Jak grać na fortepianie żeby ktoś chciał Cię słuchać? | worldmaster.pl
#

Na samym początku pozwolę sobie na pewne porównanie.

Dobry muzyk jest jak gawędziarz.

To co wyróżnia dobrych mówców to fakt, że mają lekkość wypowiedzi. Odbiorca, do którego kierowany jest przekaz uważnie słucha każde słowo, zdanie zastanawiając się co będzie dalej. Tak samo muzyk prezentujący utwór, musi umieć przyciągnąć słuchacza opowiadając mu historię.

Muzyka to język słyszany na całym świecie, ale rozumiany tylko przez jednostki.

Tutaj kilka wskazówek jak rozumieć i władać tym językiem, by opowiadać zwykłe historie w sposób niezwykły.

Chcesz nauczyć się jakiegoś utworu?

Weź go jak specjalista na warsztat!

Zacznij mu się przyglądać z każdej strony!

Nauka treści

  1. Na pierwszy rzut oka określ tonacje, w której są zapisane nuty.
  2. Zagraj gamę w tej tonacji. Przypomnij sobie po jakich dźwiękach i na jakich klawiszach musisz się poruszać. To ku woli treningu umysłu. Wprowadzasz mu pierwsze dane, na których będzie się opierała dalsza praca.
  3. Następnie określ metrum, policz na głos akcentując mocną część taktu.
  4. Rozczytaj nuty stosując się do zaleceń zawartych w poradniku dla inteligentnego ucznia.
  5. Prawa, lewa ręka osobno
  6. Uporządkuj sobie przebieg rytmiczny.
  7. Policz na głos stosując się do metrum.
  8. Zadbaj o każdą nutę.
  9. Zagraj ją tak, aby trwała odpowiednio przypisanej wartości rytmicznej.
  10. Spróbuj nałożyć treść prawej i lewej ręki grając jednocześnie.
  11. Zrób to licząc na głos wg wskazania metrum.

Pamiętaj!

Rób to w bardzo wolnym tempie, pod kontrolą mózgu, pilnując czy wprowadzasz właściwe dane do swojej pamięci.

Pracuj na małym odcinku 2-4 takty. Jeśli je opanujesz, przejdź dalej.

Nauka na pamięć

Jak to zrobić sprytnie i inteligentnie?

Dokonaj analizy utworu

Prześledź zapis nutowy wychwytując wszystkie zmiany np. tonacji, położenia kluczy, metrum, nut nienależących do dźwięków gamo-właściwych, rytmu.

  • Zwróć uwagę w których miejscach występują i jak często się pojawiają
  • Wychwyć takty, które się powtarzają.
  • Stwórz sobie schemat, który pozwoli Ci zrozumieć jak zbudowany jest utwór.
  • Ułóż ogólny i szczegółowy plan treningowy dla swojego mózgu.

Twój nauczyciel powinien pokazać ci to na zajęciach. Jeśli słyszysz o tym pierwszy raz, poniżej zamieszczam przykładowy ogólny plan treningowy.

Szczegółowy plan jest układany indywidualnie pod każdy utwór oraz predyspozycje ucznia.

 

Ogólny plan treningowy

  • Prawa ręka uczy się przebiegu swojej melodii.
  • To samo czyni lewa ręka.
  • Prawa ręka gra to co ma lewa
  • Lewa ręka gra to co ma prawa
  • Później następuje łączenie rąk.

Pamiętaj!

Pracuj na małych odcinkach. Zapamiętuj po 2 takty, stopniowo dokładaj kolejne.

  • Weryfikuj ile umiesz. Czyli metoda odłożenia nut na bok.

Trywialne, prawda? Jednak bez nut czujemy się niepewnie. I o to właśnie chodzi. Zobaczysz, ile faktycznie umiesz.

