StarCraft w korporacjach, szkołach i na uczelniach? Czemu nie!
#

Jestem “Januszem” StarCraft. Tak jak “Janusze” piłki nożnej w przerwach między kolejnymi meczami Mundialu obok bloku haratają z kumplami w gałę, tak ja, od lat podglądając profesjonalne rozgrywki e-sportowców, wracam do kampanii w singlu StarCraft II. I coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nie wykorzystujemy pełnego potencjału tej fenomenalnej gry oraz jej społeczności.

Zacznę od tezy. Gry wideo mogą (a nawet powinny) stanowić jedną z form dydaktyki i budowania kompetencji. Pewnie – podręczniki, case studies, dyskusje i warsztaty sprawdzają się dobrze w szkołach, na uczelniach, czy firmowych szkoleniach. Tylko czemu nie dorzucić do tego właśnie gier?

Przykłady?

  • Sid Meier’s Civilization – żeby uczyć złożoności, przyczynowości i długofalowej strategii.
  • Seria Total War – żeby uczyć sztuki wojny i dyplomacji.
  • Paper’s Please – żeby uczyć empatii.
  • Dark Souls – żeby ćwiczyć cierpliwości.
  • Portal – kreatywne rozwiązywanie problemów.
  • Sim City – tworzenie przestrzeni miejskiej i poznanie sfery publicznej.
  • X-COM – taktyka i zarządzanie zasobami ludzkimi.

Jeżeli podeprze się to dyskusjami, pracą grupową – słowem: kontekstem dydaktycznym – to nagle sceptyczna część społeczeństwa (w tym ekspertów) może dać się zaskoczyć i odkryć wielką prawdę, że gry to nie tylko zabawa. To forma immersji i doświadczania, prawdziwe ćwiczenie dla umysłów, które stanowi bezpieczną symulację fikcyjnych scenariuszy ale może pomóc rozwijać rzeczywiste umiejętności, a także postawy.

No, ale miało być o StarCraft (brzmi to jakoś pokracznie, dlatego pozwól, że zastąpię to skrótem SC2).

Ta kultowa seria gier strategicznych czasu rzeczywistego zapracowała na swój status i doprowadziła do narodzin e-sportu. Dzisiaj to fenomen kulturowy, żeby nie powiedzieć – instytucja. Cały ekosystemem turniejów, lig, sponsorów, mediów, nagród i przede wszystkim utalentowanych zawodników, którzy osiągnęli mistrzostwo przez wytrwałą pracę i współzawodnictwo.

W swojej istocie to unikatowa gra, którą cechuje złożoność, poziom wyważenia, dynamika i elastyczność stylów rozgrywki. Gra, która oferuje głębię strategicznych możliwości i przestrzeń do rozwoju rzadko spotykaną w innych produkcjach.

Grając w SC2 – profesjonalnie bądź nie – można nauczyć się naprawdę wiele, jeżeli tylko podchodzi się do tego w sposób świadomy, z otwartą głową i chęcią do nauki. Dlatego poniżej zebrałem swoje wnioski, doświadczenia i wszystko to, co udało mi się dostrzec z niekonwencjonalnej perspektywy. Na koniec pozostawię Cię z kilkoma pomysłami Bez/Schematu, jak i otwartymi pytaniami, na które może będziesz w stanie pomóc mi odpowiedzieć.

Jako, że przyznałem się już do bycia “Januszem” SC2, który “jedzie w singla”, sięgnąłem też po wypowiedzi dwóch topowych polskich progamerów, tj. Artura “Nerchio” Blocha oraz Igora “Indy” Kaczmarka, z którym mój wywiad możesz obejrzeć również tu:

Symulator dowódcy i podejmowania decyzji

Oczywiste byłoby wskazać na początek, że RTS uczy zarządzania wirtualnymi, jednak wyczerpalnymi zasobami, jak minerals i vespene gas, ale prawda jest taka, że najważniejszym zasobem, którym trzeba zarządzać w SC2 jest… Twoja uwaga.

Ta gra została zaprojektowana tak, aby każda Twoja decyzja miała konsekwencje, a w SC2 nie ma chwili bez decyzji. To nie mobilna “turóweczka” do kubeczka kawy i rogala z czekoladą na dobry poranek. Bezczynność przez 5s to błąd, który może kosztować całą rozgrywkę. Dlatego tak ważna podczas gry jest ciągła optymalizacja, uwaga i skupienie podczas nieustającej kaskady wydawanych rozkazów.

Musisz decydować czego NIE zrobisz, bo zawsze są koszty utraconych korzyści, a każda podjęta przez Ciebie decyzja oznacza zrezygnowanie z szeregu innych. Nie brzmi to życiowo? Szczególnie, jeśli pełnisz funkcje kierownicze, zarządzasz jakąś organizacją, zespołem ludzi i ponosisz odpowiedzialność.

starcraft starcraft2 e-sportowców gry SC2

gameplatform.pl

Starcraft oduczył mnie szkodliwego przeciągania prostych spraw, jak napisanie emaila czy wykonanie telefonu. Nauczyłem się, że człowiek nie potrafi jednocześnie robić dobrze dwóch rzeczy na raz, zatem ograniczam takie sytuacje do minimum.

  • Igor “Indy” Kaczmarek

W Starcrafcie trzeba być pewnym siebie i swoich decyzji. Robienie kilku rzeczy na raz jest nieefektywne, dlatego i w grze i poza nią skupiam się na jednej rzeczy w danym momencie, za to bardzo szybko przerzucam swoją uwagą od jednego celu do drugiego.

