Przestań prosić, zacznij działać! | worldmaster.pl
#

Poświęcenie nie jest wcale łatwe. Wtedy musimy coś od siebie dać, ale według mnie to jedyny sposób, aby zrealizować swoje marzenia. Niech więc prośba ustąpi miejsca czynowi.

Podobno niektórzy ludzie lubią, kiedy mówi się do nich w sposób dosadny, prosty i bezpośredni. Pozostali wolą kręcenie się wokół głównego tematu i przyjmowanie możliwie najbardziej rozmytej prawdy. Wszystko ma swoje dobre, jak i złe strony.

Ja dziś jednak zastosuję sposób numer jeden.

Czasami myślę, że jesteśmy idiotami, którzy myślą, że dostaną wszystko, czego chcą tylko dlatego, że o to poproszą. Jestem pewien, że istnieje na świecie wystarczająco wielkie grono osób, które do końca swojego życia nie zrozumieją, że większość krzywd oraz „niesprawiedliwości”, które ich spotykają, nie wzięła się z powietrza, tylko z ich własnego działania. Albo raczej – braku działania.

Jesteśmy wygodni. Piekielnie komfortowi. Nie chce nam się myśleć, nie chce nam się działać, a na samą myśl o jakimkolwiek zadaniu, wpadamy w apatię i wolimy nie robić nic. Byle, żeby się tylko nie przemęczyć! Bo po co, skoro „jakoś to będzie”? Jeśli komuś to pasuje – świetnie! Teraz więc możesz zamknąć ten tekst i skupić się na swoim życiu. Powodzenia!

Całą resztę zapraszam dalej.

prośba

Bóg jak złota rybka.

Rozśmieszają mnie wszelkie roszczenia, jakie kierujemy do innych ludzi, instytucji, czy nawet istot wyższych. Jako człowiek wychowany w wierze oraz jako świadomy mężczyzna, praktykujący swoją wiarę, chwilami zastanawiam się, czy ludzie myślą tak naprawdę, czy tylko stroją sobie żarty z pozostałych… To normalne, że ludzie modlą się do Boga (obojętnie jakiego) i proszą go, aby ich prośba się spełniła. Nie ma w tym nic złego! Jednak, kiedy zapoznaję się ze „świadectwami” ludzi, którzy skarżą się, że prosili Istotę Wyższą o coś, a ta nie spełniła ich pobożnego życzenia, dosłownie otwiera mi się nóż w kieszeni.

Ja bardzo przepraszam, ale czy Ten ktoś, kto siedzi tam do góry i spogląda na nas, jest jakąś złotą rybką, spełniającą nasze życzenia? A może to taki wielki totalizator sportowy, w którym wygrywa jedna osoba na milion? Proszę, powiedzcie mi, że śmieszy to Was równie mocno, jak mnie, choć w moim przypadku jest to raczej śmiech przez grube łzy, bo jak można się cieszyć z tak idiotycznego toku myślenia?

Już w tym momencie, po prawie dwudziestu jeden latach życia, doświadczyłem wielokrotnie sytuacji, w których spotykałem ludzi z sianem, zamiast mózgu i kisielem zamiast serca, ale wciąż nie potrafię się nadziwić, jak bardzo wygodnymi jednostkami potrafimy być. Wygodni w świecie, w którym z jednej strony chcemy „być kimś”, ale z drugiej wolelibyśmy leżeć i zbyt mocno się nie wysilać. Nie widzę w tym za krzty logiki poza samym zrozumieniem istoty natury i organizmu ludzkiego, który zwyczajnie woli wygodę od wysiłku. Sęk w tym, żeby z tym walczyć!

To wielka dojrzałość przejąć kontrolę nad swoim życiem. Wielu ludzi nie osiąga tego stanu, mimo że żyją przez długie dziesięciolecia. Współczułbym, gdybym był pewien, że Ci ludzie zdają sobie z tego sprawę. Rzekłbym, że często nie są tego świadomi. Was jednak zachęcam do bycia Panem swojego losu. Nie zdawanie się na nic i na nikogo. Nie liczenia na to, że być może otrzymamy coś w darze. Odwieczny konflikt między talentem, a włożonym wysiłkiem trwa, ale nikt nie przekona mnie, że najlepszym połączeniem jest jedno z drugim. Tak samo jestem przekonany, że nawet największy talent w długo terminowym zmaganiu nigdy nie będzie miał szans z największym pracusiem.

praca

Nie prośba. Działanie!

Wracając do relacji z Istotą Wyższą – prosimy, ale efektów nie ma. Więc może, zamiast prosić, lepszym rozwiązaniem byłoby wziąć się w garść i zapracowanie na to, co się chciałoby mieć? Czy nie tak byłoby lepiej? Naprawdę jestem w stanie zrozumieć, że to kosztuje, ale co w tym dziwnego? Nie mam pojęcia, czego oczekujecie od życia, ale cokolwiek by to nie było, to musicie coś od siebie dać. Tylko biorąc, nie można zajść daleko. Zawsze trzeba się w pewnym stopniu poświęcić. Czy to dla wyższej idei, czy to dla drugiego człowieka, czy to dla realizacji swoich marzeń.

Jeśli ktoś zna większą ilość moich tekstów, to zapewne wie, że jestem osobą, która dość regularnie nawołuje do dążenia do swoich celów. Z tego więc względu, wyznając taką, a nie inną ideologię na życie, naprawdę bardzo trudno jest mi zrozumieć tak bardzo nielogiczne zachowanie ludzi, którzy robią mało, a oczekują wiele. Proszą Boga o pomoc, ale samemu nie robią nic w tym kierunku. Narzekają, że dostali mało, kiedy tak naprawdę nic od siebie nie dali.

Poświęcenie jest nieuchronne.

Być może to ze mną jest coś w nie porządku, ale w świecie musi istnieć pewna równowaga. Skoro więc chcę być drugim Michaelem Jordanem, to muszę liczyć się z tym, że będę musiał pracować równie mocno albo nawet mocniej niż on. Chcę wziąć, więc daję. I jeśli teraz myślicie, że jesteście na to gotowi, to polecam spróbować. Nie ważne, czego to dotyczy. Z doświadczenie wiem, że wszelkie plany i marzenia najpiękniej wyglądają w momencie, kiedy się je zapisuje. Gdy przychodzi czas realizacji…

Cóż.

Wielu nawet nie zaczyna. Inni rezygnują po pierwszym dniu. Duża część przekonuje się, że nie jest gotowa na tak wielkie poświęcenie. A tylko garstka osiąga to, co chciała. Daleki jestem od stwierdzenia, że są to ludzie szczęśliwi, bo mogę się domyślać, że takie ogromne poświęcenie wymaga wielu ofiar. Nie rzadko w postaci rodziny, przyjaciół i wolnego czasu. Ale czy mnie to osądzać? Skoro ktoś obrał taki cel, to życzę powodzenia i trzymam kciuki. Najważniejszym jest być zgodnym z samym sobą.

Jak dzieci.

Przypominamy wszystkie małe szkraby, które w sklepie wołają tylko „Chcę, chcę, chcę”! Zapominamy, że od „chcę”, do „mam” jest cholernie długa droga. Zwłaszcza w sprawach bardziej złożonych i nieco ambitniejszych. Więc to, że coś chcemy, tak naprawdę nic nie zmienia. Pewnie, że uświadomienie sobie własnych preferencji i chęci to pierwszy bardzo ważny krok, ale będzie on zupełnie na nic, jeśli nie pociągnie za sobą działania. Bo to ono jest najważniejsze. To tak samo, jak w tekście o rozwoju osobistym. Wszelkie czytanie poradników jest przydatne, ale wtedy, kiedy wprowadzasz wyniesione z nich wiadomości w życie. Samo czytanie nic nie da. Tak samo, jak samo planowanie i myślenie.

bierność

Zrozummy wreszcie proszę, że wielki cel, to wielka ofiara i tego nie da się uniknąć. Jeśli twierdzicie, że jest inaczej, to polecam zainteresować się ludźmi, którzy widnieją na czołówkach gazet i nie mam tutaj na myśli polskich polityków zdobiących swoimi twarzami gazety codzienne. Polecam wejść w temat nieco głębiej. Może nawet wypożyczyć lub kupić parę książek dotyczących życia ludzi sukcesu i przekonać się, ile musiało ich kosztować osiągnięcie tego, co mają teraz.