  • Teraz jak grasz patrz jak zachowują się ręce.
  • Jeśli się zacinasz, sprawdź w nutach gdzie.
  • Uzmysłów sobie jakie nuty tam są.
  • Znowu je odłóż.
  • Całą swoją uwagę poświęć na to jak pracują ręce.

To niezwykle istotne. Wtedy zauważysz, które miejsca wymagają szczególnej uwagi i poświecenia czasu na wyćwiczenie.

Teraz rozumiesz, że tylko patrząc w nuty byłeś w stanie zagrać utwór. Patrząc na klawisze gubisz się, bo nie wiesz co ma zrobić ręka.

  • Poprzez prace na kilku taktach bez nut przed oczami, obserwowaniu rąk, sprawdzaniu nut tylko wtedy gdy nie wiesz co należy zrobić, AKTYWNIE wprowadzasz dane do swojej pamięci.

Pamiętaj!

Rób to ostrożnie i powoli. Nie pozwalaj sobie na błędy. Weryfikuj każdy ruch ręki.

Trening umysłu

Myśl/ćwicz

lokalnie

Na początku nauki jakiegokolwiek utworu należy pracować na małych odcinkach. Dopiero później po ich opanowaniu dokładać kolejne takty. Możesz to robić zaczynając od początku utworu.

Po opanowaniu jakieś części utworu  możesz również wybierać takty w których czujesz się niepewnie. Pracuj na pewnym wycinku utworu mając świadomość tego, że jest to element większej całości, do której musi się wpasować.  

globalnie

Po opanowaniu treści oraz częściowego przyswojenia utworu do swojej pamięci, należy scalić go  w jedną całość. Sklejając poszczególne fragmenty utworu w jeden uporządkowany ciąg elementów postępujących po sobie. Konieczny jest tutaj szczegółowy plan treningowy, który pozwoli na uzyskanie płynności i lekkości w grze.

Pamiętaj!

Wystrzegaj się ćwiczenia polegającego na bezmyślnym przegraniu utworu od początku do końca. Zaangażuj swój umysł w 100% i ćwicz efektywnie.

Nauka opowiadania

Czyli jak grać, żeby ktoś chciał cię słuchać?

Doszedłeś do etapu, w którym poruszasz się poprawnie po klawiaturze.

Muzyka jest narzędziem do zabawy, wyrażania emocji, opowiadania jakieś historii. Żeby to uzyskać trzeba zająć się detalami, których jest mnóstwo. Każdy utwór to kopalnia nut, z której trzeba wydobyć diamenty i odpowiednio je oszlifować. Wtedy dzieło nabiera wartości i przyciąga uwagę wszystkich słuchaczy.

Żeby zajmować się detalami trzeba po kolei wykonać wszystkie prędzej opisane kroki. Teraz znając treść na pamięć, patrzysz na klawiaturę i ręce, które wiedzą co mają robić. Wiedzą w jaki sposób i gdzie się poruszać. Teraz możesz pracować nad tym w jaki sposób ma być zagrana każda nuta. Nakładając na nią trzy warstwy.

I – artykulacja (sposób zagrania nuty staccato, legato, portato…)

II – agogika (w jakim tempie lento, allegretto, ritardando, accelerando, presto…)

III – dynamika (z jakim natężeniem dźwięku forte, piano, mezzo forte, pianissimo…)

Możesz zająć się każdą nutą z osobna. Zaplanować jak ją zagrać. W nutach masz pewne podpowiedzi, narzucone przez autora bądź wydawcę opracowania. Często właśnie przez te podpowiedzi autor narzucił swój sposób opowiadania, który Ci się spodobał. Więc z pewnością będziesz chciał odtworzyć tę historię i opowiedzieć ją w identyczny sposób. W czym pomogą Ci te wskazówki. Pod warunkiem, że zrobisz wszystko po kolei, z dbałością o każdy szczegół.  

