Wierzyć w siebie, czyli o byciu freelancerem | worldmaster.pl
#
5 min

W 2008 roku przyjechałam do Warszawy, jako studentka dzienna UŚ w Katowicach. Tak, przez dwa lata godziłam życie i mieszkanie w stolicy z nauką na Śląsku. Nie było wcale ciężko, wszystko jest kwestią dogadania i starań.

Dlaczego tak długo czekałam, by naprawdę zacząć pracować?

Przybyłam do Warszawy z marzeniem, by znaleźć etat. Nie ważne jaki, byle odsiedzieć 8 godzin i zarobić na czynsz i chleb. Powodem takiego myślenia było nie tylko niskie poczucie wartości, ale przede wszystkim – brak pomysłu i wiedzy, jak zarabiać pieniądze.

Byłam święcie przekonana, że pisanie jest zajęciem nierentownym, a jedyną opcją na przetrwanie jest właśnie statyczna praca. Nie mogłam pogodzić się z faktem, że od samego początku ślęczenie za biurkiem, w określonych ramach czasowych to dla mnie męka. A męczyłam się tak pięć lat.

Mimo to, na samą myśl o byciu freelancerem, byłam przerażona. Praca na zlecenie kojarzyła mi się z głodówką i wiecznym żebraniem o pieniądze. Nie mieściło mi się w głowie, jak można tak żyć.

Aż w końcu wszystko zmienił… przypadek. Nagle stałam się managerem w restauracji. Później zaczęłam pisać teksty na zlecenie, prowadzić portal i biuro podróży. W końcu założyłam własną działalność.

Czy jestem freelancerem?

Tak i nie. Mam stałego pracodawcę, więc nie muszę co miesiąc pozyskiwać nowych klientów. Jednak przez prawie trzy lata prowadzenia własnej firmy udało mi się nawiązać wiele cennych i ciekawych współprac, gdzie zajmuję się właśnie pisaniem. Moje życie wywróciło się do góry nogami, wywinęło fikołka i wróciło na swoje miejsce, ale w nowej formie.

Nie siedzę teraz w firmie 8 h. Do biura przyjeżdżam, na kilka godzin, często pracując z domu. Najproduktywniej pracuję pomiędzy 7 a 11 rano. Później zajmuję się innymi sprawami i jeżeli trzeba – pracuję dalej. Są dni, gdy nie wiem, w co ręce włożyć, a zlecenia walą drzwiami i oknami. Są też takie dni, kiedy mogę odetchnąć, lub kiedy mogę załatwić swoje sprawy, bez tłumaczenia się komuś, co i dlaczego.

studentka Dzienna, w 2008 roku, mieszkanie w stolicy

Nigdy nie zapomnę, jak kiedyś prezes firmy w której pracowałam „przyłapał” mnie na szukaniu hydraulika w sieci. W godzinach pracy. Dostałam za to ochrzan i poczułam się upokorzona. Bo mimo wszystko, sprawdzanie, co robię w danej sekundzie i co akurat przeglądam, mimo wszystko jest moją prywatnością. Teraz nie muszę się z tego tłumaczyć. Wielka ulga.

Jak to wszystko ogarnąć?

Uwielbiam pracować projektowo. Co nie oznacza, że mnie to nie męczy, ale praca ma to do siebie, że potrafi wycisnąć ostatnie soki. Kiedy jednak dostaję zlecenie, wiem, co muszę zrobić i to ROBIĘ. Po prostu. Na marginesie – bardzo fajnie pomaga mi w tym aplikacja na g-maila (rozszerzenie) o nazwie Sortd., gdzie grupuję sobie rzeczy do zrobienia i nie muszę szukać zagubionych maili. Polecam!

Argument „ja bym nie potrafił się zorganizować” jest dla mnie słaby, bo to się samo dzieje. Chcesz zarobić, to robisz. A o której i gdzie – twoja sprawa. Możesz pisać w kawiarni, w parku albo w domu. Byle dostarczyć wysokiej jakości materiał w terminie.

Brzmi bajkowo, ale to żadna bajka, tylko zwyczajne życie. Pracowite.

Praca w domu czy w coworking?

Miałam okazję pracować w aż trzech przestrzeniach coworkingowych w Warszawie. Businesslink, Mindspace, a obecnie WeWork. W takich miejscach mój szef wynajmuje całe biuro, ale można również wynająć sobie tylko biurko. To super opcja dla tych, którzy są freelancerami, ale nie lubią lub nie mogą pracować w domu.

na śląsku, do Warszawy, mieszkanie w stolicy

Coworking ma wiele zalet – nie czujesz się samotny, pracujesz w ultranowoczesnej przestrzeni, masz pyszną kawę pod ręką… Dla mnie minusem jest hałas i zgiełk, ale nie jestem obiektywna. Oczywiście, za taką przestrzeń trzeba płacić – zapewne więcej niż tysiąc złotych. Wiele zależy od tego, jakie kto ma stałe dochody.

Ja kocham pracować w domu. W domu wszystko idzie mi sprawnie. Mam dwa monitory, co sprawia, że się nie męczę tak szybko. Mogę też w przerwach załatwić ważne dla mnie sprawy.

Ciemne strony bycia freelancerem

Pracując projektowo, wystawiam rachunki do opłacenia. A co, jeżeli ktoś mi nie zapłaci? Jeżeli trafię na nieuczciwego zleceniodawcę? Zdarzało się, choć, odpukać w niemalowane, po ostatecznych bojach zawsze dostawałam wynagrodzenie. Mam szczęście do terminowych płatności, ale zdarza się, że muszę pisać wiele maili z przypominaniem się o pieniądze. Znam również procedurę wysyłania polecenia zapłaty. Upokarzające i bardzo stresogenne.

Czy zarabianie pieniędzy jest trudne?

Mam dwie ręce i jestem jedna. Robię więc tyle, ile dam radę. Pracuję dla mojego szefa. Sama jestem sobie szefową, przyjmuję zlecenia. Szukam klientów. Piszę książki. Czasem zdarza mi się poprowadzić jakieś spotkanie, a nawet event. I tak, ziarnko do ziarnka, po każdym bardzo pracowitym miesiącu, zbiera się wypłata. A ja czuję, że naprawdę zarobiłam te pieniądze. Nie dlatego, że odsiedziałam 8 godzin, ale dlatego, że robiłam to, co potrafię.

Czy tak będzie zawsze? Nie wiem, ale walczę o to, by było coraz lepiej.

nauką na śląsku, do Warszawy, mieszkanie w stolicy

Nie jestem parą szpilek, szminką czy luksusowym podkładem. Jestem siłą, która te rzeczy wybiera. To siła mnie określa, a nie to, co mam na sobie.

Pomyślałam, że tekst o kobiecości w Dzień Kobiet może być niezłym pomysłem, choć już od dawna chciałam opisać kilka spostrzeżeń z ostatnich 2-3 lat. Głównie dotyczą one zmian, jakie zaszły w rzeczach małych, ale dla mnie ważnych – bo przecież każda zmiana jest wynikiem jakiegoś procesu.

Jako kobieta mam na swoim koncie spektakularną, jak mawiają niektórzy, metamorfozę. To prawda, choć od tego momentu mija już prawie pięć lat i w mojej głowie, w końcu, zaczynam patrzeć na siebie już nie przez pryzmat wagi. I to pierwsza, ważna zmiana. Pozwala mi skupić się na innych rzeczach, które wcześniej łatwo umykały.