Mierz siły na zamiary.

Bezczelne jest oczekiwanie czegoś dużego, kiedy włożyło się w to wyjątkowo mało pracy. Jeśli studiujesz i uczyłeś się na egzamin przez godzinę, to nie oczekuj piątki. Chyba że jesteś geniuszem, a egzamin był banalny. Tak samo nie spodziewaj się, że zwojujesz świat, jeśli jedyne, co robisz, to bawisz się, relaksujesz i tylko przez krótki okres w ciągu dnia, robisz coś produktywnego. Wszystko sprowadza się do tego, ile od siebie dajemy i czego oczekujemy. Jeśli mamy małe oczekiwania i zadowala nas życie normalnego człowieka, a nasze poświęcenie to praca przez osiem godzin dziennie, która oznacza zarabianie 2500 złotych miesięcznie, raz do roku wyjazd na wakacje nad polskie morze i spokojne spłacanie kredytu – pięknie. Nic mi do tego. Szanuję, akceptuję, rozumiem i gratuluję znalezienia własnej ścieżki.

Jeśli natomiast marzymy o przepięknym, białym Maserati, a nasze działania przypominają dwudziestoletniego Forda Escorta, to ja przepraszam bardzo, ale coś się tutaj nie zgadza.

Nie trzeba od razu pracować po sto dwadzieścia godzin dziennie, jak niegdyś Elon Musk, ale można pracować nieco więcej niż teraz, żeby być nieco bliżej celu, niż się było wczoraj. Pamiętając naturalnie o zdrowym rozsądku i umiarze, bo bycie drugim Elonem Muskiem – moim zdaniem – nie jest wcale tak bardzo ekscytujące, jak wielu oczekuje.

Puenta?

Spuentować ten wpis nie jest trudno.

Poświęcenie jest nieuchronne. Prośba to tylko prośba i bez działania jest niczym. Jeśli robisz mało – dostaniesz mało. Jeśli oczekujesz wiele, ale na to nie pracujesz, to nie dostaniesz nic. Aby coś otrzymać – musisz dać. Zwłaszcza na początku – cholernie dużo.

Odważnym życzę powodzenia.

Pozostałych równie mocno szanuję!

Nigdy nie ukrywałem, że podcasty to coś bardzo bliskiego mojemu sercu. Miłość do tej formy przekazu ma kilka powodów. Jednymi z nich są oszczędność czasu oraz wygoda. W przeciwieństwie do czytania, podcasty nie wymagają od nas, chociażby skrawka wolnej przestrzeni. Dlatego z własnego doświadczenia wiem, że podczas podróży w zatłoczonym autobusie, o wiele lepiej sprawdzi się słuchanie, aniżeli tradycyjna książka. Co nie oznacza, że kogokolwiek zniechęcam do czytania. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że czytanie książek stoi u mnie na naprawdę wysokim miejscu w życiowej hierarchii.

Nie da się jednak ukryć, że podcasty w naszym kraju to model nadal raczkujący. Niewątpliwie zyskuje on na popularności, ale wciąż jest to forma przekazu, która dla wielu osób jest zwyczajna obca. Mam jednak nadzieję, że ten stan rzeczy ulegnie zmianie, bo podcasty potrafią zaoszczędzić czas! Możemy zabrać je ze sobą wszędzie i zajmują nam niewiele miejsca. Wystarczy telefon w kieszeni i słuchawki. W czasach, gdzie czas przelicza się na złotówki, ta forma zdobywania wiedzy zasługuje na uwagę.

Z drugiej jednak strony muszę dodać, iż podcasty mają definitywnie jeden minus. Podczas słuchania jest nam o wiele łatwiej się rozproszyć niż podczas czytania. Czasami zdarza się, że w uszach słyszymy głos, a umysł wędruje po sobie tylko znanych ścieżkach.

podcasty

Podcasty moim okiem.

Tym tekstem chciałbym wyjść naprzeciw wszystkim tym, dla których podcasty są nadal czystą abstrakcją. Słowa kieruję głównie dla osób, które nie wiedzą, od czego zacząć swoją przygodę ze słuchaniem innych osób. Aczkolwiek nie dyskryminuje tym wpisem również bardziej doświadczonych czytelników.

Podczas tworzenia rankingów, zawsze mam ten sam problem. Ciężko jest mi wybrać kilka szczególnych pozycji i niejako „wybić” je ponad pozostałe, których na tej liście zabraknie. Niestety taka już rola wszelkich subiektywnych klasyfikacji. Niemniej jednak bardzo Was proszę, abyście z chłodną głową podeszli do każdej propozycji, jaką Wam przedstawię. Ich wybór nie oznacza, że korzystam wyłącznie z nich. Podcasty rozrastają się naprawdę w szybkim tempie, dlatego często staram się testować nowe kanały oraz nowe tematyki. I do tego samego Was zachęcam! Nie wiem, czy jest coś piękniejszego niż możliwość poznawania niezbadanego przez siebie do tej pory działu.

Ponadto poniższe podcasty oscylują w tematach, które mnie interesują. Jestem jednak przekonany, że w innych dziedzinach są inne kanały, które oferują równie wysoki poziom.

Przejdźmy już jednak do zestawienia pięciu kanałów, których słuchanie jest według mnie dobre dla każdego. Bez względu, czy ktoś lubi szydełkować, grać w piłkę nożną, czy malować obrazy.

The School of Greatness – Lewis Howes

Lewis Howes

Źródło: www.rewireme.com

Zdecydowana większość odcinków, prowadzona jest w formie wywiadów. Gospodarz – Lewis Howes zaprasza do swojego studia bardzo barwne oraz ciekawe postacie. Nie będę zgrywał znawcę! Od razu więc napiszę, iż o większości z nich słyszałem po raz pierwszy. Aczkolwiek myślę, że jest to doświadczenie bardzo rozwijające. Nie dość, iż uświadomiłem sobie, że na tym świecie żyje mnóstwo osób, o których na co dzień nie słyszymy, a które mają wiele do przekazania, to na dodatek zainteresowałem się nimi i poniekąd również się wzbogaciłem. Oczywiście wśród gości Lewisa, znalazły się również takie osoby, jak chociażby: Eric Thomas, Anthony Robbins, Gary Vaynerchuk, a nawet… Kobe Bryant!

The School of Greatness cenię przede wszystkim za różnorodność. Tematyka nie zamyka się tylko w jednej dziedzinie. Naturalnie jest ona skupiona głównie na szeroko pojętym dążeniu do „dobrego” życia , ale wielokrotnie w wypowiedziach gości przewijają się również porady biznesowe, ich inspirujące historie, czy metody, służące poprawie poszczególnych parametrów funkcjonowania.

Co ciekawe jeden z moich tekstów powstał pod wpływem słów, które usłyszałem właśnie u Lewisa. Brzmiały one:

If you aren’t happy now, you will never be happy. 

Jak widać podcasty to nie tylko wiedza, ale również dobre źródło inspiracji.

Warto także dodać, że Lewis Howes prowadzi każdy odcinek w sposób bardzo rzetelny, a atmosfera, jaką wokół siebie roztacza, przywodzi mi na myśl przyjemną pogawędkę z dobrym przyjacielem.