 

 

Tworzenie nie jest łatwe. Akt ten pochłania wiele energii: nie tylko fizycznej, ale przede wszystkim psychicznej. W końcu chodzi o stworzenie czegoś z niczego, prawda? Pierwszym, który tworzył był Bóg, ale nawet On – przy całym swoim flow – potrzebował odpoczynku po sześciu dniach intensywnych zmagań. Jak więc zwykły, szary człowiek może wymagać od siebie nieskończonego potencjału oraz twórczej weny? Nijak. Chodzi wyłącznie o złapanie „fali” w odpowiednim momencie. Cała reszta to mozolna praca, niemająca niczego wspólnego z romantycznym wpatrywaniem się w przestrzeń i tworzeniem dzieła.

flow w życiu twórcy, czyli czekanie na niemożliwe

Dzień z życia Pisarza. Kto by czekał na flow?

Wiecie, jak to wygląda… Budzisz się rano, przecierasz zaspane oczy i przypominasz sobie, czekający na Ciebie projekt, który najchętniej zastosowałbyś, jako zamiennik papieru toaletowego. Ale przecież doskonale wiesz, że tego nie zrobisz, bo (tutaj pojawia się zawsze ta sama litania): dom, pieniądze, utrzymanie, praca, rodzina, wakacje, komfort, opłaty, rachunki… Wstajesz więc, idziesz do kuchni, sięgasz po ostatni czysty kubek (w pozostałych są resztki wypitej kawy z dnia poprzedniego), nastawiasz wodę i otwierasz laptopa, modląc się, aby właśnie dziś nadeszło „flow”

Potem – z zapachem kawy w powietrzu – sprawdzasz maile i przeglądasz Facebooka, oszukując siebie, że w ten sposób „szukasz inspiracji” i robisz sobie „rozgrzewkę” przed głównym zadaniem tego dnia. Mija godzina, chce Ci się jeszcze mniej niż wcześniej, ale termin nagli, klient dzwoni, dziecko zaraz się obudzi i szlag trafi Twój czas  na „twórczą pracę”.

Nie czekasz na flow, bo wiesz, że ono nie przychodzi, jak dorosły z pracy, dziecko ze szkoły czy listonosz z pocztą. Flow bardziej przypomina letnią burzę w Tatrach: nadchodzi niespodziewanie, ale jeśli jesteś w centrum wyładowania, nie ma szans, aby w nim nie uczestniczyć.

czym jest flow

Nie bądź głupi, złap falę!

Złapałem.

Nawiedziło mnie flow, dlatego piszę ten tekst. Nie wiem nawet, czy dotrwam do końca (gdziekolwiek on jest) i czy wystarczy mi ochoty na jakiś spektakularny finał (bo przecież wszyscy na to czekają, rozochoceni lekturą kryminałów i literatury fantasy). Piszę jednak, bo wiem, że niewykorzystanie twórczej fali dla pisarza, malarza, rzeźbiarza czy ilustratora, jest jak pominięcie Mszy Świętej w niedzielę dla (zwłaszcza) starszego pokolenia.

Jestem tym pierwszym: pisarzem, twórcą, copywriterem… Zwał jak zwał, ale często tworzę i lepię coś, co jeszcze parę dni, tygodni lub miesięcy wcześniej nie istniało. Przynajmniej w formie namacalnej, bo co się dzieje w mojej głowie przez większość czasu, niech tam zostanie. Z pożytkiem dla całego świata.

