Najbardziej skandalizujący bestseller w Polsce? | Film | worldmaster.pl
#

Jaka książka stała się wielkim, polskim skandalem? Nie tylko ze względu na treść, ale i fatalną jakość? Co najchętniej kupują Polacy i równocześnie się tego wstydzą? Zanim przeczytacie tekst, polecam filmową recenzję!

Blanka Lipińska napisała książkę. „365 dni” to literatura pornograficzna – nic nowego na rynku, takie powieści ukazują się od pokoleń. Pamiętam, że w mojej rodzimej bibliotece książki porno trzymano w biurze, a więc nie były dostępne dla każdego. Zakładam, że trzeba było o nie poprosić.

Kilka lat wcześniej „50 twarzy Greya” sprawiło, że wstydliwa, wzgardzona, a równocześnie słabiej dostępna proza, stała się nagle hitem i przestała być tematem tabu. Wylało się wiele hejtu, krytycy dwoili się i troili, by pokazać, jak bardzo słaby i smutny to trend, ale… nie udało się. Wręcz przeciwnie – obecnie niemal każde wydawnictwo ma w swojej ofercie prozę erotyczną. I już.

Blanka Lipińska – szczera skandalistka

Blanka Lipińska stała się jednak czymś więcej. To fenomen pod wieloma względami. Po pierwsze: autorka utożsamia się z fabułą. Stała się twarzą swoich powieści i otwarcie mówi o swojej seksualności. Po drugie: jest bardzo obecna w mediach. Czytelnicy mają ją na wyciągnięcie ręki i to podsyca atmosferę. Dziewczyna pisze TAKIE RZECZY i jeszcze potwierdza, że sama ich próbowała! To musi budzić emocje.

I co dalej? Dalej jest tak, że na Blankę Lipińską spada grad zażartej, często nienawistnej krytyki. Zasłużonej: jej książki są słabe stylistycznie i fabularnie. Blanka nie powinna pisać, ale to robi i na dodatek świetnie się sprzedaje. W jej ślady poszło już kilka innych dziewczyn, które stukają tipsami w klawiaturę i… o dziwo, również mają się nieźle.

“365 dni” Blanki Lipińskiej – co oznacza dla branży wydawniczej?

Po co więc to całe rozważanie? Dużo o tym rozmyślam, bo przecież sama piszę. I daleko mi do pozycji Blanki Lipińskiej, której książki zostaną najprawdopodobniej zekranizowane. Pytam siebie: to po co w ogóle pisać? Po co wkładać wartość w literaturę, skoro czytelnicy wolą sterczące kutasy w każdym akapicie? Pozostawię to bez odpowiedzi.

Kiedy jednak przełknęłam gorycz (i nic więcej!), spojrzałam na sprawę z drugiej strony: przecież Blanka Lipińska to nic innego, jak biznes. I to całkiem udany, bardzo potrzebny dla branży, by mogła przetrwać i się rozwijać. Tak, Blanka Lipińska i każda inna autorka, która sprzedaje kilkanaście, a może kilkadziesiąt tysięcy egzemplarzy, to dla wydawcy ratunek.

Gorzka prawda o branży wydawniczej

W wydawnictwach pracuje zazwyczaj kilka osób. Czasem kilkanaście. Każdy pobiera wypłatę, a więc mamy już miesięcznie kilkadziesiąt tysięcy kosztów – faktur i rachunków do opłacenia, których jak na złość, nie chcą pokryć przychody z dobrych książek.

Przygotowanie książki, druk i dystrybucja każdej książki to olbrzymi koszt – ponownie od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy złotych. A gdzie zarobek? Niestety, pojawia się rzadko. Czasem tylko kilka premier w ciągu roku przynosi na tyle duże zyski, by wydawnictwo mogło je uznać za prawdziwy sukces – cała reszta to marne profity, a nierzadko – strata. Być może więc Blanka Lipińska, reprezentująca bardzo słabą literaturę jest jednak bardzo potrzebna? Możliwe, że to właśnie ona, przynosząc realne zyski, pozwala wydać również coś innego, na wyższym poziomie? Być może to ona staje się wypłatą dla pracowników?

Dlaczego kupujemy “365 dni”?

