CEO Ripple: Grupa "górników" z Chin ma ponad 50% BTC | worldmaster.pl
#

Dyrektor generalny Ripple, Brad Garlinghouse, podczas konferencji 2018 Stifel Cross Sector Insight w Bostonie podzielił się swoimi przemyśleniami odnośnie perspektyw kryptowalut w przyszłości.

Podczas konferencji 2018 Stifel Cross Sector Insight w Bostonie, Brad Garlinghouse wypowiadał się na wiele tematów związanych ze światem blockchain i crypto. Szczególną uwagę przykuło stwierdzenie, że Bitcoin jest “kontrolowany przez Chiny”. Dodał również, że “ludzie, którzy sądzą, że bitcoin stanie się światową walutą, są “absurdalni”. Przypomnijmy, że nie tak dawno temu biznesmen oświadczył, że Bitcoin to nie panaceum, którego wszyscy oczekiwali.

ripple chiny konferencja

Źródło: coinfrenzy.io

Opowiem wam inną historię, która jest niedostatecznie zrelacjonowana, ale warta uwagi. Bitcoin jest naprawdę kontrolowany przez Chiny. Jest tam czterech górników, którzy kontrolują ponad 50 procent bitcoinów. Skąd wiemy, że Chiny nie będą interweniować? Ile krajów chce używać waluty kontrolowanej przez Chiny? Po prostu tak się nie stanie-CEO Ripple

Wielu wybitnych ludzi, nawet Steve Wozniak powiedział, że widzi świat, w którym Bitcoin jest główną walutą. Myślę, że to absurd. Nie sądzę, aby jakakolwiek poważna ekonomia pozwoliła na to. Nawiasem mówiąc, to nie ma sensu-dodał

Według dyrektora generalnego Ripple XRP jest najlepszym tokenem do przeprowadzania transakcji rozliczeniowych. Ripple, jako system płatności i rozliczeń oparty na Blockchain, ma na celu zmianę sposobu, w jaki banki i ludzie na całym świecie będą przekazywać pieniądze. Garlinghouse wyjaśnił, że zdecentralizowana technologia uzupełni, a nie zakłóci obecne systemy bankowe mówiąc:

Blockchain nie zniszczy banków … będzie odgrywał ważną rolę w funkcjonowaniu naszego systemu.

CEO firmy Ripple uważa, że transakcje Bitcoin’owe są zbyt powolne a cała waluta jest scentralizowana. Niestety, Garlinhouse nie ma żadnego odniesienia do przyszłych rozwiązań skalowania, takich jak Bitcoin Lightning Network.

Bitcoin oraz Ethereum nie zostały uznane za papiery wartościowe według amerykańskiego SEC.

Starszy urzędnik amerykańskiej Komisji Papierów Wartościowych i Giełd (SEC) oznajmił, iż Ethereum oraz Bitcoin nie zostały uznane jako papiery wartościowe i w związku z tym, nie będą one podlegać obowiązującym surowym regulacjom w tym zakresie. Jednocześnie ten sam przedstawiciel poinformował, iż niektóre ICO mogą uzyskać inną opinię.

Dyrektor finansowy SEC Corporation, William Hinman, powiedział:

“Opierając się na moim zrozumieniu sytuacji, sieć Ethereum i jej zdecentralizowana struktura oraz obecne oferty kupna i sprzedaży eteru nie są transakcjami papierowymi.”

W maju WSJ przeprowadził szeroko komentowany raport informujący, że Ethereum znalazło się w niebezpiecznej “szarej strefie” w oczach amerykańskich organów regulacyjnych. WSJ skupił się na pierwszej dystrybucji ETH w 2014 r. Fundacja zgromadziła wtedy ponad 31 000 BTC (wówczas o wartości 18,3 miliona dolarów), w jednej z pierwszych ofert tzw. ICO.

Przychody z ICO zostały następnie wykorzystane do stworzenia platformy Ethereum. Wzbudziło to obawy, że inwestorzy, którzy kupili coiny w celu późniejszej sprzedaży aktywów po wyższej cenie – byli zmuszeni oczekiwać zysków opartych na “wysiłkach innych”, co zgodziłoby się z argumentem, że ETH jest klasyfikowany jako zabezpieczenie, którego sprzedaż musiałaby zostać zarejestrowana w SEC.

Według WSJ, organy nadzorujące analizowały także, czy Fundacja Ethereum wywierała nadmierny wpływ na wartość i dystrybucję aktywów. Należałoby to dodatkowo uwzględnić w klasyfikacji bezpieczeństwa.

Współzałożyciel Fundacji Ethereum, Joseph Lubin, odniósł się do pogłosek prasowych. Podkreślił on, że inwestorzy Ethereum “mają czynny udział we wspólnym przedsiębiorstwie”, a ich zwrot z inwestycji był dodatkową zachętą do współpracy.

Dzisiejsze wiadomości rozwiewają wszelkie wątpliwości, które pojawiły się również w kwietniu. Wtedy to wpływowy urzędnik z USA, Gary Gensler powiedział, iż istnieje “mocne prawdopodobieństwo”, że Ethereum było “niezgodne” – tzn. niezarejestrowane w SEC – z amerykańskim prawem.

Decentralizacja ma kluczowe znaczenie

Hinman wyraźnie podkreślił, że Bitcoin nie jest papierem wartościowym. Jest zdecentralizowany: nie ma strony centralnej, której wysiłki są kluczowym czynnikiem w przedsiębiorstwie i dokładnie to samo tyczy się Ethereum.

Hinman nie uwzględnił statusu papierów wartościowych innych kryptowalut. W szczególności XRP, które jest przedmiotem postępowania sądowego, gdyż strategia działania Ripple różni się znacznie od BTC i ETH.

