Jak odnaleźć sens życia? | worldmaster.pl
#

„To nie ma sensu” – słyszymy niejednokrotnie z ust bliskiej osoby. Czym jednak jest ten cały sens i jak go odnaleźć w swoim życiu?

Powyższe pytanie na pewno nie należy do gatunku tych, na które odpowiedź możemy udzielić w mgnieniu oka. Posuwając się dalej, można byłoby je nazwać pytaniami z natury egzystencjalnej, a bardziej pretensjonalni odbiorcy, określiliby je jako filozoficzne. Myślę jednak, że właśnie takie pytania, rodzą w nas pewne zmiany. Skłaniają nas do przemyśleń i poszukiwania odpowiedzi, a to natomiast prowadzi do uzyskania świadomości większej, niż do tej pory.

Sens i jego definicję zostawmy osobom, które potrafią go określić w sposób, który byłby zrozumiały i klarowny dla każdego człowieka. Przyznam się szczerze, że ja tego nie potrafię. Mógłbym napisać, iż sens oznacza odczuwania pewnego stanu emocjonalnego (raczej pozytywnego), który towarzyszy nam podczas wykonywania określonej czynności lub znajdowania się w pewnym stadium życia. Tym stanem emocjonalnym może być spełnienie, poczucie dobrze obranej drogi życiowej lub odczuwanie satysfakcji w pewnym momencie swojego życia. Nie twierdzę jednak, iż jest to definicja pełna i zamknięta. Pragnę jeszcze zwrócić Wasza uwagę, że tak naprawdę ciężko jest znaleźć słowo zastępcze do „sensu” w tym znaczeniu, prawda? To też zjawisko całkiem niespotykane. Jak widać, „sens” jest ciekawszy i bardziej wyjątkowy, niż mogłoby się wydawać.

Zamiast skupiać się nad konkretną definicją, chciałbym porozmawiać z Wami o sensie, jako zjawisku, którego w swoim życiu tak często poszukujemy.

Sens życia.

Sens może być różny, ale myślę, że tym głównym i nadrzędnym jest właśnie tytułowy sens życia. Myślę, że jeśli go zabraknie, to ciężko odnaleźć sens w czymkolwiek innym, skoro wszystko składa się właśnie na życie. Przepraszam, ale sam już czuję, że powoli zaczynam filozofować, a przecież nie o to tutaj chodzi. Mam na myśli to, że sens życia ludzkiego, bardzo często jest dla nas nieodgadniony. Choć wydaje nam się, że przecież on jest, to w rzeczywistości nie potrafimy go odnaleźć. Nie zawsze i nie codziennie, ale zdarza się, że gubimy go gdzieś po drodze.

sens życia

Ten brak sensu życia, może objawiać się poczuciem beznadziejności sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy i w której tkwimy przez dłuższy czas. Sens, a raczej jego brak, może wiązać się z wiecznym szukaniem tego, co chcemy robić, a już przede wszystkim z tym, co lubimy robić. Brak tego poczucia może objawiać się chaotycznym działaniem, zmienianiem swojego zdania, a także ogólnym poczuciem frustracji. Myślę, że osoby, które poszukują sensu swojego życia, mogą czuć się zagubione. Wręcz obce w świecie natłoku informacji i życia, które tak często idealizujemy.

Każdy ma inne przeznaczenie.

Zauważmy jeszcze tylko, że tak naprawdę prawdziwy sens życia jest prosty i myślę, że każdy, kto żyje, spełnia go. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to można by rzec, że sensem życia jest życie. Kropka. Koniec rozważań. Z drugiej jednak strony, można by to wzbogacić o kolejne przykłady i właśnie o to chodzi mi w tym artykule, aby trochę rozwinąć to zagadnienie. Jednak w tym aspekcie, musimy już zdać sprawę, że sens życia dla każdego z nas jest czymś innym.

Dla pana Kowalskiego będzie to obejrzenie meczu ligi mistrzów, dla pani Grażynki będą to, coniedzielne odwiedziny wnucząt, a dla aspirującego piłkarza będzie to po prostu gra w piłkę. Problem w tym wszystkim jest taki, że nie każdy z nas zna swój sens życia. Myślę, że większość z nas nie wie, czym on jest. Choć możemy żyć w błogiej nieświadomości, że wszystko jest w porządku, to jednak to momentami uporczywe kłucie w sercu, podpowiada nam coś innego. W tym właśnie tkwi cały sęk, naszych dzisiejszych, wspólnych rozważań.