Oczywiście można zadawać wiele innych pytań: dlaczego chcemy kupować i czytać coś tak żenującego? Hm, być może po to, by móc coś skrytykować, bo sprawia nam to wielką frajdę? A może dlatego, że erotyczne bajki to po prostu coś, czego podświadomie pragniemy? A może w dobie Warsaw Shore i Trudnych Spraw nasz gust się mocno stępił? Obniżyliśmy standardy, bo życie jest bardzo trudne i niepotrzebna nam trudna literatura?

Nie wiem, ale wydaje mi się, że dużo w czytelnikach hipokryzji. Z jednej strony: wszyscy śmieją się z Blanki Lipińskiej, z drugiej: wszyscy ją czytają. Oczywiście każdy ma prawo do wyrażania opinii. Jednak najbardziej topowa autorka w Polsce jest równocześnie najbardziej wyszydzaną – dla mnie to paradoks i fenomen. I ważne, godne uwagi zjawisko.

Chwilę mi zajęło, zanim wgryzłam się w tę opowieść. Zapewne za sprawą narracji, która wymaga od czytelnika nieco więcej uwagi. Kiedy jednak wsiąknęłam w świat dwóch kobiet, które łączy wielka tajemnica, napięcie osiągnęło odpowiednie natężenie. I nie słabło aż do samego końca.

„Dziewczyny, które zabiły Chloe” to gorzka historia. Czyste życie, okrutny los, który nie wybacza, nie ma litości i nie daje rozgrzeszenia. Chociaż nie, nie chodzi o żaden los, o przypadek czy fatum. Ludzie. To ludzie są karą, bezmyślnością i tłumem, łaknącym krwi.

Dwie kobiety, które w przeszłości zabiły małą Chloe – dwadzieścia lat po tej tragedii żyją w ukryciu. Zmiana tożsamości daje im złudne poczucie, że ułożyły sobie świat na nowo. Jednak smak kłamstwa i ukrywania przeszłości nie daje im spokoju nawet na pięć minut. Aż w końcu demony wypełzają na światło dzienne.

opowieść, wymaga od czytelnika, więcej uwagi

Społeczność, tłum, ludzie – oto najlepsi sędziowie i kaci. Ograniczeni, nieszczęśliwi, w pułapce własnej głupoty, najlepiej odnajdują się w osądzaniu innych. To oni ciążą nad życiem dwóch kobiet, które wiedzą, że jeżeli zostaną rozpoznane, będą musiały uciekać. Wyrok został wydany, ale nie przez sąd, a sumienia innych. Prawda nie ma znaczenia, bo jest nudna.

Alex Marwood napisała naprawdę świetną książkę. I jako jedna z nielicznych zamieniła thriller w coś więcej niż tylko błahą opowiastkę o strachu. „Dziewczyny…” to rozprawa o dziwnej więzi, jaka rodzi się pomiędzy ludźmi, przypadkach, niesprawiedliwości i psychologii tłumu. To także opowieść o tym, jak to jest, gdy próbujemy żyć w zaprzeczeniu samych siebie.

za sprawą narracji

Pomysł przedni. Wykonanie – mistrzowskie. Myślę, że nie zapomnę tej książki na długo.

Nie trzeba wierzyć w demony i diabły, by wiedzieć, że człowiek to bestia, zdolna do wszystkiego. Wokół człowieka zbudowaliśmy wierzenia, sekty, bogów – wszystko po to, by rozpalić wyobraźnię i… tuszować. „Cienie Nowego Orleanu” to powieść, która odsłania ten mroczny świat. Jest gęsto i duszno, a Nowy Orlean w latach dwudziestych XX wieku jawi się, jako mozaika sprzeczności. Brudna mozaika.

Maćka Lewandowskiego znam osobiście, a z jego piórem spotykam się po raz drugi. Niby wiedziałam, czego się spodziewać, a jednak – dostałam coś zaskakującego. Od czego zacząć?

W zalewie powieści, które są szybkie i łatwe, kiczowate i prostolinijne (patrz Naturalista), Maciek buduje coś zupełnie innego. Historię gęstą w każdym akapicie. Rozbudowaną pod względem językowym. Bardzo plastyczną, działającą na wyobraźnię, ale przez to – wymagającą skupienia.

cyt.