Jak się można było spodziewać, dzięki tej informacji rynek zaliczył delikatne odbicie po ostatnich mocnych i dotkliwych spadkach.

Jeden z najbardziej przecenianych czynników, biorących udział w naszym żywieniowym działaniu. Zasadniczo… On nawet nie jest tam potrzebny! Oszukany posiłek, czyli jakże popularny i równie mocno gloryfikowany cheat meal, wcale nie jest tak cudowny, jak mogłoby się wydawać.

Bardzo częstym zabiegiem osób stających na starcie przygody z kształtowaniem sylwetki, nie jest wcale planowanie jadłospisu, treningu czy budowanie w sobie odpowiedniego nastawienia. Tak wyglądałaby rzeczywistość w świecie idealnym, pozbawionym problemów. Ogromnym nieporozumieniem i wysoce szkodliwym zachowaniem jest rozpoczynanie swojej sylwetkowej przygody od planowania cheat meal’a…

Cheat meal? Oszukujemy czy jesteśmy oszukiwani?

Średnio raz na tydzień wszelkiej maści fitnessowe konta w mediach społecznościowych, zalewa fala zdjęć ich roześmianych twarzy w otoczeniu pizzy, czekolady, pączków czy batoników. Jest to powtarzająca się czynność niemalże regularnie niczym powracające „To” w przerażającej powieści Stephena Kinga. W tym jednak przypadku nie jest to istota żerująca na Twoim życiu, ale nisko wartościowy pokarm, czyhający na Twoją sylwetkę.

cheat meal

Cheat meal to w szeroko pojętym rozumieniu nic innego jak oszukany posiłek. Czyli danie, w którym możemy zjeść to, na co tylko mamy ochotę i na co nie możemy sobie pozwolić w pozostałe dni dietetycznych działań. Zazwyczaj występuje on u osób odchudzających się przez określony czas, które spragnione są kawałka czekolady niczym zagubiony wędrowiec na pustyni, wody. Inną odmianą oszukanego posiłku jest oszukany dzień, czyli cheat day. Jak sama nazwa wskazuje, w takim przypadku można rzec: „Hulaj dusza, piekła nie ma!”. Czyli całkowita wolność w doborze zjadanych produktów oraz ich ilości.

Zwolennicy teorii oszukanych posiłków upatrują w takim zabiegu potencjalnych korzyści metabolicznych oraz hormonalnych. Twierdzą oni, że jeden posiłek lub nawet jeden dzień o zwiększonej kaloryczności, spowoduje „przyspieszenie metabolizmu” oraz podniesienie hormonów regulujących nasz apetyt. Związków, które podczas odchudzania są ona na naturalnie niższym niż zwykle poziomie.

Dobry zabieg dla głowy, ale nie dla ciała.

Niestety, muszę wszystkich rozczarować. Cheat meal, cheat day czy jakakolwiek odmiana „oszukiwania”, nie ma udokumentowanych korzyści w odniesieniu do aspektów metabolicznych naszego ciała. Również wskazywanie jakoby nasz układ hormonalny na tym korzystał, jest bardzo wątpliwym argumentem.

Oszukany posiłek to przede wszystkim świetny zabieg psychologiczny i tylko w tym aspekcie powinniśmy doszukiwać się jego potencjalnych korzyści. Po kilkunastodniowym ścisłym trzymaniu się wyznaczonego planu naturalne jest, że może brakować nam ulubionego dania lub kawałka ukochanego batonika. W celu poprawy własnego komfortu życia, polepszenia stanu jakości naszej psychiki i samopoczucia, oszukany posiłek może przynieść zamierzone rezultaty.

Wymyślone korzyści…

W odniesieniu do potencjalnych korzyści metabolicznych nie ma on żadnego uzasadnienia. Dopiero trzydniowe zaplanowane zwiększenie spożywanych kalorii, może przynieść wymierne rezultaty w ujęciu metabolicznym oraz hormonalnym. Dlatego o wiele lepszą opcją może okazać się tzw. „Refeed” lub „Diet Break”. Również upatrywanie zalet oszukanego posiłku w polepszaniu poziomu hormonów regulujących apetyt jest dość wątpliwe. Odwołując się do przypadków z życia zastanówmy się, jak często zdarza się i jak niewiele potrzeba, aby jeden mały cheat meal, przerodził się w cheat day, a następnie  w jedno, wielkie szaleństwo jedzenia. To nie przypadek, że w wielu przypadkach osoby po skonsumowaniu dodatkowej, nieograniczonej ilości pokarmu, mają ogromne problemy z powrotem do swoich zdrowych nawyków żywieniowych.

Właśnie z tego powodu jestem przeciwnikiem jakiejkolwiek odmiany „oszukiwania”, w którą z taką lubością zapatrzone jest całe środowisko fitness. Zazwyczaj występowanie oszukanego posiłku, rodzi naprawdę spore problemy w odpowiednim postrzeganiu żywności. Budzi to niezdrowe relacje z przyjmowanym pokarmem i buduje niewłaściwy podział produktów na „dobry” i „zły”. Sama jego nazwa – „cheat” wskazuje, że oszukujemy i nagle przestajemy trzymać się planu. To kolejny problem, który przestawia w naszej głowie zapadkę myślenia na dzielenie swoich poczynań na kategorie: „trzymam się planu” i „nie trzymam się planu”.

Rozpoczynanie swojej sylwetkowej przygody od planowania ewentualnego odstępstwa od diety, jasno wskazuje na niewłaściwe postrzeganie tego słowa. Rozpatrujemy je w kategoriach „koniec przyjemności i początek katorgi” zamiast „nowe, zdrowe nawyki na całe życie”.

Cheat meal = cheat day? Oszukany posiłek nie dla każdego!

