Nie przejmuj się rzeczami, na które nie masz wpływu. | worldmaster.pl
#

Zawsze będę uparcie twierdził, że życie to doskonały nauczyciel. Wystarczy być tylko uważnym obserwatorem, żeby uczyć się z codzienności. Często zdarza się, że doświadczamy konkretnego wydarzenia, które na pozór wydaje się niczym ważnym, ale w rzeczywistości może nas wiele nauczyć. Dlatego dziś chciałbym podzielić się z Wami prawdziwą historią. Będzie to opowieść, która choć normalna – pobudziła mnie do myślenia i skłoniła do refleksji, z której to wypłynął właśnie ten tekst. Niewątpliwie na to, że tak mocno zarysowała się ona w mojej pamięci, miał znaczenie także stres, który w tamtej chwili mi towarzyszył.


Historia na faktach!

Jakiś czas temu wybrałem się z moją mamą do oddalonego o kilkaset kilometrów miasta. Jak to na ogół bywa w takich sytuacjach, oboje nie znaliśmy go na tyle, aby móc bez żadnego wsparcia do niego dotrzeć. W tym więc celu uruchomiliśmy nawigację i wraz z metalicznym głosem, wydobywającym się z telefonu, wyruszyliśmy w trasę.

I to właśnie ten wyjazd sprawił nam nie lada kłopoty.

Przyjechaliśmy drogą, którą już raz się poruszaliśmy. Nie było dużo okazji do pomyłek, więc do celu dotarliśmy względnie bez żadnych niespodzianek. Pobyt w mieście również przebiegł bez komplikacji. Wszystko za sprawą siostry obeznanej z miastem i znającej jego najmniejszy zakątek. Muszę przyznać – była lepsza niż GPS! Gorzej jednak było z wyjazdem, gdzie znowu byliśmy zdani tylko na siebie. Aczkolwiek rozochoceni towarzystwem naszej przyjaciółki (nawigacji GPS), postanowiliśmy wybrać nową trasę. Może trudniejszą, ale na pewno szybszą.

Ach ten nieustanny pęd!

Oszukać przeznaczenie…

Wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy oboje nie próbowali być mądrzejsi od naszego towarzysza podróży, który zapewne, gdyby mógł, mocno by się na nas zdenerwował. W pewnym momencie nie posłuchaliśmy go. Zgodnie uznaliśmy, że się myli. W końcu to tylko maszyna, mówiliśmy. To nie to samo, co my – ludzie! Twierdziliśmy z dumą.

Już po kilku minutach żałowaliśmy swoich słów. Pobłądziliśmy niesamowicie, a trasa, która miała być rzekomo szybsza, odbiła się nam czkawką. Zmarnowaliśmy kilkadziesiąt minut na szukaniu odpowiedniego rozwiązania. Jakby tego było mało, w pewnym momencie znaleźliśmy się na drodze ekspresowej, z której nijak nie można było zjechać. Tylko przed siebie! Problem w tym, że nie wiedzieliśmy, czy „przed siebie” oznacza drogę do domu, czy w kompletnie innym kierunku.

stres

Teraz możecie się z tego śmiać (sam to robię!), ale wtedy nie było nam do śmiechu. Jechaliśmy zestresowani, zdezorientowani i pogodzeni z tym, że nasza orientacja w terenie nie należy do najlepszych. Nie ukrywam, że się przejmowałem. Negatywne myśli zaczęły mnie oplatać i wysysać ze mnie absolutną radość życia. Radość, choćby z tego, że mogę jechać samochodem i spędzać miło czas z bliską mi osobą. Jeśli uważacie, że przesadzałem, to musielibyście zobaczyć moją mamę! Nie dość, że zestresowana to jeszcze zdenerwowana! Oczywiście na kogo? Pewnie, że na mnie! Bo kto chciał wybrać inną, nową i „super-szybką” drogę? Pewnie, że ja!

Możecie sobie tylko wyobrazić, że to nie pomagało mi ten stres przezwyciężyć…

Refleksja z Happy Endem.

Im dłużej jechaliśmy, tym z upływem kolejnych minut, uświadamiałem sobie pewną rzecz. Otóż nie mieliśmy innego wyjścia. Wcześnie była taka opcja, ale kiedy znaleźliśmy się już na drodze bez żadnego zjazdu, jedynym wyborem było podążanie przed siebie. Skoro więc nie było żadnej alternatywy (bo przecież nie zacznę jechać na wstecznym), to dlaczego w ogóle mamy się tym przejmować? Dlaczego mamy płakać i lamentować nad czymś, nad czym nie mamy już żadnego wpływu?

Jak to powiedzieliby zwłaszcza starsi ludzi – mleko się rozlało, więc nie ma sensu już nad nim płakać.

Kiedy to do mnie dotarło, mogę Wam powiedzieć z ręką na sercu, że wszystko się nagle ułożyło. Stres odpuścił. Negatywne myśli poszły w zapomnienie, a po kilku minutach perswadowania mamie tego punktu widzenia, jej zdenerwowanie także się rozpłynęło. W końcu nie mogliśmy zrobić niczego innego, jak tylko jechać przed siebie. Musieliśmy to zaakceptować, bo innej drogi nie było, a nerwy i stres w niczym by nie pomogły.

Wiecie, co okazało się po kilku kilometrach? Nie uwierzycie!

Nasz kierunek jazdy był poprawny! Kiedy już nasza przyjaciółka nawróciła się i postanowiła jednak z nami współpracować, zrozumieliśmy, że poruszamy się w dobrą stronę. W stronę domu. Uśmiech, jaki wykwitł na twarzy mojej mamy, był nie do opisania. Koniec końców wszystko skończyło się dobrze, a my spokojnie – choć wcale nie tak szybko – dotarliśmy do celu.

Lekcja życia numer… ?

Nie myślcie, że przytoczyłem Wam tę prawdziwą historię, tylko dlatego, aby podzielić się z Wami własną niefrasobliwością na drodze. Albo, że zamieniam swoje teksty w prywatny pamiętnik! Ta opowieść ma swój cel i zadanie do spełnienia. Istotnie była to dla mnie prawdziwa lekcja życia. Ma Wam ona pokazać jedną, niezniszczalną prawdę o naszym życiu, o której zdecydowanie zbyt często zapominamy. W efekcie marnujemy swoje siły, czas i tak bardzo cenną w dzisiejszym czasie – energię życiową. Ta prawda brzmi dokładnie tak samo, jak tytuł tego tekstu.

Nie przejmuj się rzeczami, na które nie masz wpływu!

Jak wszystko, wydawać się to może dość proste. Przecież, co takiego jest w tym trudnego? Kilka słów, jedno zdanie. Banalne! Jednak samo przeczytanie tych słów na niewiele się zda. Chodzi o ich zrozumienie i wprowadzenie w życie, a z tym jest już większy kłopot.

Martwimy się wieloma rzeczami. Przejmujemy się każdego dnia, a stres towarzyszy nam nazbyt często. Trudno się temu dziwić, skoro nasze życie i cały obecny świat nieustannie przyspiesza, i zarzuca nas kolejnymi wymaganiami, którym ciężko sprostać. Wiele osób popada w nerwicę, depresję lub zmaga się z chronicznym stresem. W rezultacie niszczy to ich życie i zabiera z niego jakąkolwiek radość. Pozostaje tylko ciemność i uczucie niepokoju, rozciągające się w naszym wnętrzu…

Nie przejmuj się rzeczami, na które nie masz wpływu

Oczywiście ze stresem można walczyć, są ku temu odpowiednie techniki, ale to nie jest celem tego tekstu. Jak widzicie i zapewne wiecie –w życiu mamy już wystarczająco wiele zmartwień, więc dokładanie do nich kolejnych nie ma większego sensu. To tak samo, jak wpychanie kolejnego kęsa ziemniaków przez babcię. Skoro jesteście już pełni i pękacie z przejedzenia, to po co wkładać w siebie kolejną porcję? Tak samo jest ze zmartwieniami. Jeśli jest ich już w nas dużo, to dlaczego mamy je sobie jeszcze dokładać, skoro nie musimy tego robić?

Nie pozwól, aby zjadł Cię stres.

Zwróćcie uwagę, że przejmowanie się rzeczami, na które nie mamy wpływu, nie jest rozsądne. Powiem więcej. To może być niesamowicie niszczycielskie względem naszego całego życia. Bo wyobraźcie sobie, że przejmujecie się wszystkim i wszystkimi. Tym, co ktoś sobie o Was pomyśli. Tym, czy pani od historii zrobi test. Albo, czy Wasz szef będzie w dobrym humorze. Tym, czy będzie padało, czy świeciło słońce. Tym, czy Wasz pies pozna Was po powrocie z wakacji… Ta ostatnia sytuacja wydaje się kuriozalna, ale w mocnym stadium przejmowania się wszystkim dookoła, takie pozorne błahostki, również mogą występować.