Impact Theory

Tom Bilyeu

Źródło: www.medium.com

Kolejny podcast, w którym to gospodarz – Thomas Bilyeu, przeprowadza wywiady ze swoimi gośćmi. Jest to mężczyzna, który robi to na naprawdę wysokim poziomie. Zresztą sam mawia, że jednym z jego celów jest stanie się człowiekiem, który wywiady przeprowadza wprost w sposób perfekcyjny.

Oprócz tego Thomas ma w swoim repertuarze również odcinki, w których odpowiada na pytania widzów oraz przeprowadza krótkie, kilkuminutowe nagrania, które przynajmniej w mojej ocenie, są bardzo motywujące i zachęcające do działania. Myślę, że warto przytoczyć w tym miejscu jedną z popularniejszych rozmów Thomasa Bilyeu, którą odbył z Simonem Sinkiem.

Moim zdaniem jest to jeden z wywiadów, który każdy powinien obejrzeć chociaż raz. Sam obejrzałem go kilkukrotnie i w mojej ocenie jest to jedna z najlepszych rozmów, jaka powstała.

Imponderabilia

Karol Paciorek

Źródło: www.facebook.com/karol.paciorek

Jeśli uważaliście, że zachłysnąłem się zachodnim światem i nie potrafię docenić ojczystego podwórka, to jesteście w błędzie! Otóż Imponderabilia (swoją drogą zwrot ten według Słownika Języka Polskiego oznacza coś, czego nie da się zmierzyć, ale wywiera wpływ na przebieg wydarzeń) to kanał prowadzony przez Karola Paciorka, czyli człowieka, który na polskim Youtube może być postrzegany, jako „dziadek” obecnych twórców. Oczywiście w bardzo pozytywnym tego słowa znaczeniu. Karol może być Wam znany, chociażby z działalności z Włodkiem Markowiczem, gdzie prowadzili w przeszłości kanał pt. „Lekko Stronniczy”.

Karol również wciela się w rolę gospodarza, który zaprasza gości do swojego studia. Może Was dziwić, że tak mocno upodobałem sobie tę formę pozyskiwania informacji z podcastów, ale nie ukrywam, że w mojej opinii jest to schemat najbardziej rozwijający. Dzięki niemu w każdym odcinku mamy styczność z inną osobą, która może nauczyć nas czegoś innego. Czy tak się stanie, czy też nie, zależy zarówno od nas samych, jak i od gospodarza oraz oczywiście samego gościa.

Warto nadmienić, że goście Karola są nietuzinkowi. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, jaki jest Michał Żebrowski, Maciej Orłoś, Krzysztof Gonciarz, czy Przemek Staroń, to Imponderabilia dadzą Wam na pewno odpowiedź. Poza tym, jeśli chcieliście poznać środowisko pokerowe lub piwowarskie, to również trafiliście w doskonałe miejsce. Imponderabilia oferuje po prostu tak szerokie spektrum możliwości, że można tam spotkać wszystkiego i wszystkich. I myślę, że właśnie dlatego jest to kanał tak bardzo interesujący.

Podcasty nagrywane przez Karola, plasują się w czołówce polskich podcastów na Spotify i zgadzam się z tym zestawieniem w stu procentach. Naprawdę ciekawy i warty uwagi kanał.

Elite Mentality

Cyprian Majcher

Źródło: www.polskiepodcasty.pl

Jest to na swój sposób kanał wyjątkowy. Nie dość, że działa on stosunkowo od niedawna, to na dodatek gospodarz – Cyprian Majcher, jest osobą, która wcześniej raczej nie była związana z tą branżą. Co więcej! Cyprian jest właścicielem dwóch warszawskich klubów CrossFit, a także byłym zawodnikiem rugby. Trzeba przyznać, że już ta informacja powinna Was wszystkich zainteresować. Osobiście uważam, że osoby, które nagrywają podcasty, a które wywodzą się z ciekawych nurtów, są interesujące, gdyż zawsze mogą mieć wiele do przekazania.

I tak też jest w przypadku Elite Mentality.

Chyba Was nie zdziwię, gdy napiszę, iż i w tym wypadku, podcasty to rozmowy z zaproszonymi gośćmi. Jednak tutaj na szczególną uwagę zasługuje główna tematyka. Otóż Elite Mentality jest mocno ukierunkowany na danej dziedzinie, jaką jest przeprowadzanie rozmów z osobami, które osiągnęły w swojej działalności poziom mistrzowski.

Naturalnie ciężko jest stwierdzić, kto jest mistrzem, a kto nie. Trudno się jednak nie zgodzić, że takie osobistości jak Adam Bielecki, Karol Kłos, Grzegorz Tkaczyk, czy Szymon Kołecki to mistrzowie w swoich fachu, prawda? I to właśnie między innym ich, znajdziecie u Cypriana w jego podcaście.

Moim zdaniem jest to podcast dla każdego, kto aspiruje do bycia mistrzem w swojej dziedzinie. Oprócz tego wielkie korzyści odniosą również osoby, których interesuje zaplecze odnoszenia sukcesów przez ludzi, o których możemy słyszeć w mediach. Niestety już od dłuższego czasu na kanale Cypriana nie znalazł się żaden nowy podcast. Niemniej jednak warto poświęcić swój czas na odsłuchanie tych odcinków, które się tam znalazły do tej pory.

SWPS Strefa Psyche

SWPS

Źródło: www.swps.pl/strefa-psyche

Bardzo długo wahałem się nad moją ostatnią (ale wcale nie najgorszą) propozycją w tym zestawieniu. Ostatecznie wygrała chęć dzielenia się z Wami kanałami, które przedstawią Wam prawdziwą i rzetelną wiedzę, w przystępnej formie. SWPS Strefa Psyche działa na bardzo prostej zasadzie. Na Spotify umieszczane są podcasty, które są niczym innym, jak wersją audio wykładów, przeprowadzanych przez osoby z ramienia SWPS Uniwersytetu Humanistycznospołecznego.

Jeszcze nie odkryłem, w jakiej sekwencji wrzucane są kolejne podcasty, ale myślę, że osoba, która się tym zajmuje, robi to po prostu „na chybił trafił”, co jest niewielkim minusem. Niemniej jednak, na kanale widnieje już kilkadziesiąt nagrań audio, których odsłuchanie może przyjemnie umilić Wam podróż do pracy lub na uczelnię. Jeśli ktokolwiek martwi się o dźwięk, to mogę wszystkich uspokoić, że jest on wprost znakomity.

Dla mnie, taki kanał jest bardzo rozwijający. Nie dość, że mogę dowiadywać się rzetelnej i opartej na badaniach wiedzy, od jednych z najlepszych specjalistów w swoim fachu w kraju, to jeszcze mogę się przy tym świetnie bawić, gdyż nierzadko wykładowcy stosują barwne porównania oraz prowadzą wykład w bardzo przystępny sposób.

Nie myślcie sobie proszę, że te podcasty są zarezerwowane tylko dla studentów psychologii. Nic bardziej mylnego! Posunąłbym się nawet do stwierdzenia, że te podcasty (a zarazem wykłady), są właśnie dla osób, które z psychologią nie mają zbyt wiele wspólnego. Jestem wprost przekonany, że ich rzetelne odsłuchanie rozwieje wiele Waszych wątpliwości co do funkcjonowania świata oraz ludzi, którzy w nim żyją.

Naturalnie, że niektóre odcinki są nieco wyspecjalizowane, ale jestem zdania, że z każdego odcinka, każdy jest coś w stanie wynieść! Według mnie jest to obecnie jedyny taki kanał w polskojęzycznym Internecie, gdzie można spotkać tak dużą dawkę sprawdzonej wiedzy, dlatego zachęcam Was do korzystania z niej.

