Standardy piękna to PARANOJA! Gruby to też CZŁOWIEK! | worldmaster.pl
#

Jak to jest z tymi grubymi osobami? Są lubiani, czy nie są? Mają w waszych oczach szacunek, czy nie? Spełniają te wasze standardy piękna, czy tak nie do końca? Bo ja odnoszę wrażenie, że gruby człowiek jest spychany na margines społeczeństwa i czegokolwiek by nie zrobił, to ostatecznie i tak będzie to jego winą.

Znamy się już dość długo. Możecie mnie poznawać od 117 artykułów. Przeczytanie wszystkich zajęłoby około dwudziestu godzin.  Myślę, że jesteśmy na dość dobrym etapie naszej znajomości, prawda? Powiedziałbym, że nasza relacja ewoluuje i stoi na wysokim poziomie. Dlatego może z tego powodu nie mam żadnych oporów, aby po prostu usiąść z nogami podwiniętymi pod pośladki, laptopem na kolanach i napisać tekst, który nie będzie dla każdego przyjemną lekturą.

Wina grubego!

Tworząc, inspirowałem się delikatnie podcastem Justyny Mazur „Słuchowisko”, gdzie jeden z odcinków brzmiał: „Wina grubego”Wtedy, parę tygodni temu, słuchając słów autorki, wiedziałem, że trafiła w samo sedno problemu, ale nie czułem potrzeby uzewnętrzniania tego. Natomiast teraz zrozumiałem, że i we mnie narosła ogromna chęć zwrócenia wam uwagi, że „być grubym” nie oznacza być gorszym!

Ludzie… Co jest z Wami?!

Czy naprawdę te wszystkie idealne modelki i „fitnesiary” z Instagrama i telewizji tak bardzo zawróciły wam w głowie, że nie potraficie już racjonalnie patrzeć na drugiego człowieka? A przede wszystkim po ludzku? Nie wiadomo, którą pięść zaciskać, gdy się słyszy, że „gruby jest gorszy” albo  „gruby to jest nic nie warty”.  Gdzie się podziała Wasza tolerancja, o której wszyscy tak głośno mówią, gdy problem dotyczy homoseksualistów, mniejszości etnicznych czy religijnych? Nagły zanik pamięci, czy o co w tym chodzi?

Standardy piękna.

Żyjemy w tak przeklętej bańce idealności, gdzie w ogóle nie dopuszczamy do siebie, że ktoś może odbiegać od wyznaczonych standardów. Jakich standardów?! Tych ustalonych przez wychudzone modelki? Wyznaczone przez te „ćwiczące dziewczyny”, które miesiączkę widziały ostatni raz w wieku trzynastu lat, a średnio raz na tydzień widzą spożyty przez siebie pokarm, spłukiwany w toalecie wraz z wyrzutami sumienia? To są dla was te wasze „standardy piękna” ? Standardy, które pokazują jak poświęcić całe swoje życie kształtowaniu pośladków? Czy jak w pięciu prostych krokach powiększyć sobie piersi?

standardy piękna

Ale przecież to chłoniecie! Każdego dnia! Ślinicie się do monitorów, widząc kolejne wyuzdane zdjęcie, które mogłoby znaleźć się na okładce Playboya. A potem wychodzicie na ulice z tymi waszymi zabawnymi „standardami”, widzicie pierwszą lepszą osobę i od razu wystawiacie jej najlepszą opinię z możliwych: „gruba”, „gruby”, „świniak”, „spaślak”, „tłusta krowa”. No bo przecież, jak to możliwe, żeby nie mieć „sześciopaka” na brzuchu?! Albo kto to widział, żeby mieć cellulit na nogach?!

Tworzymy świat, w którym widok odstającej koszulki na brzuchu albo brak szpiczastego podbródka i wyraźnych kości policzkowych, jest piętnowany i utożsamiany z brakiem życiowego sukcesu… Przecież to nawet śmiesznie brzmi! Ja myślę, że głodne dzieci w Afryce i ludzie umierający na nieuleczalne choroby, muszą mieć teraz niezły ubaw! Nie ma co. Boki zrywać!

Znacie tzw. efekt aureoli? Polega on na tym, że na podstawie jednej pozytywnej cechy osoby, automatycznie przypisujemy jej inne, o których nie mamy żadnego pojęcia. W tym więc wypadku, kiedy widzimy „ładną i szczupłą” osobę, czyli taką, która wpisuje się w nasze „standardy piękna”, bezwiednie myślimy o niej w lepszych kategoriach niż ma to związek z rzeczywistością. „Ładni i szczupli” są więc automatycznie także mądrzy, dobrzy, życzliwi, otwarci i bardziej pracowici…

Nie muszę chyba pisać, że działa to też w drugą stronę, prawda? Tę o wiele mniej pozytywną i bardziej niesprawiedliwą?

Gruby człowiek winny wszystkiemu.

Myśleliście, że to już koniec? Dlaczego? Przecież to takie zabawne, gdy można komuś powiedzieć (a jeszcze lepiej NAPISAĆ!), że jest tłusty, gruby i jak najszybciej powinien coś ze sobą zrobić!

No, ale przecież to wszystko mówicie w żartach. Przecież to wina grubego, który bierze wszystko do siebie i nie zna się na dowcipach! Wy jesteście aniołkami, którzy tylko podtrzymują dobrą atmosferę w grupie i pilnują, aby przypadkiem nie zabrakło okazji do żartowania. A z kogo najłatwiej żartować? No oczywiście, że z tego, który jest gruby! Przecież w takiej sytuacji wcale nie musicie się wysilać. Wystarczy spojrzeć i już! To takie oczywiste…

Jest gruby? To jego wina! Nie zdał egzaminu? Za dużo żarł! Nie ma dziewczyny? Trudno się dziwić z takim cielskiem! Nie może zdać prawa jazdy? Bo nie mieści się za kierownicę! Nie otrzymał pracy? Z taką spasłą twarzą…

Gdzie my żyjemy? W prawdziwym świecie, czy w swojej wyidealizowanej bańce?

Internet siedliskiem osób bez twarzy i mózgów.

Przeglądając komentarze pod jednym z filmów na YouTube (lubię to robić z pożywki, jaką daje mi grupa ludzi, u których badanie mózgu mogłoby wykazać ciekawe wyniki), gdzie tańczyła piękna, młoda kobieta o naturalnych kształtach, natrafiłem na co najmniej kilkadziesiąt treści, które miały  głęboko w nosie wszystko inne, a skupiały się wyłącznie na sylwetce tej Pani.

  • „Jezu, ale gruba!”,
  • „Gdzie oni ją wytrzasnęli?!”,
  • „Fajna, ale trochę za gruba. Mogłaby schudnąć!”,
  • „Dobra dupa, ale za tłusta”

Tu już nawet nie chodzi o to, że autorzy tych wszystkich komentarzy, wpisów, słów i wyroków zapewne wyglądają niewiele lepiej. Nie można się na tym skupiać, bo w ten sposób stajemy się podobni na nich. O wiele bardziej chodzi o jakikolwiek poziom empatii i zrozumienia drugiego człowieka. To nie jest trudne, aby po pierwsze się zastanowić, czy moje słowa nie ugodzą w drugą osobę? Po drugie, czy są one prawdziwe i na miejscu? I po trzecie, czy to naprawdę jest takie ważne?

Ale to wszystko kosztuje myślenia, a ludzie nie lubią myśleć, bo to rodzi wysiłek, a po co się wysilać, jak można postukać parę razy w klawiaturę i napisać: „Ale grubas! Ha ha ha.”?

gruby człowiek

Źródło: www.twojaanglia.eu

Dajcie żyć!

Pomyślcie  sobie, jaką krzywdę robicie swoimi słowami, innym. Pośmiać można się równie dobrze z siebie. Czemu więc tego nie robicie? Ach, no tak… Bo to nie jest fajne! Czemu zawsze trafia na tą osobę, która wyróżnia się wagą ciała, czy w ogóle wyglądem? Tylko dlatego, że jest gruby? Bo reprezentuje inne „standardy piękna”? Bo jest „inny”?

Czy wreszcie możecie pozwolić żyć ludziom tak, jak tego chcą? Możecie pozwolić innym być takimi, jakimi chcą być? Czy już do końca waszego życia będziecie uważali się za pępki świata, które mają prawo do decydowania za wszystko i wszystkich?? Wasze zdanie i wasz punkt widzenia nie jest jedynym na tym świecie!

To, że „fitnesiara numer milion pięćset” pompuje pośladeczki trzy razy w tygodniu na siłowni i dwa razy w miesiącu u chirurga, nie oznacza, że każdy musi to robić i że każdy musi tak wyglądać! To, że „Maczo spod znaku lśniącej sztangi” ma sześciopak na brzuchu i bicepsy napompowane sterydami, nie oznacza, że każdy mężczyzna tak musi wyglądać!