Nie dość, że w ten sposób wiecznie zatruwamy swoje życie negatywnymi emocjami, to na dodatek pochłania to całą naszą energię oraz czas, którzy moglibyśmy przeznaczyć, chociażby na okazywanie radości! Doskonale rozumiem, że czasami rzecz, nad którą nie mamy kontroli, a która powoduje nasze zmartwienia, może być naprawdę wielka i przytłaczająca. Takim wydarzeniem może być na przykład śmierć bliskiej osoby. Trudno wtedy komukolwiek powiedzieć, żeby nie płakał, bo „mleko i tak już się rozlało”.

Nie polecam tego robić.

Nawet śmierć można przeżyć. Potrzeba tylko czasu.

Zauważcie, że nawet i w tym aspekcie wieczne pogrążania się w depresji i żałobie także na niewiele się zda. W końcu tym sposobem życia zmarłej osoby nie przywrócimy. W ogóle nie możemy tego zrobić. Dlatego właśnie myślę, że wiele osób potrafi radzić sobie po śmierci najbliższych. Nie od razu, ale stopniowo, dzień po dniu godzi się z tym, co się stało. Oddaje należyty szacunek i na swój sposób – żegna się ze zmarłą osobą. Systematycznie zaczyna rozumieć, że pogrążanie się w płaczu, nic już nie zmieni, a zmarły lub zmarła, na pewno nie pragnęłaby, abyśmy zamieniali swoje życie w morze łez.

W efekcie żałobnik ponownie zaczyna żyć. Rozumie, że skoro nie może już nic zmienić, to pora wrócić do normalnego funkcjonowania. Oczywiście, że w jego sercu już na zawsze może pozostać mały cień, ale po takiej stracie jest to coś naturalnego. Chodzi o to, aby uświadomić sobie, że w pewnym momencie trzeba powiedzieć sobie:

Dość. Wypływam na powierzchnię.

Potrafię zrozumieć stres, wynikający z sytuacji, na które nie mamy wpływu. To taka naturalna reakcja obronna naszego ciała. Wzmożona czujność, napięcie, wyrzut adrenaliny. Jeśli zdarza się raz na jakiś czas – świetnie! Nasz organizm pracuje prawidłowo i wytwarza mechanizm przetrwania. Jeśli jednak występuje to bez przerwy, wtedy mamy problem. Obrazowo pisząc – prędzej, czy później nasze ciało przemęczy się wiecznym „stanem czuwania” i krótko mówiąc – wypali się. Dlatego, jeśli tylko możemy, powinniśmy stres redukować. I właśnie w tym celu warto przestać przejmować się rzeczami, które są gdzieś poza naszym zasięgiem. Choć doskonale rozumiem, że mogą być one często ciężkie, trudne i złe, to bez względu na to, co zrobimy i jak zareagujemy, one zawsze będą takie same. Będą istniały dalej w tej samej formie i bez wpływu pozostanie nasze działanie.

Świata nie zbawisz, ale siebie – owszem.

Czy możemy zmienić to, co pomyślą sobie o nas inni? Czy można mieć wpływ na pogodę? Można jakkolwiek wpłynąć na to, czy w drodze do pracy będzie korek? Nie! Ale zawsze możemy mieć wpływ na to, jak zareagujemy na te wszystkie „rewelacje”. Zamiast więc martwić się i stresować, polecam trzeźwo myśleć. To nie tylko zapewni Wam trochę więcej spokoju, ale także, być może dzięki temu znajdziecie rozwiązanie.

Choć nie mamy wpływu na pogodę, możemy ubrać adekwatny strój do panujących warunków. Choć korek w drodze do pracy jest poza naszym zasięgiem, to zawsze możemy wcześniej znaleźć inną trasę.

Jak widzicie, czasami można znaleźć rozwiązanie z sytuacji, lub chociaż zrobić coś, co ten stres zredukuje. Zanim jednak do tego dojdzie, musimy zacząć od siebie. Musimy zmienić swoje nastawienie do tego, na co nie mamy wpływu. To i tak dzieje się poza nami. Nie ważne, czy będziemy brali w tym udział, czy nie. Pogoda zawsze będzie taka sama. Ludzie dalej będą gadali, a drogi ekspresowe, czy autostrady dalej będą proste jak stół i nie da się na nich tak po prostu zawrócić!

Nie przejmuj się rzeczami, na które nie masz wpływu!

nie przejmuj się

Polecam się więc nad wszystkim zwyczajnie zreflektować. Naprawdę nie ma większego sensu przejmować się rzeczami, na które wpływu mieć nie możemy. Zwyczajnie je zaakceptujemy i zamiast zamartwiać się, poszukajmy ewentualnego rozwiązania, mogącego zminimalizować ewentualne szkody. Jednak przede wszystkim, uśmiechnijmy się. Choćbyśmy podążali z silnym nurtem rzeki, wprost  ku przepaści. W końcu, skoro i tak czeka nas zguba, to chyba lepiej robić to z uśmiechem na ustach, niż ponurym wyrazem twarzy, prawda?

Ale spokojnie!

Zguba wcale nie musi na nas czekać! Bo nigdy nie wiadomo, czy za kolejnym zakolem rzeki, z której prądem się poruszamy i tłuczemy o boki, nie pojawi się coś, co nagle odmieni naszą sytuację na lepsze.

Innymi słowy, mówiąc:

Nigdy nie wiadomo, czy droga ekspresowa, na którą wjedziesz, nie okaże się tą prawdziwą, która zaprowadzi Cię do domu!

Nawet jeśli trafiłeś na nią zupełnie przypadkowo!

Tożsamość każdego człowieka to bardzo delikatny temat. Nikt nie chce jej zgubić, jednak chcąc podobać się każdemu, możemy ją zatracić. To się wiąże niejako z pułapką perfekcjonizmu, w którą często wpadamy. Chcemy nie tylko robić wszystko najlepiej, ale także podobać się wszystkim dookoła. To zachowanie mogą także potęgować poszczególne cechy charakteru, takie jak: uległość, wrażliwość, łagodność. Dodatkowo przyjęło się, że egoizm jest czymś chorobliwie złym. W końcu to zazwyczaj Ci najbardziej ułożeni i niesprawiający żadnych problemów są tymi, których wszyscy chwalą. Nie chcę jednak wysuwać teorii, że należy być złym i niepoprawnym lub to Ci negatywnie nastawieni, zawsze są nielubiani przez środowisko. Wszystko zależy tak naprawdę od własnych, specyficznych właściwości jednostki oraz jej otoczenia. Nie da się jednak ukryć, że Ci posłuszni, za wszelką cenę chcący być lubianymi przez wszystkich dookoła, są tymi najlepiej postrzeganymi.

Czy warto podobać się każdemu?

Poprzez mówienie „przypodobać się otoczeniu” lub „chęć bycia lubianym przez wszystkich”, mam na myśli takie zachowania, które polegają w głównej mierze na przypochlebianiu się. Co za tym idzie – także na nie robieniu niczego, co mogłoby „urazić” drugą osobę. Oczywiście, że nie twierdzę, iż pomaganie innym, mówienie im komplementów, czy poświęcanie im czasu, jest złe! Wręcz przeciwnie! To bardzo dobra oznaka tego, że jesteś dobrym człowiekiem.

Jednak – choć może zabrzmi to dziwnie, a nawet w pewnym stopniu złowieszczo – nie można żyć w ten sposób cały czas. Powód nasuwa się sam. Robiąc to, nigdy nie będziemy mieli możliwości, aby wyrazić własne zdanie i ukazać własną tożsamość.

egoizm

To właśnie o tę tożsamość mi chodzi. Poprzez wieczne chęci udogadniania innym i przypochlebiania się im, raczej nigdy nie wejdziemy z nimi w jakąkolwiek wymianę zdań. Tym samym – zawsze będziemy się z nimi zgadzać. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, przytoczę jeden z lepszych przykładów. W ten sposób możemy otrzymać wręcz zaszczute przez rodziców dziecko, które aby tylko się im przypodobać, boi się wyrazić własne zdanie. Nieważne, czy będzie chodzić o plany na piątkowy wieczór, czy plany na studia. W obu tych przypadkach to ostatecznie rodzice podejmą decyzję, która będzie dotyczyła bezpośrednio nastolatka. Co to dla niego oznacza? Kreowanie rzeczywistości, która nie jest jego, ale osób, którym za wszelką cenę chce się spodobać.

Naturalnie, że rodziców trzeba słuchać (przynajmniej do pewnego momentu w życiu), a już na pewno warto brać pod uwagę ich zdanie. Tak samo, jak zdanie bliskich, przyjaciół, czy nawet nauczycieli w szkole lub osób, zajmujących w pracy wyższe od nas stanowisko, do którego aspirujemy. Myślę, że warto nawet czasami słuchać zupełnie przypadkowe osoby! Kto wie? Może mają nam one coś cennego do przekazania.

Bezmyślne przywiązanie.

Jednak słuchanie różni się od ślepego posłuszeństwa. Poprzez ślepe posłuszeństwo, gubimy swoją tożsamość. Czynnik, który jest tak bardzo ważny w kreowaniu swojej rzeczywistości. Jeśli nie odnajdziemy jej na początku naszego życia, to może okazać się, że nasze późniejsze wybory będą już na zawsze naznaczone brakiem, poczucia spójnego „ja”.