Flow to stan, którego nie wybierasz. Tym bardziej pory jego przyjścia. Jeśli wierzysz, że możesz go wywołać, a pisanie książek odbywa się w wyższym stanie świadomości, to polecam kupno dobrego, wysokoprocentowego trunku, abyś nie minął się z prawdą. Flow jest falą, która może do Ciebie przyjść w toalecie, pod prysznicem, w drodze do pracy (jak będziesz mieć szczęście, to Twoją pracą będzie tylko tworzenie), podczas spaceru lub w dowolnym miejscu, które najczęściej znajduje się poza biurkiem, przy którym tworzysz kolejne dzieła.

jak odnaleźć flow

Autor do kosza, dzieło na wystawę

Flow nie da się wywołać „na już”. Po przeczytaniu książki „Jak oni pracują” autorstwa Agaty Napiórskiej poczułem się, jak koneser wyskokowych trunków na spotkaniu AA, który po latach wreszcie rozumie, że nie on jedyny zmaga się ze swoim problemem, a potem nagle doznaje olśnienia, że nawet jeśli nie wyzdrowieje, to przynajmniej będzie miał dobre towarzystwo do wspólnego degustowania.

Jesteśmy Twórcami i jesteśmy szaleni. Nasza praca jest mozolna i tylko czasami romantyczna. Ale który z nas, mógłby bez niej żyć?

Nie musisz nas rozumieć. Ważne, żebyś zrozumiał nasze dzieła.

szaleństwo twórców

Powoli wracamy do normalnej pracy i szkoleń. Cieszę się, że obóz letni wypala i będziemy mogli rozwijać się wspólnie. Na wrzesień mamy kilka zamówień dla jednostek co daje zadowolenie z wykonywanej z pasją roboty.

Krav Maga wg mnie to więcej niż zbiór technik

Należy mocno rozgraniczyć walkę o życie i sport. Nie należy zapominać jednak jak bardzo jest ważny. Chcąc się rozwijać w obszarze bezpieczeństwa osobistego należy myśleć przekrojowo i nie zaniedbywać żadnej strefy. Chodzi o coś więcej niż stójka, parter, klincz.

Dołóż podstęp, grę aktorską, taktykę i całą masę elementów dodatkowych.

Prewencja – nauka rozpoznawania sytuacji i zachowań niebezpiecznych, psychologia konfliktu, nauka podejmowania racjonalnych decyzji w stresie.

Samoobrona to stan umysłu

W ciągu ostatnich lat miałem przyjemność przekazywać wiedzę w dziesiątkach szkół w kraju i za granicą. Zapraszam do współpracy przy okazji szkoleń instruktorskich, obozów oraz seminariów.

Trzymajcie się! 👊

zbiór technik

Na początek kilka słów wyjaśniających pojęcie “VLOG” – dla osób, które z tym terminem się nie spotkały 🙂

“VLOG (wideoblog) – rodzaj bloga internetowego, którego zasadniczą treść stanowią pliki filmowe (VODcast) publikowane przez autora w kolejności chronologicznej. Pliki udostępniane są do odtwarzania w technologii video-streamingu lub do pobrania na komputer użytkownika – gościa i widza wideobloga. Vlogerzy publikują swoje filmy głównie w serwisie YouTube oraz Dailymotion.” – źródło: Wikipedia

vlog, vlogowanie

Około dwa lata temu podczas jednej z rozmów telefonicznych z bratem, ten zapytał mnie czy oglądam na YoutTube Vlog Bartka.  Bartek (Youtuber) prowadzi kanał “Bez Planu”. Odpowiedziałem, że nie, ale chętnie rzucę okiem w wolnej chwili.

Postanowiłem sprawdzić co to za kanał. Był to już moment, w którym Bartek nagrywał i publikował pierwsze filmy z Wenezueli. – dla osób, które nie znają kanału “Bez Planu” bardzo polecam.

Postanowiłem zapoznać się z jego wcześniejszymi filmami i tak mnie to wciągnęło, że obejrzałem całą podróż po Azji. Podróż, którą odbył wraz ze swoją koleżanką Ulą. Następnie w bardzo krótkim czasie “wciągnąłem” filmiki z Wenezueli.