  • Artur “Nerchio” Bloch

W skrócie, SC2 pomaga Ci nauczyć się:

  • bardziej świadomie zarządzać Twoją uwagą;
  • lepiej, szybciej i trafniej podejmować decyzje;
  • zachować zimną krew w sytuacjach kryzysowych i paniki.

Sztuka uczenia się na błędach i dążenia do doskonałości

Trening czyni mistrza i pewnie powie Ci to każdy progamer. Niewiele gier daje tak bardzo odczuć, że rozwijasz się, stajesz się lepszy, kiedy ćwiczysz, jak SC2. Całkiem mierzalnie możesz robić rzeczy szybciej, trafniej, sprawniej. Z zastrzeżeniem, że nieodłącznym elementem dążenia do doskonałości jest i będzie porażka. To wkodowane w reguły tej gry, nieuniknione i czasem nieuchronne w wyniku jednej złej decyzji – jak w życiu. W SC2 nie ma wiary, przypadkowości i dobrej energii – tu są parametry, taktyki, statystyki i dobre przygotowanie.

W czynnościach w których porażka jest nieunikniona albo ma charakter powtarzalny, jak sport, biznes i rywalizacja, trzeba po prostu nauczyć się podchodzić do niej z rozmysłem i refleksją. Nie oburzać, nie obrażać. SC2 jest doskonałym ćwiczeniem, w szczególności, kiedy trafiasz na koreański serwer 😉

SC2 nauczył mnie pokory oraz pozbawił strachu przed przegraną. Porażkę odbieram w kategorii kolejnej lekcji. Dzięki temu wyłapuję i usuwam złe nawyki, a zastępuję je dobrymi.

  • Igor “Indy” Kaczmarek

Dzięki SC2 zdobyłem umiejętność efektywnej nauki tzn. wiem w jaki sposób spędzać czas, aby go nie marnować podczas zdobywania nowej wiedzy. Przekłada się to na każdą dziedzinę życia, gdzie musimy spędzić wiele godzin, aby coś osiągnąć, zaczynając od grania na gitarze a kończąc na fizyce kwantowej.

  • Artur “Nerchio” Bloch

W skrócie, SC2 pomaga Ci nauczyć się:

  • przyjmować porażkę z pokorą;
  • wyciągać z przegranej nauczkę na przyszłość;
  • stale szukać optymalnych dróg działania.

Przygotowanie zamiast spontaniczności

Kontynuując wątek porażek. Jedną z rzeczy, które zacząłem stosować grając w SC2 zwiększając stopniowo poziom trudności było… wyjście poza samą grę.

Zmieniłem wiele swoich taktyk, ba! nawyków i zachowań, kiedy zacząłem sfrustrowany porażkami oglądać, jak inni gracze (lepsi ode mnie) na YT przechodzą określone misje. Sama nauka wyciągnięta z ich rozgrywek pozwoliła mi na poprawę efektywności o jakieś 150%, a wciąż miałem olbrzymią satysfakcję z tego, że nauczyłem się czegoś nowego.

Poszedłem więc dalej. Zacząłem czytać o taktykach i rozwiązaniach, o mocnych i słabych stronach jednostek, lepiej skonfigurowałem skróty klawiszowe. I to samo robią profesjonalni gracze, którzy podobnie jak bokserzy przed walką, analizują materiały wideo z rozgrywek swoich przeciwników i stale śledzą zmiany w parametrach jednostek wraz z kolejnymi aktualizacjami.

SC2 to gra, do której po prostu wypada podchodzić przygotowanym, podobnie jak do większości czynności w życiu profesjonalnym: spotkania z klientem, projektowania strony WWW, prowadzenia wywiadu. Można iść “na spontan” i liczyć, że będzie dobrze, a można też po prostu odrobić pracę domową.

Poznawanie nowych taktyk i obserwowanie innych zawodowych graczy zawsze zachęca do poprawy własnej gry lub wypróbowania czegoś nowego. Myślę, że dzięki temu mniej boję się zmian tak w wirtualu, jak i w realu.

  • Igor “Indy” Kaczmarek

Starcraft uczy tworzyć podręczną bazę wiedzy i korzystać z niej w czasie rzeczywistym, ale przy jednym założeniu – że musi być ona stale odświeżana i aktualizowana.

  • Artur “Nerchio” Bloch

W skrócie, SC2 pomaga Ci nauczyć się:

  • do każdej czynności, zadania podchodzić formalnie przygotowanym;
  • słuchać, obserwować i uczyć się od innych.

Lawirowanie między mikro i marko zarządzaniem

W SC2 niezwykle ważny jest rozdział na mikro- i makrozarządzanie. Tzw. micro i macro. W dużym uproszczeniu:

  • micro to sterowanie jednostkami, wykorzystywanie ich umiejętności, taktyki oparte na mocnych i słabych ich stronach, budowanie formacji, kontrowanie ataków itp.
  • macro to alokacja zasobów, produkcja, rozwój gospodarki, zarządzanie infrastrukturą.

Jedno nie może istnieć bez drugiego, ale z pewnością nie da się wygrać rozgrywki bez macro, czyli bardziej ogólnego, całościowego spojrzenia, strategii i decyzji inwestycyjnych.

