Planszówki i magia | worldmaster.pl
#

Tym razem wpis trochę mniej biznesowy, ale na pewno interesujący. Czy wiedzieliście, że istnieje teoria mówiąca o tym, że to właśnie gry dały początek wielu wierzeniom, kultom i praktykom religijnym, jak i magicznym? I nie, nie chodzi mi tutaj o pochodzenie kart tarota (które przecież swój początek miały w zwykłych kartach), ale o jedną konkretną grę, która odmieniła życie celtów oraz która do dzisiaj wprawia samozwańczych geomantów w zadziwienie. Przed Wami ukryta historia Moreski na Dziewięciu.

Jeśli nie wiecie, co to za gra, to nic dziwnego 🙂 W Polsce jest znana bardziej pod nazwą „Młynek”. W szczegółach opowiadam o niej tutaj:

I teraz wyobraźcie sobie to. W czasach późnej starożytności dochodzi do zderzenia kultur i cywilizacji. Mamy militarny i rozwijający się światowo od setek lat Rzym i mamy pozostających w lasach celtów. Cywilizacja zachodnia zderza się z mistyką lasu i tajemnicami druidów, którzy nie byli wcale tacy głupi. Brakowało im tylko dobrych matematyków, którzy posłużyliby się logiką.

Zamiast tego, Celtowie rozwijali swoją matematykę, astronomię i geometrię w ścisłym połączeniu z głęboką duchowością i wiarą w nadprzyrodzony porządek dziejów. Zgodnie z wieloma źródłami, Celtowie potrafili śledzić gwiazdy. Znali rozkład dni w ciągu roku i czcili (podobnie jak wcześniej wiele innych kultur) dni przesileń wiosennych i jesiennych, jak i pory roku. No i teraz zaczyna się zabawa. Postaram się Was przeprowadzić przez ciąg myślowy Celtów, żebyśmy tak jak oni zachwycili się Moreską, gdy przybyła w końcu do ich krain razem z rzymskimi legionistami.

Cykl słońca

Widzicie, celtycka ekipa z Francji, Anglii i Irlandii szybko zdała sobie sprawę, że przyroda działa w cyklach składających się mniej więcej z 4 okresów. Wiosna, lato, jesień, zima. Kto to zrozumiał mógł przygotowywać się na trudy zimy i wykorzystywać okazje w lecie. Podporządkowanie się cyklowi dawało większe szanse na przetrwanie. Było darem od bogów. Ale to nie wszystko, bo przecież nie tylko pory roku są cztery. Mamy też 4 kierunki. 4 kończyny. 4 żywioły. Generalnie, czwórka ma ogromne znaczenie w życiu całego świata. A wiecie, co jest geometrycznym idealnym odzwierciedleniem czwórki? Kwadrat. Foremny, czworoboczny kwadrat. Nic więc dziwnego, że takie kwadratowe rysunki zaczęły pojawiać się tu i ówdzie w domostwach celtyckich, na skałach i w jaskiniach:

młynek, gra, co to za gra

Ten akurat rysunek został znaleziony w Szwajcarii, ale podobne można było znaleźć na terenach należących do Celtów. Kwadrat w kwadracie, a pośrodku – człowiek

 

W jakiejś dziwnej, półmagicznej, a półnaukowej interpretacji świata Celtowie wierzyli, że człowiek jest pośrodku tych wszystkich czwórek. Zauważcie dodatkowo, jak bardzo przypomina to labirynt, w środku którego jest człowiek. Jeśli go znasz i ogarniasz i postępujesz wedle zasad  labiryntu czwórek- będzie Ci się w życiu powodzić. A od powodzenia nie daleko już do wszelkiego rodzaju przesądów i dobrych wróżb.

Wierzono zatem, że w czasie przesileń trzeba odprawiać różnego rodzaju tańce. Że trzeba wykonywać pewne rytuały, żeby odstraszyć złe duchy. Że dobre duchy lubią gdy wykonuje się czynności w taki, a nie inny sposób.