“Legrasse spochmurniał. Przekładał elementy tej układanki od lat. Początkowo nie traktował kulturowego aspektu zbyt poważnie, ot, musiał się dowiedzieć, co to za posążek, bo tego wymagało domknięcie sprawy. Po identyfikacji, a w sumie braku identyfikacji, pozostał z garścią spekulacji, luźnych opinii w większości wyrażanych nieoficjalnie. Coś jednak kazało drążyć, szukać, czynić karkołomne połączenia. Intelektualne wyzwanie przerodziło się w toksyczną fascynację. Raz po raz budował wieżę z nieforemnych klocków, konstruował teorie z naukowych faktów jedynie po to, aby pozwolić wszystkiemu runąć, i zaczynał od nowa.”

To nie jest bajka o brutalnych morderstwach, w której ścigamy oprawcę. To raczej misternie utkana intryga, w której wszystko do siebie pasuje i co więcej – nic nie bierze się z powietrza. Narracja wprowadza nas w świat wierzeń, okultyzmu, demonów, mrocznej historii ludzkości. To stamtąd pochodzi zło, które kładzie się cieniem na teraźniejszości i przyszłości. Fani mitologii będą mieli dreszcze. Miłośnicy kryminału – będą śledzić intrygę, która ma sens, bo co, jak co, ale Maciek na pewno nie pisał swojej książki na kolanie. Dlatego czytając, lepiej nie jeść, nie pić, ale wejść w ten cuchnący, mało przyjazny świat, w którym krew leje się często.

Nie pisał jej też przez kilka dni, widać to w zdaniach, które są wypieszczone i wpasowane w klimat epoki.

Główny bohater, detektyw Legrasse, to facet z charakterem. To nie jest przyjemny gość, ideał czy idealista – ale ma sumienie i jest bardzo ludzki. Może i alkoholik, może typ spod ciemnej gwiazdy, ale serce bije i nie przyjmuje świata takim, jaki jest. Brutalnie gwałcone i mordowane kobiety, diabły, fantomy, senne koszmary, zwyrodniałe fantazje człowieka – odbijają się na jego zdrowiu i równocześnie nie pozwalają mu odsunąć się od sprawy.

Legrasse poczuł nieprzyjemne zgrzytnięcie dawno zapomnianych myśli. Coś, co zepchnął w głąb podświadomości, nagle zaczęło przypominać o swojej obecności. Spojrzał raz jeszcze na koślawe, prymitywne symbole wyryte na starej kości. Zębatki myśli ponownie przeskoczyły, z wolna wprawiając w ruch cały mechanizm.

Wiem, że Maciek lubi kreować postacie gliniarzy, którzy dźwigają na swoich barkach wielki krzyż. To się sprawdza, bo kto normalny potrafiłby przetrwać tak wiele? Kto inny chciałby podążyć krwawym tropem kaźni kobiet?

„Cienie Nowego Orleanu” to powieść grząska – łatwo się w nią zapaść i czasem chce się głębiej odetchnąć, ale nie ma kiedy. Pachnie tu starą, złą magią. I pachnie dobrym pisarstwem autora, który napisał książkę, którą sam chętnie by przeczytał. Takich opowieści wciąż u nas brakuje. Takich, które są ucztą literacką i równocześnie ucztą dla wyobraźni.

A wyobraźnię to Maciek wybujałą. I mroczną.

Czekam na kontynuację!

Fragmenty:

OPIS WYDAWCY

Okultystyczny kryminał z elementami mitologii wudu i horror w duchu twórczości Lovecrafta!

John Raymond Legrasse, doświadczony nowoorleański policjant, podczas policyjnego nalotu na przemytników trafia do dziupli handlarzy żywym towarem. Znajduje tam makabrycznie okaleczone zwłoki młodej kobiety. Tropy prowadzą do niewyjaśnionej sprawy z przeszłości, rytualnego mordu dokonanego przez tajemniczą sektę. Zamordowanej dziewczynie wyryto na skórze tajemnicze znaki oraz zdarto płat skóry z pleców. Odsunięty od sprawy Legrasse prowadzi własne śledztwo. Podążając śladem handlarzy żywym towarem, dociera do zakładu fotograficznego, w którym znajduje nagrania brutalnych gwałtów i tortur czarnoskórych kobiet. Kolejny ślad prowadzi do Kaznodziei, przywódcy sekty przywołującej demony…

14 min

Zarówno ja, jak i Arleta jesteśmy absolwentkami filologii polskiej. Skończyłyśmy studia, które co roku „wypuszczają” kilkuset studentów z tytułem magistra. Na Uniwersytecie Śląskim jeden rok gości ponad dwieście osób! To może oznaczać tylko jedno: ogromną konkurencję na rynku pracy po kierunku, który pracy nie gwarantuje. Czy wobec tego warto studiować?