SC2 nauczył mnie szybkiego przeskakiwania między perspektywą doraźną, krótkoterminową, a przyszłościową i długoterminową. Niektóre decyzje mogą mieć rezultat w tu i teraz, ale inne okażą się trafione bądź nietrafione dopiero po upływie czasu. Ponadto, granie w SC2 pokazuje, jak wiele czynności i zdarzeń wymaga reakcji natychmiastowych, a część innych może zaczekać na swoją kolejkę. W zarządzaniu porządkuje to tzw. macierz Eisenhowera, bardzo przydatna na co dzień.

Przechodzenie między micro i macro to dla mnie wyczyn nadawania priorytetów temu, co jest najważniejsze w danej chwili i żonglowania tymi priorytetami w życiu codziennym i celach krótko i długoterminowych.

  • Igor “Indy” Kaczmarek

W skrócie, SC2 pomaga Ci nauczyć się:

  • dostrzegania w życiu aktywności ważnych i ważniejszych;
  • hierarchizować i priorytetyzować zadania;
  • zrozumieć różnicę między strategią i taktyką, rezultatem długo- i krótkoterminowym.

Jak dobrze wykorzystać potencjał StarCrafta?

Może i jestem “Januszem” SC2 i może już nim pozostanę, ale to nic nie szkodzi. Z przyjemnością poświęcę tej grze (w singlu, naturalnie) kolejne kilkaset godzin życia i wiem, że będzie to inwestycja w dalszy rozwój konkretnych umiejętności.

A jest się czego uczyć. Menedżerowie, publiczni i prywatni, dowódcy wojskowi, kierownicy jednostek naukowych, studenci, a nawet uczniowie. Wszyscy mogą spędzić chociaż 10h w świecie StarCrafta, żeby nabrać nowego spojrzenia na:

  1. Podejmowanie decyzji
  2. Zarządzanie uwagą
  3. Analizę własnych porażek
  4. Umiejętność przyjmowania krytyki
  5. Dobre przygotowanie
  6. Priorytetyzację zadań

Wystarczy podeprzeć to pracą warsztatową, dyskusjami, analizą i wziąć pod lupę to, czego się doświadczyło, a nie to, co przeczytało się w podręczniku lub usłyszało od szkoleniowca.

Ale skoro już przy tym jesteśmy. Dlaczego nie pójść krok dalej: być może jest miejsce na szkolenia współprowadzone przez takich profesjonalnych graczy jak Artur Bloch i Igor Kaczmarek? Oni, podobnie jak setki e-sportowców specjalizujących się w SC2, dotarli tam, gdzie są, przez ciężką, wytrwałą pracę, dyscyplinę i konkretną metodę (raz jeszcze zachęcam Cię do sprawdzenia wywiadu z Igorem). Podobnie jak menedżerowie, dyrektorzy, dowódcy, nauczyli się zachowywać zimną krew w sytuacji stresu, presji i niepewności. Pewnie, ich rozkazów czy dyspozycji nikt nie podważa 😉 ale dlaczego z góry uznać, że nie mają do przekazania czegoś ciekawego tym, których praca umysłowa to w dużej mierze sztuka podejmowania skutecznych decyzji?

Albo lepiej: czy nie warto potraktować SC2 jako narzędzie dydaktyczne i jednocześnie formę zabawy, by uczyć młodzież cierpliwości, przyjmowania porażki, doskonalenia i strategicznego myślenia? Myślę, że partyjka w SC2 przeciwko progamerom mogłaby stanowić ciekawą życiową lekcję: tak, przegrałeś/przegrałaś (i to sromotnie), ale reguły gry dla obu stron były identyczne – jakie więc wyciągasz z tej klęski wnioski i co w związku z tym zamierzasz dalej zrobić?

Możliwości jest więcej i tu zostawiam miejsce na Twoją inwencję w komentarzach pod tekstem lub na moim vlogu pod wideo, do którego obejrzenia gorąco Cię zachęcam:

Temat dotyczy nie tylko StarCrafta, ale w praktyce wszystkich gier, które niosą ze sobą jakąś wartość (kilka z nich wymieniłem we wstępie). Wierzę, że ma to sens, podobnie jak sens ma na solidny dokument filmowy o społeczności polskich e-sportowców zgromadzonych wokół SC2 😉 Nad pozyskaniem funduszy na taki materiał będę teraz intensywnie pracować, więc jeśli masz pomysły i sugestie także w tej mierze – daj znać!

Bartosz Filip Malinowski

Jestem strategiem, konsultantem i kreatywnym. Łączę kropki, które znikają ludziom z oczu. Założyłem agencję rozwiązań społecznościowych WeTheCrowd. Staram się także łączyć różne światy i dyscypliny oraz zachęcać do wyjścia ze swojej bańki na vlogu Bez/Schematu.

Zobacz również:

8 polskich gier niezależnych, na które warto czekać

 

Jeżeli podobnie jak ja preferujesz kolorowe, ruchome obrazki, to zacznij od wersji wideo tego tekstu na moim vlogu

Filmowa kontynuacja Deadpoola schodzi już powoli z ekranów kin, ale najemnik z najbardziej niewyparzoną gębą na świecie (z ang. merc with a mouth) z komiksowej niszy Marvela awansował na samozwańczego księcia/błazna popkultury. Wszystko dzięki kilku niezłomnym twórcom, społeczności fanów i niekonwencjonalnym działaniom, których nie powstydziłby się sam Deadpool.