Zabieg w postaci odstępstwa od diety, nie sprawdzi się u każdej osoby. Śmiem twierdzić, że tylko niewielu z nas wyciągnie z niego potencjalne korzyści w postaci uspokojonej psychiki i lepszego samopoczucia. Nawet w przypadku, gdy prawidłowo zaplanujemy przyszłe odstępstwo i będziemy odpowiednio realizować swój plan, może zdarzyć się, że poczucie smaku w ustach ulubionego batonika, którego nie spożywaliśmy przez ostatni miesiąc, spowoduje prawdziwą lawiną obżarstwa. Tylko osoby po długotrwałym pozbawianiu się ukochanej przekąski wiedzą, jak dobrze może ona smakować po takiej przerwie. Potrafi być tak dobra, że nie potrafimy się od niej oderwać nie przez jeden posiłek czy jeden dzień, ale cały weekend, tydzień, miesiąc…

czekolada

Coś, co miało być miłą odskocznią od codziennego żywienia, staje się naszym przekleństwem, przez które wszystkie nasze plany legły w gruzach. Chcę zwrócić Waszą uwagę, że stosowanie jakiejkolwiek formy „oszukiwania”, będzie ogromnym błędem w przypadku osób nieumiejących kontrolować swojego apetytu, mających niezdrowe relacje z żywieniem lub błędnie postrzegającymi żywność, jaką spożywają.

Dlatego więc potencjalnie niegroźny cheat meal, na którego z tak wielką lubością czekamy, może być dla nas większym zagrożeniem, niżbyśmy mogli się tego spodziewać. W przypadku, gdy nagle zaczynamy zjadać, a nierzadko i opychać się wysoko przetworzoną żywnością, nasza głowa zaczyna pracować w zupełnie innym środowisku. Osoby o niezdrowych relacjach z żywieniem, czują się niemal jak narkomani, którzy ponownie posmakowali swojego „smakołyku”. Wtedy nasze prawidłowe i fizyczne odczuwanie głodu wyłącza się, a do głosu dochodzi nasza psychika, która nieustannie woła: „Jeszcze! Zjedz jeszcze jednego batonika. Jeszcze jeden kawałek pizzy! Jeszcze!”.

Przyczyna braku Twoich efektów.

Warto również uświadomić sobie, że z pozoru jeden, błahy oszukany posiłek, może skutecznie zniweczyć nasz tygodniowy, dietetyczny trud. Choć matematyk ze mnie kiepski, to pozwolę się posłużyć liczbami. Wyobraźmy sobie, że Pan Kowalski przez 6 dni w tygodniu, znajduje się w ujemnym bilansie kalorycznym, rzędu 250 kalorii. Po sześciu dniach wynik ten wynosi 1500 kalorii. Jednak w niedzielę, po ciężkim tygodniu, pan Kowalski macha lekceważąco ręka i zamawia pizzę, mówiąc:

„A co! Należy mi się!”.

Na szczęście nie ma on błędnego postrzegania żywności i nie powoduje to u niego niekontrolowanych napadów głodu, objawiającego się zjadaniem wszystkiego w zasięgu wzroku. Nie zmienia to jednak faktu, że średniej wielkości pizza niesie ze sobą około 2500 kalorii! Pan Kowalski czuł się bardzo zmęczony i bardzo chciał docenić swój tygodniowy trud. Docenił go tak bardzo, że aż go zniweczył! Paradoksalnie z jego tygodnia redukcji masy ciała wyszło jej nieświadome budowanie – dzięki spożyciu około tysiąca nadprogramowych kalorii.

Pragnę zwrócić Waszą uwagę, że nawet w przypadku jednostek mogących pozwolić sobie na odstępstwo od diety w sposób niekontrolowany, bez bezpośrednich, negatywnych następstw tego działania, może to nie być najlepszy pomysł. W przypadku nieumiejętnego zastosowania tego zabiegu i braku sprawowania kontroli nad przyjętym pokarmem może okazać się, że Wasz ukochany oszukany posiłek pozbawi Was efektów, na które tak ciężko pracowaliście.

Jeśli nie cheat meal, to co?

Z moich słów mogłoby wynikać, że w takim przypadku większość ludzi skazana jest na wieczną dietę i pozbawiania się jakichkolwiek przyjemności. Nic bardziej mylnego! Jestem przeciwnikiem stosowania oszukanych posiłków, nawet w przypadku osób mogących sobie na to pozwolić i tych, które faktycznie sobie na niego „zasłużyły” z jednego, prostego powodu.

Jest lepsza metoda!

  • A co jeśli powiedziałbym, że możesz jeść słodycze każdego dnia?
  • A co jeśli pokazałbym, że takie działanie nie przyniesie Ci negatywnych następstw? Ba! Będziesz mógł cieszyć się pojawiającymi się efektami!

Nie jestem odkrywcą, który właśnie dokonał przełomowego objawienia. IIFYM to model żywieniowy, o którym rozwodziłem się szerszej w innym artykule. W dużym skrócie – zakłada on możliwość wliczanie w swoje dzienne zapotrzebowanie kaloryczne, również produktów rekreacyjnych, które z takim umiłowaniem pochłaniamy podczas oszukanego posiłku.

oszukany posiłek

Wszystko sprowadza się do kwestii pilnowania spożywanych kalorii oraz podaży makroskładników. Naturalnie, należy w takim działaniu zachować umiar oraz zdrowy rozsądek, kierując się właściwymi proporcjami między produktami wartościowymi, a niskoodżywczymi.  Nie zmienia to jednak faktu, że posługując się tą metodą, masz nieustanny komfort działania. Na każdą małą zachciankę w postaci batonika, możesz zareagować twierdząco. Twoim jedynym zadaniem jest uwzględnienie go w swój dzienny bilans kaloryczny i pilnowanie, aby go nie przekroczyć. To bardzo przyjemne!