Być może ktoś zapyta: a co z Dziką Kobietą? Odpowiem: zdziczała jeszcze bardziej. Czyli? Uspokoiła się i już nie ma potrzeby szamotania się na arenie. Woli spokojnie spacerować po lesie, z dala od zgiełku i niepotrzebnej adrenaliny.

Podobno trzydziestka nic nie znaczy, to tylko liczba, a nie stan ducha, ale w moim przypadku widzę, że jednak przez ostatnie trzy lata bardzo zmienił się mój gust. Wcześniej myślałam, że zawsze będę lubiła swój styl. Co dokładnie mam na myśli?

Kiedyś kochałam duże kolczyki. Uwielbiałam je gromadzić i nosiłam codziennie. Im większe, bardziej kolorowe i krzykliwe, tym lepiej. Dzisiaj z tej miłości nie pozostało prawie nic. Wolę skromną, delikatną biżuterię. Naprawdę, w głowie mi się to nie mieści, że tak mi się „poprzestawiało”.

W kwestii mody, sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Należę do osób, które wybierają styl na dany dzień. Czasem mam ochotę być elegancka do bólu, a czasem sportowa i wyluzowana. Mimo wszystko – odchodzę od krótkich sukienek. Te, które mam, zaczynają się kurzyć w szafie, zwłaszcza w sezonie jesienno-zimowym (bardzo lubiłam je nosić właśnie wtedy, bo lato to przecież inna kategoria). Polubiłam się ze spódnicami.

Zmienia się też podejście do makijażu. To nawet paradoks – bardzo interesuję się nowościami i trendami. Znam je wszystkie! Lubię kupować kosmetyki, to sprawia mi radość. Jednak czas kolorowych, rozbudowanych makijażów oka minął. Co więcej, ostatnio coraz częściej stawiam na proste wykończenie, bez tuszu do rzęs. Moją wielką inspiracją stała się Partycja Dobrzeniecka, makijażystka gwiazd, która tak właśnie się maluje. Wygląda zawsze pięknie! Powoli wychodzę z założenia, że moja nieumalowana twarz jest równie ładna, jak umalowana.

tekst o kobiecości, w Dzień kobiet, od dawna chciałam, kilka spostrzeżeń

Świadomie szukam muz i inspiracji. Kusi mnie prostota z domieszką bogactwa.

Sukienki, makijaż, kolczyki – czy to czasem nie zbyt płytkie traktowanie pojęcia kobiecości. Wręcz przeciwnie – skoro zmienia się mój gust, to znaczy, że zmieniłam się ja. Mój sposób myślenia, światopogląd. Z drugiej strony, odkrywanie rzeczy, które mi się podobają, jest bardzo przyjemne i daje radość. Czy spodziewałam się kiedyś, że będę czuła radość z odkrywania samej siebie? 

Niecodziennie czuję się piękna. Wiem jednak, co zrobić, by tak było. Czasem robię makijaż, jak na okładkę magazynu, a czasem nakładam wyłącznie krem z filtrem – to wyraża w jakiś sposób mój nastrój, podejście do danego dnia.

Bardzo lubię proces zmian w upodobaniach. Służy mi i mojemu poczuciu własnej wartości. Nie jestem parą szpilek, szminką czy luksusowym podkładem. Jestem siłą, która te rzeczy wybiera. To siła mnie określa, a nie to, co mam na sobie.

Fragment mojej debiutanckiej powieści “Na wysokim niebie”.

Pamiętacie, jak w dzieciństwie wasza matka chciała trzymać was blisko siebie, zachowując się przy tym, jak kwoka? Przypominacie sobie chwile, gdy wasz ojciec chciał wiedzieć o was wszystko, a wy tak bardzo pragnęliście swobody i prywatności?

Poznajcie zatem Anię, dziewczynkę z „wolnego chowu”, zmuszoną do uwicia własnego gniazda z książek, fantazji i trudów młodzieńczej codzienności…

w dzieciństwie, przypominacie sobie

Rozdział 1

Niemalże przez całą podstawówkę cuchnęłam. Trudno mi dzisiaj powiedzieć, dlaczego. W domu nie było łatwo, więc regularne sięganie po mydło i wodę stanowiło dla mnie czynność poniekąd zbędną. W naszym przytłaczającym, szarym domu, gdzie atmosfera wydawała się zawsze gęsta i mało przyjazna, dbanie o higienę, dbanie o samego siebie było zajęciem męczącym. Wiele można zwalić na biedę, stałą lokatorkę czterech ścian, w których spędziłam całe dzieciństwo i wiek dojrzewania. Bieda była wgryziona w moją skórę, jak ten brud, który stał się moim drugim ja.

Dziecko grube i śmierdzące nie powinno się w ogóle rodzić. Nie będzie w stanie przetrwać lat młodzieńczych. Tak jak mały żółw, który ginie, zanim dotrze do brzegu oceanu. Po prostu jego szanse są znikome i w sumie nikt mu nie współczuje. A nawet kiedy miną najgorsze czasy, w głowie człowieka już na zawsze pozostanie echo dawnych dni. Zapach szkolnych korytarzy i smak upokorzenia. Skąd się biorą frustraci, samobójcy, może nawet mordercy? To najpewniej właśnie otyłe dzieci z podstawówki, które już na zawsze w niej pozostaną.

Życie nie jest łatwe, powiadają filozofowie bez dyplomu. Cóż, tą prawdą wybrukowana jest droga przez mękę. Jednak ludzki organizm i umysł potrafi znieść wiele. Granice stale się przesuwają, co tylko pogłębia poczucie nienawiści do samego siebie. Kiedy już myślisz, że dłużej nie wytrzymasz i może w końcu będziesz miał siłę, aby ze sobą skończyć, okazuje się, że jednak możesz iść dalej. Łykasz to, co podsuwa ci los, i po prostu brniesz przez bagno, aż do kolejnej bramy postojowej, przez którą i tak przejdziesz. Jeśli sięgnąć pamięcią do zacnej literatury, przypomina się stwierdzenie o syzyfowej pracy. W pewnym sensie zawsze byłam Syzyfem, wtaczałam swój głaz na górę cierpienia, by za chwilę znów spaść na samo dno. I tak w kółko.

Jako dziecko nie miałam aż tak głębokich przemyśleń. Byłam sam na sam z moimi demonami, które objawiały się i w szkole, i w domu. Nie można stwierdzić jednoznacznie, gdzie było gorzej. Szkoła zupełnie przytłaczała, odzierała z godności, a dom nie dawał poczucia schronienia, nie był moim wymarzonym azylem.
Czy to już dramat? Patologia? A może użalanie się nad sobą…? Przecież każde dziecko w szkole miało ciężko i musiało się zmierzyć z rówieśnikami.
Bzdura. Co za cholerna bzdura! Tak mówi tylko ktoś, kto zaliczał się do klasowych gwiazd. Tych pięknych, pożądanych dziewcząt, które mogły wybierać, z kim chcą siedzieć w ławce i z kim będą bawić się na przerwie. Tacy jak ja byli dla nich po prostu niewidzialni. Te dziewczyny, podziwiane i wpływowe, nie zniżały się do tego, aby komuś dopiec, im wystarczało wszechobecne uwielbienie ze strony kolegów i nauczycieli. Siła ignorancji i pogardy, jaką roztaczały wokół siebie, była i tak przytłaczająca.