Brutalny, bezceremonialny, histerycznie zabawny i świadomy swojej fikcyjności. Wyjątkowo nie mówię o sobie. Taki już od niemal trzech dekad jest Wade Wilson A.K.A. Deadpool, który w każdy możliwy sposób odstaje od reszty bohaterów z komiksowego uniwersum Marvela.

Skoro już prowadzę vloga zatytułowanego Bez/Schematu trudno mi nie przyznać, że kochałem Deadpoola na długo przed jego kinowym objawieniem się światu pod postacią superbohaterskiego zbawiciela kategorii R. (Mnie też zdarza się burzyć czwartą ścianę i zwracać do publiki, której nikt nie widzi). Kinowy triumf – teraz już podwójny – był miłą niespodzianką dla mnie i dla wielu. Ale droga prowadząca na srebrny ekran nie była usłana różami, wymagała nieustępliwości i szeregu nietypowych zagrywek. Zupełnie jakby rozegrał to sam Wade Wilson. Musisz na moment zaufać mi na słowo: znajdziesz w niej kilka bardzo wartościowych lekcji i nauk do zastosowania także w swoim obszarze działalności. Słowo!

Lekcja historii (ponurej, ale z happy endem)

Pozwól, że zacznę od krótkiej historii.

Ryan Reynolds zakochał się w postaci Deadpoola, kiedy tylko dowiedział się, że (anty)bohater opisał swój typ urody jako krzyżówkę psa shar pei z… Ryanem Reynoldsem.

W 2004 r. na planie niezwykle nieudanego “Blade: Trinity” (och, gdyby Ryan tylko wiedział wtedy, że wyląduje jeszcze w “X-Men Origins: Wolverine” i “Green Lantern”…), Reynolds zaraził pomysłem na film Davida Goyera. Rozpoczął się 12-letni (!) okres przygotowań do produkcji, który zasługuje na osobny obraz dokumentalny.

Koncepcję filmu przedstawiono studiu 20th Century Fox, które stosowało taktykę push-pull. Goyer szybko zniechęcił się i odłączył od projektu, a na jego miejsce wszedł reżyser Tim Miller. Razem z Reynoldsem wielokrotnie prezentowali przed producentami swoją wizję, aż w końcu studio uległo, stawiając jednak jeden warunek: najpierw niewielka rola Deadpoola w “X-Men Wolverine: Origins”, a dopiero później samodzielny film. (Hugh Jackman miał wówczas nieco wyższe notowania akcji niż Ryan Reynolds).

Przesuwając zegar naprzód o kilka lat: katastrofa i gwałt na postaci Deadpoola, jakiej dokonano w solowym filmie o Wolverinie, plus rola Reynoldsa w “Green Lantern”, o której wszyscy chcieliby dziś zapomnieć (włącznie z aktorem), w zasadzie zabiły szanse na kinową adaptację Deadpoola.

Miller i Reynolds mogli już wyłącznie zagrać va banque. Stworzyli kilkuminutowy short przygotowany w całości w CGI z głosem Reynoldsa. Ostatnia szansa na przekonanie studia – oczarować ich namiastką finalnego produktu. Co na to panowie w garniturach? Nie, za dużo krwi, przecież ludzie tego nie chcą. Nie, kostium zbyt czerwony. Nie, bohater za dużo mówi. Słowem, chciano wyciąć wszystko to, co czyniło Deadpoola Deadpoolem. Na co twórcy (i chwała im za to) nie chcieli przystać. Temat utknął w martwym punkcie i nie pomogły nawet rekomendacje Jamesa Camerona i Davida Finchera, prywatnie przyjaciół Tima Millera.

Nagle w 2014 r. na YouTube wycieka wspomniany short CGI. Fani dostają palpitacji. Wideo jest szerowane i konsumowane na potęgę, a w ciągu 48h studio 20th Century Fox zostaje zalane tonami listów od społeczności domagającej się właśnie takiej ekranizacji Deadpoola.

Kilkuset tysiącom fanów udaje się osiągnąć w dwie doby to, czego Ryanowi Reynoldsowi i Timowi Millerowi nie udało się przez 10 lat. Deadpool dostaje zielone światło. Trafia do kin. Rozbija bank (dwukrotnie). A fani są nasyceni.

Tyle, jeśli chodzi o historię. (Jeżeli Cię wciągnęła, to gorąco polecam Ci jeszcze ten tekst). Teraz pora na naukę!

Lekcja pierwsza: o społeczności i jej potrzebach

Studio filmowe to nie galeria sztuki sponsorowana przez szczodrych mecenasów. To jasne, że ma zarabiać pieniądze.

20th Century Fox nie zgadzało się na rozpoczęcie produkcji Deadpoola w takiej, a nie innej formie, bo chociaż nie było pewne czego chce widownia (szczególnie po katastrofalnej porażce jaką był solowy film o Wolverinie), to było przekonane, że wie czego widownia nie kupi.

Tylko… kim jest widownia? Kim są konsumenci? Z perspektywy marketera – najczęściej konstruktem myślowym, hipotezą, którą weryfikuje różnego rodzaju badaniami, z lepszym bądź gorszym skutkiem. Kiedy mowa o produktach mainstreamowych, mających trafiać to tzw. “przeciętnego odbiorcy”, to jak strzelanie z łuku do Ant-Mana z rozpędzonej Tesli.