Słuchanie bez końca.

słuchanie

Odczuwam niesamowity niedosyt. Czy można się temu dziwić, skoro nie mogłem wymienić i głębiej opisać takich podcastów, jak te prowadzone przez Gary’ego Vaynerchuka, Tima Ferrisa, Joe Rogana, czy Michała Szafrańskiego? 

Uwierzcie mi, że obecnie mamy prawdziwe bogactwo wyboru odpowiedniego podcastu, dobranego do nas samych. Jednak nikt nam nie każe trzymać się sztywno obranej drogi. Raz możemy pozwolić sobie na słuchanie Karola Paciorka i jego Imponderabilii, a drugi raz Tima Ferrisa. Wszystko zależy od nas i osobiście zalecałbym Wam, abyście nie ograniczali się tylko i wyłącznie do jednego kanału.

Miksujcie, przemieniajcie i zmieniajcie podcasty, których słuchacie. Dzięki temu zapoznacie się z mentalnością nie tylko samych gospodarzy, ale również gości, których nierzadko zapraszają. Poza tym, jak już wspominałem, poznawanie innej, nieznanej sobie dziedziny jest naprawdę ekscytujące!

Podcasty są formą, której przyjrzeć się głębiej powinien każdy z nas. To nie tylko oszczędność czasu, ale również najprostsza forma pozyskiwania informacji. Może nam towarzyszyć w każdej możliwej sytuacji życia i zasadniczo nic nas to nie kosztuje, bo w obecnych czasach telefon i słuchawki ma zapewne już każdy z nas.

Drodzy Młodzi!

Wybaczcie, jeśli długo się do Was nie odzywałem. Uznałem jednak, że to dobry czas, aby wreszcie zwrócić się bezpośrednio do Was. Do tych, którzy mają więcej, niż chcą widzieć. Jestem jednym z Was. Jestem taki, jak Wy i mam nadzieję, że się dobrze zrozumiemy.

Dwudziesty rok życia…

Niektórzy tę granicę mają dopiero przed sobą, a inni przeszli przez nią już jakiś czas temu. To nie ma znaczenie. Jesteśmy młodzi. Jesteśmy dziećmi. Znajdujemy się na początku naszej drogi.

Pewnie rzadko o tym myślicie, ale jesteśmy w najlepszym okresie naszego życia. W najlepszym. Rozumiecie to? Lepszego czasu prawdopodobnie nie będzie. Myślę, że kiedy już się zestarzejecie, to swoimi myślami będziecie wracali właśnie do tego, obecnego czasu.

Czy jednak będzie, co wspominać? To już zależy od Was.

Żyjemy szybko. Szkoła, potem od razu studia, a jak się chce zarobić na własne potrzeby, to dochodzi i praca. Działamy w ten sposób od rana do wieczora. Od poniedziałku do piątku, gdzie co niektórzy mają małe przerywniki na imprezowanie do późnej nocy i leczenie kaca nazajutrz. „Żyjemy” w ten sposób od pierwszego do ostatniego, od stycznia do grudnia. Ale, co to za życie? Życie bez głębszej refleksji? Życie bez pojawienia się krótkiej myśli:

Po co mi to wszystko?

Wpadamy w wirówkę dorosłego czasu, mimo że jesteśmy dziećmi. Spójrzcie na swoich rodziców. Na swoich wujków i ciotki. Zerknijcie na swoich sąsiadów, czy jakiegokolwiek dorosłego człowieka. Ilu z nich żyje szybko? Chyba lepszym pytaniem byłoby, ilu z nich nie żyje w ten sposób? Niewielki ułamek. Nie widzicie, że dni większości ludzi są praktycznie takie same? Pobudka, zjedzone w pośpiechu śniadanie, utyskiwania na brak czasu, ewentualne wyprawienie dzieci do szkoły, potem praca, powrót z pracy, ślęczenie przed telewizorem lub sprzątanie mieszkania, kąpiel i spanie. Teraz powtórz to kilkaset razy i mamy rok przeciętnej osoby.

Cholera.

To nie jest wiadomość dla dorosłych. To jest wiadomość dla Was Młodzi. Tylko dla Was. Więc pytam:

Po co, wciąż będąc dziećmi, chcemy żyć jak dorośli?

Zastanówcie się. Dlaczego już w tak młodym wieku wpadamy w wyścig szczurów, który narzuca nam społeczeństwo. Po co się na to zgadzamy? Dlaczego godzimy się na studia, których nie chcemy? Dlaczego przyjmujemy pracę, której nienawidzimy? W jakim celu żyjemy szybko, biegając z miejsca na miejsce? To przecież nie jestem nam potrzebne…  Jesteśmy młodzi. Czy zdajecie sobie sprawę, co to oznacza?

Oznacza to tyle, że prawdopodobnie mamy w sobie więcej siły, niż będziemy mieli w jakimkolwiek późniejszym momencie życia. Znaczy to, że mamy więcej czasu, niż mieliśmy i mieć będziemy. Oznacza to, że NIC i NIKT nas nie ogranicza. Rozumiecie?

NIE MAMY ŻADNYCH OGRANICZEŃ.

Żadnych. Nie mamy męża ani żony. Nie mamy dzieci. Kredyty są dla nas abstrakcją. Nie mamy żadnych zobowiązań. Żadne umowy nas nie wiążą. Nie mamy… Niczego. Ale wiecie, co? Jeszcze nigdy świadomość, że nie mamy niczego, nie była i nie będzie równie wspanialsza. Nigdy. Nie posiadanie niczego to dar, który My Młodzi mamy.

Mam do Was prośbę. Kochajcie i słuchajcie swoich bliskich, ale nie dajcie się im skrępować. Przede wszystkim jednak nie dajcie się skrępować sobie. Bo to, co teraz postrzegacie, jako ograniczenia, to tylko Wasz umysł. Nic więcej. Czy Wy rozumiecie, co możecie zrobić w przeciągu dwudziesty czterech godzin? Możecie znaleźć się w dowolnym miejscu na Ziemi. Możecie rzucić wszystko w cholerę i zacząć od nowa. Dokładnie tak, jak Wy tego chcecie. Możecie robić… WSZYSTKO. Możecie założyć własną firmę, możecie zostać… KIMKOLWIEK chcecie. Nie gwarantuję, że będziecie następnym Jordanem koszykówki, ale gwarantuję, że możecie próbować.

Kiedy ślęczycie na wykładach, których nie rozumiecie i marzycie o tym, co moglibyście robić, tak naprawdę sami siebie oszukujecie. Bo w istocie możecie to robić, ale nie chcecie. Ograniczacie siebie. Czegoś się boicie. Coś Was ogranicza. Rodzice? Przyjaciele? Społeczeństwo?

Kochajcie ich z całych sił, ale warto wybrać własną drogę. Nawet jeśli wiedzie ona przez najdziksze i najdziwniejsze tereny. Co z tego? Spróbujcie.

Powiedźcie swoim rodzicom, że ich kochacie. Podziękujcie im za wszystko, co dla Was zrobili. Porozmawiajcie z nimi. Wyraźcie szczery szacunek za ich opinie, ale zapytajcie:

Mamo, Tato. Czy naprawdę chcecie, żeby Wasze dziecko robiło to, co chcecie, ale było przy tym nieszczęśliwe?

To  wyświechtane, ale róbcie to, co kochacie. Przestańcie zwracać uwagę na pieniądze, sławę, prestiż i inne… bzdety. Po co Wam one? Po co Wam rzeczy materialne? Bez pieniędzy też można być szczęśliwym. Bez pieniędzy też można robić… WSZYSTKO! Jasne, że trochę gotówki potrzebujesz, aby przeżyć, ale po co Ci bogactwa? Chcesz zwiedzić świat? Śmigaj autostopem albo wędruj. Chcesz zostać „kimś”? Działaj. Trenuj. Walcz. Cokolwiek. Rób to.