Polonistyka, wbrew powszechnym wyobrażeniom, to nie tylko studia dla przyszłych nauczycieli języka polskiego. Wręcz przeciwnie – wiele osób może wybierać specjalizacje, związane z mediami i komunikacją społeczną. W teorii oznacza to wiele, w praktyce – nic.

Tuż po ukończeniu pięcioletnich zmagań z uczelnią, było naprawdę ciężko się odnaleźć.

To oznacza, że studiowanie polonistyki nie ma żadnego sensu? Czy to kierunek, który gwarantuje bezrobocie? Czy po wielu latach żałujemy tych pięciu lat? Na to pytanie staramy się odpowiedzieć w najnowszym filmie na kanale, mając nadzieję, że:

• Absolwenci polonistyki się uśmiechną
• Przyszli studenci polonistyki będą wiedzieli, co robić (bo my nie wiedziałyśmy)

Film to duża dawka humoru, bo po filologii polskiej taka na pewno się przydaje. Pamiętajcie również, że zarówno UŚ, jak i UW to uczelnie, które świetnie kształcą. Pozdrawiamy wykładowców. A wy zajrzyjcie i subskrybujcie – kolejne filmy niebawem, będzie się działo!

Liczymy również na dyskusję – jak dzisiaj studiuje się polonistykę? Może coś się zmieniło?

5 min

W 2008 roku przyjechałam do Warszawy, jako studentka dzienna UŚ w Katowicach. Tak, przez dwa lata godziłam życie i mieszkanie w stolicy z nauką na Śląsku. Nie było wcale ciężko, wszystko jest kwestią dogadania i starań.

Dlaczego tak długo czekałam, by naprawdę zacząć pracować?

Przybyłam do Warszawy z marzeniem, by znaleźć etat. Nie ważne jaki, byle odsiedzieć 8 godzin i zarobić na czynsz i chleb. Powodem takiego myślenia było nie tylko niskie poczucie wartości, ale przede wszystkim – brak pomysłu i wiedzy, jak zarabiać pieniądze.

Byłam święcie przekonana, że pisanie jest zajęciem nierentownym, a jedyną opcją na przetrwanie jest właśnie statyczna praca. Nie mogłam pogodzić się z faktem, że od samego początku ślęczenie za biurkiem, w określonych ramach czasowych to dla mnie męka. A męczyłam się tak pięć lat.

Mimo to, na samą myśl o byciu freelancerem, byłam przerażona. Praca na zlecenie kojarzyła mi się z głodówką i wiecznym żebraniem o pieniądze. Nie mieściło mi się w głowie, jak można tak żyć.

Aż w końcu wszystko zmienił… przypadek. Nagle stałam się managerem w restauracji. Później zaczęłam pisać teksty na zlecenie, prowadzić portal i biuro podróży. W końcu założyłam własną działalność.

Czy jestem freelancerem?

Tak i nie. Mam stałego pracodawcę, więc nie muszę co miesiąc pozyskiwać nowych klientów. Jednak przez prawie trzy lata prowadzenia własnej firmy udało mi się nawiązać wiele cennych i ciekawych współprac, gdzie zajmuję się właśnie pisaniem. Moje życie wywróciło się do góry nogami, wywinęło fikołka i wróciło na swoje miejsce, ale w nowej formie.