Kiedy dzisiaj analizuję tamtą sytuację, dochodzę do wniosku, że mogło być gorzej. Mimo wszystko. Przecież wtedy nie było Facebooka, telefonów komórkowych i komputerów. W naszej małej mieścinie, liczącej sobie raptem cztery tysiące mieszkańców, elektronika ograniczała się póki co jedynie do telefonów stacjonarnych. Rodzice planowali kupno komputerów, ale dopiero w gimnazjum. Pojęcie Internetu było zaledwie zasłyszanym hasłem, które dla większości uczniów szkoły nic nie znaczyło. Zdarzały się za to konfrontacje twarzą w twarz, w obrębie pewnej grupy osób. A do tego można się było nawet przyzwyczaić, jeżeli znało się odpowiednie techniki, szlifowane przez długie lata.

Dzieci. Nikt nie potrafi nienawidzić tak paskudnie, jak dzieci. Młodość daje pewne przywileje – żadnego zakłamania i obłudy. Wszystkie demony są na wierzchu, odkryte aż do momentu, kiedy pojawia się przekonanie, że warto założyć maskę. Cała naturalność dzieci opiera się jedynie na tym, że potrafią wprost ubliżać i bez cienia wstydu upokarzać innych. Czy zdają sobie sprawę, że zadają ból? Śmiem twierdzić, że tak, ale to nie ma znaczenia. Piętno i tak pozostanie, czasem uśpione, a czasem żywe i widoczne gołym okiem. Niekiedy napędzające całe dorosłe życie…

Moje piekło jako cuchnącego obywatela klasy B dopiero się rozpoczynało. Początkowo rówieśnicy nie bardzo wiedzieli, jak się wobec mnie zachowywać. Siedziałam sobie samotnie w ostatniej ławce, ze zgarbionymi ramionami i twarzą zakrytą zeszytem w linie. Nauczycielka już pierwszego dnia podeszła do mnie, prosząc, aby rodzic przyszedł do szkoły. No tak, chciała wyjaśnić, dlaczego śmierdzę i nie mam skompletowanych podręczników. Klasa spoglądała na mnie jak na egzotyczne zwierzę, z mieszanką obrzydzenia i ciekawości.

Mama nigdy się nie pojawiła u wychowawczyni, a ta postanowiła ignorować mój stan. W szkole byłam każdego dnia, więc nie mogła mi zarzucić niczego złego. Oczywiście poza smrodem i brakiem przyborów szkolnych. Istniałam, czy tego chciano, czy nie, więc moja obecność stała się czymś normalnym, choć równocześnie bardzo uciążliwym. Przynajmniej dla ciała pedagogicznego.

I tak trwałam, tydzień za tygodniem, miesiąc za miesiącem, rok za rokiem. Przepychana i popychana, dotarłam z trudem do piątej klasy szkoły podstawowej, mając już wówczas wyrobiony system na to, aby przetrwać. Przeczołgać się jakoś i móc egzystować, doznając możliwie jak najmniejszego uszczerbku.
Nie jeździłam na żadne wycieczki szkolne, nie dokładałam się do prezentu na dzień nauczyciela, nie kupowałam upominku na mikołajki. Nie miałam pieniędzy i było to sprawą oczywistą. Tak więc pewnego dnia nie zdziwiłam się aż tak bardzo, kiedy nasza wychowawczyni, pani Koźmińska, wezwała mnie po lekcji do siebie. Przy jej biurku stał niejaki Robert Mikulski z poważną, nieco zatroskaną miną. Nogi się pode mną ugięły, bo wiedziałam, że nie wróży to nic dobrego.

– Aniu – powiedziała nieco gniewnie – Robert mówi, że z plecaka zniknęło mu siedem złotych. Podobno widział, jak je bierzesz. Czy to prawda…?
Stanęłam ze spuszczoną głową, nie wiedząc, co powiedzieć. Nie byłam złodziejką, choć nieraz mnie bardzo kusiło, by nią zostać.

– To nie ja, proszę pani – wybąkałam. A mówiłam wtedy nieskładnie, jąkałam się w stresujących sytuacjach. Moja dykcja wołała o pomstę do nieba.

– Ja widziałem! – odezwał się Robert, patrząc wprost na mnie.

Zaległa chwila krępującej ciszy. W końcu przemówiła wychowawczyni:

– W takim razie sprawa poczeka do jutra, bo ja muszę teraz iść na dyżur. Aniu, przemyśl wszystko. Będzie lepiej, jeżeli się przyznasz. – Po tych słowach pani Koźmińska wyszła z klasy, a za nią podążył Robert, by opowiedzieć kolegom, na jaki fajny pomysł wpadł przed chwilą.
Udałam się do domu, a w głowie brzmiały mi słowa: „Będzie lepiej, jeżeli się przyznasz”. A więc wyrok już zapadł, pozostawało przejść swoją drogę krzyżową, prosto na Golgotę.

Rozdział 2

Jako uczennica szkoły podstawowej żyjąca na tak zwanym marginesie nie miałam bladego pojęcia o wartości pieniądza. Nawet w piątej klasie, do której wówczas uczęszczałam, kwota siedmiu złotych wydawała mi się horrendalna. Nie wiedziałam, ile rzeczy można za to kupić, ale byłam pewna, że dużo. Inaczej chyba nie byłoby z tego takiej sprawy…?

To wydarzenie miało miejsce w czasie, kiedy większość dzieci otrzymywała już kieszonkowe od rodziców na drobne wydatki. Te pieniądze każdego dnia były radośnie wydawane na chipsy, batoniki i oranżadę w butelkach. Dawało to poczucie słodkiej niezależności.
Ja rzecz jasna nie miałam pieniędzy. Jedzenie zabierałam z domu i ono musiało wystarczać. Oczywiście, że zazdrościłam innym, ale z dumą godziłam się na wszystko, co przynosił mi los. Szkoda, że Robert Mikulski postanowił zburzyć mój spokój.

Warto poświęcić Robertowi kilka słów, bo to postać, która w kolejnych latach odegrała w moim życiu znaczącą rolę.
Dzieci w szkole można podzielić na różne kategorie, czasem przenikające się wzajemnie. Istniały więc grupy bogatych i biednych. Bogaci najczęściej byli wpływowi. Funkcjonowały grupy chorowitych i nieśmiałych, a także przywódców stada. Samce alfa mogły być niebezpieczne. Na końcu ustawiała się grupa przeciętniaków – tych nie pamięta się zazwyczaj za dobrze, bo w ciągu wielu lat nie zdołali niczym przykuć uwagi. Niby bezpieczni, niby neutralni – ostatecznie wpadają w otchłań niepamięci…

Robert Mikulski był równocześnie bogaty, wpływowy i wyrastał na przywódcę, który przecierał szlaki oraz wyznaczał trasę dla swojej watahy. Za nim podążali wszyscy chłopcy w klasie, dając mu mocne oparcie.

Od pierwszej klasy szkoły podstawowej Robert był również moim katem. Najpierw jedynie słownym, ale z roku na rok jego działania stawały się coraz śmielsze i bardziej odczuwalne, także na moim ciele. Nie ma to jak popchnąć raz czy dwa klasowego śmierdziela. A już najlepiej, jeżeli przez przypadek się potknie lub wpadnie na ścianę. To jak rzut za trzy: powód do dumy i namacalny dowód, że jest się samcem alfa.