Codzienne uwzględnianie w swoim planie produktów, na które mamy ochotę, ma również jedną, zdecydowaną przewagę nad stosowaniem oszukanego posiłku. Nie rodzi to żadnych i niepotrzebnych niezdrowych relacji z żywieniem. Nagle okazuje się, że wcale nie musimy pozbawiać się czegoś, co kochamy. Wystarczy, że dostosujemy porcję danego produktu do naszej diety i nadal możemy cieszyć się jego smakiem. Pozbawia to więc nas możliwości wpychania w siebie niekontrolowanych ilości jedzenia, a tym samym znacznego przekraczania zapotrzebowania kalorycznego i niwelowania potencjalnych efektów w procesie kształtowania sylwetki.

To nie jest zdrowe!

Jestem daleki od stwierdzenia, że cheat meal to wróg numer jeden, którego trzeba zlikwidować. Jednak z całą odpowiedzialnością za swoje słowa, mogę stwierdzić, że nie sprawdzi się on w przypadku większości osób. Natomiast korzystniejszą formą działania będzie uwzględnianie małych dietetycznych „grzeszków” w swój codzienny bilans kaloryczny. Tym samym produkty rekreacyjne przestaną być traktowane w postaci „zła”, a zaczną w odpowiednich proporcjach stanowić część naszego planu – prawdziwie zdrowego. Uważam, że każdy plan żywieniowy powinien zawierać w sobie określoną pulę kalorii, możliwą do wykorzystania na produkty mniej wartościowe o większej gęstości kalorycznej, a także smakowitości. Wbrew pozorom, ale to właśnie takie działanie buduje zdrowe relacje z żywieniem.

cheat day

Patrząc na zjawisko cheat meal’a z logicznego punktu widzenia, kieruję do Was pytanie. Czy według Was, zdrowym zachowaniem, którym tak często szczycą się wszelkiego rodzaju „fitnessowe gwiazdy”, jest opychanie się, co kilka dni wysoko przetworzoną żywnością i silne wiązanie swoich emocji z tą czynnością? W którym momencie zachowanie to jest zdrowe? A może znajdujące się po przeciwnej skali ortoreksyjne działanie, objawiające się spożywaniem wyłącznie produktów wysoko wartościowych jest odpowiednie? Pozostawiam to do Waszej własnej oceny i liczę na Wasz zdrowy rozsądek oraz ludzkie podejście do tematu, podczas wyciągania niezbędnych wniosków.

Cheat meal? Cheat day? Cheat life?

Nieważne jak to nazwiemy, zawsze oznacza to nadprogramowo spożywane kalorie, a nie rzadko obżarstwo i opychanie się jedzeniem. Często rodzi również niezdrowe podejście w kwestii kształtowania sylwetki. Nie widzę żadnego logicznego uzasadnienia w stosowaniu tych zabiegów, skoro istnieje inna, prostsza w swej naturze metoda działania. Bieżące uwzględnianie w swój żywieniowy plan produktów rekreacyjnych jest zachowaniem o wiele bardziej pożądanym i zdrowszym. Nie tylko przestajemy postrzegać swoje działania w kategoriach braku przyjemności. Także nasza silna wola nie zostaje wystawiana na wieczną próbę walki z pokusami. Ponadto, w ten sposób całkowicie niwelujemy ryzyko, że potencjalnie nieszkodliwy oszukany posiłek, przerodzi się w zaniechanie swoich zdrowych żywieniowych nawyków na dłuższy czas. Szerokie grono entuzjastów kształtowania sylwetki właśnie w ten sposób, poprzez słuchanie Internetowych Mędrców, kompletnie zniszczyło własne marzenia o zdrowym, pięknym ciele.

Zapomnijmy o opychaniu się mało wartościowym jedzeniem! Skupmy się na budowaniu trwałych i zdrowych relacji z żywieniem. Starajmy się za wszelką cenę jeść i żyć tak, aby jakiekolwiek duże odstępstwo od naszego planu, nie było nam wcale potrzebne.

Życie w bezpiecznej bańce szczęścia i wiecznego komfortu jest na pewno miłe i aż nazbyt przyjemne. Byłoby to wielce pożądane zachowanie, gdyby nie jeden, mały szczegół. W ten sposób nie da się żyć, nie mówiąc już o jakimkolwiek dużym sukcesie. Na tej właściwej drodze, nie raz znajdzie się ona – brutalna rzeczywistość.

Teraźniejszość istotnie bywa okrutna. Niejednokrotnie karci nas swą ojcowską ręką, którą sprawuje pieczę nad naszym życiem. Jej okrucieństwo objawia się zazwyczaj w najmniej spodziewanych dla nas momentach. W okresach, w których wydaje nam się, że możemy wszystko, a droga do osiągnięcia celu jest łatwiejsza niż nigdy dotąd. Być może właśnie dlatego jesteśmy przez nią karani. Za zbytnią zuchwałość we własnych poczynaniach i niemalże bezczelność w procesie postrzegania wspinaczki na szczyt.

Szczególnie brutalnym jest nasz pierwszy kontakt ze strofującą nas dłonią rzeczywistości. Pomijając nikłe i delikatne spotkania z nią w dzieciństwie, kiedy to okazało się, że mama jednak nie kupi nam wszystkiego, czego sobie tylko zapragniemy lub koleżanka (przecież nie dziewczyna! „Wszystkie dziewczynki są fuj!”) z piaskownicy nie odda nam swoich zabawek, pierwszy kontakt z czyhająca na nas rzeczywistością, często pojawia się po ukończeniu szkoły średniej.