Myślę – i jest to tylko moje zdanie – że taka chęć podobanie się wszystkim, tę tożsamość nam odbiera. Usiłowanie za wszelką cenę dogodzić otoczeniu nie może być dobre. W takich sytuacjach zawsze musimy pójść na kompromis, który zazwyczaj sprowadza się do porzucenia własnego toku rozumowania i własnego punktu widzenia. Stajemy się pustymi pochlebcami, a następnie także ludźmi, bez własnego poglądu na życie. Egzystujemy, trwamy, ale dlatego, że nie znamy siebie – ciężko jest nam cokolwiek w życiu osiągnąć.

Egoizm, a życie.

Być może zabrzmi to samolubnie, ale uważam, że egoizm także powinien być w naszym życiu obecny. Kiedy wiecznie będziemy zajmować się innymi – nawet tymi, którzy nie mają dla nas większego znaczenia – wtedy może zabraknąć nam czasu na rozwój swojej osoby. Prawdą jest, że warto nieść szczęście i radosne uczucia innym. Jednak nie będziemy tego w stanie zrobić, dopóki w naszym wnętrzu nie zapanuje harmonia. A z kolei ona będzie mogła zaistnieć dopiero wtedy, gdy będziemy mogli poprawnie określić swoją tożsamość. Jak już wiadomo, aby to zrobić, nie można ślepo podążać za każdym i być popychanym to tu, to tam, byle tylko zyskać czyjąś sympatię. Aby być szczęśliwym i móc dzielić się szczęściem z innymi, musimy w pewnym stopniu najpierw skupić się na sobie i poszukaniu własnego, życiowego celu. Paradoksalnie poprzez początkowy egoizm, będziemy mogli służyć ludziom w późniejszej fazie rozwoju.

Niestety nigdy nie będziemy mogli tego osiągnąć, jeśli będziemy trwali w stanie – „Chcę podobać się każdemu”. To zjawisko nie byłoby jeszcze aż tak bardzo destrukcyjne, gdyby dotyczyło tylko bliskich nam osób. Wpadamy jednak często w skrajności. Naprawdę znam wiele osób, które przejmują się tym, co może pomyśleć o nich ekspedientka w sklepie lub ktokolwiek spotkany na ulicy. Nie chodzi mi o to, że mamy zachowywać się jak gburowate istoty bez uczuć! Mam na myśli, abyśmy czasami zastanowili się, czy nasze zachowania są podyktowane szczerą chęcią niesienia pomocy lub radości, czy tylko próbą uspokojenia swojego sumienia i pozyskania czyjejś sympatii na siłę?

Nie zakładaj fałszywych masek.

tożsamość

Przecież nie każdy musi nas lubić. Nie oznacza to jednak, że każdy, kto nas nie lubi, musi nas nienawidzić. Spójrzmy na swoje życie. Jest w nim wiele osób, które po prostu są. Ani ich nie lubimy, ani ich nienawidzimy. Są neutralni. Obecni w naszym życiu bardzo sporadycznie i odgrywający w nim tak małą rolę, że nie sposób określić wobec nich żadnych, konkretnych i szczerych uczuć. W ten sam sposób wiele osób postrzega także nas i nie ma w tym nic złego! Każdy dysponuje innym systemem preferencji, bo każdy jest inny. Dlatego, jeśli za wszelką cenę próbujemy pozyskać sympatię każdego, bo „tak czujemy się lepiej”, to może okazać się, że nigdy nie zaznamy prawdziwie, trwałej relacji.

Dlaczego?

Bo będziemy się wiecznie zmieniać. Dostosowywać do kolejnej, napotkanej osoby, która będzie „musiała” nas polubić. Tym samym kompletnie zagubimy swoją tożsamość. Może dojść do tego, że sami nie będziemy już wiedzieli, kiedy jesteśmy sobą, a kiedy po raz kolejny bezrefleksyjnie zgadzamy się z innymi. A to przecież bycie oryginalnym i jedynym w swoim rodzaju, czyni z nas tak bardzo wyjątkowymi ludźmi. To unikalna tożsamość odróżnia nas wszystkich od siebie. Jeśli więc sami nie wiemy, kim jesteśmy, to jak możemy oczekiwać, że kiedykolwiek nawiążemy trwały i szczery związek, w którym przecież o to poznanie siebie chodzi?

Łatwo jest zgubić własną tożsamość.

Chęć podobania się wszystkim dookoła ma swoje miejsce w naszym wnętrzu. Być może to niewłaściwe przekonanie wywołały przykre wspomnienia, gdzie nikt nas nie lubił w danym czasie i otoczeniu, a może to doświadczenia związane z poczuciem izolacji, powodują takie zachowanie? Trudno jest odpowiedzieć na to pytanie. Zawsze jednak ta odpowiedź znajduje się w nas. To nie jest tak, że jest to wiedza tajemna, której rozwiązania nigdy nie znajdziemy. Wręcz przeciwnie! Możemy to zrobić, ale wymaga to od nas nie lada poświęcenia. Skupienia, powrotu do przeszłości – często bolesnej, zredefiniowania swoich poglądów oraz wartości, a także nierzadko również grona osób, w którym przebywamy.

Uważam, że jeśli za wszelką cenę chcemy, aby wszyscy lubili nas, to tak naprawdę nigdy nie będziemy wiedzieli, czy ktoś lubi nas szczerze. Będzie to niewykonalne dlatego, że prawdopodobnie to my i nasze zmienne zachowanie będzie prowodyrem tej relacji. Jaka więc ona będzie, kiedy przestaniemy o nią zabiegać, zajęci przypochlebianiem się innym? Nie wiadomo, ale wątpię, aby była dozgonna i prawdziwie cenna. Zwyczajnie nie można podobać się każdemu! Próba osiągnięcia tego stanu może być opłakana w skutkach. Zagubienie własnej tożsamości to tylko jeden z nich. Do tego śmiało można dołączyć osamotnienie, poczucie beznadziejności, fałszywe poczucie szczęścia i wpadnięcie w niewłaściwe otoczenie. W końcu nigdy nie wiadomo do czego doprowadzi nas, nasz uległy charakter…

Trzeba walczyć o swoją tożsamość i trzeba mieć swoje zdanie. To ona kreuje naszą rzeczywistość. Jednak jej odnalezienie może być ciężkie, kiedy nieustannie chcemy się komuś przypodobać. Dość naturalne jest, że czyniąc to, automatycznie – na ogół – się z taką osobą zgadzamy. A jeśli to robimy, to prawdopodobnie porzucamy własne poglądy i własne zdanie. Tym samym stajemy się fałszywi i sprzeniewierzamy się własnym zasadom i wartościom. Nasza tożsamość odchodzi w zapomnienie, a my sami gubimy się w swoim postępowaniu.

Jeden szczery, czy stu niezaangażowanych?

Warto być dobrym dla innych i warto innym pomagać. Jednak w tym wszystkim nie zapominajmy także o sobie. Jeśli wszyscy Cię lubią, to nie ma w tym nic złego! Może właśnie jesteś tak cudowną osobą, której nie lubić się nie da! Ciesz się! Jednak raduj się tym do momentu, kiedy jesteś pewny/pewna, że postępujesz w zgodzie ze sobą. Należy rozróżnić miłe osoby, które są lubiane za to, kim są, od tych, którzy są lubiani za to, kim są w danej chwili, w danym otoczeniu i w danej sytuacji. Nie twierdzę, że ktoś jest fałszywy, jeśli chce, aby go wszyscy lubili. Jestem jednak przekonany, że w ten sposób zatraca swoją tożsamość na rzecz relacji, która zazwyczaj nie ma większego znaczenia.

W końcu te prawdziwe znajomości nie powinny wymagać od nas robienia czegokolwiek „na siłę”, przywdziewając przy tym fałszywe przekonania, prawda?

podobać się

Nie ma niczego złego w tym, że nie każdy nas lubi. Każdy z nas jest inny i to pewne, że zawsze znajdzie się osoba, której nie będzie podobało się to, jak mówimy, jak chodzimy lub jak się zachowujemy. Machnijmy na to ręką! Przede wszystkim pamiętajmy o tym, aby postępować w zgodzie ze sobą. Przecież nie wszyscy na ulicy muszą mieć o nas pozytywne zdanie. Czy nie lepiej jest, aby kochało nas szczerze 10 osób, zamiast niepewnie lubiło 100?

Stawiajmy na szczere i prawdziwe relacje. Nie bójmy się podążać za swoim własnym, wewnętrznym „ja”. Egoizm też może być dobre. Myślę, że do pewnego stopnia jest konieczny. Zajmijcie się swoim życiem i relacjami z tymi ludźmi, którym nie musicie się przypochlebiać. To właśnie te relacje przychodzą dość naturalnie i nie wymagają od nas porzucania własnej tożsamości.

