chcieliśmy robić, ale wiedzieliśmy, że zrobić to musimy. Mogła to być trudna rozmowa z partnerem, rozmowa o pracę albo ważne sportowe zawody. W takich chwilach nasz umysł podsuwa nam różne obrazy. Gdyby były one jeszcze pozytywne i dobre, to wszystko byłoby w porządku, ale nie! Nie może być za łatwo!

To właśnie w takich chwilach najczęściej czujemy przemożny stres, który przenika nas do szpiku kości. Nierzadko odczuwamy również kompletną niechęć do wszystkiego i co więcej, nie potrafimy skupić się na czymś, co nie ma związku z czekającym nas wyzwaniem. I oczywiście, jakby tego wszystkiego było mało, pojawia się jeszcze On. Jedyny i niepowtarzalny.

Strach!

Mam nadzieję, że Was nie wystraszyłem! Spokojnie. Nie przejmujcie się. Jeśli sytuacja opisana przeze mnie powyżej, doskonale odzwierciedla targające Wami uczucia, kiedy przychodzi ten „trudny moment”, to pragnę Was uspokoić. Naprawdę zaufajcie mi, że strach, lęk, czy jakkolwiek to cholerstwo nazwiemy, jest zawsze większe tylko w naszej głowie. W rzeczywistości zazwyczaj jest o wiele, wiele mniejszy. Oczywiście pragnę tutaj mocno podkreślić słowo „zazwyczaj”, bo jeśli ktoś jest lekkoduchem i idzie wspinać się na Mount Everest bez przygotowania, to faktycznie trochę może się przeliczyć. Nie wspominając już o głupocie. Przykład jest oczywiście mocno przerysowany, ale odpowiednio ilustrujący zachowanie niektórych osób, które mają w charakterze zapisany gen „bagatelizowania wszystkiego”.

Właśnie przed tym pragnę Was też uczulić. Nie chodzi o to, że macie wszystko umniejszać i nie odczuwać strachu wcale! Nie! Lęk też ma swoje miejsce w naszym życiu. To on często powoduje ten przyjemny dreszczyk emocji, który rozlewa się po naszym ciele, gdy przed nami rozciąga się wizja, trudnego wyzwania. Kojarzycie to powiedzenie – „zastrzyk adrenaliny”? A jak myślicie, skąd się to bierze? Bo przecież nie z siedzenia w bezpiecznym schronie, prawda?

Lęk to naturalny odruch.

Myślę, że samo uczucie strachu jest zapisane w naszych korzeniach od dawien dawna. Śmiem twierdzić, iż jest to naturalny ludzki odruch, który zapewnia nam niejako przetrwanie. Kiedyś mógł być on zestawiany w stosunku do czyhającego w zaroślach zagrożenia ze strony drapieżnika. Natomiast teraz odnosi się on do codziennych, życiowych sytuacji, jak chociażby przebieganie przez ulicę, po której jeżdżą rozpędzone auta.

lęk

Jak widzicie strach, ma też swoje plusy i nie można go demonizować! Gdyby nie on, prawdopodobnie zginęlibyśmy bardzo szybko.

Ktoś mógłby teraz powiedzieć, że to wszystko rozumie, że wie, o co mi chodzi, ale on i tak się boi. Co ma zrobić? Nie wiem. Naprawdę. Mogę Ci tylko drogi czytelniku zasugerować, że odpowiedź jest w Tobie i raz jeszcze mogę podkreślić, że tak naprawdę to Ty sam tworzysz te wielkie macki, które składają się na lęk przed czymś. Jestem święcie przekonany, że nieważne, o czym mówimy, to ten strach, jaki widzimy, jest w przeważającej części wytworem naszego umysłu.

Bierze się on z nieustannego analizowania sytuacji, która przecież jeszcze nawet się nie wydarzyła! Gdybamy i wiecznie zastanawiamy się, co będzie, zamiast skupić się na tym, co faktycznie jest. Przecież skąd możemy mieć pewność, jak zareaguje nasza mama o nieślubnym dziecku? Albo, w jaki sposób możemy być pewni, co się wydarzy, kiedy przystąpimy do trudnego biegu, skoro jeszcze nawet nie usłyszeliśmy strzału startera? Pamiętajmy proszę, że to wszystko to tylko nasze myśli, które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. To my sami zasnuwamy sobie umysły tę czarną mgiełką strachu i sami wprowadzamy się w posępny nastrój, swoim nastawieniem. Dopóki, czekające nas wyzwanie nie stanie się faktem, nie mamy pewności, co się w istocie stanie. Możemy tylko gdybać, ale zamiast tego, proponuję po prostu poczekać i przekonać się na własnej skórze, czy nasze przypuszczenia były prawdziwe.

(Uwaga, spoiler!)

Zazwyczaj nie są.

Strach ma tylko wielkie oczy.

strach ma tylko wielkie oczy

Zauważcie, że sam strach i wieczne przejmowanie się, nic Wam tak naprawdę nie da. Bo co Wam z tego, że staniecie jak sparaliżowani przed czekającym was wyzwaniem? Co Wam z tego, że przez kilka dni będziecie chodzili wiecznie markotni i smutni? Czy to pomoże Wam w jakiś sposób osiągnąć Wasz cel? No nie! Nie dość, że to Wam nie pomaga, to także nie jest to coś, co musi się wydarzyć.