Październik… Koniec sielanki. Pora na rzeczywistość.

To był istny, gorący czas dla wszystkich tegorocznych maturzystów. Dla jednych maj kojarzy się z pięknie budzącą się do życia naturą. Osobiście zawsze wiąże go ze swoimi urodzinami a każdego roku, tysiące dziewiętnastolatków, najchętniej wyrzuciłoby go z kalendarza. Najczęściej jednak rzeczywistość ukazuje swoją przewrotność w tym aspekcie. Staje się dla nas łagodna niczym potulny baranek. Okazuje się, że nasz ogromny stres i nieprzespane noce, nie znalazły swojego uzasadnienia w teraźniejszości. Dni egzaminów przebiegły sprawnie i bez większych komplikacji. Rzeczywistość po raz kolejny, sprytnie zwiodła tysiące młodych ludzi.

Po otrzymanych wynikach, radościach lub rozczarowaniach, łzach szczęścia lub smutku, nadchodzi okres gorączkowych rozmyślań i ważnych wyborów. Toczenie długich debat i burzliwych rozmów na temat wyboru uczelni z bliskimi i przyjaciółmi, staje się chlebem powszednim w wielu domach. Nieumiejętność zadecydowania spędza nam sen z powiek a od pytań zadawanych na forach czujemy, że jesteśmy bliscy obłędu. W końcu po wielu godzinach przemyśleń podejmujemy decyzje. Wybieramy „tę jedyną, wyjątkową” uczelnię. Oczywiście znajdującą się w innym mieście. Niemal skaczemy z podekscytowania, nie mogąc doczekać się października i spełniania swoich marzeń!

Wolność! Samodzielność! Tak!

wolność

Pakujemy torby ze swoimi rzeczami, mama otrzymuje od nas niemal wymuszonego całusa i już siedzimy w aucie – prawdziwym wehikule mającym nas zanieść w inne, lepsze czasy. Docieramy na miejsce dwa dni przed rozpoczęciem zajęć. Małe mieszkanie w starym bloku. Tata pomaga nam się rozpakować, daje w rękę trochę gotówki, ściska nam dłoń (ach, ta męska twardość!) i wychodzi, zostawiając nas samych, mogących rozkoszować się wolnością i samodzielnością.

Mija dzień, drugi, zaczynamy studiować, poznajemy nowych ludzi i czujemy się świetnie. Jednak po tygodniu, dwóch, a może po miesiącu, w końcu przychodzi spotkanie oko w oko, ze skrywanym do tej pory obliczem rzeczywistości. Wyrasta przed nami niczym niewidzialny blok betonu z kpiąco rozciągniętymi ustami, niemal pytającymi: „Nie spodziewałeś się mnie, prawda?” a my jesteśmy przerażeni, nie wiedząc co czynić i jak się zachować. W końcu to nasze pierwsze spotkanie a obok nie ma mamy ani taty, którzy mogliby nam pomóc. Jesteśmy zdani wyłączni na siebie.

Wolność…  Samodzielność…  Nie…

rozpacz

Czym więc jest owa brutalna rzeczywistość i jak się objawia?

Obrazowo mówiąc jest to punkt, w którym uświadamiamy sobie, że życie nie jest tylko kolorowe, sprawiedliwie i pozbawione wszelkich problemów. Czytając wiele moich tekstów, można odnieść wrażenie, że życie to istna sielanka pełna radości, szczęścia i wiecznego spełnienia. Wydawać by się mogło, że wystarczy czegoś chcieć i uparcie dążyć do celu, aby go osiągnąć. A wesołe i roześmiane ptaszki, zabiorą nas na swoich skrzydłach do wiecznej krainy szczęścia…

Właśnie jakoś tak nie do końca to wszystko wygląda, prawda?

Cóż. Życie nie jest lekkie. Rzeczywistość wielokrotnie zaskakuje nas swoją brutalnością i sprowadza nas na ziemię szybciej, niżbyśmy mogli się tego spodziewać. Najczęściej jej potępiającą dłoń oglądamy w momentach, kiedy wszystko zdaje się toczyć niemal idealnie. Wtedy ni stąd, ni zowąd wyrasta przed nami całe morze problemów, a my zaczynamy zastanawiać się, skąd się to wszystko wzięło.

Młodzi skazani na karcącą dłoń?

Wbrew pozorom, ale to wcale nie tylko młodzi są nią zagrożeni. Może spotkać każdego z nas, w każdym momencie. Przykład młodych ludzi pasuje tutaj idealnie, ponieważ zazwyczaj żyją oni w bezpiecznej bańce bezpieczeństwa, nieskalaną dotykiem prawdziwego świata. Dopiero gdy kończą szkołę średnią, – co dla mnie osobiście oznacza realny, dorosły wiek –  i decydują się na upragnioną wolność, zderzają się ze ścianą o nazwie brutalna rzeczywistość. Mama nie wypierze, nie posprząta i nie ugotuje. Tata nie podwiezie na uczelnie ani z niej nie odbierze. Nagle okazuje się, że nauka przestała być jedynym obowiązkiem. Dochodzi do tego jeszcze dbałość o mieszkanie i nierzadko – chęć zarobienia gotówki. Z dnia na dzień trzeba połączyć naukę z pracą i domowymi obowiązkami.

brutalna rzeczywistość

Raz po raz wyrastają przed nami nowe trudności, a my coraz częściej czujemy się jak na torze przeszkód, w którym ktoś niewątpliwie z nas nieustannie kpi. Zaczynamy tęsknić za dawnym życiem, marzymy, aby do niego powrócić. Rezolutniejsi prędzej czy później nauczą się swojej nowej rzeczywistości, przystosują się do niej, a w końcu zaczną posuwać się naprzód, starając się przewidzieć, gdzie pojawi się następna przeszkoda. To ci, którzy osiągną sukces. Inni, będą nieustannie przygniatani wielką, szorstką dłonią rzeczywistości i wciskani w błoto, razem ze swoimi niezrealizowanymi marzeniami. To ci, których sukces na zawsze pozostanie tylko w ich głowie.