Od razu zaznaczę, że nie chcę kreować się na znawcę tematu i osobę wszechwiedzącą. Na tym mi nie zależy, nawet gdybym kimś takim był. A nie jestem. Dlatego, jeśli ktokolwiek uważa, że w tym tekście powiem mu, co jest sensem jego życia, to przepraszam, ale tego nie zrobię. Nie jestem jasnowidzem ani czarnoksiężnikiem, w których czasami tak bardzo chcemy wierzyć. Po co więc powstaje ten tekst? W jakim celu go tworzę? To całkiem proste. Aby pokazać Wam wszystkim i ukazać wszystkim niedowiarkom, że sens życia jest ważny. Poza tym, być może dzięki moim słowom, zaczniecie myśleć i działać. A jeśli to już się stanie, to wtedy nie mam wątpliwości, że prędzej, czy później swój sens odnajdziecie.

Jak znaleźć sens życia?

Paradoksalnie, głównym problemem, jaki stoi na drodze do poznania swojego przeznaczenia, nie jest wcale  życie lub nasz umysł, ale my sami. To trochę tak, jak ze wszystkim. Wszelkie bariery, jakie powstają w naszym życiu, na ogół tworzymy my sami. Czy to poprzez złe nastawienie, czy to swoje zachowanie, czy to poprzez nieodpowiednie środowisko, które przecież sami wybieramy. Daleki jestem od zrzucania winy na cokolwiek innego, co nie ma bezpośredniego związku z nami.

Pisząc, że to my jesteśmy odpowiedzialni za to, że sens życia w naszym życiu nie chce się jawnie objawić, mam na myśli wcale nie tak trudną zależność.

Im mniej aktywni jesteśmy, tym trudniej jest nam ten sens odnaleźć.

aktywność

Aktywność nie oznacza aktywności fizycznej. Wtedy byłoby to zbyt proste. Aktywność oznacza dla mnie działanie, ruch. Również w ujęciu metaforycznym, wykraczającym poza granice fizyczności. To tak samo, jak z odnalezieniem tego, co lubimy robić. Zasadniczo to niejako łączę oba te pojęcia, bo (nie wiem, czy słusznie, ale tak niejako podpowiada mi logika oraz intuicja) uważam, że znalezienie tego, co się lubi i tego, co się chce robić w życiu, jest ściśle związane z jego sensem.

Bądź aktywny.

Nasze życie sprowadza się do pewnej działalności, a przynajmniej sprowadzać się powinno. Nawet jeśli jesteśmy mało aktywni, to i tak coś ze sobą robimy. Jedni oglądają telewizję, inni czytają książki, jeszcze inni chodzą do pracy, a jest też grupa, która podróżuje po świecie. Nie ma to znaczenia. Każdy z nas coś robi i to jest fakt. Tym samym, całe nasze życie to działanie. Życie jest zorientowanie na wykonywanie określonych czynności. Nawet zwykłe leżenie to też czynność. Bierna, ale nadal aktywność.

Zmierzam do tego, że jeśli coś stanowi całe nasze życie (wykonywanie czynności), to odnalezienie w tych czynnościach tego, co sprawia nam wyjątkową radość, będzie oznaczało także realne odszukanie sensu życia. Jak już to wielokrotnie podkreślałem, problemem jest jednak to, że często kompletnie nie wiemy, jak ten sens poszukać.

Sens życia można odnaleźć poprzez działanie.

Wracamy w tym miejscu do urwanego wcześniej wątku.

Aktywność powoduje, że ten sens jest nam łatwiej odnaleźć. W jaki sposób? Poprzez działanie. Im więcej robimy, im więcej czynności wykonujemy, tym naturalniej, więcej świata poznajemy. Nawet nie tylko świata, ale także samych siebie. W końcu wszystko, co robimy i wszystko, co nas otacza, oddziałuje na nas w pewien sposób i z pewną siłą. Tym sposobem zdobywamy bezcenne doświadczenie i nie mam tutaj na myśli doświadczenie wymagane na rozmowie kwalifikacyjnej o pracę. Chodzi mi o doświadczenie życiowe, które zdobywać możemy na co dzień. W każdej chwili istnienia.

Dzięki paraniu się różnych zajęć i stawianiu się w różnych sytuacjach, stajemy się bardziej zdolni i rozumiejący więcej zjawisk nas otaczających. W ten sposób jesteśmy bardziej świadomi siebie i swojego własnego poczucia sensu. Bo tak naprawdę, jeśli nie wiemy, co stanowi sens życia, to jak chcemy go odnaleźć, jeśli nie robimy nic w tym kierunku? Jestem zdania, że myślenie na ten temat potrafi wiele wnieść, ale samo myślenie na niewiele się zda, jeśli zabraknie działania. Dzięki refleksji możemy domyślić się pewnych rzeczy lub wysnuć odpowiednią teorię. Jednak jej sprawdzenie należeć już będzie do aktywności.