Naprawdę rozumiem ten lęk, w jaki wpadamy. Strach towarzyszy nam na co dzień i wątpię, czy można się go całkowicie wyzbyć. Można go jednak trochę ujarzmić i do tego Was wszystkich właśnie zachęcam. Nie bójcie się! Strach ma tylko wielkie oczy i nic poza tym! A Wy macie ogromne umysły, które z łatwością mogą go pokonać.

Wykorzystajcie je!

Dla wielu waga ciała jest niczym święty Graal. Ludzie uzależniają od niej wiele swoich działań i paradoksalnie utrudniają sobie drogę do celu. Tak naprawdę poprawa parametrów swojego ciała jest bardzo prosta. Zaczynamy jeść zdrowiej i odpowiednio do naszego celu, do tego dodajemy właściwy trening, i gotowe. Nie potrzeba wielkiej filozofii, aby schudnąć, przytyć, uwypuklić mięśnie lub poprawić wytrzymałość. Zasadniczo wszystko lub większość, sprowadza się do odpowiedniego żywienia, treningu oraz nastawienia.

Czasami problemem bywa kontrola własnych postępów, ale mam nadzieję, że wcześniejszym napisanym przeze mnie tekstem (Znajdziecie go TUTAJ! Nie ma za co!), rozwiałem już Wasze wątpliwości. Wydawać by się mogło teraz, że wszystko zostało powiedziane i nie pozostaje nic innego, jak tylko życzyć powodzenia i z przyjemnością obserwować drogę do spełniania marzeń.

waga ciała

Niestety nie zawsze tak jest. Chciałbym, aby dzisiejszy tekst skupiał się na czynniku, do którego bardzo niesłusznie zbyt mocno się przywiązujemy. Również emocjonalnie.

Waga ciała jest przereklamowana?

Waga ciała to czynnik bardzo ważny. Daje nam pewne wskazówki oraz informacje, jak zmienia się nasze ciało i co powinniśmy robić, aby zapobiec negatywnym zjawiskom. Jednak bardzo często jest to mechanizm bardzo przereklamowany i zdecydowanie zbyt popularny. Ważenie się jest pierwszym zachowaniem, z jakim mamy styczność, kiedy rozpoczynamy modelowania swojej sylwetki. Co więcej! Waga ciała jest z nami niemalże od początków naszego życia i nie pozwala o sobie zapomnieć. Nawet jeśli my sami wyplenimy ją ze swojej głowy, to zaraz ktoś nam o niej przypomni.

Albo zrobi to mama, która stwierdzi, że chyba musieliśmy przytyć, bo spodnie są za ciasne. Albo ciocia, która odwiedza nas raz do roku i twierdzi, że policzki mamy jakby pełniejsze. A może koledzy ze szkoły, którzy żartują, widząc naszą zdecydowanie niezbyt dobrą kondycję. Te wszelkie uwagi, opinie i komentarze dotyczące wyglądu, zazwyczaj sprowadzają się do wagi ciała i są z nią mniej lub bardziej powiązane. Sami bardzo często głosimy tego typu mądrości, a potem z wielkim zdziwieniem obserwujemy, jak wiele osób płacze, kiedy tylko zobaczy kilogram na wadze więcej.

To nie tajemnica, że wiele osób utożsamia swoje zachowanie oraz emocje, właśnie z wagą swojego ciała. Posunę się nawet do stwierdzenia, że czasami wiążemy z nią swoją samoocenę. Nie muszę chyba mówić, iż jest to zjawisko bardzo złe i niesamowicie destrukcyjne, prawda? Uzależniać od kilku cyferek obraz samego siebie jest czymś chorobliwie nieodpowiedzialnym. Człowiek jest istotą złożoną i w swojej naturze tak piękną, o tak niezliczonej ilości talentów, że sprowadzanie go do jednej wartości, byłoby największą głupotą, jaką może znać świat. Niestety bardzo często tak właśnie postępujemy.

Nie doprawiajmy ideologii do kilku cyferek.

Budzimy się rano. To kolejny dzień kształtowania sylwetki. Jednak to nie jest zwykły dzień. To jest ten dzień, kiedy wchodzimy na wagę i się ważymy. Już samo takie pojmowanie sprawy i czynienie z dnia ważenia się, wielkiego wydarzenia bywa bardzo uwłaczające, jednak zazwyczaj nie zdajemy sobie z tego sprawy. Patrzymy w lustro i widzimy poprawę. Ciało przyjemnie się zmienia na lepsze. W głowie same pozytywne myśli. Uśmiech na twarzy. Żyć, nie umierać! Cali w skowronkach idziemy do łazienki. Sięgamy po wagę, i chwilę na nią patrzymy. Bierzemy głęboki oddech, a potem na nią stajemy. Wpatrujemy się w nią kilkanaście sekund i nie wierzymy.

Przytyliśmy! Jak to możliwe?

Nagle pojawia się złość. Smutek i rozgoryczenie przelewa się przez nasze ciało, a po wcześniejszym świetnym humorze nie ma już śladu.

frustracja

Co się stało? Oto jest właśnie idealny przykład, jak kilka mało znaczących cyferek właśnie popsuło nam cały dzień, bo uzależniliśmy się od tego, co nam pokażą. W efekcie nie tylko podejmujemy błędne decyzje w procesie kształtowania sylwetki. Także całe nasze życie nie jest spełnione, bo wiecznie obraca się wokół tego, ile ważymy. Nie muszę mówić, iż jest to zjawisko zwyczajnie chore i zakrawające na obsesję.