Potem już tylko oczekiwałem na nowe, ponieważ byłem już na bieżąco ze wszystkimi jego podróżami – aha, gdzieś pomiędzy znalazła się również Dominikana na kanale Bartka. 😉

To był moment kiedy uświadomiłem sobie, że nie byłem jeszcze nigdy dalej niż poza granicami naszego europejskiego kontynentu. Poczułem ogromną chęć poznania świata z perspektywy innych kultur. Usiedliśmy przed monitorem laptopa i zaczęliśmy wertować strony z tanimi lotami oraz takimi, gdzie wyszukiwarka pozwala na sprecyzowanie miejsca docelowego i znajduje najtańsze połączenia. 😉

Oczywiście po filmikach Bartka i Uli szukaliśmy początkowo lotów do krajów Azjatyckich. Pojawiła się gdzieś w międzyczasie Kuba, ale ostatecznie w polu “szukaj lotów” w wyszukiwarce internetowej pojawiły się Malediwy. 🙂

Ku naszemu zdziwieniu okazało się, że można dolecieć tam za takie same pieniądze jak przykładowo do Tajlandii czy na Kubę. Szybko i jednomyślnie stwierdziliśmy – dlaczego nie! Tylko pojawiło się jedno zasadnicze pytanie… Ile taka podróż sumarycznie będzie nas kosztować??

Większość ofert biur podróży sięgają 5 cyfrowych kwot lub nawet je przekraczają… i to od osoby! Odpaliliśmy booking.com i jest! Są tanie noclegi! na wyspach tubylczych! stwierdziłem – to jeszcze lepiej! lecimy!

Ale przejdźmy do meritum, skoro tematem tego artykułu ma być vlogowanie, to może zacznę o tym 😉

Zacząłem się zastanawiać, czy ja mógłbym vlogować tak jak Bartek z “Bez Planu”?

Czy będę umiał “gadać” do kamerki jak do drugiej osoby?

Wtedy to uświadomiłem sobie, że przecież dwa lata z rzędu chodziłem na wyjazdach wakacyjnych z telefonem i gadałem do niego! Właśnie tak! Nagrywałem krótkie sekwencje, które sumarycznie są dla nas niesamowitą pamiątką, a ponadto składałem je w krótkie klipy z podkładem muzycznym. Tak, właśnie sobie odpowiedziałem – będę umiał! 😀

Zakupiłem kamerkę, było to GoPro 5 Session. Ponadto gimbal, dziesiątki uchwytów, które na tamtym etapie uważałem za niezbędne. Oswajałem się z kamerą jeżdżąc np. na rowerze i potem klejąc nagrane filmiki. 😀

W krótkim czasie dokupiłem zewnętrzny mikrofon, ponieważ doczytałem na różnych forach, że poza jakością filmu bardzo ważna jest również jakość dźwięku w naszych filmach!

Naprawdę się napaliłem i musiałem być ekspertem zanim wyjadę z kamerką 😉

Nadszedł nasz dzień wyjazdu! Był to początek września 2018 r. więc stosunkowo niedawno… 😉 Sonstruowałem swój sprzęt (kamerkę, gimbala, mikrofon, adapter mikrofonowy) i postanowiłem nagrywać od jego pierwszych chwil. Wyciągnąłem kamerkę już na lotnisku w Warszawie.

Nie powiem, żebym się czuł komfortowo, kiedy to wzrok wszystkich zatrzymywał się na mnie. Ale postanowiłem się tym nie przejmować… a przynajmniej tak mi się tylko wydawało. 😉

Kolejne nagrania uskuteczniałem w samolocie oraz na lotnisku w Katarze. Oswajanie z kamerą przychodziło z każdą minutą. 😉 Po przylocie na Malediwy mimo zdziwionego wzroku miejscowych również biegałem z kamerą i gadałem do niej co mi ślina na język przyniesie.