Rzeczywistość jest okrutna, czy to My jesteśmy ślepi?

Pomimo tego, że życie nie jest lekkie, a rzeczywistość w istocie ma swoją brutalną twarz to zauważmy, że czasami to my odpowiadamy za wszelkie niespodziewane trudności. Często nie chcemy zauważać czyhających na nas problemów, czających się gdzieś w mroku przyszłości. Wolimy błędnie przekonywać siebie, że wszystko jest i będzie idealnie, zamiast zacząć dostrzegać świat takim, jakim jest. Im prędzej dostrzeżemy problem i trudność, jakie niesie ze sobą prawdziwe życie, tym lepiej będziemy mogli się do tego przygotowywać. Nie myślenie o problemie, nie spowoduje jego zniknięcia.

Żyjemy w wyimaginowanym świecie, wyidealizowanych ludzi. Błędnie zakładamy, że wszystko nam się należy i wszystko możemy zdobyć. Odnosząc się do przykładu maturzystów – żyjąc w bezpiecznej i komfortowej strefie szkolnej, wydaje im się, że świat poza nią też jest równie kolorowy i jedynym problemem na nich czekającym, jest niezaliczenie egzaminu. Wtedy przychodzi pierwszy kontakt z rzeczywistością i uświadomienie sobie, że życie jednak potrafi być bardziej brutalne niż dotychczasowa „jedynka” z matematyki.

Życie nie jest sielanką. Rzeczywistość nie zawsze jest miła i przyjemna, ale warto walczyć o to, żeby taka była. Swoim nastawieniem, zachowaniem i pracowaniem na swój sukces. Pomimo swej bezwzględności i surowości, życie jest piękne. Ze wszystkimi swymi urokami. Nie każdy musi akceptować taki stan rzeczy, jednak bardzo dobrze radzę to sobie uświadomić i się z tym pogodzić. Bo brutalna rzeczywistość nie dopuszcza do siebie lamentowania i skarg.

To kolejna lekcja, jaką daje nam życie – zadbaj o siebie, bo nikt inny tego za Ciebie nie zrobi. Nawet Twoja mama.

Nikt jeszcze nie znalazł odpowiedzi jak unikać karcącej dłoni życia. Nawet ludzie, którzy już ją spotkali, nieustannie na nią wpadają – czasami każdego dnia. Również ci podziwiani na całym świecie, ciągle lawirują między kłodami, rzucanymi im pod nogami. Czasami się przewrócą, ale zawsze otrzepują kolana i biegną dalej zważając, aby ponownie nie popełnić tego samego błędu. Śmiem twierdzić, że wielcy tego świata cieszą się z możliwości ujrzenia po raz kolejny, drapieżnej dłoni życia. Oni doskonale wiedzą, że upadek, który może ich spotkać, wcale nie jest taki zły, jak wydaje się to pozostałej części społeczeństwa. Rozumieją, że jeden upadek może nauczyć ich więcej, niż przejście tysiąca kroków bez żadnego szwanku.

Im częściej brutalna strona rzeczywistości Cię napotka, tym więcej będziesz o niej wiedział, a to znaczy, że będziesz mógł się lepiej przygotować na jej spotkanie. Nie da się jej uniknąć. Pamiętasz szkolne lekcje? To jest właśnie Twój sprawdzian. Prawdziwy test życia. Radzę Ci się na niego przygotować i nie zapominać materiału. Poprawki może już nie być, bo życie nie zatrzyma się, nie pochyli nad Tobą i nie zapyta, jak się czujesz. Ono zawsze pobiegnie dalej, śmiejąc się w głos. Do Ciebie należy decyzja, czy za nim popędzisz, czy poddasz się, zostając w tyle.

Posłuchaj kolego! Jesteś szczęściarzem!

Jednak nawet zważywszy na niezależność i bezwzględność życia, to jest ono piękne. Choćbyśmy mieli to szczęście sami sobie z niego wyrwać własnymi rękoma, to warto to zrobić. Za wszelką cenę. Nie ważne, czy czasami nas przygniata i przytłacza, czy codzienność wydaje nam się szara. Życie i rzeczywistość jest dokładnie taka, jaką chcemy ją widzieć. I choć brzmię jak wątpliwej jakości kaznodzieja, to proszę zrozummy, że życie jest niesamowicie pięknym darem. Rozjaśnijmy uśmiechem każdy napotkany problem. W każdej przeszkodzie dostrzeżmy promyk słońca i podążajmy za nim, czyniąc z niego nasze poczucie ciepła w trudnych, życiowych chwilach. Nośmy z dumą i radością w sercu brzemię, jakim nas obarcza. Pokażmy życiu, że je doceniamy, kochamy i nie ugniemy się pod jego ciężarem.

rzeczywistość

A ty młody kolego, który tak samo jak ja, masz to niesamowite szczęście życia, pozbawionego obciążającego bagażu – wykorzystaj je! Pomimo zderzenia się z prawdziwą rzeczywistością, nikt nie powinien być bardziej szczęśliwy niż Ty, który właśnie dziś, skończyłeś szkołę lub uczelnię i…

Jesteś wolny, nieobarczony niczym, poza własnymi przekonaniami. Zrozum, że ja i Ty, jesteśmy w najpiękniejszym wieku naszego życia.