Rzymianie

I wtedy przychodzą Rzymianie.
Legioniści, którzy oprócz tego, że walczą i podbijają, to często i gęsto wchodzą w interakcje z okoliczną ludnością. A wiecie, co jest dobre do interakcji? Gry. I akurat Rzymianie mają taką jedną, którą podpatrzyli od Egipcjan. Nazywa się merellus, czyli gra ludźmi  i polega na ustawianiu pionów na planszy składającej się z wpisanych w siebie kwadratów. No co za piękny zbieg okoliczności!? 🙂

Symbolika

Celtowie szybko podłapali tę grę, która wpisała się w ich wierzenia i rozumienie świata. Tyle tylko, że u nich nie była to tylko gra. Był to symbol. Symbol oczyszczenia i ochrony przed złem. W centrum planszy znajdował się „święty kocioł życia”, czyli gotujący się chaos wydarzeń. Z niego rozchodziło się uporządkowane znaczenie. Narysuj coś takiego na drzwiach swojego domu, a ogarniesz sens swojego jestestwa i będziesz błogosławiony.

I wiecie, co? To nie jest tak, że tylko Celtowie tak myśleli. Podobne symbole, zupełnie jak podobne wersje tej samej gry, pojawiały się w różnych kulturach i cywilizacjach. Zawsze miały jednak dziwnie tożsamy wydźwięk. Projekt planszy jest święty. Jest magiczny. Jest mistyczny. Możesz dorysowywać kolejne kwadraty, tworząc z tego fraktale, a to cały czas będzie ta sama gra w młynek. No czy to nie jest niepojęta tajemnica świata?

Dla tych z Was, którzy interesują się mistycyzmem (a wiem, że tu jesteście i czytacie moje materiały… mimo, że nie są mistyczne normalnie, ale dzięki :)) polecam dwa źródła, które szerzej opisują ten fascynujący temat:

Pierwsza

Druga

A jeśli sami chcecie zagrać w Moreskę na Dziewięciu (Młynek) i doznać uczucia jedności z nieskończonością i zrozumienia sensu bytu 😛 W związku z tym zachęcam Was do skorzystania z mojego sklepu. Możecie kupić swoją wersję gry tutaj.

Dzisiaj konkretny wpis o 5 prostych grach korporacyjnych, które możecie wykorzystać w biurze, zwłaszcza jeśli Wasi pracownicy mają do wykonywania powtarzalne, często nieprzyjemne czynności (np. obsługa call center). Jedziemy!

konkretny wpis

1

Balls of Steel – Każda osoba w biurze zaczyna dzień posiadając 5 piłeczek (idealnie byłoby wykorzystać do tego szklane lub metalowe kulki. Ilekroć ktoś wykona swoje zadanie, np. umówi spotkanie z klientem, czy sprzeda jakiś produkt, może zabrać innej osobie jedną kulkę. Na koniec dnia zliczamy swoje kulki i wygrywa osoba, która ma ich najwięcej.

2

Tajemnicza koperta – Modyfikacja poprzedniej zabawy. Tym razem, na widocznym miejscu ustawiamy kilka szczelnie zamkniętych kopert. W jednej z nich jest ukryta nagroda, np. 100zł 😛 Ilekroć osoba z biura wykona dzisiejsze zadanie, może wziąć jedną kopertę z puli lub ukraść dowolną kopertę od kogoś innego z biura. Sztuczka polega na tym, że kopert nie można rozpakować, dopóki nie zakończy się dzień. Przez to nie wiemy do końca gdzie jest koperta, więc gracze celują, by mieć je wszystkie 🙂

3

Statki – Jako organizator gry, Twoim zadaniem będzie koordynacja wszystkiego podczas rozgrywki. Najpierw przygotuj plansze do gry w statki (siatka 10×10 pól) dla każdej osoby oraz jedną większą, a także tyle „statków” (mogą to być np. klocki lego) ilu pracowników masz w biurze. Następnie, każdy pracownik ustawia swoje statki w wybranych polach z Twoją pomocą, tak, żeby nie podglądać ustawień innych. Ilekroć ktoś wykona swoje zadanie, może strzelić w dowolne pole na planszy. Jeśli trafi – punkt dla niego! Jeśli nie – pudło! Trzeba poczekać na kolejną szansę.