Bycie zdrowym to nie tylko masa ciała.

W gruncie rzeczy waga ciała nie jest wcale najlepszą formą kontroli postępów. Pisałem już o tym fakcie w innym artykule, jednak i teraz pokrótce o tym wspomnę. Przede wszystkim waga ciała ma jedną, bardzo dużą wadę. Nie bierze pod uwagę kompozycji ciała. To znaczy, dla niej nie ma żadnego znaczenia, czy stanie na niej stukilogramowy kulturysta o zawartości tkanki tłuszczowej w ciele, w granicach 10%, czy Pan Kowalski o tej samej wadze, którego brzuch uniemożliwia mu odczytanie wyniku. Oprócz tak przyziemnych wartości, waga ciała nie sprawdzi, jak się czujemy, jaki jest stan naszego zdrowia i jak wyglądamy w rzeczywistości. Oczywiście, że może nam pewne rzeczy sugerować i nie twierdzę, że powinniśmy się jej pozbywać na zawsze. Jednak zwyczajnie proszę o odrobinę zdrowego rozsądku. Zaniechajmy sprawdzania swoich efektów tylko za pomocą tego jednego czynnika. Jeśli mamy do niego nieodpowiednie nastawienie, to tylko zrobimy sobie krzywdę.

Trudno się temu dziwić, że w naszej kulturze waga ciała została obdarzona tak wielkim kultem. Wszędzie się o niej mówi i spotykamy ją na każdym etapie naszego życia. Poniekąd jesteśmy do niej przywiązani. Wiele młodych osób w szkołach porównuje się do siebie właśnie za pomocą wagi ciała. Oczywiście jest to absurdalne, ale niestety prawdziwe. W ten sposób otrzymujemy osoby tęższe, które czują się gorsze i skrzywdzone. Tym samym spotykamy się następnie z zaburzeniami odżywiania i poważnymi problemami, jak anoreksja, czy bulimia w wieku późniejszym. Śmiem twierdzić, że wiele chorób dotyczących żywienia i nieodpowiedniego jego postrzegania, bierze się z ludzkich chęci do jak najmniejszej wagi ciała. Niekoniecznie do jak najlepszej sylwetki.

Waga nie powinna mieć nad nami kontroli.

Niestety niewiele osób, które wpadły w sidła nieustannego kontrolowania wagi ciała, jest w stanie zauważyć, iż masa ciała nie ma większego znaczenia. Ona nie tylko zmienia się na przestrzeni dnia lub tygodnia, niezależnie od nas, ale także nie mówi nam kompletnie nic o tym, jak zmienia się nasze ciało. Tym sposobem otrzymujemy skrajne wychudzone kobiety lub mężczyzn, którzy twierdzą, że są nadal zbyt grubi, bo waga nie jest tak idealna, jakby tego pragnęli… Ludzie pogrążeni we władzy wagi, nie myślą racjonalnie. Wszystko, co robią, uzależniają od tych kilku cyferek i to jest chore, choć staram się to zrozumieć. To swoisty rodzaj uzależnienia, z którego wcale nie tak łatwo wyjść i myślę, że wiem, co mówię.

Swego czasu potrafiłem ważyć się kilka razy dziennie. Każde ważenie się było równoznaczne ze zmianą nastroju. W końcu wszędzie pojawiała się inna liczba, a ja uzależniałem od niej swoje zachowanie. I w ten sposób potrafiłem budzić się rano wesoły, aby tuż po wejściu na wagę stać się smutnym. Potem okazywało się, że waga jednak nie jest taka duża i tryskałem energią, której notabene nie miałem zbyt dużo. W końcu ile można jej mieć, kiedy jest się wyczerpanym, prawda? Najlepsze było ważenie się po ciężkim treningu. To było głupie i nielogiczne, ale moja psychika tego pragnęła. Wiecie dlaczego? Bo wraz z treningiem pociłem się, a tym samym waga mojego ciała spadała. Gdybyście tylko widzieli tę moją radość, kiedy widziałem ten dziwny spadek wagi! Oczywiście trwała ona tylko do kolejnego pomiaru, gdzie ta waga wracała już na właściwe tory.

Chore? Głupie? Psychiczne? Coś w tym pewnie jest. Jednak zanim wydamy osąd, pomyślmy, że w ten sposób może żyć wiele osób, które z jednej strony pragną się uwolnić, ale z drugiej są niezwykle kuszeni przez to piekielne urządzenie.

To ile ważysz, nie determinuje tego, jakim człowiekiem jesteś.

Waga ciała jest parametrem ważnym, ale nie najważniejszym. Nie możemy uzależniać od niej całej naszej sylwetkowego podróży. Jest o wiele więcej, lepszych form, kontroli postępów. Kształtowanie sylwetki nie musi się wcale sprowadzać do ciągłego kontrolowania masy ciała! Pragnę także nadmienić, że jeśli waga ciała nie powinna mieć ogromnego udziału w zmianie sylwetki, tak na pewno nie powinna ona stanowić ważnego punktu w naszym codziennym życiu! Zupełnie niewłaściwym zachowaniem jest uzależnianie swoich zachowań od jednej, na dodatek zmiennej liczby! Równie dobrze możemy powiedzieć naszej mamie lub komukolwiek bliskiemu, że zrywamy z nim kontakt, bo nie jest tak „szczupły”, jak byśmy tego chcieli! Masa naszego ciała nie może dyktować nam warunków. Zarówno w tym, jak się zachowujemy względem siebie oraz względem innych ludzi. Tak samo, jak nie można oceniać innych osób po tym, jak wyglądają, tak nie możemy oceniać swojej wartości po tym, ile ważymy.