Ja rozumiem nas wszystkich doskonale. Jesteśmy młodzi. Nie mamy wielkiego pojęcia o życiu. Ja też go nie mam, ale chcę spróbować. Chcę spróbować robić to, co kocham ponad wszystko. Chcę kochać ludzi, chcę realizować siebie i chcę wpływać na życie innych. Chcę… Po prostu chcę.

Napiszę Wam to raz jeszcze:

Nic nas nie krępuje. To tylko nasza głowa.

Nie jesteśmy niczyimi niewolnikami. Jesteśmy w najpiękniejszym okresie życia. Nic nie musimy, a wszystko możemy. Wiecie, jakie mamy szczęście? Za dwadzieścia lat, jeśli teraz nie podejmiemy konkretnych decyzji, będziemy żałować. Fakt! Nigdy nie jest za późno, ale chyba lepiej zacząć próbować w wieku dwudziestu, a nie czterdziestu lat, no nie?

Za czterdzieści lat, będziemy mieli mały problem z dźwiganiem ciężkich rzeczy.

Kiedy minie pięćdziesiąt lat, niektórych już pewnie nie będzie, a Ci którzy zostaną, będą patrzyli na swoje wnuki i tęsknie wyglądali za czasami, gdy sami byli młodzi.

Za sześćdziesiąt lat natomiast… Cóż. Większość zniknie.

Zegar tyka.

Przykro mi.

Ja naprawdę nie piszę do Was z pozycji cholernego coacha. Ja piszę do Was z pozycji chłopaka. Młodego. Takiego, jak Wy. Chłopaka, który chce Wam coś przekazać. Chłopaka, który również ma mnóstwo kompleksów, życiowych stresów oraz marzeń, co do których nie ma pewności, że je spełni.

Jestem jednym z Was. To, że to piszę, nie znaczy, że jestem kimś „lepszym”. Tworzę ten tekst, aby tylko zwrócić Waszą uwagę na rzeczy, obok których codziennie często przechodzimy, nie chcąc zauważyć, tkwiącego w nich problemu…

Teraz będzie trochę radykalnie, ale zanim podejmiecie decyzję, polecam zrobić krok w tył i ocenić swoją sytuację z chłodną głową.

  • Rzućcie studia, które Was nie interesują.
  • Rzućcie pracę, która nie jest dla Was.
  • Zostawcie partnera, który Was nie rozumie.
  • Zostawcie życie, które nie jest Waszym życiem.

Ale w zamian za to, wszystkie swoje siły włóżcie w to, co i kogo tak naprawdę kochacie. To może brzmi tak lekko, ale myślę, że to naprawdę ciężka harówka pełna nieścisłości, stresu, nerwów i łez. Ale chyba warto. Nie mam pewności, bo tam mnie nie było, ale mam ogromną nadzieję, że na końcu tej drogi spotkamy się wszyscy. Pewnie zmęczeni, ale za to niesamowicie szczęśliwi.

Czy może się nie udać?

Oczywiście.

I chyba dlatego, to jest jeszcze ciekawsze.

Powodzenia,

Tomek.

młodzi

Pytania i odpowiedzi można znaleźć wszędzie. Trudno się temu dziwić, bo w naprawdę skuteczny sposób potrafią przyciągnąć odbiorcę. Rzekłbym, że na podobnym poziomie, co chwytliwy nagłówek często zakrawający na profanację danego tematu.

Myślę, że wiem, co piszę, bo sam tego dokonałem w tekście o rozwoju osobistym.

(Tekst znajduje się TUTAJ)

I w tym miejscu można zadać pytanie, czemu w ogóle poruszam tę sferę. Przecież pytania są równie naturalne, jak to, że mówimy. Są wpisane w kulturę naszego języka. Gdyby nie one, prawdopodobnie do wielu rzeczy nie potrafilibyśmy dojść. Odpowiedzi natomiast to skutek pytań. Nie podważam tego sposobu myślenia. Zasadniczo twierdzę, że gdyby dorośli zadawali podobną liczbę pytań, co dzieci, a już na pewno konstruowali je w podobnie rzeczowy sposób, ukierunkowany na poznanie świata, a nie na zrozumienie plotek i niepotrzebnych informacji, to mogliby poznać zupełnie inny wymiar życia.

Jak mówi polskie przysłowie:

Kto pyta, nie błądzi.

I kolejne:

Nie ma głupich pytań. Są tylko głupie odpowiedzi.

Ten wymiar poruszam jednak z bardzo ważnego – dla mnie – powodu. Zwyczajnie uważam, że autorzy, stawiający pytania, którzy za cel mają przyciągnięcie czytelnika chwytliwym nagłówkiem, mogącym rozwiązać wszystkie ich problemy, działają w sposób niekorzystny dla odbiorcy. To nic innego jak tylko celowy zabieg, przynoszący kolejny wzrost „cyferek”. Oczywiście, że nie każde pytanie zadane w tytule filmu, artykułu, czy gazety musi mieć niecny zamiar. Jednak na ogół przeglądając Internet oraz popularną w naszym kraju prasę, przekonuję się, że im bardziej zaskakujące pytanie, tym bardziej przyciąga ono uwagę.

Nie szukając daleko…

Jak odnaleźć sens życia?

Kim jest dietetyczny paranoik?

Robert Karaś to najlepszy sportowiec?

Dlaczego sprzedajesz się za rzeczy materialne?

Jeszcze raz to podkreślę – nie twierdzę, że stawianie dość zaskakujących pytań jest złe. Jak już wcześniej wspominałem dobrze zadane pytanie, może pozwolić uzyskać nam odpowiedź, a tym samym poszerzyć swoje horyzonty. W tym całym swoim wywodzie zmierzam do jeszcze czegoś innego.

pytania

Pytania, a odpowiedzi.

Pisałem już, że pytania mogą działać na podobnej zasadzie, jak kontrowersyjny nagłówek. Po prostu mogą przyciągać ludzi. Czy taki jest cel autora, czy też nie – nie mnie to oceniać. Niech każdy uderzy się w pierś, zrobi sobie rachunek sumienia, czy cokolwiek uważa za słuszne. Nie jest to moją sprawą, choć proszę o dozę świadomości, że pytania, zadawane przez autora, nie muszą oznaczać, iż zna on odpowiedź.

I właśnie w tym miejscu przechodzimy do punktu głównego tego wpisu.

Niekompetentnych osób nie trzeba szukać daleko. Każdy z nas ma w sobie pewną niekompetencję. Nie można być dobrym we wszystkim i to nie jest prawda objawiona, tylko powszechnie znany fakt. Niezręcznie robi się jednak wtedy, kiedy osoba nieznająca danej dziedziny zaczyna głosić odpowiedzi na prawo i lewo, jako coś powszechnie znanego oraz obowiązującego w życiu.

Ponownie nawiążę do swoich tekstów.

Czy kiedy pytałem, „jak odnaleźć sens życia”, to zamieściłem tam swoją odpowiedź? Owszem. Świadczy o tym dość długi tekst na ponad dwa tysiące słów. Czy jednak odpowiedź ta była kompletna oraz pewna w swej naturze? Jasne, że nie! I nigdy nie chciałem, nie chcę i nie będę chciał się z tym ukrywać! Jeśli ktoś, kiedykolwiek odebrał moje teksty w ten sposób, to bardzo mi przykro, że zostałem źle zrozumiany.

Moja prawda vs Twoja prawda.

Ani ja, ani żaden inny autor, dzielący się czymkolwiek nie ma monopolu na wiedzę! Wiedza może być różna i dopóki nie dotyczy ona udowodnionych naukowo prawd, to może być ona niesłychanie płynna i zmienna w zależności od punktu widzenia. Spójrzmy na to z perspektywy rozmowy młodego małżeństwa, które przymierza się do zakupu mieszkania. Mąż tłumaczy żonie, że lepiej wybrać coś w okolicy, gdzie znajduje się więcej zieleni, bo ona uspokaja, a na dodatek poprawia nastrój. Żona natomiast postuluje, że będzie spokojniejsza, kiedy znajdą coś w centrum, gdzie nie będzie musiała każdego dnia przez pół godziny dojeżdżać do pracy.