Konkluzja.

Aby poszukać lub chociaż zacząć szukać sensu swojego życia, powinniśmy być aktywni, w celu nabycia nieodzownego doświadczenia i zwyczajnego sprawdzenia, co sprawia nam największe poczucie spełnienia. Jeśli chodzimy do pracy, od której mamy odruch wymiotny, to wątpię, aby stanowiła ona sens życia. Natomiast, jeśli kochamy biegać i biegamy, wtedy prawdopodobnie ten sens został przez nas odnaleziony.

Czy sens życia może być złudny?

Sens życia jest bardziej złożony, niż mogłoby się to wydawać. To trochę ironicznie napisane, bo zdaję sobie sprawę, że i tak pisze już momentami delikatnie zawile. Mam na myśli fakt, iż sens życia może być rozumiany dwojako. Albo jako coś jednolitego i pojedynczego, albo jako coś wielorakiego. Sugerując się tym, co napisałem, możemy dojść do pewnego wniosku.

Ktoś może być nieszczęśliwy, z powodu chodzenia do znienawidzonej pracy i tym samym, nie odczuwać sensu. Ale równie dobrze ta sama osoba, może po pracy biegać, czyli robić to, co szczerze kocha i wtedy ten sens odnajdować, właśnie w tej aktywności.

działanie

Wybaczcie, ale nie sposób jest mi odpowiedzieć, czy takie zachowanie i taki przejaw życia oznacza, iż taka osoba ten sens życia ma, czy też nie. Intuicja podpowiada mi, że nie. Mogę nawet posunąć się o krok dalej i powiedzieć, iż jest to sens złudny. Zafałszowany przez chwilowe odczuwania sensu, podczas biegania, kiedy tak naprawdę przez resztę dnia, nie jesteśmy go w stanie nawet dostrzec. Naturalnie, takie postrzeganie siebie i swojego życia jest lepsze, aniżeli w przypadku osób, które nie mają nic, czym mogłyby się podeprzeć. Jednak nadal twierdzę, że nie jest to sytuacja, która mogłaby uchodzić za dobrą, czy odpowiednią. Co więcej, takie stworzone przez nas samych warunki, mogą tworzyć pewne komplikacje. Możemy mieć poczucie, że wszystko jest w porządku i tym samym, zaniechać jakichkolwiek zmian. Po prostu nie będziemy świadomi tego, że tak naprawdę sens życia nie jest nam znany lub nie jest przez nas praktykowany.

Sens ludzkiego życia nie jest wartością stałą.

Równie dobrze, takie przejawy odczuwania i braku odczuwania sensu, mogą być czymś normalnym. Bo tak samo, jak nie jesteśmy w stanie nieustannie być szczęśliwymi i uśmiechać się, tak i być może ten sens życia, możemy w pewnych sytuacjach tracić lub trochę gubić. W końcu czasami nasza codzienność jest nieprzewidywalna i relatywnie nie trudno jest się w niej zatracić. Niemniej jednak nadal skłaniam się bardziej ku temu, że bez względu na okoliczności, sens życia powinien w nas być i zawsze powinien być przez nas odkryty.

A jak to zrobić, już wiemy.

Trzeba się otworzyć i być aktywnym. Próbować nowych rzeczy i sprawdzać się jako człowiek. Nie jako ojciec, rodzic, pracownik, sportowiec, czy działacz społeczny. Po prostu jako człowiek. Wtedy stajemy „czyści” na początku odkrywania siebie i łatwiej jest nam odszukać w sobie czynnik, który sens życia zdefiniuje.

rozmowa

Kwintesencja życia.

Z sensem życia jest trochę tak samo, jak z wytłumaczeniem silnej woli. Przywołałem akurat ją, bo i o niej już raz pisałem, i wiem, że wytłumaczenie tego zjawiska na przestrzeni jednego artykułu, który ma być w miarę „czytodajny” dla Was (to znaczy o w miarę rozsądnej długości), jest bardzo trudne. Wręcz niemożliwe. Mimo to uważam, że tym tekstem, choć trochę nakierowałem Was na to zjawisko. Ciekawscy mogą sami zgłębiać ten temat i podzielić się ze mną owocami swojej pracy. Kto wie, może właśnie w tym, tkwi Wasz sens? Natomiast leniwi, mogą czekać, zanim ponownie nie poruszę tego tematu i zagłębię się w niego mocniej. Wasz wybór!