I dzięki Bogu, że tak nie wygląda!

Waga nie zmienia człowieka. Robią to standardy piękna.

Jak już wylewam tutaj wszystkie swoje żale, to jeszcze jedna sprawa. Może nawet najważniejsza.

Czy Wy myślicie, że jak ktoś przytyje, to już nie jest tą samą osobą? Czy jak ktoś z wagi 60 kilogramów, skoczy na 70 kilogramów, to naprawdę sądzicie, że poza dodatkowymi kilogramami ubyło mu jego wartości? Albo poziomu dobra, jakie w sobie miał?

Idąc tym tropem myślenia, czy jak idziecie do fryzjera, to po wysztafirowaniu się, już jesteście kimś innym? Nie? Dziwne… A ja myślałem, że tak właśnie jest, patrząc, jak są traktowani Ci, którzy przytyli! Szkoda, że nie działa to też w drugą stronę.

Dlaczego jak ktoś schudnie, to nikt się z tego nie śmieje? Dlaczego, jak ktoś schudnie, to nikt nie powie: „O Mój Boże! Co Ty ze sobą zrobiłaś! Jak można tak wyglądać?! Weź idź coś zjedz!”.

Ależ oczywiście, że nikt tego nie powie, bo osoby szczupłe spełniają wasze „STANDARDY PIĘKNA”!

A niech tylko ktoś przytyje! Robi się większy zamęt niż na promocji w Lidlu o siódmej rano. Najpierw są niewinne komentarze: „Mhm! Widzę, że Ci się powodzi ostatnio!”. Potem są przytyki: „Może jeszcze jedno schabika, bo widzę, że tak Ci smakują…”. Na tym się jednak nie kończy.

piękna kobieta

Wartość nie bierze się z wyglądu.

I w ten sposób dokładnie ta sama osoba, która była szczuplejsza o parę kilogramów i miała „szacunek”, traci go, bo przestajecie patrzeć na nią jak na tego samego człowieka. Przepraszam bardzo, ale co tu się zmieniło? Tkanka tłuszczowa? Rozmiar talii? Czy obwód bioder? I to was tak bodzie? Że ktoś jest „większy”? Że ktoś jest nagle w waszych oczach „gruby”?

Jakie to ma znaczenie, jeśli ten człowiek jest nadal tym samym człowiekiem?

Przecież to jest dokładnie ten sam człowiek, z tą samą wartością w środku. Z TĄ SAMĄ! Dziwicie się, że osoby grube są często nieśmiałe, skryte, zamknięte w sobie o zaniżonej samoocenie. Naprawdę? Po tym, co im robicie? Po tych wszystkich komentarzach i uwagach wątpię, czy ktokolwiek zdołałby utrzymać się na prostych nogach.

Napiszę to raz.

Wartość człowieka nie bierze się z tego, jak wygląda, ale to KIM jest. Znaczenie człowieka nie zmienia się wraz z cyferkami na wadze albo rozmiarem bicepsa. Wartość człowieka pochodzi z czynów. Z intencji i postaw. Z podejścia do świata. Ze stosunku do drugiego człowieka.

Przestańmy więc wreszcie odbierać wartość człowiekowi, który jest gruby.

„Gruby” brzmi gorzej niż „szczupły”.

Zwróćcie nawet jaki wydźwięk ma to stwierdzenie: „gruby człowiek”. W rzeczywistości ono jest neutralne. Dokładnie tak samo, jak: „szczupły człowiek”, a mimo to czytając je odnosimy wrażenie, że jest ono „mało kulturalne” i „niepoprawne polityczne”. Wcale nie. To tylko my, swoim postępowaniem sprowadziliśmy je do tego poziomu. Dlatego właśnie wcale nie hamuję się, aby nazywać rzeczy po imieniu i pisać po prostu „gruby”. Skoro „szczupły” przechodzi nam przez gardło, to dlaczego mielibyśmy robić temat tabu z „grubego”?

Spójrzcie, do czego doprowadziliśmy… Gruby brzmi dla nas obco, niestosownie do sytuacji, bo automatycznie widzimy w tym coś negatywnego… Jak więc chcemy przychylniej spojrzeć na osobę, której standardy piękna są inne niż te promowane przez media?

elita społeczeństwa

Przypomina mi się również pewna anegdota, którą usłyszałem jakiś czas temu. Myślę, że pasuje tutaj znakomicie.

Churchill pewnej Pani, która obwiniała go za to, że jest pijany, odpowiedział: „Ja jutro będę trzeźwy, a Pani nadal będzie brzydka”.

Ta gruba osoba, z której się śmiejecie, zawsze może schudnąć, a Wy nadal będziecie musieli żyć ze swoim jadem.

Skończmy z tą paranoją! Standardy piękna nas niszczą!

Gruby, Otyły, Tłusty, Spaśny – nazywajcie ich jak chcecie, ale to wy wystawiacie sobie w ten sposób najlepszą z możliwych not. To do was te słowa wrócą i nie życzę, aby kiedykolwiek odbiły się od was z taką siła, z jaką wy je wypowiadacie…

Albo wiecie, co?

Życzę.

Tego wam właśnie życzę.

Żebyście poczuli jak to jest i wreszcie zrozumieli, że gruby człowiek to taki sam człowiek, jak każdy inny. Nie jest skazany na porażkę. Nie jest chodzącą kupką nieszczęścia i wcale nie ma w życiu gorzej. Jest jaki jest i za to należy mu się szacunek.

I wcale nie bronię ani nie gloryfikuję otyłości. Znacie mnie z innych tekstów. Choćby z tego o otyłości. Nazywam rzeczy po imieniu i staram się patrzeć z wielu perspektyw. Ale przeraża mnie dokąd zmierzamy w swoich postawach i osądach. Zwolnijmy i dajmy ludziom przestrzeń do bycia tym, kim chcą być.

Drodzy Młodzi!

Wybaczcie, jeśli długo się do Was nie odzywałem. Uznałem jednak, że to dobry czas, aby wreszcie zwrócić się bezpośrednio do Was. Do tych, którzy mają więcej, niż chcą widzieć. Jestem jednym z Was. Jestem taki, jak Wy i mam nadzieję, że się dobrze zrozumiemy.

Dwudziesty rok życia…

Niektórzy tę granicę mają dopiero przed sobą, a inni przeszli przez nią już jakiś czas temu. To nie ma znaczenie. Jesteśmy młodzi. Jesteśmy dziećmi. Znajdujemy się na początku naszej drogi.

Pewnie rzadko o tym myślicie, ale jesteśmy w najlepszym okresie naszego życia. W najlepszym. Rozumiecie to? Lepszego czasu prawdopodobnie nie będzie. Myślę, że kiedy już się zestarzejecie, to swoimi myślami będziecie wracali właśnie do tego, obecnego czasu.

Czy jednak będzie, co wspominać? To już zależy od Was.

Żyjemy szybko. Szkoła, potem od razu studia, a jak się chce zarobić na własne potrzeby, to dochodzi i praca. Działamy w ten sposób od rana do wieczora. Od poniedziałku do piątku, gdzie co niektórzy mają małe przerywniki na imprezowanie do późnej nocy i leczenie kaca nazajutrz. „Żyjemy” w ten sposób od pierwszego do ostatniego, od stycznia do grudnia. Ale, co to za życie? Życie bez głębszej refleksji? Życie bez pojawienia się krótkiej myśli:

Po co mi to wszystko?

Wpadamy w wirówkę dorosłego czasu, mimo że jesteśmy dziećmi. Spójrzcie na swoich rodziców. Na swoich wujków i ciotki. Zerknijcie na swoich sąsiadów, czy jakiegokolwiek dorosłego człowieka. Ilu z nich żyje szybko? Chyba lepszym pytaniem byłoby, ilu z nich nie żyje w ten sposób? Niewielki ułamek. Nie widzicie, że dni większości ludzi są praktycznie takie same? Pobudka, zjedzone w pośpiechu śniadanie, utyskiwania na brak czasu, ewentualne wyprawienie dzieci do szkoły, potem praca, powrót z pracy, ślęczenie przed telewizorem lub sprzątanie mieszkania, kąpiel i spanie. Teraz powtórz to kilkaset razy i mamy rok przeciętnej osoby.

Cholera.

To nie jest wiadomość dla dorosłych. To jest wiadomość dla Was Młodzi. Tylko dla Was. Więc pytam:

Po co, wciąż będąc dziećmi, chcemy żyć jak dorośli?

Zastanówcie się. Dlaczego już w tak młodym wieku wpadamy w wyścig szczurów, który narzuca nam społeczeństwo. Po co się na to zgadzamy? Dlaczego godzimy się na studia, których nie chcemy? Dlaczego przyjmujemy pracę, której nienawidzimy? W jakim celu żyjemy szybko, biegając z miejsca na miejsce? To przecież nie jestem nam potrzebne…  Jesteśmy młodzi. Czy zdajecie sobie sprawę, co to oznacza?