Oczywiście przed wylotem miałem niesamowitą wizję tworzenia bardzo ciekawych i wciągających widza vlogów. Aczkolwiek jak wspomniałem wcześniej gadałem co mi ślina na język przynosi i nie zawsze były to “ciekawe i wciągające opowieści”…

W większości przypominały bełkot, jąkanie się i bez ładu i składu układane zdania. Dopiero w trakcie montowania filmów byłem w stanie trochę to zmienić. 😉

Sądziłem, że z każdym kolejnym dniem będzie łatwiej, bo w końcu trening czyni mistrza. A jeżeli nie z każdym kolejnym dniem to na pewno z każdą kolejną wyprawą. 🙂

Tą kolejną wyprawą był krótki wyjazd do Jordanii

Swoją drogą to Jordania do tej pory urzekła mnie najbardziej! W tym roku chciałem tam wrócić.

vlog, vlogowanie

Po powrocie z Malediwów powstała seria odcinków, które w tej chwili najchętniej bym usunął całkowicie. 😉 Z drugiej strony jak już wiszą na YouTube to niech tam zostaną, w końcu każdy kiedyś zaczynał. Co do kwestii obycia z kamerą – to chyba jeszcze się do końca nie przyzwyczaiłem do mówienia w obiektyw. 🙂

Zauważyłem natomiast, że łatwiej mi to przychodzi za granicą. Dlaczego? Dlatego, że ludzie znajdujący się w pobliżu nie rozumieją tego co mówię. 😀

Za mną ponad 1,5 roku od pierwszego spojrzenia w kamerę i nagrania pierwszych vlogów pod kątem udostępniania ich w internecie. Przez ten czas udało mi się zrobić relację z Malediwów, Jordanii, Tajlandii, Ukrainy, Kaliningradu, Izraela, Włoch, a nawet kilku miejsc w naszym kraju.

Przez ten czas zapoznałem się w mniejszym lub większym stopniu z kanałami innych Vlogerów. Z niektórymi jestem w kontakcie i wymieniamy się swoimi spostrzeżeniami czy po prostu piszemy ze sobą. Na pewno nabrałem wprawy w montowaniu filmów – czy używając już odpowiedniej nomenklatury – vlogów. Używam programów z półki dla profesjonalistów, zmieniłem sprzęt na aparat, aby jakość była jeszcze lepsza.

Poza mówieniem do kamery analizuję robienie ujęć pod kątem przyszłego montażu, staram się przede wszystkim mówić z sensem. 😀

vlog, vlogowanie

Ale jest jedna bardzo istotna kwestia!

Zawsze jestem sobą! Dzięki czemu jest trochę luzu i dystansu w powstałych filmach!

Ale… jest oczywiście pewne ale… a mianowicie, nie ma takiego efektu jakiego po części oczekiwałem. Wydawało mi się, że zrobienie kilku filmów, ponadto zrobionych z miejsc bardzo odległych sprawi, że wyświetlenia będą przybywały lawinowo każdego dnia. Czas zweryfikował, że nie wystarczy wrzucać filmów z najbardziej odległych zakątków świata. Nie wystarczy ciekawie czy na luzie mówić do kamery. Nie wystarczy montować ciekawych ujęć.

Tego wszystkiego jest “do bólu” w internecie. W grę wchodzą takie czynniki jak algorytm Youtuba, dla którego jednym z czynników jest długość oglądania filmu. Ponadto takie czynniki jak choćby dodawane tagi, opisy, tytuł, a nawet wygląd miniaturki. To wszystko oraz dziesiątki innych czynników powoduje, że nasz film jest lepiej pozycjonowany w wyszukiwarce YouTube.

Dziś wiem, że mimo wszystko jestem gdzieś na początku mojej zabawy z Vlogowaniem. 🙂 Przede mną jeszcze bardzo długa i kręta droga.

Dla tych, którzy wytrwali do końca tego wpisu podrzucam poniżej link do mojego kanału na platformie YouTube. A także miejsce, gdzie można zobaczyć trochę więcej z mojego codziennego życia, czyli Facebook i Instagram.