ćwiczenia

Zrozummy proszę, że nieważne, czy waga pokaże nam 50, 70, czy 90 kilogramów, My nadal jesteśmy człowiekiem. Piękną istotą o niezliczonej ilości talentów i możliwości, która może zmieniać świat. Róbmy to więc, zamiast skupiać się tak trywialnej rzeczy, jak waga ciała! Nie nawołuję do obżerania się i zaniechania pracy nad sylwetką. Pragnę tylko zwrócić waszą uwagę, że nie warto być niewolnikiem tego jednego, małego urządzenia.

Pracujmy więc nad sobą. Zmieniajmy siebie i świat, ale przestańmy skupiać się na wartości, która w ogólnym rozrachunku nie ma nawet większego znaczenia w procesie kształtowania sylwetki, a co dopiero w życiu. Przecież życia nie można sprowadzić do zaledwie kilku cyferek, prawda? Dlatego przestańmy je podporządkowywać tej jednej wartości i zacznijmy w końcu żyć tak, jak zostaliśmy do tego przewidziani. Czyli godnie i dumnie reprezentując ludzki gatunek!

Powiedzenie „mierz wysoko” brzmi banalnie. Jednak dla mnie jest to tylko wyrażenie faktu, iż wszyscy mamy w sobie potencjał do realizacji marzeń. Nadal wygląda to zbyt pompatycznie? Nic na to nie poradzę. Mogę Was jedynie zaprosić do zapoznania się z tym tekstem, który rozwieje Wasze wątpliwości. Asekuracja podczas czytania go, nie jest wskazana!


Mam do Was wszystkich gorącą prośbę. Nie będzie to nic strasznego. Nie musicie nawet nic dla mnie robić. Zróbcie to dla siebie. Wiecie, o co mi chodzi? Żebyśmy wreszcie wszyscy zaczęli wykorzystywać swój ludzki potencjał i przestali sobie wiecznie umniejszać.

Raz już pisałem o tym, jak zbawienny wpływ na nasze życie może mieć stawianie sobie wyzwań, które z pozoru mogą być ponad nasze siły. Tym jednak razem chciałbym to wszystko umiejscowić w szerszym kontekście. Nie sprowadzać tego do jednej, konkretnej rzeczy lub docelowego zadania, ale do naszego całego życia.

Mierz wysoko.

Często można zaobserwować, jak na ogół siebie nie doceniamy. Stawiamy sobie cele, mamy plany, a nawet marzenia. Jednak wydaję mi się, że podchodzimy do nich wszystkich w sposób bardzo asekuracyjny. Zawsze w swoim umyśle znajdujemy jakieś małe „ale” lub nikłą przeciwność losu, która nie pozwala nam sięgać po to, czego prawdziwie pragniemy, bo sami się ograniczamy. Rozumiem, że możemy mieć wątpliwości i rozumiem lęk, który może nami kierować. To całkiem uzasadniony, ludzki odruch. Jednak naszym zadaniem – zadaniem ludzi, którzy pragną osiągać szczyty własnych możliwości – jest z nimi walczyć i nie poddawać się im.

mierz wysoko

Biorąc to wszystko pod uwagę, zazwyczaj ustalamy swoje cele oraz zadania na o wiele niższym pułapie, niż w rzeczywistości moglibyśmy osiągnąć. Myślę, że znaczną rolę w tym procesie odgrywa nasza wrodzona asekuracja. Na ogół wolimy delikatnie zaniżyć własne zdolności oraz umiejętności, byleby tylko poczuć się w miarę komfortowo. Sprowadza się to do tego, że kiedy mamy w sobie poczucie pewnego „zapasu” możliwości, czasu lub wiedzy, wtedy czujemy się o wiele bezpieczniej. Niestety prawdą jest także, że to właśnie wyjście z tej strefy komfortu i bezpieczeństwa daje nam spełnienie największych marzeń.

Te dwa aspekty niewątpliwie się wiążą. Mierzenie wysoko, gdzie tak naprawdę nie wiemy, czy podołamy, ani co spotkamy za następnym zakrętem, oznacza kompletne wyjście ze swojej strefy komfortu. Fakt – może nam wtedy towarzyszyć stres. Również mniejsza pewność siebie i ogólne poczucie delikatnego zagubienia będzie obecne. Jednak można rzec, iż jest to ryzyko wpisane w to działanie. Przecież, jak już to wielokrotnie podkreślałem – dążenie do największych marzeń to nie sielanka. Właśnie między innymi poprzez robienie czegoś, co nasz umysł postrzega jako niekomfortowe, a nawet zagrażające jego ciepłemu kącikowi w głowie, gdzie nie musi zanadto głowić się nad nowymi trudnościami i problemami.

Wrodzona asekuracja.