Oznacza to tyle, że prawdopodobnie mamy w sobie więcej siły, niż będziemy mieli w jakimkolwiek późniejszym momencie życia. Znaczy to, że mamy więcej czasu, niż mieliśmy i mieć będziemy. Oznacza to, że NIC i NIKT nas nie ogranicza. Rozumiecie?

NIE MAMY ŻADNYCH OGRANICZEŃ.

Żadnych. Nie mamy męża ani żony. Nie mamy dzieci. Kredyty są dla nas abstrakcją. Nie mamy żadnych zobowiązań. Żadne umowy nas nie wiążą. Nie mamy… Niczego. Ale wiecie, co? Jeszcze nigdy świadomość, że nie mamy niczego, nie była i nie będzie równie wspanialsza. Nigdy. Nie posiadanie niczego to dar, który My Młodzi mamy.

Mam do Was prośbę. Kochajcie i słuchajcie swoich bliskich, ale nie dajcie się im skrępować. Przede wszystkim jednak nie dajcie się skrępować sobie. Bo to, co teraz postrzegacie, jako ograniczenia, to tylko Wasz umysł. Nic więcej. Czy Wy rozumiecie, co możecie zrobić w przeciągu dwudziesty czterech godzin? Możecie znaleźć się w dowolnym miejscu na Ziemi. Możecie rzucić wszystko w cholerę i zacząć od nowa. Dokładnie tak, jak Wy tego chcecie. Możecie robić… WSZYSTKO. Możecie założyć własną firmę, możecie zostać… KIMKOLWIEK chcecie. Nie gwarantuję, że będziecie następnym Jordanem koszykówki, ale gwarantuję, że możecie próbować.

Kiedy ślęczycie na wykładach, których nie rozumiecie i marzycie o tym, co moglibyście robić, tak naprawdę sami siebie oszukujecie. Bo w istocie możecie to robić, ale nie chcecie. Ograniczacie siebie. Czegoś się boicie. Coś Was ogranicza. Rodzice? Przyjaciele? Społeczeństwo?

Kochajcie ich z całych sił, ale warto wybrać własną drogę. Nawet jeśli wiedzie ona przez najdziksze i najdziwniejsze tereny. Co z tego? Spróbujcie.

Powiedźcie swoim rodzicom, że ich kochacie. Podziękujcie im za wszystko, co dla Was zrobili. Porozmawiajcie z nimi. Wyraźcie szczery szacunek za ich opinie, ale zapytajcie:

Mamo, Tato. Czy naprawdę chcecie, żeby Wasze dziecko robiło to, co chcecie, ale było przy tym nieszczęśliwe?

To  wyświechtane, ale róbcie to, co kochacie. Przestańcie zwracać uwagę na pieniądze, sławę, prestiż i inne… bzdety. Po co Wam one? Po co Wam rzeczy materialne? Bez pieniędzy też można być szczęśliwym. Bez pieniędzy też można robić… WSZYSTKO! Jasne, że trochę gotówki potrzebujesz, aby przeżyć, ale po co Ci bogactwa? Chcesz zwiedzić świat? Śmigaj autostopem albo wędruj. Chcesz zostać „kimś”? Działaj. Trenuj. Walcz. Cokolwiek. Rób to.

Ja rozumiem nas wszystkich doskonale. Jesteśmy młodzi. Nie mamy wielkiego pojęcia o życiu. Ja też go nie mam, ale chcę spróbować. Chcę spróbować robić to, co kocham ponad wszystko. Chcę kochać ludzi, chcę realizować siebie i chcę wpływać na życie innych. Chcę… Po prostu chcę.

Napiszę Wam to raz jeszcze:

Nic nas nie krępuje. To tylko nasza głowa.

Nie jesteśmy niczyimi niewolnikami. Jesteśmy w najpiękniejszym okresie życia. Nic nie musimy, a wszystko możemy. Wiecie, jakie mamy szczęście? Za dwadzieścia lat, jeśli teraz nie podejmiemy konkretnych decyzji, będziemy żałować. Fakt! Nigdy nie jest za późno, ale chyba lepiej zacząć próbować w wieku dwudziestu, a nie czterdziestu lat, no nie?

Za czterdzieści lat, będziemy mieli mały problem z dźwiganiem ciężkich rzeczy.

Kiedy minie pięćdziesiąt lat, niektórych już pewnie nie będzie, a Ci którzy zostaną, będą patrzyli na swoje wnuki i tęsknie wyglądali za czasami, gdy sami byli młodzi.

Za sześćdziesiąt lat natomiast… Cóż. Większość zniknie.

Zegar tyka.

Przykro mi.

Ja naprawdę nie piszę do Was z pozycji cholernego coacha. Ja piszę do Was z pozycji chłopaka. Młodego. Takiego, jak Wy. Chłopaka, który chce Wam coś przekazać. Chłopaka, który również ma mnóstwo kompleksów, życiowych stresów oraz marzeń, co do których nie ma pewności, że je spełni.

Jestem jednym z Was. To, że to piszę, nie znaczy, że jestem kimś „lepszym”. Tworzę ten tekst, aby tylko zwrócić Waszą uwagę na rzeczy, obok których codziennie często przechodzimy, nie chcąc zauważyć, tkwiącego w nich problemu…

Teraz będzie trochę radykalnie, ale zanim podejmiecie decyzję, polecam zrobić krok w tył i ocenić swoją sytuację z chłodną głową.

  • Rzućcie studia, które Was nie interesują.
  • Rzućcie pracę, która nie jest dla Was.
  • Zostawcie partnera, który Was nie rozumie.
  • Zostawcie życie, które nie jest Waszym życiem.

Ale w zamian za to, wszystkie swoje siły włóżcie w to, co i kogo tak naprawdę kochacie. To może brzmi tak lekko, ale myślę, że to naprawdę ciężka harówka pełna nieścisłości, stresu, nerwów i łez. Ale chyba warto. Nie mam pewności, bo tam mnie nie było, ale mam ogromną nadzieję, że na końcu tej drogi spotkamy się wszyscy. Pewnie zmęczeni, ale za to niesamowicie szczęśliwi.

Czy może się nie udać?

Oczywiście.

I chyba dlatego, to jest jeszcze ciekawsze.

Powodzenia,

Tomek.

młodzi

Czy zastanawialiście się kiedyś, jak to jest spełniać swoje marzenia i realizować swoje cele? Myśleliście o tym, gdzie byście mogli być, gdybyście choć raz postawili na siebie i swój rozwój? Snuliście kiedykolwiek takie wizje? Takie, w których podejmujecie tę jedną, konkretną decyzję i postanawiacie zrobić wszystko, aby osiągnąć cel? Bez względu na Waszą odpowiedź, myślę, że ten tekst Was zainteresuje. A przynajmniej zainteresować powinien. Każdego bez wyjątku.

To będzie opowieść o człowieku.

Niezwykłej osobie, którą poznałem przed czterema miesiącami i której miałem przyjemność pomagać w osiągnięciu jej celu. Piszę to z ręką na sercu, ale ten chłopak wywarł na mnie ogromne wrażenie i jestem wprost przekonany, że i na Was oddziałuje w nie mniejszym stopniu.

Posłuchajcie  o tym, jak dokonała się jego przemiana.

(Nie)zwykły człowiek – Przemysław Bieluch.

Poznajcie proszę Przemysława Bielucha. 24 listopada skończy 20 lat. Jest to chłopak totalnie zakochany w piłce nożnej. Osoby tak bardzo ukierunkowanej na jeden, określony przez siebie cel, chyba jeszcze w swoim życiu nie spotkałem.

Przemysław Bieluch

Źródło: Przemysław Bieluch. Data: 5 czerwca 2018 rok.

Otrzymałem od niego wiadomość na Instagramie dokładnie 4 czerwca 2018 roku, po 22:00. Pytał mnie, czy zajmuję się rozpisywaniem diet. W takich chwilach, kiedy spoglądam wstecz, zastanawia mnie, co by było, gdybym podjął inną decyzję? Co by się stało, gdybym Przemkowi odmówił? To bardzo ciekawe, ale na całe szczęście tego nie zrobiłem. I to nie był przypadek. Nie wierzę w przypadki. Czuję, że tak musiało być.

Po krótkiej wymianie wiadomości nastąpiła klasyczna procedura – ankieta, odpowiedź i układanie planu. – Standard. – pomyślałem na początku, ale potem… Potem standardu już nie było. Od samego początku wiedziałem, że Przemek nie jest kolejnym podopiecznym, który „chce coś ze sobą zrobić”. Gdybyście tylko widzieli wypełnioną przez niego ankietę… Coś pięknego.  Pozwólcie, że zacytuję maleńki wycinek:

„Czuję się ociężale, wiem, że ważę za dużo. Nie zależy mi dokładnie na kilogramach, typu »do października muszę schudnąć 14 kg« bo to sztuczna otoczka. Chcę spalić zbędny tłuszcz ciężką pracą.”