Kto ma w tym sporze rację? Jak jest pewna wiedza?

Nie ma żadnej! Jedynym pewnikiem jest fakt, że młode małżeństwo chce kupić mieszkania, choć i to można podważyć, czy ich chęci są na pewno tak bardzo jednomyślne i czy aby na pewno żadne z nich nie myślało najpierw o wynajmie. Tego nie wiemy!

Dlaczego więc tak bardzo ufamy ludziom, którzy dzielą się w Internecie SWOJĄ prawdą?

Oryginalność jest w każdym z nas.

W zdecydowanej, a rzekłbym, że nawet druzgocącej przewadze, odpowiedzi, które znajdziecie w mediach, nie są prawdziwą wiedzą, ale pewnym punktem widzenia na daną sprawę. Nie będę przytaczał nazwisk, nazw redakcji, stacji oraz kuriozalnych sytuacji, bo nie jest to zupełnie potrzebne. Skupię się na sobie. To, co piszę, to tylko mój punkt widzenia i dopóki nie posiłkuję się rzetelnymi i zreplikowanymi badaniami, które zostały przyjęte przez dane środowisko naukowe, to zwyczajnie nie powinniście brać moich słów za coś pewnego. To, że ja tak widzę pewną sprawę i to, że coś sprawdziło się u mnie, nie oznacza, że sprawdzi się również u Ciebie albo u Twojego sąsiada spod szóstki.

Ten tekst to również moje spojrzenie, które może być różne od Twojego i nie ma w tym nic złego! Powiedziałbym, że to całkiem przyjemna sprawa, móc różnić się na pewnym gruncie wiedzy i wymieniać się swoimi poglądami. Myślę, że to bardzo rozwija i uczy pewnego szacunku wobec zdania innych ludzi. W końcu żyje nas na tej planecie ponad siedem miliardów i każdy jest inny. Jesteśmy unikalni.

Dlatego radzę podchodzić do wszystkiego z chłodną głową i nie ulegać niepotrzebnych emocjom. To, że w nagłówku zapytałem „Dlaczego sprzedajesz się za pieniądze?” nie oznacza, że po pierwsze to robisz, a po drugie, że mam rację, argumentując swoje stanowisko.

Ewoluujemy.

Powiem nawet jeszcze więcej! Jest to mój punkt widzenia na tę sprawę, ale w danym momencie! Nie mam pojęcia, kim będę za rok. Ba. Ja nie wiem, co się ze mną stanie za godzinę. Czy ktoś to w ogóle może wiedzieć? Może pod wpływem nieprawdopodobnego zdarzenia nagle mój światopogląd straci sens? A może w mniej drastyczny sposób, moja osobowość będzie ewoluowała i dojdę do punktu, w którym zmienię sposób spostrzegania świata. I co wtedy?

Czy to będzie oznaczać, że jestem kłamcą i piszę same bzdury? Albo, że wtedy moje teksty należy wyrzucić do kosza?

odpowiedzi

Oczywiście, że nie!

Zmiana swojego światopoglądu nie jest niczym zaskakującym. W końcu otaczamy się nieustannie ludźmi, którzy często migrują w naszym życiu. To dość naturalne, że im więcej poznajemy i doświadczamy, tym innymi osobami się stajemy. A na podstawie moich tekstów mogę powiedzieć, że już teraz z niektórymi napisanymi przeze mnie artykułami, mógłbym polemizować i do tego Was zachęcam.

Do polemiki i małego sceptycyzmu. Do niewpadania w pułapkę równania, że autor tekstu musi być ekspertem na temat tego, o czym pisze.

Podsumowanie.

Spinając to wszystko grubą, ale wcale nie tak wielką klamrą, mogę napisać, że zadawanie pytań jest ogromnym narzędziem w naszych rękach, z którego powinniśmy korzystać. Często tego nie robimy, bo zapewne boimy się, iż ktoś potraktuje nas, jako osobę niekompetentną. Odpowiedzi natomiast to naturalne następstwo pytania. Jednak nie należy ich traktować, jako zasady. Pragnę tylko przypomnieć, że nawet badania naukowe, ukrywają w sobie cząstkę kłamu. Parafrazując słowa jednego z moich wykładowców:

Szukanie dobrego badania w morzu innych, przypomina szukanie pereł w stercie śmieci.

Nie mam chyba trafniejszego określenia na podsumowanie tego wpisu. Skoro badania naukowe również na ogół są źle przeprowadzone i tym samym o wiele mniej wartościowe, to jak możemy w tej sytuacji, ufać bezgranicznie przekazom jednej osoby?

Jeśli nieznajomy podbiegłby do Was na ulicy, wyciągnął cukierka i powiedział: zjedz go, on jest przepyszny i bardzo zdrowy, to zapewne nikt by z tej oferty nie skorzystał.

Dlaczego więc w świecie mediów, gdzie ciągle widzimy pytania, a następnie wylewne odpowiedzi, przeżuwamy je, delektując się ich smakiem?

Możemy go dotknąć. Możemy go obejrzeć i możemy też przeczytać nazwę tego cukierka.

Ale niekoniecznie musimy go jeść. Zawsze możemy odmówić.

Żył skromnie. Nie wychylał się. Robił to, co kochał i potrafił odnaleźć w tym większy, głębszy sens. Zawsze na uboczu. Zawsze odizolowany od świata, ale z własnego wyboru. Starający się szukać ścieżek, które będą dla niego odpowiednie. Miłośnik majsterkowania, co do którego miał dar. Lubił jazdę na rowerze. Kochał dzieci, a dzieci kochały jego. Spokojny, opanowany, ale zawsze poszukujący sensu życia. Żył niestandardowo. Był po wielu przejściach. Kochał podróżować, ale przede wszystkim rozkochał w sobie góry. A zwłaszcza tą jedną, jedyną…

Nanga Parbat.

Oto cały Tomasz Mackiewicz.

Tomasz Mackiewicz

Źródło: www.przegladsportowy.pl

Autor Mariusz Sepioło.

Zabierając się za czytanie książki, ogromnie bałem się, że została ona napisana „na kolanie” i nie znajdę w niej nic, co mogłoby szczególnie zainteresować czytelnika, poza ckliwymi opisami. To być może brzmi brutalnie, ale niestety jest tak, że tragedia ludzka, przyciąga wiele osób, które w mniej lub bardziej jawny sposób, chcą na tym w pewnym sensie zarobić. Dlatego obawiałem się, że Nanga Dream, to książka, wykorzystująca rozgłos, jakie zyskało wydarzenia ze stycznia 2018 roku na górze Nanga Parbat.

Jednak już od pierwszych stron zostałem bardzo pozytywnie zaskoczony!

Przede wszystkim zacznijmy od tego, że autor książki – Mariusz Sepioło to nie jest pierwszy lepszy autor, który nie jest zorientowany w temacie. Naturalnie nie jest to osoba, która może podzielić się własnym komentarzem, znając bieżące wydarzenia z autopsji, jak to ma miejsce, chociażby w „Anatomii Góry” Rafała Froni. Niemniej jednak, w moim odczuciu działa to na korzyść tej pozycji.

Mariusz Sepioło to autor, który w dorobku ma już takie książki, jak „Himalaistki. Opowieść o kobietach, które pokonały każdy szczyt” oraz „Ludzie gady”. Warto również dodać, że wszystkie jego książki zbierają naprawdę pozytywne noty, choć nie są to pozycje, które królowałby w rankingach bestsellerów.