pracownicy, nieprzyjemne czynności

4

Escape Room – Tym razem gra nie na rywalizację, ale na kooperację. Miałem okazję realizować kilkukrotnie escape roomy w biurowcach dla pracowników siedzących na co dzień przy biurkach. Okazuje się, że taki „mobilny” esc room to super odskocznia dla pracowników, która powinna zajmować nie standardową godzinę, ale 10-20 minut. Przygotowujemy wtedy jedną salkę konferencyjną tak, by prezentowała temat escape roomu. W moich historiach robiliśmy np. gabinet Kopernika, czy biuro CERN, i zagadki, które mają zróżnicowany poziom trudności. Oczywiście, wszystko wymaga wcześniejszych projektów i przygotowań, ale naprawdę warto się postarać. Kiedyś postaram się zrobić o tym oddzielny materiał, a na razie jeśli ktoś chciałby zrobić u siebie w biurze escape room, to zapraszam do kontaktu.

5

WYSPA – Pracownicy „lądują” na Latającej Wyspie. Ich imiona zostają zapisane na samoprzylepnych karteczkach. Przed nimi seria codziennych zadań do wykonania. Ten, kto wykona ich najwięcej ma szansę na pokonanie innych i wygraną! Szczegóły możesz poznać tutaj.

Powyższa lista jest komplementarną do materiału wideo, który ostatnio zrobiłem. Odpowiadam w nim na pytanie jakie grywalizacje i gry można wykorzystać w związku przy dzieleniu się codziennymi obowiązkami:

https://youtu.be/UISS7NFvbHY

Ostatnio mieliśmy okazję z żoną i znajomymi odwiedzić Lubelskie Targi Piw Rzemieślniczych. Bardzo fajna impreza i bawiliśmy się przednio. Niemniej, nie oznacza to, że nie dałoby się tego wydarzenia nieco usprawnić…

W tym filmie zapraszam Was do wysłuchania mojej opinii i propozycji dotyczącej tego, jak można zwiększyć zaangażowanie gości targów, a także konferencji, za pomocą małej sztuczki grywalizacyjnej. Zapraszam 🙂

Lubelskie, Targi Piw Rzemieślniczych, usprawnić, bawiliśmy się przednio

Dziś chciałem podzielić się z Wami historią grywalizowanego napadu, o którym przeczytałem w książce Marka Wałkuskiego „To jest napad!”. Pan Marek opisuje tam najciekawsze przypadki napadów na banki w USA i właśnie jeden z nich jest interesujący na tyle, że postanowiłem go Wam przybliżyć. Dlaczego? Ano dlatego, że ktoś zamienił napad na grę. Oczywiście, nie taką fajną i kolorową, było bardziej w stylu zagadek Riddlera z Batmana, ale po kolei. A historia zaczęła się…

…w 2003 roku, gdy niejaki Brian Wells o lasce wszedł do banku PNC w Erie w Pennsylwanii. Od pracownicy na kasie zażądał 250tys. dolarów i polecił, by się spieszyła, bo ma na to 15 minut. Każda chwila opóźnienia spowoduje detonację bomby, którą Brian miał na sobie. A Brian miał ją na obręczy przytwierdzonej pod koszulką do swojej szyi.