Bardzo często, kiedy ustalamy własne cele, kieruje nami asekuracja. Wolimy pozostawić sobie trochę „zapasu”, aby poczuć się bezpieczniej. Nie neguję tego ani nie podważam, bo nie twierdzę, że jest to coś złego. Zwracam tylko Waszą uwagę na aspekt, że na ogół świadomie i celowo zostawiamy sobie pewien bufor komfortu, aby tylko odczuć większą pewność.

Dość ciekawym zjawiskiem jest nasze ogólne podejście do rozmiaru celów, jakie sobie stawiamy. Myślę, że jest naprawdę liczne grono osób, które niewłaściwie podchodzi do tych zamiarów, które są zdecydowanie dalej i wyżej niż wszystkie inne. W takich chwilach postrzegamy je jako coś nieosiągalnego. Robimy to, bo jesteśmy przyzwyczajeni do zadań z „niższej półki”, które nie kosztują nas aż tak wielkiego wysiłku i przede wszystkim – aż tak wielkiego poświęcenia.

asekuracja

Interesujące jest w tej materii także nazewnictwo, jakim się kierujemy. Spotkałem się już kilkukrotnie, że na zadania, które wydają nam się realne i w zasięgu naszej ręki, mówimy cele lub właśnie, po prostu zadania. Natomiast na to, co rysuje się dla nas jako coś odległego, trudnego, z wieloma nieprzewidzianymi trudnościami po drodze, mówimy – marzenia lub plany. Jestem pewien, że robimy to podświadomie. Aczkolwiek jestem także przekonany, że w ten sposób otrzymujemy ludzi, którzy mogą realizować swoje mniejsze i poboczne „zadania”, ale nigdy nie zbliżą się nawet do swoich „marzeń”.

Czy ma na to wpływ stosowane nazewnictwo? Czy jeśli przestalibyśmy traktować marzenia jako coś odległego, a zaczęli rozpatrywać w kategoriach „zadania” lub „celu”, to moglibyśmy je szybciej osiągać? Nie mam absolutnie żadnego pojęcia na ten temat i nie chcę wysuwać żadnych wniosków. Pozostawiam to do waszych własnych, indywidualnych przemyśleń. Zastanówcie się nad tym.

„Tylko wysokie szczyty są warte wspinaczki!” – Andrzej Ziemiański „Pomnik Cesarzowej Achai”.

Porażka – ludzka smycz przed działaniem.

Kolejnym czynnikiem, który powstrzymuje nas przed mierzeniem wysoko w swoim działaniach oraz próbie ich realizacji, jest porażka. Nie chodzi mi o sam lęk przed nią, ale o niewłaściwe podejście do niej. Nie trudno wydedukować, że dla wielu z nas porażka jest czymś złym. To zdrowe podejście i myślę, że całkiem trafne. Jednak nie da się także ukryć, że porażka jest nierozerwalnie związana z naszym życiem. Myślę więc, że im wcześniej ją zaakceptujmy i im wcześniej nauczymy się z nią sobie radzić, tym lepiej.

Zmierzam do tego, że boimy się mierzyć wysoko, bo zwiększa to szanse niepowodzenia. To dość naturalne. Im wyżej jesteś, tym z większym hukiem możesz spaść. Jak już ustaliliśmy – nie lubimy niepowodzeń, bo widzimy w nich wyłącznie coś negatywnego i wręcz potwornego. Z tego więc powodu podświadomie wybieramy te ścieżki rozwoju, które zapewniają nam, choć odrobinę większe poczucie komfortu, a tym samym mniejszą szansę na odniesienie porażki.

Niestety to błędne rozumowanie. Faktycznie, że im wyżej zaszliśmy, tym mocniej możemy upaść, ale kto powiedział, że musimy upaść na samo dno? Stosując plastyczny język, wyobraźmy sobie, że wspinamy się na taki Mount Everest naszych możliwości. Szczyt szczytów. Jesteśmy na wysokości 7000 metrów nad poziomem morza i nagle tracimy grunt pod nogami. Coś nam nie wyszło. Błędna decyzja. Zdrada bliskiej osoby. Cokolwiek. Wszystko się jednak sprowadza do tego, że po prostu…

Spadamy.

Jednak nie musimy przecież spaść na sam dół, będąc sponiewieranymi przez ostre lodowcowe kły, prawda? Po drodze jest wystarczająco wiele półek skalnych i szczelin, które mogą nas ocalić. I na ogół tak jest. Oczywiście metaforycznie, bo dosłownie, odpadnięcie od ściany Mount Everest na tej wysokości… Nie chcę sobie tego nawet wyobrażać.

potencjał

Chodzi o to, że spadając z naszego życiowego szczytu, możemy wylądować na wysokości 4000 metrów lub 5000 metrów. Spadliśmy więc. Delikatnie się cofnęliśmy, ale czy to w istocie była porażka? Czy w ten sposób nasz potencjał spadł razem z nami? Teraz zastanówcie się przez chwilę nad tym, co Wam napiszę.

Zlecieliśmy z naszej własnej góry, do której szczytu zmierzaliśmy, ale nadal jesteśmy wysoko. O wiele, wiele wyżej, niż gdybyśmy od samego początku mierzyli w zdobycie szczytu Tatr, czy Karkonoszy. Tam, po dotarciu na wysokość 1600 metrów, 2000 metrów, czy nawet 2600 metrów, odnieślibyśmy zwycięstwo! Ależ bylibyśmy szczęśliwi! Jednak, co z tego, jeśli do granicy naszych możliwości byłoby jeszcze daleko, a my nadal bylibyśmy niżej, niż po pozornej „porażce” na ścianie Everestu?