Wierzcie mi lub nie, ale takie podejście nie jest często spotykane. Powiem więcej. Czegoś takiego nie spotyka się na co dzień. A już zwłaszcza tego, co zaszło później. Bo słowa Przemka, to było jedno, ale jego późniejsza praca… To już było coś innego. Zupełnie inny poziom, na który niewielu potrafi się zdobyć. Zarówno w wykonywanych obowiązkach, jak i w sposobie myślenia.

Startujemy!

Oficjalnie współpracę rozpoczęliśmy 9 czerwca. Już następnego dnia otrzymałem od Przemka maila, w którym to pisał mi, że właśnie poświęcił pięć godzin swojego cennego życia na skrupulatne przepracowanie planu, który ode mnie otrzymał. To był dla mnie kolejny sygnał, że mam styczność z osobą nietuzinkową. Co więcej, wszystko opracował naprawdę solidnie i nie wymagało to ode mnie wielu wyjaśnień.

Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się takiego podejścia. Nastawiony byłem raczej na to, że otrzymam pytania, na które będę odpowiadał, co jest dla mnie bardzo naturalne i w pełni wpisuje się w moje kompetencje. Dlatego byłem zdziwiony, kiedy Przemek napisał mi, że wykonał tak wiele pracy samodzielnej. Naturalnie, na początku pojawiło się kilka pytań i na przestrzeni tych czterech miesięcy, pojawiło się ich też jeszcze trochę, ale zaufajcie mi, że było ich naprawdę bardzo mało.

To kolejna wspaniała cecha Przemka. Jego etyka pracy. Pytał wtedy, kiedy musiał, ale na ogół zawsze starał się rozwiązywać swoje problemy samodzielnie i niesamowicie to w nim cenię. Każdego dnia wykonywał indywidualnie masę pracy. Dochodziło nawet do tego, że to ja popadałem w takie „trenerskie kompleksy”. Wiecie, jakie to głupie uczucie, kiedy komuś pomagacie, ale widzicie, że ten ktoś sam radzi sobie doskonale? To coś przewspaniałego! Pokazało mi to jasno, że tak naprawdę celem trenera nie jest doprowadzenie podopiecznego do celu. Celem trenera jest przygotowanie podopiecznego tak, aby ten cel był sam w stanie osiągnąć. I myślę, że właśnie to stało się w przypadku Przemka.

Doszło do tego, że w pewnym momencie nasza współpraca nie była już współpracą. Wskoczyliśmy na wyższy poziom znajomości. Kiedy Przemek czegoś potrzebował – pytał, a ja odpowiadałem. Nadal nieustannie czuwałem nad tym, co robi i nad całym jego planem, ale cała praca i cała uwaga należy się właśnie jemu. Ta przemiana to tylko jego zasługa! To on osiągnął ten sukces, ale… Powoli.

Do sukcesu jeszcze dojdziemy!

Pierwszy raport i już wiem, że Przemek jest inny.

Po pierwszym tygodniu nadszedł czas na pierwszy raport od Przemka z jego zmagań. To pierwsze sprawozdanie zawsze jest dla mnie ogromną zagadką, bo nigdy nie wiem, jakie podejście ma osoba, której pomagam. Naprawdę spotkałem się już w swoim życiu z wieloma różnorakimi zachowaniami. Włącznie z takimi, w których to „podopieczni” po otrzymaniu planu w zasadzie „znikali”. Milkli, nie odpowiadali na wiadomości i sprawiali wrażenie ludzi, nieliczących się z czyjąś pracą. Ale zostawmy to, bo Przemek taki nie był.

Oj, ja nawet powiem więcej.

On był kompletne inny. Nie będę ukrywał, że Przemek pokazał mi, że współpraca może przebiegać na zupełnie innym, wyższym poziomie. Piękny raport, który okrasił relacją każdego dnia, łącznie ze wszelkimi niuansami i barwnymi, oraz przede wszystkim bardzo szczerymi opisami własnych przeżyć i wrażeń, był tylko potwierdzeniem opinii, jaką o Przemku miałem. Często kręciłem głową z niedowierzaniem, kiedy czytałem kolejne raport, kolejne wiadomości, a już, zwłaszcza kiedy nawzajem z Przemkiem się poznawaliśmy.

Z każdym kolejnym tygodniem robiłem wielkie oczy ze zdziwienia i pytałem sam siebie:

„To tak można?!”

Można. I to jeszcze jak.

Rozważny tytan pracy.

U Przemka należy wyróżnić przede wszystkim jeden, bardzo ważny aspekt. Znajomość własnego ciała. Tyle razy, ile ja się go naprosiłem i ile razy ja go przestrzegałem, żeby nie przesadzał z aktywnością i uważał na siebie, to chyba nie da się tego zliczyć. Naprawdę. Jednak w zasadzie za każdym razem, wszystko wychodziło na Jego. Przyznam się, że nie raz martwiłem się, a nawet bałem, że przesadzamy. Że kalorii jest zbyt mało, a aktywności zbyt wiele. Że to się źle skończy…

przemiana

Źródło: Instagram – Przemysław Bieluch

Kiedy jednak czytałem te spokojne i pełne ambicji słowa Przemka:

„Witaj, to był ciężki i intensywny tydzień ale dałem radę. Zdaje sobie sprawę, że ten musi być jeszcze cięższy ale motywuje mnie to do dalszej pracy.[…] Zrobiłem ponad 100 tyś kroków i 70km na nogach […].”

Momentalnie się uspokajałem. Myślę, że w ogóle cała nasza relacja opierała się na ogromnym zaufaniu. Przemek zaufał mi w kwestii żywienia i całego planu, a ja zaufałem mu, w znajomości jego ciała. I się definitywnie nie zawiodłem, i myślę, że Przemek również!

Czasami bywało tak, że ja coś proponowałem, a Przemek to korygował i ostatecznie ja się z tym zgadzałem. Z drugiej jednak strony było tak, że Przemek wręcz sam coś proponował – a to przycięcie kalorii, a to dodanie aktywności (niezmordowany chłopak!), a ja musiałem go trochę hamować. Jednak bez względu na wszystko, Przemka cechował ogromny profesjonalizm. Nie zachowywał się jak ktoś, kto wie wszystko. Nie pisał mi, że „musi być tak, jak on chce”. Zawsze odnajdowaliśmy wspólny język i zawsze osiągaliśmy kompromis.

A to wszystko dlatego, że sobie ufaliśmy i byliśmy ze sobą szczerzy. Myślę, że to jest właśnie podstawą. Bez względu, o jakiej relacji mówimy. Nie ważne, czy to przemiana sylwetki, czy cokolwiek innego. Poza tym – nawet nie wiem, kiedy to się stało, ale chyba oboje zrozumieliśmy, że w gruncie rzeczy jesteśmy bardzo do siebie podobni. W ten sposób zaczęliśmy nadawać na tych samach falach.

Zero zawahań. Przemiana na tip-top.

Przejdźmy trochę dalej. Nie sposób przecież opisać każdego tygodnia! Mogę Was tylko zapewnić, co do jednego. Każdy raport – powtarzam KAŻDY – był tak samo rzetelny i tak samo szczegółowy, jak ten pierwszy. Nieważne, czy Przemek miał czas, czy go nie miał. Raport zawsze był. Czasami dzień później, czasami dzień wcześniej, ale zawsze występował i to kolejna cecha, które niesamowicie mi się podobało.

Systematyczność można było dostrzec na każdym kroku. W treningach, w odżywianiu, czy nawet w pozornie tak prozaicznej czynności, jak przysyłanie cotygodniowych raportów. To wszystko objawiało się tym, że ani razu, przez kilkanaście tygodni naszej owocnej współpracy, nie doszło do zaniechania planu. Ani razu. Rozumiecie to? Każdego dnia plan był wypełniany i nie było żadnych wymówek. Nieważne, czy Przemek był zmęczony, czy bolały go nogi, czy nie mógł akurat czegoś zjeść. Zawsze sobie radził. ZAWSZE.

Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie jest to piękna lekcja. Zdecydowanie zbyt często narzekamy i szukamy jakiś alternatywnych wyjść. Po co to robimy? Szukamy wygody i komfortu? Świetnie. Jednak wtedy nie oczekujmy wielkiego sukcesu, bo to się ze sobą nie łączy. Jak się chce, to można i uważam, że naprawdę każdy może coś zrobić ze swoim życiem. Bez względu na to, kim jest i czym się zajmuje. Jednak do tego potrzebne jest działanie. Samozaparcie i ogromny wkład własny. Kto się potrafi na to zdobyć? Niewiele osób.

Jednak Przemek był wśród nich…

Nie tylko sylwetka. Umysł i siła mentalna!