Robert nie przebierał w środkach. Był agresywny, ale lubił także błyszczeć. To z jego żartów śmiała się cała klasa, to on był najlepiej ubrany, to on był najlepszym sportowcem, to on… mógł chyba wszystko. Kto mu się nie podporządkował, musiał liczyć się z karą. Kto popełnił błąd, musiał za niego zapłacić. System szkolny ma strukturę mafii, dosyć rozbudowaną, ale opartą na prawach krwi, szacunku i ściśle określonego kodeksu postępowania.

Robert, jako najprawdziwszy herszt, był także przebiegły, potrafił planować i przewidywać. To czyniło z niego wybitnego łowcę, który zawsze dosięgał swej zwierzyny. Tak się składało, że to ja stanowiłam jego ulubiony cel. Wiele razy bawił się ze mną, pozwalając mi uciekać, biec przed siebie, by ostatecznie mnie dopaść i osaczyć. Nie, nie byłam jak gazela, wystarczająco zwinna i szybka, aby umknąć. Byłam ciężka i niezgrabna, jak byk na arenie, który miota się, krwawiąc, aż w końcu pada, zupełnie osłabiony.
Kiedy więc zostałam oskarżona o kradzież, zrozumiałam, że polowanie weszło na wyższy poziom. Wataha znudziła się zwykłym przedstawieniem, potrzebowała lepszego widowiska, w które można zaangażować także nauczycieli – niczego nieświadomych i jak zawsze zamkniętych na oczywisty problem.

Następnego dnia po rozmowie z Koźmińską, w trakcie tak zwanej godziny wychowawczej, nauczycielka poprosiła mnie, szanownego Roberta oraz trójkę klasową na korytarz. Przewodniczący, zastępca przewodniczącego i skarbnik wbili we mnie spojrzenie, przysłuchując się wywodowi wychowawczyni.

– Aniu, będzie lepiej, jeżeli się przyznasz. Dlaczego ukradłaś te pieniądze? Powiedz teraz – zaczęła niecierpliwym tonem, bo chciała tę sprawę jak najszybciej zamknąć.

– To nie ja – odpowiedziałam, nie patrząc na nią, ale na posadzkę. W ustach miałam sucho. Nie potrafiłam podnieść głowy i spojrzeć nikomu w oczy. Pani Koźmińska nie była złą nauczycielką, ale za to fatalnym pedagogiem. Nie miała pojęcia o psychologii dziecka, dlatego nic jej nie powstrzymało przed obraną taktyką.

– Aniu – podjęła ponownie z cieniem groźby w głosie – jeżeli się nie przyznasz, będę zmuszona wezwać policję – oznajmiła.
Policję?! Poczułam, jak nogi wrastają mi w ziemię. W wyobraźni widziałam już błysk policyjnego koguta oraz salę sądową. Słyszałam w uszach wyrok i widziałam roześmianego Roberta. Ta wizja przetoczyła się przez moją głowę z szybkością rozpędzonego pociągu. W tym momencie korytarzem przeszła pani od techniki. Nie za bardzo ją lubiłam.

– A co to za zgromadzenie? – wyskrzeczała.

– Ania ukradła koledze siedem złotych. Właśnie mam zamiar wezwać policję – odpowiedziała poważnym tonem wychowawczyni, a ja poczułam falę gorąca, uderzającą mi do głowy. Koźmińska podeszła na chwilę do koleżanki, zostawiając mnie samą w asyście rówieśników. Zapadła krępująca cisza, którą przerwał przewodniczący.

– Ty, słuchaj, ty się lepiej przyznaj, bo jak cię wsadzą, to nawet szkoły nie skończysz.

– Ale ja…

– Nawet jak nie ukradłaś, to się przyznaj. Mówię ci.

Gorączkowo myślałam nad jego słowami. Miał rację. Mogli mnie wsadzić, a przecież nikt nie będzie mi wierzył. Robert miał zamiar zeznawać przeciwko mnie, a on ładnie pachniał i miał markowe ubrania. Decyzja mogła więc być tylko jedna.
Kiedy Koźmińska podeszła do nas ponownie, wiedziałam już, co muszę zrobić.

– Więc jak, Aniu, przyznasz się w końcu.

– Tak – wyszeptałam, a z oczu natychmiast popłynęły mi łzy.

– A dlaczego to zrobiłaś? – Koźmińska była niewzruszona.

– Bo… – Szukałam w głowie pomysłu. To był początek grudnia, więc szybko znalazłam rozwiązanie. – Bo chciałam coś mamie kupić na święta.

– Aniu, tak się nie robi. Niech się mama stawi jutro w szkole. Koniecznie! A teraz marsz do klasy. – Wychowawczyni otworzyła drzwi i tym samym zakończyła swoje genialne wystąpienie, zwieńczone niewątpliwie sukcesem.

Od tego momentu stałam się klasową złodziejką. Za plecami słyszałam wyzwiska jeszcze gorsze od tych, którymi raczono mnie wcześniej. W szkolnej szatni z kieszeni kurtek znikały drobniaki i inne drobiazgi. Tak więc udręka nie miała końca, choć tym razem nikt nie zgłosił oficjalnie mojej kandydatury do zaszczytnego miana złodzieja z szatni.

Moja mama oczywiście nie zjawiła się w szkole. Nauczycielka z kolei szybko zrezygnowała z kolejnych prób zresocjalizowania mnie, każąc mi jednak oddać pieniądze. Nieco inną drogę wybrał Robert Mikulski, którego podłość i bezczelność nie znała granic.
Pewnego dnia, kiedy próbowałam w domu odrabiać lekcje (nigdy nie udała mi się ta sztuka), usłyszałam dzwonek. W drzwiach stał nie kto inny jak właśnie Robert wraz z klasową koleżanką Żanetą, która żywiła do mnie wyjątkowo zajadłą nienawiść. Słowem: dwie jaśniejące gwiazdy szkoły w moich skromnych progach.

– Kiedy oddasz mi kasę? – zapytał buntowniczo, unosząc wysoko głowę.

– Na razie nie mam. Odwal się ode mnie. – Bardzo się starałam, aby moje słowa zabrzmiały dziarsko.

– Tak? A mamusia już wie? – uniósł drwiąco głos. – Hej! Psze paaaaani! Pani córka ukradła mi kasę, kiedy odda?! – wrzasnął w przestrzeń pogrążonego w mroku korytarza.

– Ania, co tam się dzieje? – usłyszałam stłumiony głos matki.

– Spierdalaj stąd i nie wracaj! – warknęłam i zamknęłam tej przedziwnej parze drzwi przed nosem. Dyszałam ciężko, bo tak poważne naruszenie mojej „prywatności” było dla mnie szokiem. Zrozumiałam wtedy, że szkolne prześladowania mogą sięgnąć o wiele dalej, niż początkowo myślałam. Mogły zburzyć nawet tajemny świat, który pieczołowicie zbudowałam we własnej głowie.

Jedno słowo. Miliony skojarzeń. Wiele pozytywnych emocji. Jasność w głowie. Ciepło w sercu. Spokój w duszy. Tak wygląda Wiosna.