YouTube – https://www.youtube.com/MrWloczykij

Facebook – https://www.facebook.com/Mr.Wloczykij

Instagram – https://www.instagram.com/Mr.Wloczykij

 

W nowoczesnym świecie wszystko masz na wyciągnięcie ręki. Wiedzę, sprzęt, suple, książki, trenerów, szkolenia. Nic tylko brać i się rozwijać.

Zastanawialiście się czemu mimo wszystko część z Was to lenie bez celu?

Dziś piszę na przykładzie sztuk walki, ale możecie przełożyć to na każdą inną dziedzinę. Zastanawialiście się czemu teraz można przekraczać wszelkie bariery, a mimo to nie korzystacie z dobrodziejstw tego świata?

Powróćmy do tzw. starej szkoły. Krótka historia tego jak było kiedyś. Oczywiście różnie pojmujemy słowo kiedyś.

Piszę na swoim przykładzie i oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że w czasach gdy zaczynałem, było też paru bananowych chłopaków, którzy mieli więcej niż my- czyli chłopaki z klasy średniej plus biedne ziomeczki z bramy na ul.Poznańskiej.

Dziś wchodzisz do sklepu i masz na półkach wybór rękawic bokserskich od 70 do 700 zł.

Wiecie jak było kiedyś?

Jeżeli już miałeś rękawice, to dbałeś o nie jak szalony. Wietrzyłeś, suszyłeś i smarowałeś wazeliną.

Oczywiście trzeba było je mieć. Jak nie miałeś szczęścia to w klubach bokserskich i podwórkowych fight klubach mogłeś założyć rękawice wielokrotnego użytku. Miały taki plus, że były. Minusem był smród i niespodzianka w postaci różnych dziwnych syfów na pieściach. Niektórzy wybierali wersje sparingu w swoich rękawicach narciarskich.

Można?

Ochraniacze piszczeli miałem od taty z WAMU, gdzie można było pożyczyć i dzielnie trenować kopy.

Gdzie trenować?

W sekcjach gdzie nie wszyscy trenerzy byli profesjonalistami. Oni też poszukiwali swojej drogi. Osobiście miałem dosyć duży dostęp do fajnego sprzętu.

Pamiętam jak na hali przy ul. 6 sierpnia wisiał worek w rogu. Podczas zajęć wf dla wojskowych, które prowadził Padre Ryszard trenowałem z kumplami ciosy śmierci. Na materacach ćwiczyliśmy rzuty i dźwignie aikido ala Segal w „Wygrać ze śmiercią” (Hard to kill).

Pamiętacie te pozycje?

Z pewnością w pamięci będę miał prowizoryczne ochraniacze szczęki z gazy i tamponów. Ustawialiśmy się na sparingi na mrozie. Dawały radę, choć nic nie czuliśmy bo było za zimno. Po wejściu do ciepłego pomieszczenia krew schodziła z nas elegancko. To nie był długi okres. W sklepach było coraz więcej sprzętu a rodzice rozumieli moją pasję.

Ale te czasy były wspaniałe

Pierwsze odżywki dostałem od ojca. Nazywały się rapid i polvita. To było coś. Dziś niektórzy nie wyobrażają sobie treningu bez przed treningówki, bcaa i białka.

Materiały Video ściągałem ze stanów. Gracie Ju-jitsu, Rob Kaman, Beny Urquidez i wiele innych. Pisząc o tym jestem po treningu na tarczy którą zamontowałem na drzewie. Jest naprawdę fajna. Absolutnie wystarczająca.

Piszę o tym byśmy pamiętali jakie szczęście i jak ogromne możliwości rozwoju mamy dziś.

Nie narzekaj – doceniaj każdy dzień!

Serdeczności. 😉

Jarosław Rogowski

p.s. Cały trening na domowej produkcji tarczy znajdziecie na moim lanserskim
new schoolowym Instagramie

#kolejne artykuły