„Celuj w księżyc, bo nawet jeśli nie trafisz, będziesz między gwiazdami.” – Patrick Süskind 

Nie zdobędziesz Everestu, wspinając się na Śnieżkę.

Zauważcie, że czasami mierzenie wysoko i nawet nieosiągnięcie końcowego szczytu może dać nam więcej, niż to pozorne zwycięstwo znajdujące się zdecydowanie poniżej naszych możliwości. Przykro więc obserwuje się ludzi, którzy żyją właśnie w ten sposób. Kieruje nimi asekuracja oraz chęć wiecznego poczucia komfortu. Cokolwiek robią, zawsze zostawiają sobie bufor czasu i umiejętności na – jak to nazywają – nieprzewidziane wypadki lub „na czarną godzinę”. Jeszcze raz to podkreślę, że nie uważam, iż jest to złe. I tacy ludzie są na tym świecie potrzebni. Stanowią oni miłą równowagę do innych szaleńców, którzy nawołują do wspinania się na Everest, mierzenia wysoko, stawiania sobie ogromnych wyzwań, etc. …

Znacie takich delikwentów?

Bądźmy proszę ze sobą szczerzy. Musimy sobie uświadomić, że tylko Ci, którzy nie boją się mierzyć wysoko, wyznaczać sobie granice rozwoju o wiele wyżej niż dotychczas, mogą w istocie spełnić swoje wielkie marzenia. Bo o nich tutaj mówię. O ludziach, którzy marzą o Evereście, ale nieustannie celują w Rysy albo Śnieżkę. Rozdźwięk między tymi dwoma szczytami, zarówno pod względem metaforycznym, jak i dosłownym, jest nie do opisania. Dlatego więc nie widzę sensu w okłamywaniu samych siebie. Albo naprawdę chcemy mieć cały świat pod swoimi stopami, albo zadowalamy się półśrodkami. Każda z tych opcja jest na swój sposób dobra, ale chodzi o to, aby być zgodnym z sobą.

Skoro marzymy o Evereście, to niech Everest będzie naszym celem. Naszym księżycem, o którym pisał Patrick Süskind. Bo nawet jeśli nam się nie uda, to i tak możemy być wyżej, niż gdybyśmy od samego początku mierzyli w niższe, łatwiejsze szczyty.

„Ponad gór omglony szczyt
Lećmy, zanim wstanie świt,
By jaskiniom, lochom, grotom
Czarodziejskie wydrzeć złoto!” 

J.R.R. Tolkien „Hobbit, czyli tam i z powrotem”.

Masz w sobie większy potencjał, niż Ci się wydaje.

Nie bójmy się mierzyć wysoko. Wykorzystujmy w pełni nasz ludzki potencjał. Niech nieustanna asekuracja przestanie nami kierować. Bądźmy w pewnym stopniu aroganccy i nie miejmy obaw przed stawianiem sobie celów, które początkowo wydają nam się nierealne i awykonalne. Choć raz spróbujmy pozbawić się buforu bezpieczeństwa, jaki ze sobą zawsze zabieramy podczas wspinaczki na metaforyczny szczyt. Zobaczmy, jak to jest poczuć w sobie zastrzyk adrenaliny i nie wiedzieć, co czeka nas za następnym pagórkiem. Niech owieje nas chłodny dreszczyk emocji i podniecenia, wynikający z robienia czegoś pozorne niemożliwego!

A jeśli kieruje Tobą lęk przed upadkiem i strach przed porażką, to zrozum drogi czytelniku, że nie zawsze musisz spaść na samo dno. Bardzo często możesz zatrzymać się wyżej, niż mógłbyś dojść, gdybyś nie mierzył tak wysoko. Mierzyć wysoko zwyczajnie warto. Choćby po to, aby uczcić ogromny potencjał, którym dysponujemy. Wszyscy mamy w sobie ogromne pokłady siły. Problem w tym, że boimy się ich użyć.

Lato odchodzi w zapomnienie, a do Polski zaczyna wkraczać jesień, a tuż po niej zima. Pogoda zmienia się na naszych oczach. Powoli i nieubłaganie zbliżają się te dni, w których słońca będzie jak na lekarstwo. Nadchodzi taki czas, kiedy krótkie spodenki, zwiewne sukienki i trampki, będziemy musieli zamienić na długie płaszcze, ciepłe swetry i rękawiczki.

Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem w swoich rozważaniach bardzo sprzeczny. Kiedy za oknem nieustannie leje, a pogoda nie zachęca do wystawienia nawet czubka nosa za drzwi, pragnę słońca i ciepła. Kiedy mróz na zewnątrz sięga minus dwudziestu stopni, marzę o lipcowym upale. Natomiast, kiedy faktycznie kolejny tydzień z kolei, podczas letniego skwaru rozpływam się w domu, po cichu liczę na ochłodzenie i chociaż delikatny deszczyk z nieba.

Nie widzę w tym za grosz logiki, ani żadnego sensu, ale człowiek jest na tyle sprzeczną istotą, że przestało mnie to już dziwić. Myślę, że po prostu pragniemy bardziej tego, czego mieć obecnie nie możemy. Ot, taka mała refleksja.