Wystarczył mały sabotaż twórców, żeby pokazać, że kwestionariusze, wywiady fokusowe, screen testy są warte tyle, co nic, kiedy namacalny kawałek dzieła skonfrontuje się z prawdziwymi fanami. W tym wypadku był to short CGI wypuszczony do sieci.

I to właśnie lekcja pierwsza: nigdy nie zakładaj, że wiesz, czego chcą ludzie, dopóki im tego nie pokażesz. Szczególnie, jeżeli “ludzie” to dla Ciebie zbita, bezpłciowa masa, a w praktyce może ujawnić się jako niezwykle zgrana, oddana, ale i wybredna społeczność.

O tym, jak znakomicie w epoce internetu sprawdza się marketing oparty na społecznościach pisał m.in. Seth Godin (“Plemiona” i “Wszyscy jesteśmy dziwni”) oraz Chris Anderson (“Długi Ogon”). I do tych lektur chętnie odsyłam Cię, aby lepiej zrozumieć, dlaczego to Miller i Reynolds mieli rację, a nie korporacyjni marketerzy 😉

Lekcja druga: o autentyczności i kompromisach

Deadpool otrzymując zgodę na produkcję, otrzymał w pakiecie także kategorię R – jako pierwszy mainstreamowy film superbohaterski od dwóch dekad. To znaczy, że Wade Wilson mógł przeklinać, ucinać głowy innym czy ręce sobie i jeszcze chodzić nago na ekranie. Z każdego z tych praw skorzystał niczym prawdziwy dżentelmen.

Społeczność wymusiła taką kategorię wiekową filmu swoją reakcją na short, ale trzeba pamiętać, że to Reynolds i Miller za wszelką cenę walczyli o to, aby nie “stępić” Deadpoola. Z góry wiedzieli, że fani wpadną w furię, jeżeli postać filmowa jakkolwiek będzie wypadkową kompromisów w stosunku do wersji komiksowej.

I tu kryje się kolejna ważna lekcja: autentyczność jest dziś walutą interakcji ze społecznością. Należy o nią dbać za wszelką cenę, a jeżeli wiesz, że zostanie zaprzepaszczona przez bezmyślną, krótkowzroczną decyzję – nie ustępuj.

Reynolds i Miller mogli ustąpić i pójść na kompromis ze studiem. Deadpool pewnie ukazałby się w 2011 r., został wgnieciony przez fanów i krytyków w ziemię, a twórcy pozostaliby z kacem moralnym. Zamiast tego artyści unikali zgniłego kompromisu, bo wiedzieli doskonale, jak wygląda wyrok śmierci w świecie kinowych superbohaterów (pozdrowienia dla Green Lanterna, Ghost Ridera, Inhumans i jeszcze kilku innych).

I kontynuując wątek lektur polecanych: zwróć uwagę na książkę “Authenticity” autorstwa Jamesa Gilmore’a i Josepha Pine’a, którzy wprowadzili koncepcję wiarygodności jako formy wyróżnienia się na rynku niezwykle podobnych i skorporacjonalizowanych produktów. To kopalnia wiedzy, którą twórcy Deadpoola zastosowali z powodzeniem w praktyce.

Lekcja trzecia: o doświadczeniach w marketingu

I wreszcie: filmowy Deadpool i jego twórcy przypomnieli, że marketing może być fun. To nie wyłącznie zespół działań SEO, konwersja, generowanie leadów, automatyzacja, targetowanie, personalizacja, wskaźniki CTR i chatboty planujące inwazję na Twojego smartfona.

Reynolds był pierwiastkiem nieokrzesanej kreatywności i humoru, który wszedł w reakcję z ekipą fajnych marketerów. W ten sposób powstały takie małe arcydzieła, jak choćby to:

Czy to:

Czy to:

Dlatego ta lekcja mogłaby brzmieć: marketing może być czystą, niedorzeczną przyjemnością, jeżeli wprowadzisz do niego element kreatywności i sztuki. A sami marketerzy zbyt rzadko sobie na to pozwalają, bo ograniczają swoje horyzonty w zakresie środowisk, źródeł wiedzy, procedur itp. Wiesz, co mam na myśli, prawda?

Ale, ale! Nie byłbym bez schematu, gdyby to spostrzeżenie miało być lekcją. Nie, to truizm. Właściwa nauka brzmi inaczej: konsumenci są dziś głodni przeżyć i doświadczeń, a nie po prostu produktów i usług.

Fani czekając na kolejne części Deadpoola nie czekają już po prostu na film. Czekają na wszystko, co wydarzy się wokół niego. Kolejny wywiad z Reynoldsem w masce. Kolejną PRową niespodziankę. Kolejny oryginalny billboard. Może jakiś performance, może wyskoczenie z lodówki wiernego fana.

Mógłbym powiedzieć, że chodzi o experiential marketing, ale to byłoby spłycenie tematu. To naprawdę gospodarka doświadczeń. I ostatnia już lektura, którą chcę Ci polecić. “Experience Economy” wspomnianego wcześniej duetu Gilmore’a i Pine’a to doskonałe wprowadzenie do nowego typy ekonomii, w której ludzie szukają na rynku wartości niepowtarzalnej, godnej zapamiętania i wykraczającej poza wąsko rozumiane formaty, treści czy kanały.