Nie mamy żadnych zobowiązań. Dzieci i kredyty są nam zupełnie obce. Nikomu nie przysięgaliśmy wierności. Możemy żyć tak, jak chcemy. Ten czas to chwila na realizacje swoich marzeń. Na rozpoczęcie przedsięwzięcia, o którym zawsze marzyłeś. Zrobienie rzeczy, która do tej pory wydawała się surrealistyczną wizją. Działaj. Zrób teraz albo nie zrobisz tego nigdy. Uwierz, że nigdy później nie będzie to łatwiejsze.

Rzeczywistość i tak dopadnie Cię w swoje krwiste, twarde szpony. Dlatego może lepiej, żebyśmy spotkali ją podczas spełniania swoich marzeń, aniżeli pragnień swoich rodziców, prawda?

To ogromna siła, o której rzadko kto, zdaje sobie sprawę. Obecna w naszym życiu od momentu naszych narodzin aż do śmierci. Nie ogranicza jej nic i nikt. Tylko my sami jesteśmy odpowiedzialni za jej wpływ na nas i nasze życie. Komunikaty, słowa, niepohamowana moc – cztery wyrazy, jedno znaczenie. Nasze życie.

Słowa mają moc. Niosą ze sobą ogromną siłę, która ma w sobie wystarczająco dużo energii, aby zmieniać nas i cały świat, na którym żyjemy. Masz pełne prawo w tym momencie się ze mną nie zgodzić. Możesz również przypisać mnie do grupy pseudomotywatorów, próbujących zwrócić na siebie uwagę rewolucyjnym komunikatem. Wierzę jednak, że jesteś człowiekiem ambitnym i z ochotą poznasz moje stanowisko oraz niezbite argumenty, przemawiające za głoszonym przeze mnie poglądem.

Nierozłączna część życia.

moc

Wyrazy towarzyszą nam od zawsze, w każdej dziedzinie naszego życia. Podczas mówienia, pisania, słuchania, oglądania. Cokolwiek robimy, posługujemy się komunikatami, na które składają się słowa. Stały się w tak wielkim stopniu nierozłączną częścią naszego życia, że na co dzień nie zdajemy sobie sprawy z ich wielkości i wspaniałości. Można rzec, że słowa nie są częścią życia, ale oznaczają życie. Niesłychanie trudne do wyobrażenia jest życie pozbawione komunikatów. Choć mowa ciała i gesty mówią o nas wiele w konkretnych sytuacjach, to stanowią one uzupełnienie naszych myśli, przekazywanych rozmówcy.

Słowa tworzą komunikaty, które odbiera nasz mózg. Ta część naszego ciała, która jest odpowiedzialna za wszystko, co dzieje się w naszym życiu. Począwszy od odczuwania bólu, na realizowaniu marzeń kończąc. Umysł jest naszą najpotężniejszą bronią w walce ze wszystkim, co nas otacza. Natomiast słowa, potrafią go rewelacyjnie stymulować. Kierują jego decyzjami. Choć to on ma w sobie przepotężną moc do wszelkich życiowych zmian, to jest zależny od komunikatów, które nim kierują. Z kolei na komunikaty, którymi się otaczamy, mamy wpływ My.

Mając na uwadze powyższe zależności oraz powiązania, w pełni słuszne jest stwierdzenie, że tylko My mamy kontrolę nad własnym życiem. Oczywiście dopiero wtedy, gdy jesteśmy w stanie ujarzmić docierające do nas komunikaty.

Komunikaty = nasza reakcja.

Warto zdać sobie sprawę, że znaczenie słów i ich nacechowanie emocjonalnie jest dokładnie takie, jakie chcielibyśmy, aby było. Pod tym względem są one ambiwalentne. Z jednej strony mogą być pozytywne i tym samym nastrajać nas radośnie do życia i czekających zadań, a z drugiej potrafią skutecznie zniszczyć nasze zamiary osiągnięcia celu. Jednak ich charakter nie jest kwestią losową lub wypadkową rządzących sił. Tylko my sami oraz nasze własne myśli, odpowiadają za to, jak odbierzemy docierający do nas komunikat. Jest to swoiste koło zależności.

Słowa trzymają w ryzach nasz umysł i decydują o jego decyzjach, ale to on odpowiada za to, w jaki sposób je odczytamy. Piękne zjawisko, dobitnie ilustrujące niesamowitą złożoność nie tylko ludzkiego ciała, ale przede wszystkim ludzkiej psychiki, której nie da się tak po prostu opisać i zunifikować.

słowa

Zauważmy, że za każdym razem – cokolwiek usłyszymy, zobaczymy, powiemy, przeczytamy – ustosunkowujemy się do tego. Na każdy komunikat do nas docierający, przypada przynajmniej jedna emocja się w nas budząca. Zazwyczaj jest to cała paleta barwnych wewnętrznych odczuć, zmieniających się jak w kalejdoskopie. Zjawisko to porusza całą lawinę późniejszych zdarzeń i naszych działań. Każde słowo oznacza reakcję ze strony naszego ciała oraz psychiki. Nie musi być to wcale ekspresjonistyczne wyrażanie swojego niezadowolenia lub radości. Równie dobrze może to  być myśl znikająca po ułamku sekundy, której nie zdążymy nawet sprawnie zarejestrować lub uczucie, które nie zawsze potrafimy dobrze zinterpretować.

Cokolwiek czujemy lub jakkolwiek reagujemy – słowo zawsze wywołuje w nas odpowiedź. Nawet jeśli robimy to w sposób nieświadomy. Posługując się przykładem z życia każdego z nas zaobserwujmy, iż krytyka, obelgi i wyzwiska kierowane w naszą stronę „bolą”. Natomiast pochwały i miłe słowa „cieszą”. Dzieje się tak właśnie dlatego, że słowa mają moc. Komunikaty wpływają na nas w mniejszym lub większym stopniu, w zależności od jednostki, ale zawsze wywierają na nas wpływ. W jakim natężeniu występuje to zjawisko oraz jak konkretnie reagujemy na dane treści, zależy od indywidualnych wartości, zasad i specyfiki każdego z nas. Nie zmienia to jednak faktu, że jakikolwiek wyraz do nas docierający, wywołuje naszą reakcję. Pamiętajmy, że obojętność również jest reakcją ze strony naszego ciała.