Początek kwietnia oznacza początek nowej, lepszej pory roku. Nie tylko tej w kalendarzu, ale także tej na zewnątrz. Grube kurtki, ocieplane buty, czapki i rękawiczki wędrują do szafy. Muszą poczekać na swoją kolej, bo nastąpiła zmiana wart. Na światło dzienne wypływają trampki, adidasy, lekkie kurtki, koszulki na krótki rękaw, bluzy i ciemne okulary… Jest jakby lżej. Idąc ulicą, nie czujesz przygniatającego barki ciężaru. Spacerujesz z zadziwiającą lekkością. Lewa noga, prawa noga… Nie czujesz obciążenia! Płyniesz razem z ciepłym prądem. Uśmiechasz się do siebie.

Tak. To jest Wiosna.

Budzisz się rano i widzisz słońce, zwiastujące zapowiedź nowego, cudownego dnia. Przygotowujesz zdrowe, przepyszne i pożywne śniadanie. Nie tylko dla siebie, ale także dla swojej ukochanej. Zapach kawy budzi ją ze snu. Witasz się z nią dokładnie tak samo, jak witałeś się z nią w dniu, w którym powiedziała: „Tak”. Delektujecie się chwilą. Nie patrzycie na zegarek. Wiecie, że się nie spóźnicie. Macie przed sobą cały dzień. Całujesz ją w policzek na pożegnanie. Życzycie sobie miłego dnia. Szczerze i długo patrzycie sobie prosto w oczy, nie przelotnie i nie w pośpiechu. Odprowadza Cię jej wzrok pełen życia oraz radości. Nie tęsknisz jednak za nim, bo wiesz, że ujrzysz go ponownie.

Dziś i jutro.

Zawsze.

Wychodzisz na zewnątrz w lekkiej kurtce i od samego przekroczenia progu, witają Cię ptaki oraz zapach, budzących się do życia roślin. Wędrujesz na przystanek autobusowy i po drodze patrzysz, jak drzewa zaczynają odżywać, a kwiaty przebijać się przez jeszcze nie tak dawno temu ciemną i zmarzniętą ziemię.

Czekasz na autobus, a słońce ogrzewa przyjemnie Twoją twarz. Już minął czas, kiedy marzyłeś o tym, aby jak najszybciej wejść do wnętrza pojazdu. Teraz marzysz, aby spóźnił się, choć pięć minut. Chociaż trzy minuty… Będziesz wdzięczny za jedną, małą minutkę! Byle tylko dłużej zostać na powietrzu. Byle tylko dłużej zażyć słonecznej kąpieli!

Może też zamiast autobusu decydujesz się na spacer. Jest przecież pięknie. Bezchmurne niebo, a na nim słońce, które daje wytchnienie i ciepło. Nie jest już zimno. Nie jest jeszcze gorąco. Jest idealnie. Wędrujesz i myślisz. Zastanawiasz się nad tym, jak bardzo piękny jest świat i jakie to masz szczęście, móc na nim żyć. Idziesz i zastanawiasz się, jak cudownie jest być człowiekiem. Jak cudownie jest wstać rano zdrowym. Czy to magia? Czy to czary?

Wcale nie. To Wiosna.

słońce, wiosna, kwiecień, maj, uśmiechasz się

 

Wchodzisz do biura, a tam nie ma już szarości i nijakości. Witają Cię radosne twarze. Wita Cię jasność i przestrzeń. Czujesz harmonię oraz jedność z ludźmi, którzy Cię otaczają. Pomimo że dom opuściłeś już godzinę temu, nagle czujesz, jakbyś ponownie do niego wszedł. Wszystko jest takie zachęcające. Nawet to biurko i ten komputer, przed którym spędzisz następne osiem godzin. Nie martwisz się już tym jednak. Nie stresujesz się. Masz tuż obok siebie duże okno, przez które wpada słońce i oświetla Cię. Napełnia życiem. Masz też w sobie świadomość istnienia. Zasiadasz do pracy z chęcią do życia.

Po prostu Ci się chce.

Wchodzi szef. W rękach trzyma stos papierów, które musisz przejrzeć. Patrzysz na niego, ale nie dostrzegasz na jego twarzy rozkazu ani przymusu. Spogląda na Ciebie z uśmiechem i pyta się, czy dasz radę. Kiwasz głową. Czujesz się silny. Umacnia Cię wiosna. Umacnia Cię nowy czas w roku.

O szesnastej kończysz pracę. Nie czujesz zmęczenia, kiedy żegnasz się ze wszystkimi. Nawet ze sprzątaczkami, które z szerokimi uśmiechami machają Ci na pożegnanie. Wcześniej nawet nie wiedziałeś, że istnieją. Teraz nawiązujesz z nimi relacje. Portierowi ściskasz dłoń na pożegnanie. Szczerzy się przy tym szeroko, pokazując swoje sztuczne uzębienie. Życzysz mu miłego dnia i pytasz o zdrowie wnuków. Odpowiada, że wyzdrowieli. Wystarczyło, że zaświeciło słońce. Uśmiechasz się do niego. Uśmiechasz się do siebie.

Wiosna, myślisz.

 ∞

Wychodzisz na zewnątrz, gdzie wciąż trwa dzień. Jest cudownie. Przymykasz oczy i wciągasz przez nozdrza ciepłe powietrze. Pachnie kwitnącymi drzewami i kwiatami. Pachnie radością i szczęściem. Ruszasz przed siebie, ale nie kierujesz się w stronę przystanku. Zamiast tego idziesz do kwiaciarni, którą odkrywasz po roku pracy w tym miejscu. Od zawsze znajdowała się w tym samym miejscu. Witasz się z ekspedientkami i kupujesz bukiet białych róż. Z jakiej okazji, pyta się Ciebie sprzedawczyni. Z żadnej, odpowiadasz.

Jest Wiosna, wyjaśniasz.

Wsiadasz do autobusu który, choć wypełniony po brzegi ludźmi, jest dziwnie spokojny. Nikt się nie złości. Nikt nie rozpycha łokciami. Żaden człowiek nie jest nerwowy. Gdzie się nie spojrzysz, tam uśmiechy. Starsi siedzą, młodsi stoją. Niektórzy ze sobą rozmawiają. Nawiązują się nowe relacje. Wszystkie telefony spoczywają w kieszeniach. Słuchawki w plecakach albo wiszą bezwładnie. Bezużyteczne, niepotrzebne. Wszyscy jadą w tę samą stronę. Tworzą wspólnotę.

Jedność.

Opuszczając autobus, masz ochotę powiedzieć wszystkim „do widzenia”, śmiejąc się. Poczułeś, że właśnie byłeś świadkiem czegoś większego. To nie była zwykła przejażdżka. To było stworzenie relacji. Starsza Pani z autobusu macha Ci delikatnie ręką na pożegnanie. Odpowiadasz tym samym. Nikt się na Ciebie nie patrzy jak na ufoludka. Nikt się nie puka w czoło. Wszyscy rozumieją. Oni wiedzą. Czują to samo.

Wiosna.