Ostatecznie Przemek osiągnął swój cel i w świetle tego, co napisałem, nikogo nie powinno to dziwić. Zresztą zobaczcie i przeczytajcie sami, jaki ostatecznie postęp udało mu się wykonać.

sylwetka

Źródło: Archiwum prywatne – Przemysław Bieluch. Tak! To nadal ten sam chłopak!

Może to Was zaskoczy, ale ten końcowy sukces nie był dla mnie wcale najlepszy z tego wszystkiego. Nigdy, ale to przenigdy, nie byłem jeszcze tak mocno dumny i tak bardzo zaangażowany w życie, i podejmowane działania, przez kompletnie obcą mi osobę, którą przed kilkunastoma tygodniami nawet nie znałem.

Dla wielu osiągnięcie celu sylwetkowego jest bardzo proste, ale przy tym też bardzo płytkie. Na ogół wszyscy chcą mieć „większe bicepsy” albo „jędrniejszy tyłek”, a cała reszta nie jest ważna. Szkoda, bo kształtowanie sylwetki może być świetną przygodą, która potrafi zmienić wszystko albo chociaż wiele. Łącznie z pozostałymi aspektami życia. Nie chcę pisać, że Przemek realizuje swoje marzenia dlatego, że ma lepszą sylwetkę i dokonała się w niej przemiana. To zbyt dalece idący wniosek. Jestem pewien, że jest on w tym miejscu, w którym jest, dlatego, że jest człowiekiem o niespotykanej sile charakteru. Ambicja, gdyby mogła, wylewałaby mu się uszami. Wiecie, co mi napisał, po ponad miesiącu współpracy, kiedy pierwsze efekty były już naprawdę fajne?

„Jakby od pewnego czasu wchodzenie na górę było po prostu zakodowane. Dodatkowo nie czuję aż takiej satysfakcji bo wiem, że jeszcze muuuuultum pracy przede mną.”

Wiecie, kto tak pisze? Człowiek ambitny i zorientowany na sukces.

Intensywność, która zabiłaby słonia.

Obok tych wszystkich, naprawdę rzadko spotykanych cech w takim natężeniu i w takiej kulminacji, posiadał coś jeszcze. Przewspaniałą etykę pracy, która niejednego potrafiłaby wykończyć. Potrafił jeździć na rowerze do pracy, pracować, a potem, jakby nigdy nic, zrobić sobie dwa treningi – siłowy i intensywny trening piłkarski. Zrobienie dwudziestu tysięcy kroków w ciągu dnia, nie stanowiło dla Przemka problemu. Ba! On do tego dążył!

Nieustannie narzucał na siebie większą intensywność. Skoro w jednym tygodniu zrobił tyle, to w następnym chciał robić jeszcze więcej! I on to robił! Ja naprawdę starałem się go hamować, ale potem doszedłem już do wniosku, że to nie ma sensu. Nie dlatego, że nie widziałem w tym przyszłości. Wręcz przeciwnie. Od pewnego momentu widziałem ją jaśniej niż wcześniej i dostrzegłem, że ten człowiek, któremu pomagam (a który w zasadzie radził sobie i beze mnie rewelacyjnie) osiągnie sukces i spełni swoje marzenia.

Nie pomyliłem się.

Marzenia się nie spełniają. Marzenia się spełnia.

Obecnie Przemek stacjonuje w Zabrzu. Jest członkiem Football Training Center. Moim zdaniem jest to jedna z najlepszych Akademii Piłkarskich w naszym kraju. Nie tylko pod kątem przygotowania fizycznego, ale także mentalnego. To było jego marzenie i spełnił je. Jednak patrząc na to, ile pracował przez cały okres wakacyjny – wcale mnie to nie dziwi. Jak sam pisał, jego poziom piłkarski wzrósł, ale ja pragnę przed Wami wszystkimi zauważyć, że wzrósł, dlatego że Przemek na to pracował. I to ciężko.

Bardzo, bardzo ciężko.

Kilka treningów piłkarskich w tygodniu, kilka treningów siłowych, do tego nierzadko dochodziły jeszcze przejażdżki rowerowe oraz praca. Obok tego ciągle się rozwijał i widziałem, że nie jest to typ człowieka, którego zadowoli tylko rozwój fizyczny. Czytał, dowiadywał się i uczył. Tym sposobem, gdzieś w międzyczasie, spełnił swoje kolejne marzenia.

  • Jedno z nich to kanał na YouTube, a drugie to…
marzenia

Źródło: Instagram – Przemysław Bieluch.

  • Samotna wycieczka do Madrytu na mecz Realu Madryt – ulubionej drużyny Przemka. Kiedy się o tym dowiedziałem… Miałem ciarki na całym ciele. Jednak w tym miejscu pragnę oddać głos Przemkowi. On opowie Wam o tym zdecydowanie lepiej.

Posłuchajcie.

https://www.youtube.com/watch?v=qEQn-kBwU_E

Przemysław Bieluch – inspiracja dla każdego z nas.

Takiego człowieka jak Przemek jeszcze nie spotkałem. Mówię to z pełną odpowiedzialnością. Cieszę się niezmiernie z tego, że napisał do mnie przed kilkoma miesiącami, bo pomimo tego, iż obecnie Przemek radzi już sobie świetnie samodzielnie, to nadal utrzymujemy kontakt.  Jestem dumny, że mogłem mu pomagać i jeszcze bardziej dumny, że w pewnym momencie, byłem już Przemkowi zbędny.

Etyka pracy, ambicja, systematyczność, cierpliwość i w tym wszystkim, także niesamowita pokora. To wszystko reprezentował i nadal reprezentuje sobą Przemek, i naprawdę wiele mnie nauczył. Kojarzycie mój tekst o wzięciu się do roboty? Zgadnijcie, kto był inspiracją. Niebawem ukaże się kolejny tekst o stawianiu sobie wysoko poprzeczki, który powstał dzięki Przemkowi. To on był moją muzą.

Przemysław Bieluch to człowiek, który może stać się przykładem dla nas wszystkich. Dla wszystkich, którzy gdzieś skrycie marzą o sukcesie, ale boją się po niego sięgnąć. Jednak moje słowa nigdy nie oddadzą tego, jak wielką osobą jest Przemek. Jestem niezmiernie zadowolony, ze mogłem brać w tym wszystkim udział i dołożyć od siebie tę maleńką cegiełkę. Tylko nie zapominajmy, proszę, że ja to tylko opisuję, a wszelkie zaszczyty należą się Przemkowi. Dlatego proszę.  Jeśli możecie, pogratulujcie Przemkowi za kawał niesamowicie wykonanej pracy. Nieważne, czy w komentarzach na Facebooku, czy to na jego Instagramie, czy kanale na Youtube.

Porównajmy to jeszcze raz. Prawda, że inspirujące?

metamorfoza

Źródło: Archiwum prywatne – Przemysław Bieluch. Efekt ciężkiej pracy.

To dopiero początek…

Opisać całą tę historię w przystępnie długiej do czytania formie, jest zwyczajnie, nie sposób. Mogę Wam tylko obiecać, że jeśli Przemek wyrazi taką chęć, to być może pojawi się w moich materiałach po raz kolejny!

W tym wszystkim jest jednak najpiękniejsze to, że Przemek dopiero się rozpędza. To, co najlepsze dopiero przed nim, a On po osiągnięciu jednego celu, od razu wyznacza sobie kolejne i mierzy jeszcze wyżej. Dlatego w przyszłości można się spodziewać, że osiągnie jeszcze nie jedno.

Zakończę to słowami Przemka, które napisał mi je, już po zakończonej współpracy, kiedy to wymienialiśmy się swoimi refleksjami. Są to słowa, którymi każdy powinien się inspirować.

„Co do sylwetki, co do planu, powiem to wprost: gdybym sobie po prostu założył, że fajnie będzie schudnąć, być bardziej zdrowym i trochę się zmniejszyć, to ja bym nigdy nie zrobił tego co zrobiłem. Wydawało mi się niemożliwym, żeby zrzucić z siebie tyle kilogramów dlatego tak mnie to napędzało do działania, jeszcze jak do tego dołożymy fakt, że wymyśliłem sobie coś tak abstrakcyjnego jak te FTC w Zabrzu, to miałem po prostu paliwo rakietowe. Nie zrealizowałbym nic małego, podobnie, nie chciałoby mi się nawet podskakiwać, gdybym nie miał w planach przebicia głową sufitu.”

Wszędzie tylko liczby. Im są wyższe – tym lepiej! Co z tego, że każda dyscyplina ma inną specyfikę?! Sportowcy mają czasami naprawdę ciężko… Dzieje się tak głównie za sprawą tzw. niedzielnych kibiców. Osobiście nie wyobrażam sobie, jak można porównywać to, co zrobił Robert Karaś, z tym, co robią polscy przedstawiciele innych dyscyplin. Niestety w wielu domach właśnie to się odbywa. Nieustanne porównywanie i tworzenie nagonki na tych, którzy na swoim koncie mają mniej „cyferek”.