I na koniec…

Oczywiście, mógłbym też zachęcić Cię do tego, żeby być Ryanem Reynoldsem. To on stanowił spoiwo wszystkich tych koncepcji. To on uszanował komiksową postać na tyle, że nie pozwolił grupce korpoludków zniszczyć jej na oczach fanów (po raz drugi 😉 ). To on wie, że fani chcą obejrzeć wywiad z Deadpoolem, a nie nim, aktorem. Że pragną autentyczności, a nie ciągłego puszczania do nich oka; zacierania granicy między fikcją a rzeczywistością, prawdziwego doświadczenia. W zamian odpłacają się tysiącami pomysłowych, zabawnych i wdzięcznych komentarzy w social media. No, i milionami dolarów w kinach.

Także bądź jak Ryan Reynolds. Będzie Ci łatwiej, jeśli obejrzysz wersję wideo tego tekstu oraz razem ze mną pozostaniesz Bez/Schematu 😉

Kiedyś roboty stanowiły surrealistyczne wizje niepoprawnych romantyków. Sztuczna inteligencja znana była tylko z kinowych ekranów. Nikt nie przypuszczał, że technologia rozwinie się tak, że teraźniejszość będzie odzwierciedlała filmową akcję. Pozorną fikcję, w której technologiczna zagłada staje się realnym faktem.

„Technologia to same plusy!”. Czy aby na pewno?

W dobie gdzie szeroko pojęta technologia jest gloryfikowana, a wszystko jest skomputeryzowane i zmechanizowane, możemy tak naprawdę mieć ciągły kontakt ze światem, nie wychodząc z domu lub nie odrywając wzroku od swojego telefonu. Bezproblemowe okazuje się w ten sposób zarządzanie firmą czy nawet edukacja szkolna. Okazuje się, że technologia umożliwia nam zarabianie pieniędzy, uczenie się i rozwój, bez opuszczania naszych czterech ścian.

To jest świetna wiadomość dla nas wszystkich. Żyjemy w czasach, w których mamy tak wiele możliwości, jak nigdy wcześniej dotąd. Daje nam to szerokie spektrum szans, na których możemy oprzeć swoją przyszłość. Możemy spodziewać się, że w kolejnych latach naszego istnienia, będą powstawały rzeczy, o których nie śniło się naszym przodkom albo nawet nam samym, jeszcze parę lat wcześniej.

Do niedawna, sztuczna inteligencja w ciele człowieka, mogła być podziwiana tylko i wyłącznie z perspektywy widza. Człowieka, spoczywającego w swoim wygodnym fotelu i rozkoszującego się kolejną częścią „Terminatora” lub równie przerażającego filmu – „Ja, robot”. Produkcji, która ukazała makabryczne skutki igrania z rzeczami, które nie do końca poznaliśmy.

Abstrahuje od technicznej strony tego przedsięwzięcia. Nie interesuje mnie, jak to coś powstaje, jak funkcjonuje i ile kosztuje. Nurtuje mnie wyłącznie jedno pytanie, które przyprawia mnie jeszcze w tym momencie, o tylko delikatną gęsią skórkę.

„Kiedy sztuczna inteligencja nas zastąpi?”

Być może snuje czarne wizje niepoprawnego romantyka dzisiejszych rozpędzonych i wysoce technologicznych czasów. Jednak zwróćcie uwagę w jakim stopniu obraz ukazany w wymienionych przeze mnie kultowych filmach, może stać się naszą rzeczywistością w przyszłości? Nie wkładam tych myśli w ramy czasowe mieszczące się w kolejnych pięćdziesięciu, ani nawet stu latach. Jednak nawet jeśli nie będzie nas na tym świecie, to ktoś po nas przejmie tę schedę.  Będzie kontynuował to, co my rozpoczęliśmy, doprowadzając cały świat, nie do miejsca ludzi, ale strefy zamieszkałej przez roboty i twory naszych własnych, ludzkich rąk… O ironio!

Rozumiem entuzjazm wynikający z aktualnych doniesień, głoszących kolejne spektakularne osiągnięcia oraz przewidywania odnośnie do sztucznej inteligencji, w których główną rolę odgrywa nieustannie postępująca technologia. W pewnym stopniu podzielam tę radość, bo przesuwa to granice naszego rozwoju i pozwala nam wkroczyć na tereny dotąd niepoznane. Jednak linia między pojęciami: „idealnie”, a „przesada” jest bardzo cienka i niewiele potrzeba, aby ją złamać bez możliwości powrotu. W tym przypadku może oznaczać to zjawisko, które będzie określane przez resztki żyjących ludzi, jako tytułowa „technologiczna zagłada.

sztuczna inteligencja

Zastanówmy się, proszę, co się stanie, gdy w końcu ktoś stworzy precedensową sytuację, w której zwykłego Pana Kowalskiego w pracy, zastąpią roboty? Przecież zapewne będą one perfekcyjne. Pozbawione wad i skaz. Idealne wykonujące swoją czynność, zaprogramowaną im przez właściciela.

W takich sytuacjach zastanawia mnie, jak bardzo jesteśmy w stanie kontrolować to, co sami tworzymy?

Przecież sztuczna inteligencja będzie mądrzejsza od nas. Tego nie da się ukryć. To będzie niczym chodząca, wielka jednostka komputerowa, zdolna do niewiarygodnych obliczeń i kalkulacji. Jak długo zajmie jej wykształcenie własnego toku rozumowania, przystosowania się i przechytrzenia ludzi?