Sens życia jest ważny tak naprawdę z wielu powodów, ale jeden szczególnie wysuwa się na pierwszy plan. To on nadaje naszemu życiu smaku. Gdybym miał to w jakiś sposób zobrazować, to powiedziałbym, żebyście wyobrazili sobie coś, czego wyjątkowo nie lubicie robić i w czym kompletnie nie widzicie przyszłości. Jak już to zrobiliście, to teraz pomyślcie, że robicie to do końca swojego życia. Niezbyt ciekawa wizja, prawda? No właśnie.

Dokładnie tak widzę życie, pozbawione sensu.

Nie chcę poruszać bardziej dramatycznych nut i głosić Wam kazań. Mógłbym przecież napisać, że jesteśmy istotami uprzywilejowanymi i wręcz naszym obowiązkiem, jest odpowiednie wykorzystywanie daru, jaki mamy, choćby z powodu wdzięczności. Ale przecież to byłoby już zbyt pretensjonalnie. W ten sposób musiałbym też tępić wszystkich, którzy palą, piją alkohol i są otyli, a tego robić nie chcę, bo moim zadaniem nie jest wchodzenie w Wasze życie, ale zwracanie uwagi na pewne zagadnienia. Ja jestem tylko taką iskierką, która może, ale nie musi spowodować u Was zmiany. To, czy tak się stanie, zależy od Was.

Spokojnie. W końcu go znajdziesz!

Adekwatnie do tematu tekstu, napiszę, iż dla mnie, między innymi sensem życia, jest pobudzanie innych do działania. Tutaj możemy pójść ponownie dalej i zastanowić się, czy sens życia jest jeden dla wszystkiego, co robimy, czy może być różny w zależności od tego, czym się akurat paramy. To są naprawdę trudne pytania, na które znalezienie odpowiedzi pozostawiam do refleksji Wam wszystkim.

Moim zdaniem sens życia jest jeden i odnosi się do całego naszego istnienia. Jednak możemy go postrzegać pod wieloma różnymi postaciami, które objawiają się poprzez to, co robimy na co dzień. W ten więc sposób, możemy odczuwać sens życia, graniczący z euforią, kiedy biegamy i sens życia mniej odczuwalny, ale za to bardziej stały, kiedy wykonujemy zajęcie, ukierunkowane mocniej na długofalowość. W obu przypadkach ten sens życia się pojawia i uważam, że mniej ważną kwestią jest, jaki on jest i czy zawsze jest jednolity, od tego, czy w ogóle on występuje. Bo w dobie dzisiejszego zatracania się i poszukiwania własnej tożsamości, posiadanie sensu istnienia, wcale nie musi być tak pewne, jak mogłoby się wydawać.

sens życia ludzkiego

Doszliśmy do końca naszych rozważań, ale wierzę, że jest to równocześnie początek Waszego myślenia nad sensem życia. Jeśli go do tej pory nie znaleźliście – nie przejmujcie się. Szukajcie go i działajcie w swoim tempie. Jestem pewien, że on się pojawi, tylko w swoim, bliżej nieokreślonym czasie.

Trzymajcie się mocno tego, co sprawia Wam największą radość, bo to bardzo często tam tkwi sens całego naszego istnienia.

Bądźcie silni. Żyjcie sensownie. Do następnego!

Zawsze będę uparcie twierdził, że życie to doskonały nauczyciel. Wystarczy być tylko uważnym obserwatorem, żeby uczyć się z codzienności. Często zdarza się, że doświadczamy konkretnego wydarzenia, które na pozór wydaje się niczym ważnym, ale w rzeczywistości może nas wiele nauczyć. Dlatego dziś chciałbym podzielić się z Wami prawdziwą historią. Będzie to opowieść, która choć normalna – pobudziła mnie do myślenia i skłoniła do refleksji, z której to wypłynął właśnie ten tekst. Niewątpliwie na to, że tak mocno zarysowała się ona w mojej pamięci, miał znaczenie także stres, który w tamtej chwili mi towarzyszył.


Historia na faktach!

Jakiś czas temu wybrałem się z moją mamą do oddalonego o kilkaset kilometrów miasta. Jak to na ogół bywa w takich sytuacjach, oboje nie znaliśmy go na tyle, aby móc bez żadnego wsparcia do niego dotrzeć. W tym więc celu uruchomiliśmy nawigację i wraz z metalicznym głosem, wydobywającym się z telefonu, wyruszyliśmy w trasę.

I to właśnie ten wyjazd sprawił nam nie lada kłopoty.