Nie wiem, czy jest to wina naszej polskiej mentalności, czy w ogóle mentalności nas wszystkich – ludzi. Nie jestem nawet w stanie jednoznacznie powiedzieć, co stoi za takim mechanizmem. Chodzi mi o to, że bardzo kochamy liczby. Są one dla nas wielkością, która w naszej opinii wyznacza prestiż, status społeczny, czy w skrajnych przypadkach także to, jakimi ludźmi jesteśmy. Chciałbym także zaznaczyć, że temat jest bardzo szeroki. Można rozpatrywać go pod wieloma kątami, jednak na omówienie wszystkich możliwości, nie starczyłoby nam tutaj miejsca. Postaram się w przyszłych tekstach czasami wrócić do poruszanego tutaj tematu.

Tymczasem skupmy się na samych liczbach i ich naszym postrzeganiu.

Robert Karaś – inspiracja.

Pomysł na ten artykuł przyszedł mi do głowy bardzo przypadkowo. Zapewne wielu z Was słyszało już niebywałą historię, o wyczynie Polaka – Roberta Karasia. Gdyby ktoś nie wiedział, to tylko uprzejmie informuję, iż jest to 29-letni mężczyzna, który przed kilkoma tygodniami stał się Mistrzem Świata na dystansie potrójnego Ironmana. Co to znaczy? Trzymajcie się mocno. W czasie poniżej 31 godzin, pokonał 11.4 km płynąc, 540 km jadąc na rowerze oraz 126.6 km biegnąc. Dobrze czytacie. Żadne cyferki mi się nie pomyliły. Zrobił to i na dodatek poprawił rekord świata. Cyborg? Mistrz? To mało powiedziane.

Robert Karaś

Źródło: businessinsider.com.pl Fot. TeamKaraś.
Na zdjęciu: Robert Karaś

Choć wyczyn ten zasługuje na uwagę, nie będę dziś o nim rozprawiał. Ewentualnie tylko delikatnie się posiłkował, aby przedstawić Wam rzecz, która niejako determinuje nasze postrzeganie rzeczywistości.

Kto ma ciężej? Farah, Sagan, czy Karaś?

Kiedy sobie o tym wszystkim myślałem, dotarła do mnie pewna myśl. Absurdalna. Może dla wielu dziwna w obliczu tego, czego dokonał Robert Karaś. Otóż zastanawiałem się, czy faktycznie miał on ciężej niż profesjonalny maratończyk, biegający na światowym poziomie i próbujący powiedzmy… Złamać rekord świata. Albo zawodnik z elity biegów na 5000 metrów? Czy Robert Karaś miał trudniej niż Mo Farah? Człowiek legenda, jeśli chodzi o biegi na dystansach 5000 i 10000 metrów? Idąc tym tokiem myślenia, czy z kolei Mo Farah ma ciężej, niż chociażby Peter Sagan, który trzy razy z rzędu zostawał mistrzem świata w kolarstwie szosowym ze startu wspólnego? A co z Eliudem Kipchoge? Człowiekiem, który przed kilkunastoma dniami ustanowił rekord świata w maratonie? Czy w ogóle istnieje jakakolwiek skala, która może porównywać takie wyniki i odczucia związane z ich osiąganiem przez danego sportowca?

Zanim mnie wszyscy zlinczują i zaczną przekrzykiwać się, iż nie doceniam sukcesu Roberta, to naprawdę uprzedzam. Jestem tym, który chciałby, aby o jego sukcesie było jak najgłośniej. Życzyłbym mu, żeby wszystkie jego cele się spełniły. Zastanawia mnie jednak nasze postrzeganie jego sukcesu.

Postrzeganie wyników sportowców przez pana Kowalskiego.

Właśnie to mam na myśli, pisząc cały ten tekst. NASZE postrzeganie sukcesu innych osób. Nie postrzeganie tego czynnika przez NICH, czyli głównych zainteresowanych, ale przez nas – osób trzecich. Świadków tychże wydarzeń. Zauważmy, jak wielkie wrażenie wywarły na nas te liczby. Trudno się temu dziwić, bo potrafią działać na wyobraźnie, prawda? W końcu dystans 540 kilometrów jest męczący, kiedy pokonuje się go samochodem, a co dopiero rowerem! Oddziałują na naszą wyobraźnię z jednego, prostego powodu. Bo te liczby są duże. Ogromne, wielkie. Od razu nasz sprytny umysł przekłada je na codzienne życie. W ten sposób porównujemy je do odległości między znanymi nam miejscowościami. Taki Pan Kowalski, który nijak interesuje się sportem, tym bardziej triathlonem, słysząc, że ktoś przebiegł ponad 125 kilometrów, łapie się za głowę i intensywnie myśli. Jego wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach i siedząc w fotelu, duma:

„Od mojego domu do Pściszewa Górnego jest 30 kilometrów. Od Pściszewa do Zaściankowa Dużego kolejne 15 kilometrów. A za Zaściankowem jest jezioro Bystra Rzeka, do którego podobno jest jakieś 10 kilometrów. Wiem, bo jeździłem tam za dzieciaka…”

Myśli, myśli i nagle uświadamia sobie, że musiałby pokonać ten odcinek ponad dwukrotnie, aby dorównać Robertowi. Potem sobie przypomina, że nie chce mu się tego robić nawet samochodem i nagle robi szerokie ze zdziwienia oczy, bo rozumie, że ten człowiek zrobił to, biegnąc. Co więcej, miał już za sobą ponad 11 kilometrów pływania i niemal 550 kilometrów jazdy na rowerze.

Rozumiecie teraz, jak pracuje nasz sprytny, człowieczy umysł? Im większa liczba, tym większe wrażenie na nas robi. Szczególnie na ludziach, którzy nie są zbyt mocno zainteresowani danym tematem, o którym akurat usłyszeli wiadomość.

Nagonka za zbyt małe liczby. Absurd!

Posłużę się kolejnym przykładem i niejako skonfrontuje go z tym, co pisałem do tej pory o Robercie. Jednak zanim to zrobię, jeszcze raz podkreślę – nie można jasno stwierdzić, kto ma ciężej, uprawiając sport na tak wysokim poziomie. Czy biegacz na 800 metrów, czy Robert Karaś? Maratończyk, czy ktoś, kto rzuca młotem? To są inne dyscypliny lub inne dystanse. Każda z nich ma inną specyfikę, więc bez względu na wszystko nie można ujmować żadnej z nich. A niestety widzę, że tak się czasami dzieje.

sportowcy

Źródło: www.independent.co.uk
Na zdjęciu: Mo Farah

W obliczu tak wielkich liczb, nagle wyniki, jakie osiągają nasi maratończycy, wydają się niczym dla przeciętnych zjadaczy chleba. Tak zwanych kanapowców, którzy nie mają nic wspólnego z tą dyscypliną. Taki wcześniej wspominany pan Kowalski patrzy na wynik naszego Henryka Szosta albo Arkadiusza Gardzielewskiego i puka się w głowę, widząc ich ogromne zmęczenie na mecie maratonu podczas Mistrzostw Europy w Lekkoatletyce w Berlinie. Denerwuje się, woła żonę i krzyczy do niej rozemocjonowany:

„Patrz Bożenka! Zobacz, jak się kładą! To są mięczaki, a nie biegacze! Szkoda na nich pieniędzy! Zobacz tylko, jak padają za tą metą. Jak jakieś muchy! A oni przebiegli tylko (sic!) 42 kilometry! To jest jakiś tam ledwie maraton. A taki Karaś zrobił trzy razy tyle i do tego jeszcze jeździł na rowerze i pływał! To jest dopiero gość, a nie Ci pseudo sportowcy, za których my musimy płacić…”

Czy przykład i słowa są przerysowane? Odpowiedzcie sobie sami. Ja chcę tylko Wam pokazać, że nasz ludzki umysł chwyta się tego, co większe. Robert Karaś przebiegł 126 kilometrów po tak długim, wcześniejszym wysiłku, a Henio Szost pokonał „tylko” 42 kilometry? No pewnie, że Robert jest lepszy! Tak niestety wygląda perorowanie wyników w wielu domach, gdzie ludzie nie zagłębiają się w specyfikę danego sportu lub dyscypliny, tylko sugerują się liczbami. Suchymi statystykami, które nijak mają się do osiągnięć.

Same statystyki nic nie znaczą.