Jestem fanem literatury fantastycznej i być może to, o czym piszę, to tylko moja bujna wyobraźnia. A może jednak jest to nasza przyszłość? Oddalona od nas o setki lat, ale nadal to, co nastąpi? Co, jeśli kluczowym pytaniem nie jest wcale: „Czy nastąpi technologiczna zagłada?”, a „Kiedy to się stanie?”.  

Roboty wymagają kontroli. Ludzkiego nadzoru!

Nie twierdzę, że tego procesu tworzenia trzeba zaprzestać. Technologia i jej rozwój to dział, który pozwala przesuwać granice ludzkiego poznania. Zaniechanie tego procesu byłoby wielkim marnotrawstwem naszego potencjału. Uważam jednak, że ktoś powinien sprawować nad tym ścisłą kontrolę. Nie komputer, nie kolejna maszyna, ale sztab ludzi-wybranych przez ludzi.

Roboty, sztuczna inteligencja czy inne „twory” jakkolwiek nazywane, powinny być wykorzystywane tylko w określonych działach naszego życia. Dodatkowo regulowane przez jasne wskazówki, określające zasady ich stosowania. Wszystko dlatego, aby nikt nigdy nie mógł dojść do wniosku, aby gdziekolwiek lub kiedykolwiek roboty, mogły zastąpić człowieka.

roboty

Roboty nie mogą wyciągać dłoni po to, co ludzkie!

Dlaczego to coś stworzone przez nas, ma być perfekcyjne? Dlaczego nie może mieć wad tak jak człowiek?  Skoro ma wyglądać tak jak my, to dlaczego ma nie być takie jak my – ludzie. Nikt z nas nie jest perfekcyjny. Ba! To właśnie nasza nie perfekcja jest naszą perfekcją, która czyni nas człowiekiem i dobitnie odróżnia nas od maszyn. Jeśli wzorujemy coś na człowieku, to niech to w maksymalnym stopniu go przypomina. Nie tylko pod kątem cech fizycznych, ale również osobowościowych oraz emocjonalnych.

Technologiczna zagłada karą za bluźnierstwo?

Czy my naprawdę chcemy bawić się w stwórcę i wskrzesiciela, tworząc chodzących bogów? Kiedy do tego dojdzie, nikt i nic nie będzie w stanie mnie przekonać, że ktokolwiek lub cokolwiek nad tym panuje. Pamiętacie słynne powiedzenie, dotyczące najpopularniejszego statku na świecie, z samego początku ponadczasowego filmu pt.: „Titanic”?

„Nawet sam Bóg go nie zatopi”.

Bóg nie był tam nawet potrzebny. Uczyniła to zwykła i prosta góra lodowa, z którą tak doskonały statek-jak go wtedy określano, nie mógł sobie poradzić.

Obawiam się, że jeśli sztuczna inteligencja obleczona ludzką skórą, wejdzie do powszechnego użytku i stanie się częścią życia naszych kolejnych z kolei prawnucząt, wtedy na horyzoncie również pojawi się taka „góra” przyszłych czasów. Przeszkoda, która zatopi niezatapialne.

technologiczna zagłada

Surrealistyczna wizja czy przyszłość świata?

Technologiczna zagłada może stać się faktem. Karą za nasze bluźnierstwo przeciwko wyższym wartościom, poprzez zachowanie pozbawione człowieczeństwa. Wtedy bieg historii zostanie zmieniony na zawsze. Nie odpowiedzą za to nasi potomkowie, ale MY. Bo to, co może stać się przyszłością, jest tworzone w naszej teraźniejszości i to właśnie MY jesteśmy za to odpowiedzialni. Nawet jeśli nie będziemy brali w tym bezpośredniego udziału w przyszłości.

Historia osądzi nasze decyzje oraz wybory. Oby tylko mogło o niej usłyszeć ludzkie ucho…  

Zastosowanie technologii solarnej w rolnictwie. Rozwój technologii słonecznych oraz spadki cen instalacji solarnych spowodowały, że dostęp tego typu urządzeń jest bardziej powszechny. Powstaje coraz więcej farm fotowoltaicznych w nowoczesnych gospodarstwach rolnych. Energia słoneczna jest najczęściej wykorzystywana do wytwarzania energii elektrycznej oraz ciepłej wody.

W 2011 roku obliczono, że sektor rolny emituje około 13% całkowitej globalnej emisji gazów cieplarnianych. To spowodowało, że rolnictwo stało się drugim co do wielkości emiterem na świecie, po sektorze energetycznym. W oparciu o tę statystykę wiele uwagi poświęcono znaczeniu energii słonecznej w rolnictwie.

Zastosowanie-technologii-solarnej-rolnictwie

Poniżej przedstawiamy alternatywne sposoby wykorzystania energii słonecznej w gospodarstwie rolnym:

Czujniki zasilane energią słoneczną

Zbieranie ważnych danych dla bardziej optymalnego wzrostu lub wydajnego podlewania jest kluczową częścią rolnictwa. Podczas ustawiania czujników na dużym obszarze często trudno je zasilić. Bezprzewodowe węzły czujników mają krótkie działanie, a regularna wymiana baterii jest często niewygodna i czasochłonna.

Tutaj pojawia się technologia czujników zasilanych energią słoneczną, oferująca łatwy i ekonomiczny sposób gromadzenia danych. Aplikacje rolnicze dla tych czujników mają bardzo ważne zastosowanie. Określając opady, wilgotność gleby i poziom światła słonecznego, można łatwo regulować podlewanie upraw rolnych.