Książki to piękna sprawa, prawda? Żałuję, że wciąż nie dla wszystkich. Mam jednak nadzieję, że po tym tekście, wielu znajdzie coś dla siebie. Zgadzam się z Wisławą Szymborską, która powiedziała, że czytanie to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła. W pełni się z tym zgadzam. Dlatego zapraszam Was do czytania tego tekstu, a ja i czekająca na mnie książka, idziemy się świetnie bawić!

(Przepraszam. Nie mogłem się powstrzymać przed nadaniem tak „chwytliwego” tytułu. Tak naprawdę – nic nie musisz).


Tym tekstem chcę wyjść naprzeciw tym, którzy poszukują naprawdę dobrych i ciekawych książek, a nie chcą brnąć przez setki pozycji. Dziś chciałbym zaprezentować Wam trzy książki, które według mnie zasługują na szczególną uwagę. Ci, którzy oczekują, że znajdą się tam same pozycje o rozwoju osobistym, mogą się delikatnie zdziwić!

książka

Oczywiście poniższe pozycje to tylko kropla w morzu pozostałych tytułów. Poza tym wiele książek, których pożądam, wciąż widnieją na liście „do przeczytania” . Tak naprawdę te tytuły, które przeczytałem, stanowią niewielki ułamek tych, które są nadal przede mną. Zdaję więc sobie sprawę, że moja poniższa lista już teraz mogłaby być co najmniej dłuższa o kilkanaście tytułów. Gdybym miał dodać jeszcze książki, których nie przeczytałem, a które są polecane, to prawdopodobnie… Tekst ten nigdy by się nie kończył.

Książki są moją miłością. Jest wiele pozycji, które chciałbym, aby każdy z nas przeczytał przynajmniej raz w życiu. Jednak trzy poniższe wywarły na mnie naprawdę bardzo dobre wrażenie i zapadły mi  na długo w pamięci. Z tego więc powodu uważam, że są one godne Waszej uwagi.

Możecie po nie sięgać bez żadnych przeszkód. Nie zawiedziecie się.

Łukasz Grass – „Najlepszy”.

Jest to pozycja, którą przeczytałem nie tak dawno temu i na której temat powstała nawet recenzja, którą znaleźć możecie TUTAJ. Dla mnie jest to książka kompletna. Odpowiednia zarówno dla sportowców, ludzi pragnących spełniać swoje wielkie marzenia, jak i dla upodlonych przez życie. Znajdziecie w niej wszystko. Począwszy od bardzo bezpośrednich słów i opisów rzeczywistości z perspektywy narkomana, poprzez walkę z nałogiem, która zbyt często kończyła się fiaskiem, a skończywszy na pokonaniu własnych ograniczeń i zostaniu Mistrzem Świata w podwójnym Ironmanie (11km pływania, 360km jazdy na rowerze i 84km biegu).

jerzy górski

Źródło: www.gp24.pl

Opowieść, jaką serwuje nam autor, opowiadana jest z perspektywy głównego bohatera. Jerzy Górski – bo to o nim tutaj mowa, przeszedł w swoim życiu wszystko. To, co ukazuje się naszym oczom, momentami przyprawia o ciarki na całym ciele. Chwilami czujemy się, jakbyśmy czytali zwykła, fikcyjną powieść… Jednak wszystko to, co książka przedstawia, jest prawdą. To była rzeczywistość Jerzego Górskiego. Brudna, brutalna i pozbawiona widoków na przyszłość.

Jednak właśnie dlatego, że Jerzy Górski zdołał z tego wszystkiego wybrnąć, pomimo znalezienia się na kompletnym dnie swojego życia, powoduje, że z czystym sumieniem mogę tę książkę polecić każdemu.

Uwaga! Ta książka może Cię zmienić!

Chciałbym, aby każdy z nas przeczytał ją przynajmniej raz w życiu, bo jestem przekonany, że czasami lamentujemy i płaczemy, użalając się nad swoim losem. Gwarantuję Wam, że ta książka zmieni postrzeganie Waszego położenia. Dzięki niej zrozumiecie, że nie jest z wami nawet w połowie tak źle, jak było z Jerzym Górskim. Ponadto jest to opowieść o niesamowitej determinacji. Jak to zostało wspomniane w książce – tylko najlepsi wychodzą z nałogu. I bohaterowi tych zdarzeń, to się udało. Chciał być najlepszy. Walczył o to ze wszystkich sił i podołał. Wyszedł z nałogu, stał się Mistrzem Świata i pokonał własne demony.

Ta książka to opowieść dla każdego. Nie chodzi o to, że ona motywuje lub inspiruje. Zwyczajnie pokazuje nam, że tak naprawdę nigdy nie jest za późno na walkę za siebie i swoje marzenia. Każdy z nas może zrobić to, co tylko chce. Każdy z nas może być najlepszy.

„Każdy z nas ma w sobie demony i anioły, złe i dobre wilki. Tylko od ciebie zależy, którego będziesz karmić. Nie jesteśmy kryształowi.”

„Obudź w sobie olbrzyma” – Anthony Robbins

Tego pana chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Jest to człowiek, który w światku głównie rozwoju osobistego zyskał sobie dozgonną renomę oraz szacunek w oczach wszystkich. Jego książka „Obudź w sobie olbrzyma” to prawdziwy bestseller, ale nie znalazła się w tym gronie tylko z tego powodu. Fakt jej popularności także o czymś świadczy, ale wybrałem ją do tej trójki z innych przyczyn.

obudź w sobie olbrzyma

Źródło: www.businessinsider.com

Dla mnie jest ona skarbnicą wiedzy. Wiele książek z zakresu rozwoju osobistego skupia się zazwyczaj na jednej lub maksymalnie dwóch myślach przewodnich. Przykładowo mogą to być takie zagadnienia jak planowanie swojego życia, walka ze zmartwieniami lub przezwyciężanie słabości. „Obudź w sobie olbrzyma” posuwa się o krok dalej. Skupia się w pełnym wymiarze na naszym wnętrzu, czyli miejscu, gdzie początek mają wszystkie procesy, opisywane w innych pozycjach z tej dziedziny życia.

Tak więc jestem zdania, iż ta książka może stanowić świetny punkt wyjściowy dla każdej innej lektury tego typu. Nawet jeśli nie zamierzacie czytać nic więcej i „Obudź w sobie olbrzyma” ma stanowić zarówno punkt wyjściowy, jak i końcowy, to zdecydowanie ją polecam.

Co w niej znajdziemy?

Informacje, wiadomości oraz także ćwiczenia i techniki, zapamiętacie na bardzo długo. To, czego się tam dowiecie, może realnie wpłynąć na Wasz światopogląd, sposób myślenia, a w konsekwencji – całe Wasze życie. Książka jest napisana bardzo umiejętnie, podzielona na przejrzyste rozdziały, a to, co najbardziej mi się w niej podobało to konkretne informacje. Autor nie lawiruje między pięknymi słowami, które niewiele wnoszą do życia. Otrzymujemy od niego jasne wskazówki, jak możemy zmieniać swoje życie na lepsze. Wystarczy, że wprowadzimy je w życie.

Zanim jednak zaoferuje nam klarowną pomoc, wszystko pięknie tłumaczy. Wyjaśnia rolę stawiania sobie pytań, a następnie podaje nam ich przykłady, którymi możemy się śmiało posługiwać. Wskazuje na wagę stosowanego słownictwa, a potem okrasza to wszystko praktycznymi wskazówkami. Cała książka jest prawdziwą skarbnicą wiedzy, dzięki której możemy odnaleźć siebie i swój życiowy cel.

Napisana została prostym, plastycznym językiem. Autor używa wielu porównań, opisuje swoje własne, życiowe doświadczenia, a dzięki temu my – czytelnicy, jeszcze lepiej możemy zrozumieć jego myśl. „Obudź w sobie olbrzyma” to zdecydowanie książka, która może pomóc nam zbudzić, czającego się w nas, rekina sukcesu.

(Uwaga! Nie jest to jednak książka psychologiczna, dlatego do pewnych informacji radzę podchodzić z należytym dystansem człowieka, potrafiącego myśleć krytycznie).

Zdecydowanie warto poświęcić na nią kilka długich wieczorów. Na pewno nie będzie to czas zmarnowany.

„Jedną z rzeczy, które najbardziej lubię w swojej pracy, jest możliwość rozwikłania tajemnicy ludzkiego zachowania, co pozwala mi proponować prawdziwie skutecznie rozwiązania ludzkich problemów.”

„Złodziejka Książek” – Markus Zusak.

Trochę się głowiłem, czy umieszczenie tutaj tej książki jest dobrym wyborem. W końcu wygrały ze mną emocje i stwierdziłem, że ona także zasługuje na swoje miejsce w tym zaszczytnym gronie.