Znaczenie słowa determinuje Twój stosunek do niego.

Przestrzegałbym przed traktowaniem tego tekstu jako mojej zwykłej, czczej gadaniny niewnoszącej nic konkretnego do życia. Poprawne zrozumienie tego zjawiska oraz uświadomienie go sobie, potrafi wprost w niewyobrażalny sposób zmienić nasze życie na lepsze. Wszelkie nasze problemy, które nastręczają nam tylu trudności i przykrości w ciągu dnia, nie są złe z natury. Można rzec, że wszystko, co nas otacza, jest neutralne. Nie jest ani złe, ani dobre. Ani pozytywne, ani negatywne. Tylko nasze własne odczucia i indywidualne zinterpretowanie docierających do nas komunikatów, na podstawie osobistych wartości, zasad oraz doświadczeń, jest odpowiedzialne za nasze reakcje oraz stan emocjonalny.

Docierając do sedna sprawy, można z całkowitym przekonaniem rzec, że odpowiedni stosunek do słów i umiejętne ich stosowanie, może pozwolić nam wspiąć się na wyżyny poznania naszego istnienia. Nie mam na myśli słów tylko wypowiadanych albo tych widzianych gołym okiem. Przede wszystkim to, jak potrafimy rozmawiać z samymi sobą we własnym wnętrzu i jak rozpatrujemy otrzymane komunikaty, czyni nas ludźmi, za których jesteśmy postrzegani.

Jeśli do wszystkiego masz negatywny stosunek i każdy komunikat traktujesz jako obelgę, to Twoje życie nie będzie ani szczęśliwe, ani spełnione. Być może dzieje się tak na podstawie Twoich złych doświadczeń z dzieciństwa. Dlatego tak ważne jest odpowiednie ukierunkowanie słów, którymi posłużysz się, aby przekonać samego siebie, że dzieciństwo minęło, a Ty jesteś już innym, starszym człowiekiem. Prawdziwe wspaniałości, dzieją się jednak wtedy, gdy zwrócimy uwagę na przeciwległy koniec omawianego zjawiska.

Odpowiednie zaprogramowanie siebie, poprzez dobór odpowiednich komunikatów oraz reakcji na te otrzymane, może wywindować nasz poziom szczęścia oraz całe nasze życie na nieznany dotąd poziom. Okazać się może, że dzięki z pozoru tak codziennej i błahej rzeczy, jaką są słowa, możemy osiągnąć wyżyny ludzkiego istnienia, z których jest już niedaleko do wymarzonych szczytów.

Słowa. Niepohamowana moc naszego życia.

Jeśli nadal w gronie moich drogich czytelników znajdują się niedowiarkowie i sceptycy, traktujący moje słowa w kategoriach naiwności to proszę, abyście zastanowili się i odpowiedzieli we własnym wnętrzu na jedno, kluczowe pytanie. Brzmi ono:

Co Was w życiu bardziej bolało – ból fizyczny czy ból psychiczny?

Ból fizyczny jest łatwiejszy w pokonaniu, bo w walce z nim może pomóc nam lekarz, środki przeciwbólowe, operacja czy szereg innych, zewnętrznych czynników. Natomiast ból psychiczny jest sprytny. Siedzi głęboko zakorzeniony w nas i jedyną osobą, która może go powstrzymać, jesteśmy my sami. Nikt inny nie może zrobić tego za nas. Dlatego oprócz cierpienia, jakie za sobą niesie, jest bardzo trudny w zdetronizowaniu i uciszeniu. Jednak w potyczce z nim, skutecznie mogą pomóc słowa. Ta sama forma przekazu, która zapewne ten ból wywołała. Tylko w ten sposób jesteśmy w stanie go skutecznie pokonać i nad nim zapanować, nie dając mu dojść ponownie do głosu.

komunikaty

Słowa istotnie mają moc. Kreują nasze zachowania, reakcje oraz emocje. Stoją za naszym zdenerwowaniem, szczęściem, a także porażką i sukcesem. To one kontroluję nasze myśli, ale dzięki umysłowi możemy zdecydować, jaki będzie nasz stosunek do nich. Nie jest fałszem, że jedno słowo potrafi zmienić całe życie człowieka. Jedna rozmowa może rzutować na nasze działania w przyszłości. Jedna książka z tysiącami słów potrafi nas diametralnie zmienić. Wszystko, co nas spotyka, przejawia się poprzez słowa i komunikaty do nas kierowane. Odpowiednie i świadome pokierowanie nimi, może zamienić nasze usłane trudnościami życie, w prawdziwą dżunglę szczęścia, w której wszystko, co nas otacza, będziemy postrzegali jako największy dar z niebios. Nawet ten tekst odpowiednio przez Was zrozumiany, może wzbudzić w Was świadomość. Zrozumienie, które zaprocentuje pochyleniem się nad omawianym tematem, a w konsekwencji nad zmianą całego życia na lepsze.

Będę bardzo szczęśliwy, jeśli tym artykułem położę pierwszą, małą cegiełką pod fundamenty Waszych życiowych zmian. Bądźcie świadomi komunikatów do Was docierających. Tym samym zapanujecie nie tylko nad swoimi emocjami oraz reakcjami, ale także nad całym swoim życiem.

#kolejne artykuły