Powitajmy jesień!

jesień

Kiedy za oknem nadal niepodzielnie panowało lato, marzyłem o ochłodzeniu. Wybaczcie. Moje modły zostały wysłuchane. Jesień wkroczyła na salony! I to od razu z ogromnym przytupem! Bo jak wytłumaczyć fakt, że podczas porannego biegania pod wiatr, żałowałem, że nie ubrałem ciepłych, zimowych rękawiczek? Poza tym obłok pary, wydobywający się z ust tuż przed siódmą rano i mroźne powietrze, nie jest zapowiedzią upalnego dnia, prawda?

Było lato. Przyszła jesień, a potem nadejdzie zima. Tego zmienić nie możemy. Myślę, że i tak powinniśmy głęboko w duchu dziękować za to, że żyjemy w takim klimacie, w którym omijają nas wszelkie ogromne powodzie, tornada, huragany i inne klęski żywiołowe, o których na co dzień możemy usłyszeć z mediów. Trudno nie zgodzić się z faktem, że Polska leży w miejscu w miarę bezpiecznym pod względem występowania niekorzystnych warunków atmosferycznych. Nawet w ostatnich latach zima, stała się jakby mniejsza i zdecydowanie spuściła z tonu, choć według mnie, ona akurat mogłaby być zdecydowanie bardziej mroźna! Przede wszystkim w okolicach świąt Bożego Narodzenia!

Zauważyłem jednak nawet po sobie, że wraz z odejściem w zapomnienie krótkich spodenek i koszulek bez rękawów, chowamy głęboko do szafy także swój dobry humor. Zwłaszcza w tych pierwszych dniach, zwiastujących jesień. Ulewne deszcze, ponura aura i chłód, który nadchodzi po upalnym lecie, może przyprawiać o depresję i czasami trudno się temu dziwić. Przyzwyczajeni do długich, letnich dni i ciepłych wieczorów, zwyczajnie nie jesteśmy przygotowani na to, co ma nadejść. Nie mam tutaj jednak na myśli przygotowania fizycznego, ale mentalnego. Nadal myślami błądzimy i krążymy wokół wakacji oraz lata. Nie chcemy zaakceptować faktu, że ono – tak samo, jak nasze letnie ubrania – odeszło i nie wróci wcześniej, niż za rok. Czy tego chcemy, czy nie – taka jest Polska rzeczywistość.

natura

Jak pogoda determinuje nasze zachowanie?

Parę dni temu sam złapałem się na tym, że podnosząc leniwie powiekę oka i zerkając przez okno, poczułem się jakby trzydzieści lat starszy. Nagle wszelkie niewinne i małe problemy przybrały rozmiar ogromnych tworów. To, co mnie cieszyło jeszcze kilka dni temu, teraz stało się mało wartościowe, przytłoczone przez problemy. Wyzwania, które na mnie czekały, zaczęły przygniatać mnie swoją siłą. A przecież jeszcze jakiś czas temu bez problemów potrafiłem je udźwignąć.

– Co się, więc ze mną stało? – zapytałem siebie.

Najlepsze w tym wszystkim jest to, że nic. Kompletnie nic się ze mną nie stało, ani nic się nie zmieniło. Nadal miałem dwadzieścia lat i to samo życie, które miałem jeszcze ubiegłego dnia. Jedynym czynnikiem, który na mnie wpłynął tak negatywnie, było to, co ujrzałem za oknem. Deszcz, silny wiatr i zimno, które potrafiłem poczuć pomimo zamkniętego okna. Lato odeszło, przyszła jesień. Wraz z nią przybyło do mnie wiele problemów i trudności, które w rzeczywistości nie miały żadnego prawa bytu.

Zrozumiałem wtedy, że to tylko moje niewłaściwe nastawienie i postrzeganie tego, co mnie otacza, sprawiło, że poczułem się gorzej. Wcale nie pogoda. Przecież ona może być taka, jaka tylko chce być. Tylko moje nastawienie do niej, warunkowało mój humor. Jeśli uważacie, że deszcz i chłód wpływa tak samo źle na wszystkich, to powiedzcie to ludziom, którzy w deszczu potrafią bawić się jak małe dzieci, skacząc w największe kałuże. Albo osobom, które lubią romantyczne spacery, pośród kropelek jesiennego deszczyku.

deszcz

Wszyscy jesteśmy ludźmi i bardzo się od siebie różnimy. Również postrzeganiem pogody, która akurat w danym momencie rozciąga się nad naszymi głowami. To dość naturalne, że kiedy króluje lato, raczej się cieszymy i uśmiechamy. O poranku budzą promyki słońca, a my jesteśmy pełni życia. Odwrotnie ma się sytuacja, kiedy wstajemy rano, a tam nie lato, a jesień. Czyli szaro, buro i ponuro.

Deszcz to nie pora na depresję.