W wywiadzie, jakiego udzielił Robert Karaś dla Łukasza Jakóbiaka, padły słowa, które idealnie komponują się do omawianego w tym tekście tematu. Otóż Łukasz zapytał w pewnym momencie Roberta, czy ten, wiedząc, jaką ma przewagę, miał myśli, aby choć na chwilę zwolnić. Robert na to odparł, że nie, bo nie miał z czego. Oczywiście rozwinął swoją wypowiedź, ale jej główny sens sprowadzał się do tego, iż jechał on, pływał lub biegał w zakresie intensywności, która nie była przesadnie mocna. Jak to nazwał – intensywność jazdy na rowerze, można było określić jako „rozjazd”. Czyli skala wysiłku raczej nie wykraczała poza rozumowanie przeciętnego człowieka. Oczywiście nie chcę go za to piętnować, bo jak już pisałem – tego wymagał od niego akurat ten konkretny dystans!

dyscyplina

Jednak zastanówcie się teraz, czy te liczby, do których tak bardzo przykładamy swoją uwagę, mają faktycznie tak wielkie znaczenie? Pisząc liczby, mam na myśli te, którymi operuje przeciętny Kowalski. Oczywiście konkretne czasy i tempa nic dla niego nie znaczą, więc pod uwagę bierze wyłącznie te, które najbardziej oddziałują mu na psychikę. Dystanse lub miejsce w ogólnej klasyfikacji.

Inna dyscyplina to inna specyfika. Uszanujmy to.

W ten sposób otrzymujemy bohaterstwo Roberta Karasia i niezadowolenie (a w niektórych przypadkach także i krytykę) polskich maratończyków na Mistrzostwach Europy w Berlinie. Czy jednak ktoś się zastanawiał nad specyfiką tychże dystansów? Ktoś brał pod uwagę, że biegnąc na 42 kilometry, nie ma miejsca na coś takiego, jak „umiarkowane tempo”? Czy w końcu sugerując się, naszą rządzą porównywania miejsc, pamiętaliśmy o tym, iż jednak zachodzi różnica między Mistrzostwami Europy w Lekkoatletyce, a Mistrzostwami Świata w potrójnym Ironmanie, gdzie jak sam Robert Karaś powiedział – nie jest zbyt popularną dyscypliną, nawet wśród zawodowych triathlonistów?

Nie zrozumcie mnie źle, bo nikomu nie umniejszam. Po prostu zwyczajnie boli mnie ten nasz ludzki kult przywiązywania uwagi, wyłącznie do wielkości liczb. Pokonałeś 42 kilometry, biegnąc i poprawiając rekord polski w maratonie? Co z tego! W tym samym czasie jakiś pan Czesiek spod Pściszewa zrobił podwójnego Ironmanie w osiem dni! Co tam Twój marny rekordzik polski, na jakieś marne 42 kilometry! Czesiek to dopiero pokazał pazur, jak przebiegł dwa razy tyle, a na dodatek jeszcze pływał i jeździł na rowerze!

Dokładnie tak to wygląda.

Wyżej, mocniej, dalej! Liczą się liczby!

Już odbiegając od tak wysokiego, sportowego poziomu, zejdę troszkę na ziemię. Z własnego życia wiem, że kiedy dawałem z siebie wszystko na zawodach, na 5 km i zdobywałem swoje kolejne życiówki, to nikt mnie nawet zbyt mocno nie pytał o czas. W zasadzie zawsze pytanie sprowadzało się do: „A na ile biegłeś?” Odpowiadałem: „Pięć kilometrów.”. Kiwnięcie głową. „A który byłeś?” Mówiłem – „Nie wiem dokładnie, ale chyba gdzieś około setki”. Myślicie, że ktoś pytał o czas? A gdzie tam! Jestem pewien, że gdyby stanął przed ludźmi sam Kenensisa Bekele i powiedział im, że pobił właśnie rekord świata, oni tylko zerknęliby na niego i zapytali, ile przebiegł. Gdyby odparł, że  5 kilometrów, machnęliby ręką i stwierdzili, że Zośka z drugiego piętra, wczoraj na treningu przebiegła „dyszkę”.

liczby

Kiedy natomiast pokonałem w dość spokojnym tempie ponad 20 kilometrów (czym się zresztą dzieliłem), to nagle w oczach wielu ludzi urosłem do rangi „bohatera”. Oczywiście, że ból stawów oraz ogólne zmęczenie (fizyczne oraz psychiczne) było w istocie niesamowicie dojmujące. Jednak mimo to czułem się  lepiej, niż podczas biegów na 5 kilometrów, które od startu do mety, były biegane do żargonowej „odciny”? Co z tego, skoro tutaj to było tylko marne 5000 metrów, a tam ponad 20 kilometrów! Byłem gość, bo przebiegłem spokojnie tak „ogromny” dystans!

Rozumiecie absurdalność takiego pojmowania sytuacji?

Długość wysiłku nie świadczy o poziomie sportowca.

Nie chodzi o to, że mamy każdemu gratulować i klepać po plecach za każdym razem, kiedy pokona nawet jeden metr. Chodzi zwyczajnie o trochę większą świadomość w wygłaszanych opiniach oraz wyrokach. Bo naprawdę smutno patrzy się na te wszystkie komentarze i teksty, które karcą tych, którzy dawali z siebie wszystko. Przykro słucha się rozmów ludzi, którzy umniejszają wielkim sportowym wyczynom. Robią to tylko dlatego, że nie ma w nich „wielkich” liczb, przyprawiających o zawrót głowy. Dlatego zwyczajnie apeluję do wszystkich Panów Kowalskich i Pań Bożenek. Zanim cokolwiek powiecie i napiszecie, zastanówcie się dwa razy, czy to wszystko ma sens. Czasami irracjonalność komentarzy i wygłaszanych mądrości przez ekspertów razi nie tylko w oczy. Godzi także prosto w serce, które pęka pod wpływem tych wszystkich zwyczajnie niesprawiedliwych i idiotycznych wyroków.

Sama wielkość liczb nie znaczy nic, jeśli nie mamy pojęcia o specyfice danej dyscypliny. Idźcie proszę do takiego Adama Kszczota lub Marcina Lewandowskiego. Powiedźcie im, że są gorsi i w ogóle nie zasługują na uwagę, bo nie biegają za jednym razem po sto pięćdziesiąt kilometrów. Zadzwońcie sobie do takiego Szymona Kulki albo Marcina Chabowskiego. Poinformujcie ich, że się do niczego nie nadają, bo nie uprawiają wysiłku przez 30 godzin bez wytchnienia. Albo spotkajcie się z Anitą Włodarczyk i powiedzcie jej prosto w oczy, że jej złote medale Mistrzostw Świata, Europy oraz Igrzysk Olimpijskich są nic nie warte, bo tylko stała i rzucała sobie młotem…

puchar

Myślicie, że taki Kszczot nie dałby rady przebiec stu kilometrów za jednym razem? Jestem przekonany, że po kilku miesiącach odpowiedniego treningu, zrobiłby to z palcem w nosie. Jednak po co ma to robić? Przecież specyfika jego dyscypliny tego od niego nie wymaga. Więc ma to robić tylko po to, żeby zaspokoić swoje własne ego i przypodobać się Panu Kowalskiemu?!

Propagujmy to, co propagowane być powinno.

Niestety takie zachowanie nie jest propagowane tylko przez „zjadaczy chleba”, ale także przez internetowych twórców, a także największe, polskie media. Nie uderzam w tym momencie w nikogo, bo prawdą jest, że całą tę otoczkę liczb, nie stwarzają sportowcy swoimi osiągnięciami, ale My – ludzie, świadkowie i opiniotwórcy, którzy zdecydowanie zbyt często głoszą swoje idiotyzmy na prawo i lewo.

Normalnie więc w świecie proszę, żebyśmy trochę więcej myśleli. Przestańmy w końcu przywiązywać tak wielką uwagę do samej wielkości liczb. Jeśli już natomiast to robimy lub chcemy robić – wtedy zapoznajmy się z daną dyscypliną i dopiero wtedy głośmy swoje opinie. Bo sam dystans lub samo miejsce w klasyfikacji, nie mówi nam nic o danym zawodniku.

Przepraszam, jeśli byłem zbyt mocny w słowach albo ktokolwiek źle odczytał ten tekst. Jednak już zbyt długo raziła mnie w oczy ta powszechna mania wielkości. Pomyślcie więc, zanim napiszecie kolejny oświecony komentarz, godzący w godność wielkich sportowców, którzy nie podobają Wam się tylko dlatego, że mają na swoim liczniku zbyt mało „wielkich liczb”. Jeśli już chcecie kogokolwiek oceniać i zestawiać go z innym sportowcem, wtedy bierzcie w swoje rozmyślania zawodników, uprawiających te same dyscypliny.

Wielkich sportowców nie porównujcie swoją własną, zwyczajną miarą. Porównujcie ich miarą godną statusu mistrzów, jaki posiadają.

Szkoła i przyjaciele. Dwa naturalne wyrazy, które się niewątpliwie ze sobą łączą. Co się jednak stanie, kiedy jednego z nich zabraknie?