O ile wcześniej wymienione książki nastawione były bardziej na fakty, tak ta pozycja jest zgoła inna. „Złodziejka książek” jest tytułem, który śmiało możecie czytać pod ciepłym kocem, w cichym domowym zaciszu, z kubkiem gorącej herbaty pod ręką. To jest właśnie ten typ książki. W niej górę biorą emocje i zaufajcie mi, że nie przypominam sobie żadnej innej książki, które wywołałaby je we mnie w tak ogromnej ilości.

złodziejka książek

Źródło: www.ddob.com

Może nie powinienem o tym mówić, ale była to do tej pory jedyna książka, jaką przeczytałem w całym swoim życiu, na której zdarzyło mi się płakać. Kilkunastoletni chłopak płakał przed kilkuset stronicową książką. Śmieszne? Jeśli jej nie czytaliście, może Wam się to takie wydawać. Jednak zapewniam Was, że zmienicie zdanie, gdy po raz pierwszy po nią sięgniecie.

Emocje wezmą górę.

Właśnie z tego powodu znalazła się ona na tej liście. Uważam, że potrafi ona wywołać w człowieku naprawdę szczere emocje, czego przecież tak bardzo na co dzień nam brakuje. Nie ukryjecie przed nią niczego. Jeśli jesteście wrażliwi – będziecie płakali. Jeśli nie – zmusi Was ona i tak do głębokiej refleksji, i smutku wywołanego losem głównej, nastoletniej bohaterki – Liesel Meminger.

Nie będę zdradzał Wam nic z fabuły. Jednak aby nakreślić Wam jej ogólny zarys, napiszę tylko, iż wydarzenia rozgrywają się w latach poprzedzających II wojnę światową, w czasie jej trwania oraz zachodzi w niej również mały epizod już po wojnie. Główną bohaterką jest młoda dziewczyna, która zakochała się w książkach, pomimo tego, że na początku nie umie czytać. Poznajemy jej życie w rodzinie zastępczej, jej relacje z przybranym ojcem oraz matką, i jej własny, wewnętrzny świat… Do tego otrzymujemy jeszcze bardzo niestandardowego narratora, który patrzy na Liesel oraz jej świat z góry i czeka… Na swoją kolej.

Trudno jest opisać to, co ta książka ma do zaoferowania w kilku słów. Zaufajcie mi po prostu, że warto po nią sięgnąć. Emocje, które targały mną podczas jej czytania, pamiętam doskonale do dziś, mimo że minęło już od tego momentu kilkaset dni. „Złodziejka książek” jest zdecydowanie tytułem niesamowicie emocjonalnym i umiejącym obudzić w nas duszę człowieczeństwa.

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że oglądałem także film stworzony na podstawie książki. I wiecie co? Jest równie piękny. Jest po prostu przepiękny i nie spotkałem się z wieloma książkowymi adaptacjami filmowymi, które dorównywałyby temu, co znaleźć możemy na kartkach książki. Polecam Wam więc zarówno książkę, jak i film.

Przygotujcie sobie tylko opakowanie chusteczek. Będzie potrzebne.

„Jak niemal każde nieszczęście historia zaczęła się szczęśliwie.”

Możecie już iść. Książki na Was czekają!

Powyższe książki to tylko niewielka namiastka tego, co śmiało mógłbym tutaj jeszcze dodać. Jestem jednak przekonany, że „Najlepszy”, „Obudź w sobie olbrzyma” oraz „Złodziejka książek” mogą wzbogacić nas wszystkich na płaszczyźnie człowieczeństwa. Dlatego dokonałem takiego, a nie innego wyboru. Z czystym sercem polecam je każdemu. Każda z nich jest na swój sposób inna.

książki

  • „Najlepszy” to prawdziwa opowieść o odwadze i wychodzenia z życiowego rynsztoku.
  • „Obudź w sobie olbrzyma” to kompendium wiedzy dotyczące naszego wnętrza, które może pomóc nam rozwiązać wiele życiowych problemów.
  • „Złodziejka książek” natomiast, to książka opisująca przepiękną historię, która wyzwoli nasze prawdziwe emocje i ukaże nasze człowieczeństwo.

Cieszę się, że mogłem podzielić się z Wami kawałkiem mojego własnego, czytelniczego świata. Mam nadzieję, że i Wy staniecie się orędownikami powyższych tytułów. Po raz kolejny dziękuję Wam, że wpadliście zapoznać się z moimi słowami, a teraz uciekajcie czym prędzej, poznać słowa, które zostały zapisane na kartkach, wskazanych przeze mnie książek.

Miłego czytania!

Wszyscy znamy to obezwładniające uczucie wyboru. Myśli kotłują się w naszej głowie, a my próbujemy rozpaczliwie poszukać tego jedynego wyjścia z sytuacji. Trwamy w tym stanie. Tkwimy w nim, nie mogąc rozstrzygnąć wewnętrznego sporu. Decyzja zostaje niepodjęta, a my popadamy w coraz większą frustrację. Rozpatrujemy wszystko pod przeróżnymi kątami i oczekujemy znalezienia najlepszego rozwiązania.

Zdradzić Wam maleńką tajemnicę?

Nie istnieje coś takiego jak najlepsze rozwiązanie. Zwyczajnie go nie ma.

Decydowanie – proste, czy trudne?

Decyzja jest obecna w naszym życiu zawsze. Podejmujemy ją częściej, niż myślimy. Robimy to świadomie lub podświadomie. Jeśli ktoś pyta nas, czy chcemy wyjść na miasto, wtedy nasza odpowiedź będzie świadomie podjętą decyzją. Może mniej lub bardziej trafna, ale coś ustaliliśmy. Natomiast, kiedy jesteśmy głodni, to jeśli mamy taką możliwość, po prostu jemy. Nie zastanawiamy się, czy jeść, czy nie jeść. Ewentualnie może pojawić się problem, co zjeść, ale raczej nie, czy w ogóle coś skonsumować. W tym przypadku – i w wielu innych – choć nasza decyzja skutkuje pewnymi działaniami, została ona podjęta w wyniku swoistego naturalnego odruchu, który swoje podłoże ma w czynnikach, czy to ewolucyjnym (muszę jeść, aby przekazać dalej swoje geny), czy to biologicznym (muszę jeść, bo tego wymaga mój organizm).

decyzja

Jak już się pewnie trafnie domyśliliście i zauważyliście również z własnych obserwacji – jedna decyzja może być prostsza, a druga o wiele trudniejsza. Ta rozbieżność bierze się przede wszystkim ze złożoności następstw, jakie będzie implikował nasz wybór. Jeśli konsekwencjami decyzji, którą mamy zamiar podjąć, będzie zamówienie jedzenia w restauracji, które nie będzie nam smakowało, to raczej nie stracimy zbyt wiele. Co najwyżej zrazimy się do konkretnego produktu i utracimy pewną część gotówki. Natomiast, wyobraźcie sobie, że jesteście chirurgami, przeprowadzającymi ważną operację. Wybór, który się pojawił, jest trudniejszy, bo jego następstwem może być albo życie pacjenta, albo jego śmierć.

Rozumiecie tę subtelną różnicę?

  • Im problem jest mniej złożony i rodzi mniej poważne konsekwencje, tym nasze decyzja powinna być prostsza, a już na pewno mniej znacząca.

Trudności rodzą się wtedy, kiedy nam zależy.

W rzeczywistości jednak wszyscy wiemy, jak to wygląda. Kobiety godzinami zastanawiają się, co na siebie włożyć, a panowie nie potrafią zdecydować się, które piwo powinni kupić. Jasno widać, że choć z pozoru decyzje te są proste, bo nie zależą od nich żadne wyższe wartości, to jednak bardzo często, trudno jest nam je podjąć. Właśnie one bardzo często otaczają nas każdego dnia. Spotykamy je w sklepie, w pracy, w domu, podczas biegania, czy bawienia się dzieckiem.

Co więc powoduje, że tak ciężko jest nam zadecydować i przedsięwziąć odpowiednie kroki?

Nasz stosunek do decyzji i nasze nastawienie do konsekwencji jej podjęcia.

przywiązanie

Ta sama decyzja, ale różne skale przywiązania.

Myślę, że w przeważającej części, ta sytuacja powtarza się w każdym domu wielokrotnie. Zastanówmy się, ile razy staliśmy na rozstaju dróg i męczyła nas sprawa, która dla naszych bliskich była aż nader oczywista. Przykładem może być jakże błahy powód, doboru odpowiedniego ubioru. Nie ukrywam, że w tym aspekcie główny problem mają panie, choć uważam, że panowie z roku na rok, sukcesywnie je gonią. Zwróćmy uwagę, że kiedy żona skarży się mężowi, iż „nie wie, co na siebie włożyć”, wtedy mąż niemal od razu potrafi podjąć decyzję. Abstrahuję od sytuacji, kiedy robi to dla świętego spokoju. Jednak jest tak, że to, co dla kobiety wydaje się nierozwiązalnym problemem w tej sytuacji, dla faceta, jest tak samo proste, jak to, że po nocy mamy dzień.