Czy możemy cokolwiek zrobić, aby to zmienić? Wątpię. Chyba, że wiecie, jak można manipulować pogodą, wtedy chętnie Was wysłucham! Jednak do momentu, kiedy nie poznacie tych tajników, pozostaje nam tylko jedno…

Zaakceptujmy pogodę taką, jaką jest. Leje deszcz? Trudno. Wezmę parasol. Wieje silny wiatr? Szkoda, ale ubiorę cieplejszą kurtkę. Ponuro i smutno na zewnątrz? Może i tak, ale przecież szczęście bierze się ze mnie, a nie z tego, co mnie otacza. Właśnie o to chodzi w moich rozważaniach i do tego zmierzam. Uważam, że zdecydowanie zbyt mocno uzależniamy się od temperatury, porywów wiatru, czystości nieba i innych czynników, które w gruncie rzeczy stanowią tylko dodatek do naszego życia. Pewnie, że trudno wyobrazić sobie życie na świecie, gdzie królowałaby tylko jesień. Każdy z nas zapewne by zwariował, ale na szczęście nie musimy się o tym przekonać. Może i lato się skończyło, a wraz z nim ciepło, ale teraz nastała jesień. Pora roku, jak każda inna.

pogoda

Dlaczego więc tak wielu ludzi, kiedy tylko słyszy jesień, od razu przełącza się na tryb „czuwania” i wiecznego utyskiwania na wszystko, co go otacza? To przecież bez sensu. Wiosna, lato, jesień, zima… Co za różnica? To nadal życie, którym możemy żyć bez względu na wszystko. Nadal jesteśmy tacy sami i nadal możemy robić to, co robiliśmy do tej pory. Oczywiście, że bieganie letnim porankiem jest o wiele przyjemniejsze i łatwiejsze, niż bieganie jesiennym wieczorem, ale przecież nadal możemy to robić. Kwestia wyboru i gustu.

To tylko kolejna pora roku.

Jednak na ogół postępujemy odwrotnie. Kiedy pojawia się pierwszy dzień słoty – my nagle chowamy się i jakby zapadamy się w sobie. Płaczemy, stresujemy się i generalnie pozwalamy, aby nasze smutki nas zjadły. Zupełnie niepotrzebnie! Czy wieje, czy pada, czy świecie słońce i czy jest upał, czy zimno – nadal mamy życie, które możemy rozgrywać według własnych upodobań. Szczęście, którego tak wszyscy bardzo pragniemy, nie bierze się z tego, jak wygląda pogoda, ale z nas samych. Dlatego to my jesteśmy odpowiedzialni za nasz stan emocjonalny, a nie meteorolodzy, którzy przewidzieli jesienną aurę.

aura

Naprawdę rozumiem, że jesień może być okropna. Długie wieczory, w których tylko pada. Wychodzisz do pracy – pada i ciemno. Wracasz z pracy – ciemno i pada. Ot, tak dla odmiany. Słońca jak na lekarstwo. Tak samo, jak ochoty na cokolwiek. Doskonale to rozumiem i naprawdę nie mam nic przeciwko ciepłemu kocykowi, kubkowi gorącej herbaty i dobrej książce. Ba! Ja to nawet polecam! Jednak nie można traktować niesprzyjającej nam aury, jako czegoś, co się przeczeka albo co gorsza – wymówki do smucenia się i popadania w depresyjny nastrój. Wątpię, aby znalazło się szerokie grono entuzjastów ponurej pogody, przyprawiającej o rozpacz, ale ja wam wcale nie każę kochać takiej aury! Zwyczajnie proszę o zaakceptowanie jej i zaprzestanie uzależniania od niej swojego nastroju.

Skoro potrafisz się śmiać latem, to śmiej się także jesienią lub zimą. Jeśli lato jest dla Ciebie okresem rozkosznych spacerów, to może kultywuj to nadal, kiedy nastanie jesień? Tak naprawdę wybór należy do Ciebie. To tylko kolejna pora roku, która niejako sztucznie wyznacza nasz życiowy rytm. Przestań więc przykładać do tego tak wiele swojej uwagi i zajmij się zwyczajnie korzystaniem z życia.

Wiosna, lato, jesień, zima. One wszystkie są piękne!

Takie właśnie jest życie. Ono nie patrzy na to, jaką porę roku mamy. Nie zwraca uwagi na temperaturę, ani jak wygląda pogoda za oknem. Może Cię tak samo brutalnie sprowadzić do parteru latem, kiedy aura jest piękna, jak i niesamowicie, pozytywnie zaskoczyć, w ponurą jesienną pogodę. Taka jest kolej rzeczy, na którą wpływu nie mamy i mam nadzieję, że nigdy mieć nie będziemy.

lato

„Bardzo wcześnie jest jesień. Coraz wcześniej słońce
Za jezioro z ołowiu w drżące spada trzciny.
Dzień jest po to, by sennie płynęły godziny,
A wieczór, by oglądać gwiazdy spadające.”

Jan Lechoń, Czerwone Wino

Pamiętajcie jeszcze, że w gruncie rzeczy, jesień, czy zima nie są wcale takie straszne. Przecież mroźnego zimowego dnia, w którym występuje przejrzyste niebo z wesoło świecącym słońcem, nie da się nie lubić! Tak samo, jak jesiennych barw, które skąpane w słońcu, mienią się w różnych, żywych kolorach! Albo to rześkie powietrze, tak przedziwnie czyste po letnich upałach, które łapczywie wciągamy do płuc! Prawdą jest, że zazwyczaj te „gorsze” pory roku widzimy tylko z perspektywy lata lub wiosny, ale może na moment oceńmy je tak, jak powinniśmy?

Jesień poprzez jesienność, a zimę poprzez zimowość?

Co Wy na to?

#kolejne artykuły