 ∞

Otwierasz drzwi do mieszkania. Według Twoich obliczeń żona wróci dopiero za godzinę. Masz wystarczająco czasu. Zdejmujesz buty, szanując jej pracę. Rozpakowujesz zakupy, myjesz dłonie w łazience. Przeglądasz się w lustrze. Czy to ja, zastanawiasz się. Ach, tak, przypominasz sobie. Jest Wiosna. Z uśmiechem stajesz za kuchennym blatem. Z głośników zaczyna sączyć się Twoja ulubiona melodia. Ta sama, przy której tańczyłeś po raz pierwszy ze swoją żoną. Identyczna, której słuchaliście na pierwszej randce. Czujesz dreszcz na skórze. Nie chcesz, aby kiedykolwiek znikał. Przygotowujesz cudowne danie. Wychodzi idealne. Nawet się nie dziwisz. Przez okno wpadają promienie słońce i śpiewy ptaków. Gdzieś z oddali słychać śmiech dziecka i radosne okrzyki jego rodziców. Szczeka pies, ale bez agresji. Miauczy kot, ale bez pretensji.

Harmonia.

Mija czterdziesty minut, a jedzenie jest gotowe. Jeszcze tylko czerwone wino. Dzwoni dzwonek. Wróciła. W czystej, eleganckiej koszuli otwierasz drzwi. Witasz ją uśmiechem, odpowiada tym samym. Tulicie się długo i mocno. Oboje to czujecie. Bliskość. Miłość. Intymność. Wiosnę. Prowadzisz ją za dłoń do salonu, gdzie już czeka ciepły posiłek. Patrzy na Ciebie zaskoczona. Widzisz w jej oczach łzy. Rozumiesz je. To wdzięczność.

Jej. Twoja. Wasza.

Za siebie nawzajem.

słońce, wiosna, kwiecień, maj, uśmiechasz się

 ∞

Konsumujecie w ciszy. Nie musicie nic mówić. Milczenie przemawia samo przez siebie. Jest cudownie. Ciepło od Was bijące unosi się w powietrzu i otula wszystko delikatną mgiełką. Przebija się przez nią tylko słońce, które rozświetla wszystko jasnością. Promienie padają na stół. W miejsce, gdzie łączą się Wasze dłonie. Patrzycie sobie w oczy. Jest błogo. Jest spokojnie. Chwilo trwaj.

Nie kłócicie się, kto ma zmywać. Nie ma sprzeczki, kto ma sprzątać. Bez słowa robicie to razem. Chcecie tego. Pragniecie spędzać czas ze sobą. Wspominacie dawne czasy, ale bez tęsknoty w sercu. Rozumiecie, że teraz macie jeszcze więcej. Macie siebie. Myjąc talerze, delikatnie chlapiesz swoją żonę wodę. Z czułością uderza Cię ściereczką, którą wyciera mokre naczynia. Zaczynacie się przekomarzać. Wnętrze mieszkania wypełnia śmiech. Odbija się od ścian, które promienieją, słysząc ten dźwięk. Słońce zachodzi, ale radość nie znika. Trwa niezmiennie.

Jak Kwiecień i Maj.

Kończycie porządki, ale nie wspólny czas. Nie myślicie o obowiązkach. Żadne z Was nie włącza telewizora. Nie pamiętacie, gdzie położyliście swoje telefony, laptopy i tablety. Siadacie na kanapie. Blisko siebie. Nie dzieli Was nic i nikt. Znikają ograniczenia, bariery, przeszkody. Trwacie obok siebie – ubrani, ale nadzy. Nie krępuje Was to jednak i nie zawstydza. Przytulasz ją. Ona obejmuje Ciebie. Tak jest Wam wygodnie. Dzielicie się swoimi przeżyciami, płynącymi z dnia. Całujesz ją w czoło. Odpowiada, całując Cię w policzek. Widzisz radość w jej oczach. Czujesz wdzięczność. Oboje rozumiecie, co się dzieje.

Wiosna.

 ∞

Rozmawiacie do późna. Pomimo kilkuletniego związku, poznajecie siebie każdego dnia. Pytasz ją o rzeczy, o które nie pytałeś. Ona mówi tak, jak jeszcze nie mówiła. Słuchacie siebie z uwagą. Jest zainteresowanie. Jest bliskość. Czujecie siebie nawzajem. Znika ocena. Znikają domysły. Szczerość. Czułość. Uwaga. Wiosna.

Ach, to Ty…

Zanim dzień dobiega końca, leżycie obok siebie w łóżku, które jeszcze nigdy nie było tak pełne Was. Nie ma pustki. Nie ma chłodu. Jest ciepło. Uśmiechacie się do siebie, pomimo ciemności, która zapadła. Nie straszy Was ona jednak. Napełnia nadzieją, że oto doba się kończy, ale wraz z jej końcem, nastanie czas kolejnej.

Coś się kończy, coś się zaczyna…

Zasnęła. Czujesz, jak sen powoli przejmuje nad Tobą kontrolę. Zanim padniesz w objęcia Morfeusza, myślisz jeszcze, że to był cudowny dzień. Dziękujesz za niego w duchu. Za każdy najmniejszy jego szczegół, za wszystkich ludzi, których spotkałeś i za wszelkie wspaniałości. Myślisz, że wiosna to dobry czas. Masz rację. Wiosna jest cudowna. Rozumiesz, że to odpowiedni czas na zmiany. Już prawie zasnąłeś, ale resztkami świadomości chwytasz się jeszcze rzeczywistości. Robisz to tylko po to, żeby bezgłośnie wyszeptać…

Dziękuję…

Zasypiasz z nadzieją w sercu.

*

Tak…

Wiosna w istocie jest cudowna i magiczna. Wlewa otuchę w serce, a duszę napełnia radością oraz nadzieją, że wszystko się ułoży. Nawet to, co boli i zadrą utknęło w sercu, staje się mniej bolesne. Smutki stają się bledsze, żal rozpływa się nieco w promieniach słońca, a złość uchodzi przez krótkie rękawy koszulek.

To wszystko brzmi poetycko, ale wiosna jest poezją, której nie sposób zinterpretować.

Nadszedł czas, który potrafi zdziałać wiele. Napełnia energią, dodaje sił i powoduje działanie, które od dawna domaga się ruchu. Kwiecień i Maj. Dwa miesiące. Nieprzerwanie trwające obok siebie, które zostały ukochane przez miliardy ludzi na świecie.

Zdradzić Wam mały sekret?

Wiosna to My.

Rozumiecie?

słońce, wiosna, kwiecień, maj, uśmiechasz się

Kto z nas nie miał nigdy wątpliwości, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Parafrazuję słowa Jezusa, który dwa tysiące lat temu przemówił do zgromadzonych wokół niego ludzi, chcących ukarać cudzołożnicę, co w istocie było czystym podstępem, wymierzonym właśnie wobec Chrystusa. Zawsze zachwycało mnie, jak to możliwe, że słowo potrafi przetrwać tak długo. Właśnie dlatego widzę w nim ogromny potencjał i niewątpliwą siłę, sprzeciwiającą się wielu przeciwnościom losu.

Zostawmy jednak religię oraz słowo na inny czas.

Czy wiedzieliście może, że „Wiedźmin” to nie tylko będący ostatnio na fali serial, produkowany przez Netflixa? To przede wszystkim cudowna seria książek, napisanych przez Andrzeja Sapkowskiego. Cudowność utworów nie bierze się tylko z misternie sporządzonego uniwersum, ale niewątpliwie z uniwersalnych wartości, które upakowane zostały w fantastyczny świat. W efekcie daje to niezwykły rezultat. Czytając poszczególne części, można wielokrotnie dostać prawdziwy strzał w twarz od prawdziwości napisanych słów.