Natomiast cała sytuacja może się odwrócić, kiedy przychodzi do kupna wiertarki. Mężczyzna może przez pół dnia chodzić po sklepie i szukać tego jedynego, najlepszego urządzenia. Kobieta w tej samej sytuacji nie zastanawiałaby się, tylko skonsultowała się z pracownikiem sklepu. Tym samym – natychmiast rozwiązałaby problem. Naturalnie, że w tego typu sytuacjach, do głosu może również dochodzić męska duma lub chęć zaimponowania swoją wiedzą na temat wiertarek. Jednak nie wyklucza to faktu, iż w tej sytuacji, wiertarka dla mężczyzny oznacza to samo, co dla kobiety odpowiedni ubiór w przykładzie poprzednim.

Tak więc kolejnym czynnikiem, który determinuje, jak wygląda skala trudności decyzji, jest nasz stosunek do tego, co będzie ona implikowała.

  • Im bardziej nam na czymś zależy, tym prawdopodobnie bardziej będziemy chcieli, aby decyzja była jak najlepsza, bo wiemy, że konsekwencja jest dla nas ważna.

Im więcej wiesz, tym więcej masz wątpliwości.

Warto również wspomnieć, że decyzja zależy także od znajomości dziedziny, której ona dotyczy. Choć to nie reguła, ale zazwyczaj jest tak, iż im bardziej znamy dany temat i im bardziej zdajemy sobie sprawę z jego rozległości, tym bardziej decyzja będzie od nas wymagająca. Analogicznie, kiedy jesteśmy laikami, i nie mamy o czymś pojęcia, wtedy możemy wyjść do często niewłaściwego przekonania, że nasza decyzja jest prosta i mało znacząca w skutkach.

(Zahacza to w pewnym stopniu o efekt Dunninga-Krugera, o którym szerszej rozpisywałem się w TYM tekście).

Przepisywanie konkretnych lekarstw pacjentowi przez lekarza nieudolnego i niedokształconego, będzie dla niego zapewne mało ważną decyzją, jeśli nie będzie świadom ich potencjalnych skutków ubocznych. Natomiast w sytuacji, gdy mamy do czynienia ze specjalistą wykwalifikowanym w swoim zawodzie, decyzja ta będzie na pewno trudniejsza, gdyż będzie on w pełni wiedział o tym, jakie następstwa może powodować jego decyzja.

Decyzja to odpowiedzialność.

W tym miejscu dochodzimy również do kwestii autorytetu w znanym nam świecie. Wielu błędnie postrzega za swój autorytet ludzi, których decyzje, rzutujące na życie oraz codzienność innych osób, przypominają przykład z niedokształconym lekarzem. Rzekome autorytety nie zdają sobie sprawy, jak wielką skalę mają ich zachowania. Zdarza się – i to dość często – że nie są świadomi władzy, jaką trzymają w dłoniach. Tym samym, decyzja przez nich podjęta w sposób nieprzemyślany i nieodpowiedzialny, ingeruje w życie wielu innych ludzi. Z czego oczywiście i oni, nie zdają sobie także sprawy.

odpowiedzialność

Odwołując się tym przykładem do świata dietetyki, łatwo jest to zobrazować. W sytuacji, gdy osoba bardzo popularna z rzeszą fanów, ogłosi światu, iż olej kokosowy jest najlepszym możliwym rodzajem tłuszczu do smażenia, wtedy możemy się spodziewać, że Ci fani – a przynajmniej ich część – zacznie na umór spożywać właśnie ten rodzaju tłuszczu. Jednak ani oni, ani tym bardziej tak zwany autorytet, nie zdają sobie sprawy z długofalowych konsekwencji  takiego zachowania. O ile od obserwatorów tego wymagać nie można, o tyle od autorytetu już tak. Nie zmienia to natomiast faktu, że każdy ma swój rozum i swój zdrowy rozsądek. Warto więc robić z niego użytek.

Czas sądzi wybór.

Na samym początku wspomniałem, że nie ma najlepszego rozwiązania. Swoje stanowisko wciąż podtrzymuję. Nam się może tylko wydawać, że decyzja, którą podjęliśmy, jest najznakomitsza. W rzeczywistości może być ona co najwyżej najtrafniejsza w danym przedziale czasu.

Najprostszym wyjaśnieniem moich słów jest zastanowienie się nad własną przeszłością. Ile decyzji w niej podjęliśmy, które istotnie rzutowały na naszą przyszłość? Zapewne wiele. A ile z nich byśmy zmienili i podjęli inny wybór, nawet jeśli wtedy wydawało nam się, iż wybieramy najlepszą opcję? Również wiele. Tego jestem pewien. W ten sposób dochodzimy do pewnego wniosku.

  • Nie można podjąć najlepszej decyzji, którą będziemy postrzegali w ten sam sposób przez całe nasze życie.

Choćby z tego powodu, że nasz światopogląd i doświadczenia ulegają zmianie. Wszystko, co robimy w życiu, przesiewamy przez to, co już wiemy i wiedzieć chcemy.

Dlatego dziś możemy uważać, że decyzja o podjęciu studiów była najlepszą z możliwych. Jednak za dziesięć lat, równie dobrze możemy stwierdzić, że z perspektywy czasu, można było zrobić coś lepiej. To jest bardzo naturalna sytuacja.

Ponadto nie jesteśmy jasnowidzami. Nie wiemy więc, czy podjęta przez nas decyzja, była lepsza od tej, którą odrzuciliśmy. Nam może się tylko wydawać, że kupno Mercedesa było lepsze niż kupno BMW, jednak czy taka jest prawda? Skądże. Nawet gdybyśmy po roku, cofnęli się i zakupili również BMW, i tak nie wiedzielibyśmy, co było lepsze. Choćby z tego powodu, że minął rok, a więc znajdujemy się już w zupełnie innej sytuacji, z innymi doświadczeniami.

Czym jest FOMO?

Odnoszę nieodparte wrażenie, że nasza opieszałość i niemożność w dokonaniu wyboru bierze się właśnie z chęci niedoświadczenia stanu, w którym dotrze do nas, iż „mogliśmy zrobić coś lepiej”.  Za wszelką cenę próbujemy bronić się przed niewłaściwie podjętą decyzją. Moje subiektywne odczucie podpowiada mi, że ta cecha została ugruntowana na fundamencie strachu przed porażką i lękiem przed utraceniem jakiejś możliwości.

W terminologii psychologicznej lub medycznej (ciężko w mojej ocenie jest przyporządkować to do jednej kategorii) określa się takie zachowanie, jako FOMO. W języku angielskim oznacza to: Fear of Missing Out. Natomiast po polsku to po prostu lęk przed tym, co nas omija. Nie chciałbym dziś zagłębiać się w wyjaśnianie tego zjawiska, które niewątpliwie jest interesujące. Może wyjaśnić, dlaczego obsesyjnie spoglądamy na telefon lub przeglądamy media społecznościowe.

  • FOMO może być również wytłumaczeniem, dlaczego nie potrafimy podjąć decyzji.

wybór

Strach przed tym, co nas omija, obezwładnia nas. Myślimy o wyborze pracy, ale potem dociera do nas, że w ten sposób ograniczamy kontakty z rodziną. Czyli omija nas życie rodzinne. Możemy mieć trudności z decyzją dotyczącą wyjazdu na wakacje, bo zdajemy sobie sprawę, że wybierając Grecję, omija nas Hiszpania ze swoimi wspaniałościami. Od razu pragnę uprzedzić, że myślenie w kategoriach: „Wybiorę dwie możliwości” nie sprawdza się. Po pierwsze dlatego, że możliwość wyboru wszystkich opcji, wyklucza podejmowanie decyzji. Po drugie, wybór wszystkich opcji, może nastręczać kolejne trudności. Wtedy FOMO może dotyczyć kwestii pieniężnych i przejawiać się jako strach przed tym, co nas ominie, gdy już w lipcu wydamy wszystkie oszczędności przewidziane na cały rok.

Walka trwa całe życie.

W obliczu całego tekstu nasuwa się jedno, bardzo ważne pytanie.

Czy można z tym walczyć?

Można. Jak ze wszystkim. Jednak nie spodziewajmy się, iż będzie to proces skończony. Myślę, że jak wszystko, co dotyczy nas i naszego wnętrza, musi podlegać ścisłej kontroli przez całe życie. Tak samo, jak szczęścia nie można zachować na zawsze, tak również nie każda decyzja będzie dla nas łatwa. Nawet jeśli nauczymy się je podejmować.

W kuluarach mawia się, że pierwsza myśl jest najlepsza. Historia pokazuje wiele przypadków, które potwierdzają tę hipotezę. Jednak uważam, że jest także wiele opowieści, które jej zaprzeczają. Mamy tendencję do wybierania tych argumentów, które potwierdzają naszą tezę i odrzucania tych, które jej zaprzeczają. Stąd bierze się między innymi odmienne stanowisko w tej sprawie.

Ile opinii, tyle możliwych ścieżek.