Już tutaj następuje szybka lekcja dla chcących obrabować cokolwiek. Widzicie, w dobie transakcji internetowych, coraz mniej gotówki trzymanej jest w kasach. Już na początku XXI wieku bank w Pennsylwanii nie mógł wypłacić 250K. Jedyne co było na stanie to 9 tysięcy $. Zasmucony tym faktem Wells opuścił placówkę, a policja znalazła go na parkingu przy McDonaldsie. Siedząc tak z ponurą miną, powiedział funkcjonariuszom, że rozwożąc pizzę został schwytany przez grupę mężczyzn, którzy przytwierdzili mu bombę i kazali ukraść 250 tys. dolarów. A skoro nie miał tyle pieniędzy, to bomba za chwilę wybuchnie! I wiecie co? Naprawdę wybuchła! Zabiła Wellsa na miejscu. A dalej było już tylko dziwniej…

Budowa bomby wskazywała na robotę profesjonalistów. W trakcie śledztwa okazało się też, że laska którą podpierał się Wells podczas napadu była tak naprawdę karabinem samoróbką (co sugerowało, że Brian był nie tylko ofiarą, ale i organizatorem napadu). We wnętrzu kieszeni zamordowanego znaleziono natomiast serię notatek od bandytów, do Wellsa.

W notatkach były zadania, mapy i zasady, których Brian musiał przestrzegać jeśli chciał przeżyć. „Musisz zrealizować wszystkie instrukcje, by odnaleźć klucze i kombinację liczb niezbędne do rozbrojenia bomby” głosiły papierowe wiadomości. Brzmi jak gra miejska? Czytajcie dalej, bo co zaczęły robić służby? Oczywiście poszły za ciosem wypełniały kolejne zadania, kierujące do kolejnych punktów.

Pod kamieniem koło McDonaldsa znajdowały się instrukcje z mapą kierującą 3km na południe do skrzyżowania nr 79.
Tam przy żółtym znaku znajdował się oznaczony pomarańczową taśmą pojemnik z kolejną instrukcją.
Ten z kolei prowadził do kolejnych 3 pojemników, gdy nagle… ślad się urwał! Zupełnie jakby ktoś obserwował całą sytuację i postanowił przerwać całą szaradę.

Śledczy, którym trop się urwał zadawali sobie jedno pytanie – po co? Po co robić taką grę, skoro można „po prostu” obrabować bank? By odpowiedzieć na to pytanie cofnęli się do początku dnia Briana Wellsa, gdy jeszcze rozwoził pizzę. Przed napadem, o 13.30 Wells miał dowieźć pizzę pepperoni pod adres gdzie znajdowała się telewizyjna wieża nadawcza, czyli trochę na uboczy miasta, pod las, gdzie prowadziła polna droga. Domyślono się, że to tam mógł zostać porwany. Mieszkający w domu Bill Rothstein odmówił wpuszczenia policji, mówiąc że u niego i tak nic nie znajdą. Śledztwo stanęło w martwym punkcie.

Miesiąc później na policję zadzwonił sam Rothstein, informując że w jego lodówce znajduje się trup!
Powiedział, że bał się przyznać do tego, że trzyma nieboszczyka w domu, że to nie on go zabił i że chciał nawet z tego powodu popełnić samobóstwo (znaleziono listy pożegnalne). Martwym okazał się niejaki James Rhoden. Rothstein zeznał, że zabiła go jego narzeczona, z którą pokłócił się o pieniądze. Kobieta zapłaciła Rothsteinowi za pomoc w usunięciu zwłok i pozbyciu się ciała. Dziwnie? No to słuchajcie, owa kobieta – Marjorie Diehl-Armstrong – była wcześniej zamieszana w śmierć dwóch swoich poprzednich partnerów, była również chora na chorobę dwubiegunową, a w wyniku przedłużających się terapii psychiatrycznych, jej stan zdrowia uniemożliwiał jej przesłuchanie. Podejrzenia padły na Rothsteina.

Miał podobny styl pisma, do tego z notatek znalezionych przy Wellsie. Interesował się techniką, więc był w stanie wykonać bombę. Śledczy zbierali poszlaki, łączyli je w całość, gdy w 2004 roku, nieoczekiwanie główny podejrzany zmarł. Miał raka. Rok później Diehl Armstrong się poprawiło i mogła zostać wreszcie przesłuchana (wskazała Rothsteina jako głównego winnego i organizatora napadu). W tym samym czasie też, w Erie pojawił się człowiek, który rozpowiadał o tym, że sam uczestniczył w organizacji napadu. Tym człowiekiem był Kenneth Barnes.