Wielokrotnie słyszałem, a także odczułem na własnej skórze, że szkoła nie zawsze jest najprzyjemniejszym miejscem w świecie. Zazwyczaj kojarzy nam się z ocenami, stresem i klasówkami. Być może to wina wadliwego systemu, może nauczycieli, a może po prostu niewłaściwego nastawienia uczniów. Prawdopodobnie prawda leży gdzieś pośrodku. Jednak szkoła i cała edukacja potrafi być znośna. Czasami zdarzają dni luźniejsze, w których przedmiotem dominującym jest wychowanie fizyczne i tym samym – gra w piłkę. Czasami są organizowane wystąpienia, apele czy uroczystości okolicznościowe, na których można zapomnieć o szkole, jako o miejscu tortur. Takich chwil może nie jest wiele, ale jest coś jeszcze. Coś o wiele częstszego i milszego, co sprawia, że codzienna nauka jest o wiele przyjemniejsza.

Znajomi.

To oni potrafią rozchmurzyć najczarniejsze dni. To żartowanie z nimi przed trudnym testem, potrafi skutecznie rozładować buzujące emocje. Możliwość spędzania czasu w gronie znajomych i przyjaciół, realnie potrafi zmienić szary szkolny budynek w miejsce, do którego z przyjemnością będzie się chodzić. Szkoła nagle przestaje być dla nas straszna. Oczywiście, że wizja ciężkiej klasówki lub bliskiego spotkania z trudnym charakterem nauczyciela, nadal będzie przyprawiała nas o gęsią skórkę, ale obok tego wszystkiego, będzie świadomość możliwości przeżycia przyjemnych chwil w otoczeniu rówieśników.

Myślę, że dlatego szkoła jest miejscem tak głośnym, a zarazem tak cichym. Na lekcjach – stres, nieśmiałość, skupienie. Na przerwach – śmiech, zabawa, rozmowy. Dwa różne światy, ale Ci sami ludzie. To potrzeba odreagowania i chęć nawiązywania nowych lub coraz to głębszych znajomości, czyni je miejscem tak bardzo sprzecznym. Niewątpliwie koledzy i koleżanki potrafią pomóc nam przetrwać nawet najcięższe, szkolne dni. Uważam, że właśnie to jest rzecz, za którą szkoła powinna być ceniona. Jest wiele zjawisk, za które moglibyśmy ją karcić, ale poznawanie nowych osób jest niewątpliwym atutem.

nauka

Naturalną koleją rzecz jest, że z jednymi osobami jesteśmy bliżej, a innych trzymamy na dystans. Z jednymi rozmawia nam się łatwiej, a z innymi trudniej. Tym samym, już od pierwszego dnia szkoły, tworzymy – nawet podświadomie – swój własny, wewnętrzny krąg, do którego dobieramy sobie odpowiednie osoby. W rezultacie na przestrzeni danego etapu edukacji nawiązujemy głębsze relacje nie ze wszystkimi, ale zazwyczaj tylko z wyselekcjonowaną grupą osób.

Szkoła – co po niej?

Jest to zjawisko w istocie piękne. Nieznana sobie dotychczas grupa osób staje się sobie bardzo bliska. Nazywają siebie przyjaciółmi, powierzają sobie swoje sekrety i spędzają ze sobą dużo czasu. Również poza budynkami szkoły. Im bliżej edukacja ma się ku końcowi, tym mocniej zapewniają, że nigdy się nie rozstaną i ich kontakt pozostanie nierozerwalny. W końcu nachodzi dzień końca, są łzy smutku, ckliwe wspomnienia i zmiana otoczenia. Początkowo przysięga zostaje dotrzymana – kontakt ze „starymi” przyjaciółmi jest nadal tak samo świetny. Jednak z biegiem czasu jego natężenie maleje. Częstotliwość spotkań, rozmów i wymienianych wiadomość jest coraz niższa. W ten sposób od ogromnej przyjaźni, przechodzi się drogę do zdawkowo wymienianych wiadomości i tej dziwnej, wcześniej niepomyślanej ciszy…

Sytuacja bardzo często spotykana w życiu każdego z nas. Nawiązujemy bliższe relacje, ale po opuszczeniu szkoły wiele z nich po prostu znika. Zupełnie tak, jakby była to najnaturalniejsza rzecz pod słońcem, a nas nie łączyło z tymi ludźmi nic poza zwykłym koleżeństwem. Nie twierdzę, że jest to sytuacja zła, ale jestem przekonany, że jest to zjawisko, które może nam wiele powiedzieć o prawdziwości „przyjaźni”, która do tej pory łączyła nas z takimi osobami.

szkoła

Szkolni przyjaciele to znajomość na całe życie?

Być może mój wniosek będzie zbyt daleko idący. Może się mylę, a może mam do tego niewłaściwe podejście. Jednak coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że większość osób, które w czasach szkolnych postrzegamy jako bliskie osoby i tworzą wraz z nami zgraną ekipę, w rzeczywistości nimi nie są. Czyli, innymi słowy, mówiąc – szkolni przyjaciele nie zawsze oznaczają przyjaciół na całe życie. Śmiem twierdzić, że ta prawdziwa przyjaźń i ten prawdziwy kontakt trwa dopóty, dopóki trwa szkoła w naszym życiu. To ona jest motorem napędowym naszych relacji z wieloma osobami. Nawet tymi, z którymi żyjemy dość blisko. To właśnie szkoła podtrzymuje wiele naszych znajomości. Stanowi pewien punkt zaczepienia do nawiązywania kontaktów i codziennych spotkań. Dzięki niej możemy wchodzić w bliższe relacje z innymi uczniami, ale aby były one trwałe, powinniśmy dążyć za wszelką cenę do tego, aby szkoła nie stała się jedynym argumentem w naszych znajomościach.

W ogólnej ocenie jest to moim zdaniem zjawisko trochę przykre. Widzimy się z kimś przez kilka lat niemalże dzień w dzień, a po zakończeniu edukacji, wszystko nagle pryska jak mydlana bańka. Oczywiście, że rozumem, iż każdy ma swoje życie, swoje plany i swoje marzenia. Każdy powinien iść naprzód i zdecydowanie jestem przeciwny „sztucznemu” podtrzymywaniu kontaktów. Jednak smutno patrzy się na relacje, które w szkole były tak bardzo zażyłe, a po jej zakończeniu stopniowo się rozpadały. Czy taka jest kolej rzeczy? Czy zawsze tak musi być?

Zdecydowanie nie!

Prawdziwość nawiązywanych relacji.

Przyjaźnie nawiązane w szkole, mogą przetrwać całe późniejsze życie. Wymaga to jedynie pewnego zaangażowania ze strony zainteresowanych osób. Szczerości w relacjach i przede wszystkim poświęconego sobie czasu.

Nie twierdzę, że szkolni przyjaciele to fałszywi przyjaciele. Jednak uważam, że tylko prawdziwą przyjaźnią możemy nazwać tę relację, która będzie w stanie przetrwać trudną, szkolną rozłąkę. Szkoła nadal jest żywa w mojej pamięci, bo nie tak dawno jeszcze do niej uczęszczałem. I możecie wierzyć mi lub nie, ale nawet nie jesteście sobie w stanie wyobrazić, ile sytuacji odpowiadających temu, o czym tutaj piszę, dostrzegłem na własne oczy. Niektóre z nich dotyczyły również mnie i to one stały się podwaliną pod napisanie tego artykułu. Przemyślałem to wszystko dość skrupulatnie i właśnie taki wniosek wykluł się w mojej głowie. Czy poprawny? Zadecydujcie sami, ale zanim to zrobicie, zastanówcie się, ile bliskich osób mieliście w swoim życiu w czasach szkoły, a z iloma nadal łączy Was ta sama zażyłość.

przyjaciele

Wszystko to, co napisałem powyżej to tylko moja skromna obserwacja. Nie chcę wysuwać jednoznacznych wniosków ani cechować emocjonalnie całego tekstu. Chciałem tylko zwrócić Waszą uwagę na fakt, iż SZKOŁA i przyjaciele, nie zawsze równa się ŻYCIU i przyjaciołom. Pod pewnym kątem to dość naturalne zjawisko, bo na przestrzeni czasu poznajemy nowe osoby i nawiązujemy nowe relacje. Jednak nadal uważam, że dziwne jest, iż przez kilka lat łączą nas z daną osobą bliskie relacje, a potem nagle wszystko zanika. W takiej sytuacji powinniśmy zadać sobie jedno, kluczowe pytanie.

Czy aby na pewno ta relacja była tak bardzo bliska i tak bardzo prawdziwa?

Jestem przekonany, że szczera odpowiedź wykaraska z naszego umysłu prawidłowy wniosek.

Jak widać – szkoła nie zawsze jest miejscem złym. Szkoła to budynek, w którym rozgrywa się zupełnie inny świat. Świat, w którym prym wiodą uczniowie i ich własne, wewnętrzne rozterki oraz przeżycia. Szkoła jest miejscem, w którym możemy nawiązywać przyjaźnie na całe życie, jednak jak pokazuje historia…

Nie zawsze jest to tak łatwe i oczywiste.

#kolejne artykuły