Część osób uważa, że decyzja powinna być spontaniczna i wypływać z naszego „serca”. Natomiast inni są zwolennikami gruntownego przemyślenia konsekwencji, które nas czekają. I w tym aspekcie racja znajduje się po dwóch stronach. Z jednej strony, spontaniczność może okazać się trafna i tym samym uchroni nas od męczących rozmyślań. Jednak równie dobrze, możemy popełnić błąd, który będzie dla nas tym boleśniejszy, iż będzie on nieprzemyślany. Analogicznie im dłużej się nad czymś zastanawiamy, tym więcej niestworzonych scenariuszy tworzymy. Zdarza się, że koniec końców wracamy do punktu wyjścia i podejmujemy decyzję, o której myśleliśmy na samym początku. Jednak gruntowne rozmyślania, mogą wzbudzić w nas wnioski oraz wątpliwości, które w znacznym stopniu pomogą nam w podjęciu wyboru.

Można również dostrzec, że jedna grupa ludzi, woli rozstrzygać problemy w pojedynkę, a druga przy wsparciu osób trzecich. Nie zdziwię nikogo, gdy napiszę, że obie strategie są tak samo dobre, jak i niewłaściwe. Rozwiązywanie problemu w pojedynkę oznacza tylko nasz punkt widzenia. Ponadto powoduje, że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za swoje czyny i nie pozwala spojrzeć na dany problem z dystansu. Po drugiej stronie mamy wybór, którego podjęcie konsultujemy z bliskimi. Choć na pierwszy rzut oka, wydaje się, że pomoc rodziny nie może zaszkodzić (chyba że decyzja dotyczy ich bezpośrednio), to jednak po głębszej analizie można dojść do pewnych wniosków. Czy w przypadku błędnej decyzji, będziemy winić siebie, czy innych? Odpowiednio – czy w przypadku dobrej decyzji, przypiszemy sobie zasługi, czy innym? I przede wszystkim, czy ktokolwiek oprócz nas, może być lepiej przystosowany do podjęcia decyzji, która nas dotyczy?

szachy

Decydujesz się, czy wciąż robisz uniki?

Problemów z podjęciem odpowiedniej decyzji jest mnóstwo. Potencjalnych rozwiązań i rzekomych technik – jeszcze więcej. Radziłbym zachować w tym wszystkim zdrowy rozsądek. Przeczytanie czegoś w Internecie, na pierwszym lepszym blogu, nie oznacza, iż jest to prawda objawiona. Przede wszystkim kierujmy się własnym rozumem. Połączmy to z sumieniem i własnymi przekonaniami.

Uważam, że do podjęcia decyzji, wcale nie potrzebujemy wielu treningów, nauki schematów lub uczestnictwa w szkoleniach. Wystarczy kompletne wyłączenie się od tego, co nie dotyczy bezpośrednio nas i implikacji decyzji, którą mamy zamiar podjąć. Jeśli więc stoimy przed wyborem pary butów, z sześciu możliwych, to nie myślmy o tym, co pomyśli sobie ktoś z naszego otoczenia, kiedy wybierzemy buty A, a co jeśli wybierzemy buty B. Zamiast tego, skupmy się na tym, co my będziemy o sobie sądzić i jakie następstwa będzie miał dla nas nasz wybór.

Włączmy w to wszystko jeszcze konsekwencję w działaniu. Uchroni nas ona przed wątpliwościami już po podjęciu decyzji. Nauczmy się również odpowiedzialności za to, co wybierzemy, a myślę, że i nasze życie będzie spokojniejsze. Nawet ze świadomością, że decyzja, którą podjęliśmy, wcale nie jest najlepsza, ale najtrafniejsza dla nas w danym czasie i przede wszystkim – jest ona nasza.

To nasz wybór i nasza decyzja. Nikt inny nie może za nas podjąć. Uciekanie się do wymówek i próba przeczekania na nic się nie przyda. Możliwości wyboru raczej nigdy nie połączą się w magiczny sposób, aby ułatwić nam decyzję. Tkwienie więc na rozstaju dróg i zbyt długie rozmyślanie, może paradoksalnie być gorszym rozwiązaniem, niż podjęcie decyzji błędnej lub nieodpowiedniej.

Jeśli miałbym do wyboru zmarnowanie sobie życia, próbując podjąć decyzję, a zmarnowanie sobie życie, błędną decyzją, to chyba wolałbym wybrać to drugie.

A Wy?

„Bądź sobą” brzmi banalnie. Zwłaszcza w czasach rozwoju osobistego, kiedy „coach” spotykany jest na każdym kroku. Dlaczego więc wciąż sobą nie jesteśmy? Co nas powstrzymuje, a co nas blokuje? Czy to nasza wina, czy może wina osób trzecich? Czemu gubimy swoją tożsamość?

W głowie kłębi mi się wiele pytań. Nieustannie poszukuję na nie odpowiedzi i nie zawsze mi się tu udaje. Już od kilku dni na pierwszy plan wysuwa się jednak to jedno, bardzo ważne dla mnie stwierdzenie. W tym momencie bardziej mnie już złości, aniżeli nurtuje.

Dlaczego nie możemy być tacy, jak chcemy?!

Piszę do nas wszystkich, którzy świadomie lub nie, uniemożliwiamy bycie sobą, innym. Nie wypierajcie się. Robimy to każdego dnia. Durna uwaga, nieprzemyślany komentarz lub głupio wypowiedziane zdanie. Nawet jeśli nasz rozmówca nie da tego po sobie poznać, to na ogół dobrze zapamięta nasze słowa…

Odniosę się głównie do sylwetki i wyglądu fizycznego. Choć i inne aspekty życia także poruszę. W końcu życie i bycie sobą to nie tylko to, co widać na zewnątrz i to, co inni mogą ocenić w mgnieniu oka, prawda?

bądź sobą

Ciężko jest być sobą w XXI wieku.

Dziwi mnie to wszystko. To, co się dzieje dookoła nas. Nieustanne skupianie się na swoim ciele i podążania za chorymi ideałami kreowanymi przez równie chore osoby. Chore zarówno w sensie dosłownym, jak i przenośnym. Piętnowanie tych, którzy nie są „idealni” lub tych, którzy odbiegają w jakikolwiek sposób od standardów. Rzucanie kąśliwych uwag, wygłaszanie swoich oświeconych opinii i chlubienie się swoim jakże pięknym ciałem… Masz świetne ciało? Świetnie! Ale nie umniejszaj przy okazji innym, którzy go nie mają i chcieć nie chcą.

Doskonale zdaję sobie sprawę, że w co najmniej jednym ze swoich tekstów, uderzyłem w osoby otyłe. Mam jednak nadzieję, że odpowiednio zrozumieliście tamten tekst. Nie mam nic do osób posiadających nadwagę. Zauważam tylko problem, jaki mogą one mieć ze swoim zdrowiem. Niemniej jednak, nie mnie jest oceniać ich ciało, ich zachowanie i ich stosunek do tego wszystkiego. Chcę tylko Wam przekazać, że osoba otyła nie zawsze oznacza osobę smutną i pokrzywdzoną przez los! I to dotyczy każdego napotkanego przez nas człowieka. Jeśli ktoś nie jest idealnie szczupły, na brzuchu nie ma widocznych mięśni, a pośladki nie opinają seksownie spodni, to nie znaczy, że ten ktoś jest gorszy! Zrozummy to wreszcie, bo poprzez kreowanie takiego światopoglądu uniemożliwiamy innym bycie takimi, jakimi chcą być!

Jesteśmy kimś, kim nie chcemy być.

Wiecie, że w jednym z badań zauważono, że już około 80% dziesięcioletnich dziewczynek było na diecie?! DZIESIĘCIOLETNICH! Jak myślicie, dlaczego to robiły? Oczywiście, że nie czuły się dobrze w swoim ciele… Ale czy na pewno? Czy dziesięcioletnia dziewczynka może w ogóle tak pomyśleć? Wątpię. Wątpię, żeby samodzielnie podjęła tak radykalne kroki. Tak działa nasze środowisko i nasze otoczenie. Nieustannie wywiera na nas wpływ, a my, choć tego nie chcemy – bardzo często nawet nieświadomie mu się poddajemy. W efekcie otrzymujemy życie, którego nie chcemy. Problemy, które nie są nam potrzebne. Otoczenie, które nam się nie podoba…

Skoro tak młode dziewczynki, przywiązują tak wielką uwagę do tego, jak wyglądają, to co można powiedzieć o kobietach i mężczyznach w późniejszym wieku? Szczególnie o nastolatkach, wchodzących w dorosłość? Myślicie, że skąd wzięły się wszelkie zaburzenia odżywiania? Bulimia, anoreksja, kompulsywne objadanie się? Z niewłaściwie podjętych działań żywieniowych. Niewłaściwie, bo osoby za tym stojące chcą uzyskać, jak najszybsze efekty, żeby jak najszybciej dopasować się do swojego środowiska z pozoru idealnego.

Presja ze strony innych zabija naszą tożsamość.

Spójrzmy tylko na kreowany model piękna przez media społeczeństwa. Fałdka na brzuchu? Broń Panie Boże! Cellulit? Nie ma mowy! Brak idealnego światła i brak pozowania? Na pewno nie!