– A niech ma – powiedział poważnie kupiec. – Niechby miał. Bo to właśnie ludzka rzecz i dobra.

– Co?

– Wątpliwości. Tylko zło, panie Geralt, nigdy ich nie ma. A przeznaczenia swego nie uniknie nikt.

Wiedźmin nie odpowiedział.

wątpliwości

Inspirację można spotkać wszędzie.

Tymczasem przejdźmy do tytułowych wątpliwości.

Co znaczy mieć wątpliwości?

Mieć wątpliwości to być człowiekiem. Niepewność jest wpisana w nasze życie i ściśle wiąże się z niemożnością przewidzenia tego, co przyszłe. Możemy jedynie określać prawdopodobieństwo wystąpienia czegoś. Nawet uznanie, że coś, co powtarza się do tej pory codziennie, musi powtórzyć się także jutro, jest błędne. Wstanie dziś rano z łóżka po raz  jedenaście tysięcy trzysta osiemdziesiąty piąty, nie oznacza, że zrobimy to także jutro. Nie wiemy, co wydarzy się w przyszłości. Rodzą się w nas wątpliwości.

Mogę zaryzykować tezę, że gdyby się nad tym gruntownie zastanowić, tak naprawdę wątpliwości można by mieć wobec wszystkiego i wszystkich. Skoro nic, co przyszłe nie jest pewne, a przyszłość niezmiennie czeka na nas i przenika się z teraźniejszością, zatem i czas rzeczywisty powinien być niepewnością i lękiem przed nieznanym.

Rozumując w ten wprost cudowny sposób odnaleźlibyśmy się w Średniowieczu.

Nam – ludziom XXI wieku – umartwianie się za życia nie jest wcale potrzebne. Śmiałbym nawet twierdzić, że nie mamy na to czasu, dlatego tego nie robimy. Zamiast tego potrzebujemy innych rzeczy, o których wielokrotnie już pisałem.

Spinając to wszystko małą klamrą, można powiedzieć, że wątpliwości to efekt niepewności wobec tego, co przyszłe.

Decyzja to podróż w nieznane. Pamiętasz?

Istnieje wiele teorii mówiących, że tak naprawdę w wielu aspektach życia, człowiekiem kieruje egzystencjalny lęk przed śmiercią. Łączymy się w pary i zawieramy bliskie znajomości, bo boimy się śmierci. Tworzymy i rozwijamy się, bo towarzyszy nam lęk przed śmiercią. Naturalnie na co dzień skutecznie go wypieramy, bo któż chciałby w drodze do pracy zastanawiać się nad tym, ile jeszcze zostało mu dni?

Skupmy się jednak na wątpliwościach dotyczących nieco bardziej przyziemnych kwestii. Tych, które dotyczą życia, a nie jego końca.

Wątpliwości ma każdy, bo także każdy podejmuje w swoim życiu decyzje. Jedne są mniej ważne jak wybór płatków śniadaniowych, a inne rzutujące na naszej przyszłości, jak decyzja o założeniu rodziny. Tak i też wątpliwości oraz niepewność wynikająca z wyboru może być dla nas mniej lub bardziej istotna. Warte uwagi jest zaznaczenie, że niepewność budzi się do życia zarówno w momencie podejmowanie decyzji, jak i już po wyborze jednej z opcji.

Decydowanie rodzi wątpliwości. Dlatego też dokonywanie wyborów w życiu nie jest łatwe. Zawsze towarzyszy nam pewne poczucie straty, niepokoju oraz właśnie niepewności. Nie wiemy bowiem, co odrzucamy. Nie wiemy, co mogłoby się stać, po wyborze innej opcji. To zagadka. Gdybanie jednak nad tym, niejednemu zniszczyło zdrowie.

Nie tędy droga.

niepewności

Dobra strona niepewności.

Gardzimy nimi.

Niepewność nie jest lubiana, bo jest to dość dziwny stan. Ani dosłownie negatywny, ani jakkolwiek pozytywny. Z jednej strony powoduje ona lęk oraz rozdrażnienie, ale z drugiej może napawać ekscytacją. Różnice  w osobowości mają w moim mniemaniu spore znaczenie w kwestii przeżywania tego zjawiska. Wracając do poprzedniego punktu, jedna osoba może po dokonaniu wyboru spać spokojnie i zapomnieć o wątpliwościach, a druga przez kolejne dni, może zamartwiać się, myśląc: „Co by było, gdyby…”.

To jest jednak normalne!

Całym tym wpisem chciałbym uspokoić wszystkich, których nerwy są zszargane, a paznokcie obgryzione z powodu wątpliwości. Niepewność jest rzeczą ludzką. Nie można więc wyrzucać sobie z powodu emocjonalnego przeżywania tego, co ma nadejść. Zwłaszcza jeśli ma to dla nas duże znaczenie. Dlatego, kiedy stoimy na rozdrożu dróg, które są skąpane we mgle niepewności, nic dziwnego, że odczuwamy niepokój, lęk i wątpliwości. Kto by ich nie czuł!

Oprócz tego wątpliwości coś sugerują. Mianowicie mogą wskazywać, że nam zależy. Wątpliwości możemy nie mieć w sprawach, które są dla nas zupełnie obojętnie. Kiedy mąż wchodzi z żoną do dwudziestego sklepu w galerii handlowej, a ona po raz setny pokazuje mu dwie sukienki z pytaniem: „Która lepsza?”, wtedy (jeśli nie jest zaangażowany i ma wszystko w miejscu, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę) bez żadnych wątpliwości może odpowiedzieć: „Zielona”. Co najwyżej może w takiej sytuacji mieć wątpliwości, czy żona nie zorientuje się, jak bardzo jest mu to obojętne i jak bardzo chciałby już stamtąd wyjść.

Odczuwanie niepewności to wskazówka dla nas, że waga problemu, przyszłość, która się przed nami rozciąga, wybór, nad którym stoimy, jest istotny z wielorakich powodów. Ta świadomość może dodać nam nieco pewności siebie, bo ściągnie z nas dodatkowe napięcie z posiadania niepewności. To właśnie ona często blokuje nas przed podjęciem decyzji, więc w konsekwencji, decyzja może przyjść nam łatwiej i w sposób mniej bolesny.

Może, ale nie musi. Jak wszystko w życiu.

stres

Uwaga! Stres lubi jeść! Proszę go nie dokarmiać!

Ostrzegam jednak, że wątpliwości mogą także zjadać człowieka. Dosłownie. Od środka. Stopniowo mogą żywić się jego energią, narządami wewnętrznymi, rozsiewając swoje trujące nasienie. Dzieje się tak dlatego, że wątpliwości rodzą stres dla organizmu, a stres – długotrwały i  nieustanny – oddziałuje negatywnie w zasadzie na wszystko. Trawienie, cały układ pokarmowy, układ rozrodczy, funkcjonowanie mózgu… W tym miejscu polecam książkę „Dlaczego zebry nie mają wrzodów?”.

O ile wątpliwości są normalne, o tyle przeżywanie ich nieustannie w silnym natężeniu już takie nie jest. Rozumiem wagę problemów i niepewności, jaka ona rodzi. Zwróćcie jednak uwagę, czy wasza reakcja emocjonalna i odpowiedź waszego ciała, jest adekwatna do problemu. Może się zdarzyć, że poddajemy się silnemu stresorowi (wątpliwościom) wobec sprawy, która jest  kompletnie błaha. Jak wcześniej wspominany zakup płatków śniadaniowych.