Znaczniki elektroniczne przeznaczone dla zwierząt hodowlanych umożliwiają śledzenie i automatyczne monitorowanie oraz kontrolowanie karmienia oraz pojenia inwentarza.

ekologczne-uprawy

Słoneczne ładowarki płotowe

Gospodarstwa z żywym inwentarzem wymagają rozwiązań ogrodzeniowych, które są skuteczne, elastyczne i niezawodne. Elektryczne ogrodzenia zasilane przez słońce są idealne, zarówno do ruchomych wybiegów, jak i do stałego montażu.

Dzięki dostępności niedrogich części ogrodzenia solarne szybko stają się ekonomicznym i wygodnym elementem rolnictwa. Instalacja jest łatwa, dzięki czemu jest to doskonały projekt typu “zrób to sam”.

Solarne ogrzewanie cieplarniane

Tradycyjne szklarnie polegają na grzejnikach gazowych lub olejowych w celu utrzymania stałej temperatury. Słoneczne szklarnie gromadzą i magazynują energię słoneczną w słoneczne dni, co pozwala zachować ciepło do użytku w nocy oraz w pochmurne dni.

szklarnia-ekologiczna

Nawadnianie słoneczne

Systemy pompowania fotowoltaicznego (PV) stają się coraz bardziej popularne, szczególnie w lokalizacjach bez istniejących linii energetycznych. Podstawowe systemy uruchamiają pompy bezpośrednio, gdy świeci słońce. Zapewniając pracę pomp w gorące letnie miesiące, kiedy nawadnianie upraw rolnych jest najbardziej potrzebne.

Systemy nawadniania słonecznego są bardzo niezawodne i opłacalne, co wymaga niewielkiej konserwacji. Można je łatwo dopasować i zainstalować, aby pasowały do ​​potrzeb danego gospodarstwa rolnego. Podczas gdy mniejsze systemy na ogół nie wymagają baterii, to mogą być dołączone większe systemy pompowania, wraz z inwerterami i uchwytami do śledzenia, aby podążać za słońcem.

Pojazdy zasilane energią słoneczną

Podczas gdy pojazdy napędzane energią słoneczną są nadal stosunkowo rzadkie w rolnictwie, może to ulec zmianie w najbliższej przyszłości. Ciągniki są zazwyczaj napędzane silnikiem wysokoprężnym, co nie tylko przyczynia się do globalnego ocieplenia i zanieczyszczenia powietrza, ale również zanieczyszczenia gleby i wód gruntowych poprzez wycieki oleju napędowego. Rozwiązaniem mogą być pojazdy elektryczne napędzane energią odnawialną.

maszyny-elektryczne

Systemy fotowoltaiczne w rolnictwie

Systemy fotowoltaiczne są coraz częściej spotykane w polskich gospodarstwach rolnych. Produkcja prądu do obsługi i funkcjonowania gospodarstwa rolnego jest najczęściej wykorzystywaną technologią solarną. Oprócz wsparcia Państwa oraz programów dotacyjnych z Unii Europejskiej rolnicy mogą liczyć na dodatkowe dotacje na zakup i montaż instalacji solarnych od producentów systemów fotowoltaicznych.

Zastosowanie technologii solarnej w rolnictwie

Rolnicy inwestują w oszczędne i zrównoważone technologie przyjazne dla środowiska. Gospodarze coraz częściej przekonują się, że inwestowanie w nowoczesne technologie może przynieść im wiele korzyści oraz duże oszczędności w utrzymaniu gospodarstwa rolnego. Coraz większa świadomość oraz proekologiczne zachowania rolników procentują w jakości produktów rolnych.

Źródło: http://argom.pl/

Porsche – krok w przyszłość

Porsche staje się pionierem w technologii BlockChain dla samochodów. Producent eksploruje aplikacje wykorzystującą system łańcucha bloków w swoich pojazdach we współpracy z berlińskim startupem XAIN. W swoim komunikacie prasowym z dnia 22 lutego, Porsche ogłasza, że firma jest

“pierwszym producentem samochodów, który wdrożył i pomyślnie przetestował BlockChain w samochodzie”.

Istnieje możliwość zastosowania technologii do zamykania i otwierania drzwi samochodowych. Wszystko to za pośrednictwem aplikacji z możliwością tymczasowej autoryzacji dostępu, do nowych i ulepszonych modeli biznesowych poprzez szyfrowane rejestrowanie danych. Technologia może być stosowana w dalszym ulepszaniu bezpieczeństwa i możliwości rozwijania technologii samochodów bez kierowcy.

Strateg finansowy Porsche, Oliver Döring, jest przekonany o ogromnym potencjale technologii:

“Możemy użyć Blockchain do szybszego i bezpieczniejszego przesyłania danych, dając naszym klientom większy komfort użytkowania pojazdu np. podczas pobierania opłat parkowania, czy też korzystania z usług firm kurierskich. Przekładamy innowacyjną technologię na bezpośrednie korzyści dla klienta “, oświadcza Döring w komunikacie prasowym.

Według Porsche,  technologia Blockchain może przyspieszyć proces otwierania i zamykania samochodu z aplikacją o 6 razy.

“Jest to możliwe, gdy samochód ma bezpośrednie połączenie w trybie offline – czyli bez korzystania z serwera”.

Aktualne metody wymagają połączenia online, synchronizowania danych samochodu z jego odpowiednikiem przechowywanym na serwerze.

Źródło: cointelegraph

#kolejne artykuły