To jest fikcja. Proszę Was, zrozummy to. Bardzo często wracam w swoim rozmyślaniach do tego, co pokazują nam social media, bo zwyczajnie uważam, że to właśnie tymi kanałami sugeruje się wiele młodych osób. To tam znajdują się dla nich wyznaczniki „piękna”, które niewiele mają z rzeczywistością. A nawet jeśli to prawda, to byłbym pełen wątpliwości, czy wraz z pięknym ciałem idzie także równie piękny umysł i charakter…

Piszę to wszystko, aby pokazać Wam, że wcale nie musimy nosić małego rozmiaru, aby się podobać. Koszulka, wcale nie musi opinać nam ramion, żeby być wartościowym człowiekiem. Niestety wszystko, co robimy i czym żyjemy, powoduje, że nie możemy być takimi, jakimi chcemy być. A to jest niestety już bardzo przykre.

Społeczeństwo wywiera na nas nieustannie presję. Widzimy modelki w telewizji. Prężących muskuły aktorów. Nie uważam, że to coś złego. Jednak do tego, bardzo często dochodzą jeszcze z pozoru niewinne uwagi i komentarze. Takie małe przytyki, które kumulując się, prowadzą nas nie w tę stronę, w którą chcielibyśmy pójść. Tym samym otrzymujemy nastolatków, którzy dobrze czują się w swoim nieidealnym, ale nadal zdrowym ciele, a jednak chcą je zmieniać. Jedni dlatego, żeby się „podobać”. Inni dlatego, żeby się „dopasować”. Mamy osoby, które były normalne i w pełni zdrowe, ale zniszczyły to wszystko poprzez chęć poprawy „tego i owego”. Na początku była chęć tylko małej korekty. Niewielka zmiana. Spadek wagi o dwa kilogramy, ale to nie wystarczyło… To może brzmieć głupio, ale uwierzcie, że wiele – szczególnie młodych żyć – zostało zmarnowanych właśnie w ten sposób.

Dajmy innym żyć!

tożsamość

Przestańmy więc wiecznie piętnować tych, którzy nie są idealni. Idealność nie istnieje. Nie ma czegoś takiego jak perfekcja. Dlatego bądźmy tacy, jacy chcemy być. Podążajmy własnymi szlakami i jeśli czujemy się dobrze, z tym, co robimy lub z tym, jak wyglądamy, to róbmy to dalej. Pewnie, że czasami trzeba wziąć poprawkę na swoje zdrowie, ale przede wszystkim pytajcie siebie o to, jak Wy czujecie się ze sobą, a nie jak inni mogą Was ocenić.

Wszyscy tworzymy społeczeństwo, więc proszę, żebyśmy wreszcie umożliwili innym być takimi, jakimi chcą być. Wcale nie poprzez nie pokazywanie idealnych ciał. Prędzej skłaniałbym się ku zaprzestaniu mówienia kąśliwych komentarzy lub próbowania za wszelką cenę kogoś zmieniać. Byleby tylko dopasować go do „tłumu idealnych ludzi”…

„Bądź sobą. Wszyscy inni są już zajęci. ” – Oscar Wilde

Ta sprawa nie sprowadza się tylko do ciała. Można ją przenieść na każdy inny aspekt naszego życia. Choć daleko mi do bycia rodzicem, a jeszcze dalej do bycia mamą, to myślę, że nie pomylę się, gdy napiszę, że bycie rodzicielką to też taka walka o perfekcję. Wiele rodzicielek jest świetnymi matkami, ale pod wpływem internetowych lub telewizyjnych ideałów, za wszelką cenę chcą się poprawiać. Chcą być lepsze! To nic złego, ale w ten sposób zatruwają tylko sobie życie, które przecież do tej pory było dobre. Zalewają sobie głowę bzdurnymi uwagami wygłaszanymi nierzadko przez te osoby, którym daleko do „ideałów” przez siebie propagowanych…

Moje życie to nie Twoje życie.

Tak samo jest w przypadku każdej młodej osoby. Wybaczcie, że tyle tu o nich piszę, ale najbardziej utożsamiam się właśnie z tą grupą wiekową. Mam nadzieję, że starsi mi to wybaczą! Pierwsze poważne decyzje, pierwsze wybory… Każdy młody człowiek na ogół wie, czego pragnie. Kiedy masz te 18, 19 lub 20 lat to raczej potrafisz już określić, co lubisz, a czego nie. Oczywiście, że zdarzają się wyjątkowe, wręcz patologiczne przypadki, w których takie osoby najchętniej piłyby tylko alkohol, imprezowały i paliły papierosy. Myślę jednak, że to rzadkość. Każdy z nas ma swoje cele i swoje marzenia. Jednak poprzez narzucane standardy przez społeczeństwo, nie realizujemy ich, bo się boimy. Bo nie chcemy kogoś urazić. Bo słuchamy niewłaściwych rad…

coach

Doceniam każdą radę, jaką usłyszałem w swoim życiu, ale proszę. To jest moje życie. Tak samo jedno życie to życie innego człowieka. Dlatego czasami warto ugryźć się w język. Nie narzucać komukolwiek swoich standardów myślenia. Nie zachowujmy się jak typowy coach. Jeśli Wasze dziecko chce być archeologiem, a Wy drodzy rodzice usilnie przekonujecie go do bycia lekarzem, to myślicie, że to jest dobre? Czy myślicie, że to jest odpowiednie zachowanie, kiedy pozbawiacie kogokolwiek możliwości bycia takim, jaki chce być?

Nie. To jest potworne, a nie dobre. Nawet jeśli macie dobre intencje. W ostateczności to nie jest Wasze życie i statystycznie, to życie będzie jeszcze długo po Was. Więc po co wchodzić w nie na siłę? Po co przelewać swoje własne pragnienia na życie innych? Chcesz być szczupły i umięśniony? To bądź! Chcesz być prawnikiem? To idź w tym kierunku. Chcesz podróżować i zwiedzać świat? To pakuj plecak i w drogę. Ale proszę. Nie narzucaj nic nikomu. Nie pozbawiaj nikogo szansy na bycie tym, o kim marzy. Wiem, że czasami możesz mieć dobre intencje. Wiem, że chcesz nierzadko dobrze. Ale pomyśl. Ta jedna uwaga. Ten jeden komentarz. Ten nieumyślnie wygłoszony pogląd… To wszystko rzutuje na wybory innych, zwłaszcza bliskich Ci osób. Świadomie lub nie, ale masz wpływ na życie innych ludzi z Twojego otoczenia, więc pozwól im żyć tak, jak chcą.

Bądź sobą! Nawet jeśli brzmi to banalnie.

Na koniec kieruję się do tych, którzy poprzez społeczeństwo boją się lub nie chcą żyć tak, jakby tego pragnęli.

Kochani. Wyrzućcie z głowy wszelkie uprzedzenia. Wszelkie zbędne komentarze i uwagi. Wiem, że bardzo ciężko jest nie zgodzić się z uwagami rodziców lub przyjaciela, ale czasami tak trzeba. Czasami po prostu trzeba tego wysłuchać, ale nie przyjmować tego do świadomości. Zauważcie, że kiedy spojrzycie wstecz, to Wy będziecie odpowiedzialni za swoje wybory. Nieważne, czy ktoś poradzi Wam dobrze, czy źle. To jest Wasze życie i Wy nim kierujecie. Niektórzy chcą Wam pomóc. Niektórzy mówią bardzo mądre rzeczy. Jednak pamiętajcie proszę, że zasługujecie na to, aby być takimi, jakimi chcecie być.

Nie musicie się zmieniać, tylko dlatego, że ktokolwiek tego od Was wymaga. Jesteście ludźmi. Jesteście piękni. Tu i teraz. Tacy, jacy jesteście w tym momencie. (Chyba, że jesteście wyzbyci z człowieczeństwa. Wtedy powinniście się zmienić!) Doceńcie to. Co z tego, że nie przypominacie ideałów kreowanych przez media społecznościowe? Co z tego, że Wasza koleżanka dostała się na prawo, a Wy pracujecie w supermarkecie? Jakie ma znaczenie fakt, że ktoś zarabia kilka milionów rocznie, a Wy raptem wiążecie koniec z końcem? To wszystko nie ma znaczenia, jeśli to Wam odpowiada. Pewnie, że warto mierzyć wysoko i wyznaczać sobie pewne standardy, ale czy ja mam prawo tego od Was wymagać? Nie mam. Nikt nie ma prawa mówić Wam, jak macie żyć i w jaki sposób. Dlatego w swoich tekstach jestem ostrożny. Dlatego wszystko, co czytacie, traktujcie jako sugestie, a nie jako pewnik.

Bądź sobą dziewczyno!

Bądź sobą chłopaku! 

Myślcie kochani. Oto Was proszę. Bądźcie tacy, jacy chcecie być. Bez względu na to, czego oczekują od Was inni. Bądźcie sobą i podążajcie drogą, która najbardziej Wam się podoba. A wszyscy, którzy mają coś przeciwko, niech patrzą i uczą się, jak można ciekawie żyć na własnych warunkach.

#kolejne artykuły