W mojej ocenie jest to wina raczej tematyki, jaką on porusza, która nie jest zanadto popularna w obecnych czasach, a nie koniecznie samej jakości książki.

Czy Tomasz Mackiewicz został stworzony przez tragedię?

Mariusz Sepioło wciela się przede wszystkim w rolę osoby, które przeprowadza rozmowy z osobami najbardziej znającymi życie głównego bohatera, jakim naturalnie jest Tomasz Mackiewicz. Trzeba mu oddać, że robi to naprawdę wnikliwie. Obrazy, jakie ujawniają się naszym oczom, po czytaniu kolejnych wypowiedzi bliskich osób Tomka, są nad wyraz żywe i przede wszystkim – osobiste. Trudno mi jest sobie wyobrazić, ile nerwów i sił, kosztowała autora każda taka rozmowa.

W książce znajdziemy wypowiedzi, chociażby taty Tomasza Mackiewicza, jego pierwszej oraz drugiej żony, a także przyjaciół.

Tak naprawdę, zanim jeszcze przewróciłem pierwszą stronę, stanąłem przed dylematem natury moralnej. Trudno się o tym mówi, zwłaszcza że Tomasz Mackiewicz nie żyje i wydarzenia na Nanga Parbat były niewątpliwie tragedią. Jednak zadałem sobie jedno, fundamentalne pytanie:

„Czy gdyby nie tragedia na Nanga Parbat, to czy kiedykolwiek tak szeroka opinia publiczna, usłyszałaby o Tomaszu Mackiewiczu?”

Nadal podtrzymuję swoją odpowiedź, a brzmi ona:

Wątpię.

To brzmi brutalnie, ale czy tak właśnie nie jest? Czy tak nie jest, że zaczynamy się interesować wieloma sprawami dopiero wtedy, kiedy je tracimy lub kiedy nabierają rozgłosu? A skąd się często bierze ten rozgłos? Nierzadko właśnie z tragedii.

Nanga Parbat

Źródło: www.national-geographic.pl

Po przeczytaniu tej książki i zapoznaniu się z kilkoma innymi źródłami, odnoszę jednak nieodparte wrażenie, że ten brak rozgłosu Tomaszu Mackiewiczowi w ogóle mu nie przeszkadzał. Ba… On go w ogóle nie potrzebował. A przynajmniej tak wynikało z jego wypowiedzi, stylu życia i sposobu na nie, jakie preferował, a było one co najmniej nietuzinkowe. Na końcu książki możemy przeczytać słowa Wojciecha Kurtyki (jednego z najznakomitszych polskich himalaistów), który opisuje nimi zmarłego Mackiewicza:

„To był człowiek z innej bajki, z innej planety. […] Tomek był w tym gównianym świecie absolutną perełką, miał w sobie czystość motywacji i wielką potrzebę kontaktu z górami.”

Zacznijmy jednak od początku…

Złe, dobrego początki.

Tomasz Mackiewicz urodził się 13 stycznia 1975 roku. Od dziecka wychowywał się w Działoszynie. Miał starszą od siebie siostrę Agnieszkę, która w przyszłości wielokrotnie będzie się o niego troszczyć i dbać. Jego ojcem był Witold Mackiewicz, którego wypowiedzi przytaczane w książce pomagają nam jeszcze mocniej zagłębić się w świat Tomka. Od razu widzimy, że Tomasz był bardzo związany z wiejską przestrzenią. Od najmłodszych lat cenił sobie swobodę, co ułatwiało mu mieszkanie u dziadków i brak kontroli rodziców, którzy żyli w Częstochowie. Dlatego przeprowadzka w późniejszym wieku właśnie do tego większego miasta, nie działała na niego pozytywnie. Dziś powiedzielibyśmy, że popadł w złe towarzystwo, ale on po prostu nie potrafił znaleźć swojego miejsca. Swoje nowe otoczenie opisywał:

„Wszyscy mieli jakieś inne zupełnie priorytety i one wszystkie były z dala od natury.”

Wiecznie szukał…

Młody Tomasz Mackiewicz odnajduje nie to, czego od zawsze szukał i za co potem zginął… Najpierw wącha klej, na czym przyłapuje go ojciec. Wścieka się. Jakiś czas później, Tomek wraca do domu naćpany. Wiecie, co mówi mu ojciec, który – warto nadmienić – nawrócił się i gorąco wierzy w Boga, odkąd przeżył nowotwór jelita grubego, gdzie dawano mu raptem trzy miesiące życia?

„Za bardzo cię kocham, żeby patrzeć, jak umierasz na własne życzenie. Tu masz spakowaną walizkę. Opuść mój dom.”

Powtórzył mu to następnego dnia, kiedy Tomasz był świadomy rzeczywistości. Przejął się. Poprosił o pomoc i ojciec mu pomógł. Zaprowadził go ludzi, którzy wiedzieli o takich sprawach o wiele więcej.

I właśnie w tej sposób Mackiewicz trafił do Monaru w Gaudynkach. Jest to wieś na Mazurach, w której nasz główny bohater spędził kilka lat swojego życia, które uleczyły go z nałogów, a dodatkowo w pewien sposób ukształtowały. Chciałbym w tym miejscu wtrącić dygresję, że to może wydać się dziwnie, ale to już kolejna recenzja książki, w której mamy sposobność poznać Monar. Wcześniej była o nim mowa w książce pt. „Najlepszy” z Jerzym Górskim w roli głównej.

Poszukiwanie siebie.

Pobyt  w Gaudynkach ma wiele swoich dobrych stron – przechodzi na weganizm, przestaje jeść mięso i według opinii innych, daje mu to siłę do przezwyciężania innego, silniejszego nałogu, jakim były narkotyki. Poznaje również Witka Kondrackiego. Chłopaka, który podobnie jak Mackiewicz ćpał i wręcz balansował na granicy życia i śmierci. Jednak to nie on wywrze na życiu Tomasza tak wielkie znaczenie. Chodzi tu o jego siostrę – Joannę, która w przyszłości stanie się żoną Tomka i wyda mu dwójkę dzieci.

Zanim jednak do tego dojdzie, czekać go będzie wiele perypetii. Wiele przegadanych godzin, wiele wspólnych wyjść, spotkań i wiele godzin majsterkowania przy przeróżnych narzędziach. Bo trzeba zaznaczyć, że Tomasz Mackiewicz był prawdziwą złotą rączką. Potrafił ze starego grata, zrobić prawdziwe arcydzieło. Sprawiało mu to radość i uwalniało go.

Jednak w całym jego życiu nie to było najważniejsze. Przełomowym dla niego momentem było poznanie Witolda Kondrackiego – seniora. Ojca Witka, a także jego przyszłego teścia. Człowieka, który zwiedził cały świat. Był profesorem i pracował naukowo. Był również niewidomy odkąd w wyniku felernego wypadku, wybuch pozbawił go wzroku w dzieciństwie. Lubił eksperymentować. Interesowała go chemia i to właśnie chemiczny eksperyment zgasił mu światło przed oczami na zawsze.

Po wyjściu z Monaru, Tomasz nie potrafił odnaleźć swojego miejsca. Jeździł, szukał, pomieszkiwał u znajomych, u rodziców. Ciągle był w ruchu. Sam twierdził, że jego dom jest tam, gdzie powiesi swoją czapkę. Zresztą bardzo je lubił. Stąd wzięło się jego przezwisko – Czapkins. W pewnym momencie trafia do domu Kondrackich i od tego momentu jego życia zmienia się. Godzinami rozmawia z profesorem, który opowiada mu o odległych krajach. Coraz bardziej rozumie, że właśnie tego pragnie. Widzi w tym wszystkim dla siebie szansę.

Jego pierwsza żona powie o nim:

„On był w tym wszystkim trochę kanciasty. […] Tomek czuł się inny, gorszy.”