Kenneth okazał się potem świadkiem koronnym w całej sprawie i to w jego historię uwierzyła w dużej mierze ława przysięgłych. Według niego, mózgiem operacji była sama Marjorie Diehl-Armstrong, która wynajęła Kennetha, by zabił jej ojca, co pozwoliłoby na przejęcie intratnego spadku w wysokości pół miliona dolarów. Barnes oznajmił, że chce za to zlecenie 125 tysięcy zielonych, których kobieta nie miała. Uknuła więc spisek, prosząc Rothsteina i Wellsa o pomoc. Mieli zbudować fałszywą bombę i ukraść pieniądze z banku. Przynajmniej tak sądził Wells. Naprawdę bomba była prawdziwa, a Wells miał być wykluczony z równania.

Marjorie Diehl-Armstrong została skazana na dożywocie +30 lat więzienia. Kenneth Barnes, za pomoc w śledztwie, dostał 45 lat. Sprawiedliwość została wymierzona.

Zaraz zaraz, ale czy na pewno? Jeśli coś Wam w tej sprawie się nie zgadza, to być może dobrze wietrzycie. Jak kobieta z dwubiegunowością, lecząca się od lat psychatrycznie, od psychotropów nie będąca w stanie skleić jednego zdania mogłaby uknuć tak przemyślaną intrygę? Coś tu nie trzyma się całości, prawda?

Istnieje zatem druga teoria, która mówi, że za wszystkim stał Bill Rothstein. Człowiek zdolny technicznie, chory – mózg operacji, który nie miał nic do stracenia. Nie obchodziło go, czy Wells faktycznie wykradnie pieniądze. Chciał raczej patrzeć jak FBI i policja gubią się w zastawionych przez niego pułapkach. Trup w lodówce z kolei miał być tylko zabiegiem zwracającym uwagę służb na chorą Marjorie. Cóż, jeśli ta wersja jest prawdziwa, to można powiedzieć, że Rothstein po części dopiął swego. Umarł zanim go złapali. Cytując Alfreda Pennywortha „some men just want to watch the world burn”.

Jeśli chcecie więcej takich nietuzinkowych historii pokazujących niecodzienne wykorzystanie mechanizmów gier (nie zawsze w biznesowym kontekście, ale zawsze ciekawie:P) to dajcie znać. Trochę tych historyjek o grach znam. Mogę się podzielić 🙂

Jeśli zaś sami chcecie pobawić się w obmyślanie skomplikowanych HEISTów i napadów, to zamiast robić to w prawdziwym życiu… spróbujcie zagrać w grę. Na przykład moją.

Czy są tutaj organizatorzy wydarzeń? Czy są odpowiedzialni za koncerty, pokazy, czy imprezy firmowe? Jeśli tak, to mam dla Was ciekawy materiał do sprawdzenia. Jeśli nie, to mam dla Was największe wideo wyzwanie z jakim miałem do tej pory do czynienia na vlogu. Marcin Kruk – człowiek orkiestra – był moim gościem w serii Gościnnie.

Razem z Marcinem Krukiem rozmawialiśmy o tym, co składa się na udane wydarzenie. Jeśli jakieś organizujecie, możecie podpytać Marcina o pomoc. Oto linki, gdzie możecie go znaleźć:

http://promoters.pl/
http://poprowadzeto.pl/
https://marcinkrukmusic.pl/

Kanał Marcina: https://www.youtube.com/user/marcinkrukmusic
Marcin na FB: https://www.facebook.com/krukm

odpowiedzialni za koncerty, ciekawy materiał do sprawdzenia, imprezy, koncerty

Dziękujemy kawiarni Dobro&Dobro w Lublinie za umożliwienie nagrania tego odcinka w ich przestrzeni, kawę i gofry z awokado 🙂

#kolejne artykuły