Nie siedzę teraz w firmie 8 h. Do biura przyjeżdżam, na kilka godzin, często pracując z domu. Najproduktywniej pracuję pomiędzy 7 a 11 rano. Później zajmuję się innymi sprawami i jeżeli trzeba – pracuję dalej. Są dni, gdy nie wiem, w co ręce włożyć, a zlecenia walą drzwiami i oknami. Są też takie dni, kiedy mogę odetchnąć, lub kiedy mogę załatwić swoje sprawy, bez tłumaczenia się komuś, co i dlaczego.

studentka Dzienna, w 2008 roku, mieszkanie w stolicy

Nigdy nie zapomnę, jak kiedyś prezes firmy w której pracowałam „przyłapał” mnie na szukaniu hydraulika w sieci. W godzinach pracy. Dostałam za to ochrzan i poczułam się upokorzona. Bo mimo wszystko, sprawdzanie, co robię w danej sekundzie i co akurat przeglądam, mimo wszystko jest moją prywatnością. Teraz nie muszę się z tego tłumaczyć. Wielka ulga.

Jak to wszystko ogarnąć?

Uwielbiam pracować projektowo. Co nie oznacza, że mnie to nie męczy, ale praca ma to do siebie, że potrafi wycisnąć ostatnie soki. Kiedy jednak dostaję zlecenie, wiem, co muszę zrobić i to ROBIĘ. Po prostu. Na marginesie – bardzo fajnie pomaga mi w tym aplikacja na g-maila (rozszerzenie) o nazwie Sortd., gdzie grupuję sobie rzeczy do zrobienia i nie muszę szukać zagubionych maili. Polecam!

Argument „ja bym nie potrafił się zorganizować” jest dla mnie słaby, bo to się samo dzieje. Chcesz zarobić, to robisz. A o której i gdzie – twoja sprawa. Możesz pisać w kawiarni, w parku albo w domu. Byle dostarczyć wysokiej jakości materiał w terminie.

Brzmi bajkowo, ale to żadna bajka, tylko zwyczajne życie. Pracowite.

Praca w domu czy w coworking?

Miałam okazję pracować w aż trzech przestrzeniach coworkingowych w Warszawie. Businesslink, Mindspace, a obecnie WeWork. W takich miejscach mój szef wynajmuje całe biuro, ale można również wynająć sobie tylko biurko. To super opcja dla tych, którzy są freelancerami, ale nie lubią lub nie mogą pracować w domu.

na śląsku, do Warszawy, mieszkanie w stolicy

Coworking ma wiele zalet – nie czujesz się samotny, pracujesz w ultranowoczesnej przestrzeni, masz pyszną kawę pod ręką… Dla mnie minusem jest hałas i zgiełk, ale nie jestem obiektywna. Oczywiście, za taką przestrzeń trzeba płacić – zapewne więcej niż tysiąc złotych. Wiele zależy od tego, jakie kto ma stałe dochody.

Ja kocham pracować w domu. W domu wszystko idzie mi sprawnie. Mam dwa monitory, co sprawia, że się nie męczę tak szybko. Mogę też w przerwach załatwić ważne dla mnie sprawy.

Ciemne strony bycia freelancerem

Pracując projektowo, wystawiam rachunki do opłacenia. A co, jeżeli ktoś mi nie zapłaci? Jeżeli trafię na nieuczciwego zleceniodawcę? Zdarzało się, choć, odpukać w niemalowane, po ostatecznych bojach zawsze dostawałam wynagrodzenie. Mam szczęście do terminowych płatności, ale zdarza się, że muszę pisać wiele maili z przypominaniem się o pieniądze. Znam również procedurę wysyłania polecenia zapłaty. Upokarzające i bardzo stresogenne.

Czy zarabianie pieniędzy jest trudne?

Mam dwie ręce i jestem jedna. Robię więc tyle, ile dam radę. Pracuję dla mojego szefa. Sama jestem sobie szefową, przyjmuję zlecenia. Szukam klientów. Piszę książki. Czasem zdarza mi się poprowadzić jakieś spotkanie, a nawet event. I tak, ziarnko do ziarnka, po każdym bardzo pracowitym miesiącu, zbiera się wypłata. A ja czuję, że naprawdę zarobiłam te pieniądze. Nie dlatego, że odsiedziałam 8 godzin, ale dlatego, że robiłam to, co potrafię.

Czy tak będzie zawsze? Nie wiem, ale walczę o to, by było coraz lepiej.

nauką na śląsku, do Warszawy, mieszkanie w stolicy

#kolejne artykuły