Nie dajmy się zjeść wątpliwościom. Zjedzmy lepiej płatki! Najlepiej te bez dodatków cukru i wspomagaczy.

Jak łagodzić lęk zrodzony z wątpliwości?

Z wątpliwościami można sobie radzić. Jeszcze raz to powtórzę, że najpierw warto je zaakceptować, bo są one czymś normalnym. Jeśli masz wątpliwości, czy pocałować dziewczynę, to prawdopodobnie Ci na niej zależy. W przeciwnym wypadku (jeśli nie ograniczają Cię, chociażby Twoje wartości) po prostu byś to zrobił, nie myśląc o konsekwencjach.

  • Nie masz nad wszystkim kontroli.

Przede wszystkim warto zrozumieć, że przyszłość jest niepewna i naprawdę mamy na nią mniejszy wpływ niż nam się wydaje. Przeceniamy często kontrolę, jaką sprawujemy nad rzeczywistością. Wciąż uparcie twierdzę, że własnym działaniem można osiągnąć wiele, ale jest też wiele wypadków niezależnych od nas. Zwykły traf, przypadek, szczęście, samo urodzenie się w innej części świata… To wszystko na nas wpływa. Wątpię, czy teraz pisałbym dla was ten tekst, gdybym nie urodził się w Polsce, tylko w Korei Północnej. Zachęcam was do zapoznania się z pojęciem złudzenia kontroli.

  • Zwalczanie, poprzez działanie.

Może wydać wam się to trywialne, ale w zwalczaniu wątpliwości może pomóc działanie. Nieważne, czy działaniem nazywamy podjęcie decyzji i zakończenie swoich trosk, czy ruch rozumiany, jako posuwanie się w toku życia. W pierwszym przypadku dokonanie wyboru może spowodować, że stracimy obiekt wątpliwości lub chociaż zyskamy świadomość, że podjęliśmy już decyzję. W drugim natomiast działanie może zmienić naszą percepcję, która jest selektywna. Dostrzegamy tylko część otaczającej nas rzeczywistości. Będąc więc w ruchu, zaczniemy być może skupiać się na działaniu, a nie na wątpliwościach. Poza tym działanie można rozumieć, jako zwalczenie problemów, powodujących wątpliwości. Jeśli podejrzewamy, że nosimy w sobie chorobę, warto nie popadać w spiralę smutku oraz niepewności, tylko udać się do lekarza. Ruch generuje mniejsze wątpliwości.

  • Przepracuj problem.

Odpowiedni monolog wewnętrzny to kolejna pomocna rzecz, zresztą nie tylko w zwalczaniu wątpliwości, ale w każdym możliwym aspekcie życia. Spróbujcie przepracować problem, który was dręczy. Zalecam zrobić to porządnie. Rozłóżcie go na absolutnie najmniejsze możliwe części. Rozważcie każdą, nawet najmniejszą opcję. Poświęćcie na to, chociażby pół swojego dnia, ale niech to będzie rzetelna sprawa. Potem zacznijcie to składać w sposób świadomy. Jestem przekonany, że nie będzie to przyjemnym doświadczeniem, bo zetkniecie się prawdopodobnie ze źródłem waszych trosk. Jednak, gdy już złożycie problem z powrotem, przepracujecie go i staniecie się bardziej świadomi, starajcie się do niego już nie wracać. Wyciągnęliście wnioski, poznaliście pierwotną przyczynę… Co więc jeszcze chcecie zrobić? Zmierzam do tego, że czasami warto raz, ale bardzo dogłębnie zapoznać się z tym, co nas dręczy, po to, aby potem móc zamknąć ten rozdział i pójść dalej.

  • Porozmawiaj z bliską osobą.

Rozmowa z bliską osobą jest również bardzo wskazana. Podzielenie się swoimi troskami z człowiekiem, któremu ufamy, może zdziałać cuda. W ten sposób zrzucamy z siebie ciężar, który dzierżymy, poprzez samo wypowiedzenie trosk na zewnątrz. Zyskujemy wobec frasującego nas problemu pewien dystans. Jest w tym jeszcze jeden, ukryty, ale bardzo dużo plus. Dzielenie się z kimś swoimi skrytymi zmartwieniami, wzmacnia więź z drugim człowiekiem. Odsłaniamy się. Pokazujemy siebie w najczystszej postaci. To wymaga od nas wysiłku, ale jeśli mamy przy sobie odpowiednią osobę, gwarantuję wam, że ujrzenie w oczach tej osoby poszanowania waszych praw, jest doświadczeniem bezcennym.

rozmowa

  • Więcej luzu. Odpocznij!

Zachęcam również do szukanie metod, które was rozluźniają i wprowadzają w przyjemny stan oderwania od rzeczywistości. Jeśli nie jest on szkodliwy dla was i innych ludzi, może być to świetnym narzędziem do radzenia sobie ze stresem, który przeżywamy. Istnieje naprawdę dużo technik relaksacyjnych jak chociażby ta według Schultza. Polecam ją wypróbować. Niemniej jednak jestem zdania, że tak, jak każdy z nas jest inny, tak każdy z nas może opracować swoje własne metody relaksacyjne. Przypominam jednak tylko, że nie ważne, czy będzie to program skonstruowany przez kogoś, czy nasz autorski, wymagać on będzie pracy. Rzetelnie włożonego wysiłku i czasu w to, aby zaczął działać.

Niepewności nie zwalczymy. Niepewność to życie.

Tylko zło nie ma wątpliwości.

Jest to najszczersza prawda. Zło jest ukierunkowane na jeden cel – na czynienie zła. Nie ma w nim miejsca na niepewność, czy aby na pewno chce uczynić komuś krzywdę. Po prostu to robi. Po co złu wątpliwości? Jest złe w swej naturze. Nie potrzebuje tego.

My, jako ludzie mamy w sobie wiele wątpliwości, bo nie jesteśmy jednostkami tak bardzo spójnymi. Codziennie o naszą uwagę walczą tysiące bodźców oraz mnogość wartości, zasad oraz reguł, którymi kierujemy się na co dzień. To normalne, że czasami możemy czuć się zagubieni, pełni niepewności przed tym, co ma nadejść. Jesteśmy też istotami świadomymi. Nie tylko własnej śmierci, ale też niemożności przewidzenia przyszłości (choć są tacy, którzy twierdzą inaczej). Zdajemy więc sobie sprawę, że tak naprawdę – idąc za Sokratesem – wiemy, iż nic nie wiemy.

Nie dajmy się im jednak zjeść. Jeśli będą zbyt mocno panoszyć się w naszym życiu, starajmy się je zwalczać. Poprzez rozmowę, odpowiednią perswazję, techniki relaksacyjne, czy poprzez działanie. Nie dajcie się stłamsić. Pamiętajcie, że to jest wasze życie i to wy macie ten decydujący głos w kwestii tego, czy warto się czymś przejmować, czy też nie.

Tylko zło nie ma wątpliwości.

Człowiek natomiast nie jest zły.

Dlatego dzierżymy niepewność w spadku po przodkach.

#kolejne artykuły