Tomasz Mackiewicz był człowiekiem czynu, słowa wprowadza w życie.

I tak się wszystko zaczyna…

Duchowe nawrócenie.

„W sumie poszwendałem się po Azji przez rok, bez kasy, czasem na nielegalu przekraczałem granice. Kazachstan, Rosja. Ta wyprawa pokazał mi, że nie ma się czego bać, że świat stoi otworem, można próbować.”

Podczas swojego pobytu, pracował między innymi u doktor Heleny Pyz, w ośrodku dla trędowatych w Indiach. Kochał podróżować na rowerze. Pewnego razu, kiedy kończyła mu się wiza, musiał udać się do odległego o 2500 kilometrów Bangladeszu. Co robi Tomasz? Wsiada na rower i po prostu jedzie. Wszyscy się martwią. Nikt nic nie wie, a Tomasz jest w swoim żywiole.

Wielu twierdziło, że Tomasz w Indiach nawrócił się, ale z książki wynika, że nigdy nie był zanadto religijny. Siostra jego pierwszej żony – Małgosia Sulikowska, twierdziła, że bliżej było mu do buddyzmu, a wiadomości na temat nawrócenia są naciągane.

Według mnie nawrócenie w istocie mogło nastąpić, ale nie miało żadnego związku z religią, ale duchową przemianą. Bo niewątpliwie wyprawa do Indii, Tomasza przemieniła. Uwierzył, że można coś zrobić i dla mnie jest to po prostu prosty, ale też piękny przykład o tym, co w życiu możemy, a czego nie. Nie miał pieniędzy – pojechał. Nie znał kraju – pojechał. Brakowało mu wszystkiego – pojechał. Dlaczego? Bo chciał.

Niestety my tak nie potrafimy, a wielu z nas jest zagubionych. W przeciwieństwie jednak do Tomasza, my nie szukamy, ale siedzimy i narzekamy, oczekując, że „samo przyjdzie”.

góry

Źródło: www.tvp.info

Zachłyśnięcie się górami.

„Wszystko zaczęło się wtedy, gdy poznałem Marka Klonowskiego” – powiedział Tomasz Mackiewicz i trudno się z tymi słowami nie zgodzić. Poznaje go pewnego dnia w Irlandii, do której wyjeżdża razem z żoną Joanną i w której znajduje swój drugi dom. W międzyczasie po raz pierwszy Tomek próbuje również wspinaczki skałkowej i wszyscy, którzy go obserwują, zgodnie twierdzą, że ma talent. Mówią o nim, że płynie, a nie chodzi. To tylko jeden z wielu talentów do wspinaczki, jakie posiadał.

Innymi było m.in. bardzo dobre rozeznanie się w terenie oraz zadziwiająca wydolność, która pozwała mu wytrwać na wysokościach dłużej, niż ktokolwiek mógłby sądzić. Ta sama zdolność w przyszłości miała go zgubić…

Razem z Markiem Klonowskim zdobywają najwyższy szczyt Kanady Mount Logan, gdzie dla Tomka rozgrywa się właśnie przygoda życia. Marek to już bardziej doświadczony wspinacz. Zdobywca m.in. Elbrusa i Denali po podróży autostopem od Nowego Jorku do Alaski.

Następny cel? Chan Tengri.

Zobaczcie proszę reakcję babci Tomka na wieść o jego kolejnej podróży. Teraz, kiedy wiemy już, co stało się na zboczach Nanga Parbat, jej słowa nabierają głębszego znaczenia…

Oczywiście zdobywa go, ale nie bez trudności. Wyprawa ma dla niego jednak wymiar o wiele większy. Na szczyt – w małym pudełeczku – zanosi prochu swojego zmarłego dziecka. To również zostało uwiecznione na nagraniu, na którym widać bardzo wzruszonego Tomka

Mistyczna relacja z Nanga Parbat.

Związek Tomasza z „Nagą Górą” był bardzo osobisty. Traktował ją nie tylko, jako coś do zdobycia. Dla niego wejście na nią było celem samym w sobie. A świadczyć o tym może fakt, że próbował wejść na nią siedem razy.

Za siódmym mu się udało… Ale góra wzięła swoją ofiarę. Pozwoliła się zdobyć, ale zwycięzcę zebrała ze sobą…

Piękne są słowa księdza, który znał rodzinę Mackiewiczów. Powiedział je do Witolda – ojca Tomasza:

„Ja Ci nawet nie będę składał kondolencji. Tomek pozostał tam, gdzie ulokował swoją wielką miłość – Na Nadze. Ja się, Witold, zawsze modlę: jeśli śmierć, to tylko przy ołtarzu.”

Kolejna lekcja, jaką wszyscy powinniśmy poznać. To może być dla wielu zbyt mocne, a już na pewno dla wielu nieosiągalne, ale jeśli ginąć, to w imię tego, w co się wierzy…

Nie będę rozwodził się na temat tego, co wydarzyło się na Nanga Parbat. O tych wydarzeniach wciąż możecie przeczytać w Internecie. Znajdziecie tego bez liku. Zamiast tego, chciałbym jeszcze poświęcić parę słów Tomkowi.

Outsider w każdym calu.

Tomasz Mackiewicz był niewątpliwie outsiderem i postacią niezwykle barwną, ale pod pewnym względem też tragiczną. Wyłania nam się obraz człowieka, który nie godził się na panujący na świecie porządek. Odrzucił środowisko górskie, choć nie można oprzeć się wrażeniu, że to ono pierwsze odrzuciło jego. Konflikt na linii Mackiewicz – PZA, eskalował i przybierał przeróżne postacie. Ci drudzy strasznie ignorowali jego oraz Marka Klonowskiego. Uważali ich za niedoświadczonych nowicjuszy, dlatego że nie mieli praktyki w Tatrach, czy Alpach.

A Mackiewicz miał po prostu swój własny styl i to trzeba mu oddać.

W mojej ocenie Tomasz Mackiewicz był outsiderem wiecznie poszukującym siebie. Szukał sensu życia i ten sens znalazł na Nanga Parbat. To ją wyjątkowo ukochał. Nawet wtedy, gdy Simone Moro, jako pierwszy człowiek w historii zdobył ją zimą, Tomek nie poddał się. Walczył dalej i to może tylko świadczyć, że nie chodziło mu wyłącznie o zaszczyty i bycie najlepszym.

On to po prostu kochał.

Nie był oczywiście bez wad. Skłócił się ze swoim przyjacielem Markiem Klonowskim. Zarzucał Simone Moro kłamstwo w kwestii zdobycia szczytu. Związał się z drugą kobietą, która potem została jego żoną.

Ale w świetle tego wszystkiego, Tomasz Mackiewicz, nie był człowiekiem, który robiłby to z czystej nienawiści, złości, czy niechęci. On po prostu taki był. Na swój sposób uroczy, ale też inny i wyobcowany.

Góry – Jego miejsce na Ziemi.

Góry dały mu wolność. To w nich szukał siebie. To na Nanga Parbat odnalazł swój sens życia. Myślał o niej, mówił. On nią żył.

Historia jest tym bardziej tragiczna, że Tomasz Mackiewicz wydaje się po prostu normalnym, zwykłym człowiekiem. Takim jak ja, czy Ty drogi czytelniku. Prosty, miły i uśmiechnięty. Nie mam zamiaru się tego wstydzić, ale oglądając filmiki na YouTube z jego życia, w oku kręci się łza. Zresztą… Spójrzcie sami, chociażby na to krótkie nagranie:

Tomasz Mackiewicz właśnie taki był i nie przychodzi mi nic innego do głowy, jak mógłbym go jeszcze inaczej określić.

„Jestem tego pewny, w głębi duszy o tym wiem, że gdzieś na szczycie góry, wszyscy razem spotkamy się”

#kolejne artykuły