Przyjechaliśmy drogą, którą już raz się poruszaliśmy. Nie było dużo okazji do pomyłek, więc do celu dotarliśmy względnie bez żadnych niespodzianek. Pobyt w mieście również przebiegł bez komplikacji. Wszystko za sprawą siostry obeznanej z miastem i znającej jego najmniejszy zakątek. Muszę przyznać – była lepsza niż GPS! Gorzej jednak było z wyjazdem, gdzie znowu byliśmy zdani tylko na siebie. Aczkolwiek rozochoceni towarzystwem naszej przyjaciółki (nawigacji GPS), postanowiliśmy wybrać nową trasę. Może trudniejszą, ale na pewno szybszą.

Ach ten nieustanny pęd!

Oszukać przeznaczenie…

Wszystko byłoby dobrze, gdybyśmy oboje nie próbowali być mądrzejsi od naszego towarzysza podróży, który zapewne, gdyby mógł, mocno by się na nas zdenerwował. W pewnym momencie nie posłuchaliśmy go. Zgodnie uznaliśmy, że się myli. W końcu to tylko maszyna, mówiliśmy. To nie to samo, co my – ludzie! Twierdziliśmy z dumą.

Już po kilku minutach żałowaliśmy swoich słów. Pobłądziliśmy niesamowicie, a trasa, która miała być rzekomo szybsza, odbiła się nam czkawką. Zmarnowaliśmy kilkadziesiąt minut na szukaniu odpowiedniego rozwiązania. Jakby tego było mało, w pewnym momencie znaleźliśmy się na drodze ekspresowej, z której nijak nie można było zjechać. Tylko przed siebie! Problem w tym, że nie wiedzieliśmy, czy „przed siebie” oznacza drogę do domu, czy w kompletnie innym kierunku.

stres

Teraz możecie się z tego śmiać (sam to robię!), ale wtedy nie było nam do śmiechu. Jechaliśmy zestresowani, zdezorientowani i pogodzeni z tym, że nasza orientacja w terenie nie należy do najlepszych. Nie ukrywam, że się przejmowałem. Negatywne myśli zaczęły mnie oplatać i wysysać ze mnie absolutną radość życia. Radość, choćby z tego, że mogę jechać samochodem i spędzać miło czas z bliską mi osobą. Jeśli uważacie, że przesadzałem, to musielibyście zobaczyć moją mamę! Nie dość, że zestresowana to jeszcze zdenerwowana! Oczywiście na kogo? Pewnie, że na mnie! Bo kto chciał wybrać inną, nową i „super-szybką” drogę? Pewnie, że ja!

Możecie sobie tylko wyobrazić, że to nie pomagało mi ten stres przezwyciężyć…

Refleksja z Happy Endem.

Im dłużej jechaliśmy, tym z upływem kolejnych minut, uświadamiałem sobie pewną rzecz. Otóż nie mieliśmy innego wyjścia. Wcześnie była taka opcja, ale kiedy znaleźliśmy się już na drodze bez żadnego zjazdu, jedynym wyborem było podążanie przed siebie. Skoro więc nie było żadnej alternatywy (bo przecież nie zacznę jechać na wstecznym), to dlaczego w ogóle mamy się tym przejmować? Dlaczego mamy płakać i lamentować nad czymś, nad czym nie mamy już żadnego wpływu?

Jak to powiedzieliby zwłaszcza starsi ludzi – mleko się rozlało, więc nie ma sensu już nad nim płakać.

Kiedy to do mnie dotarło, mogę Wam powiedzieć z ręką na sercu, że wszystko się nagle ułożyło. Stres odpuścił. Negatywne myśli poszły w zapomnienie, a po kilku minutach perswadowania mamie tego punktu widzenia, jej zdenerwowanie także się rozpłynęło. W końcu nie mogliśmy zrobić niczego innego, jak tylko jechać przed siebie. Musieliśmy to zaakceptować, bo innej drogi nie było, a nerwy i stres w niczym by nie pomogły.

Wiecie, co okazało się po kilku kilometrach? Nie uwierzycie!

Nasz kierunek jazdy był poprawny! Kiedy już nasza przyjaciółka nawróciła się i postanowiła jednak z nami współpracować, zrozumieliśmy, że poruszamy się w dobrą stronę. W stronę domu. Uśmiech, jaki wykwitł na twarzy mojej mamy, był nie do opisania. Koniec końców wszystko skończyło się dobrze, a my spokojnie – choć wcale nie tak szybko – dotarliśmy do celu.

Lekcja życia numer… ?

Nie myślcie, że przytoczyłem Wam tę prawdziwą historię, tylko dlatego, aby podzielić się z Wami własną niefrasobliwością na drodze. Albo, że zamieniam swoje teksty w prywatny pamiętnik! Ta opowieść ma swój cel i zadanie do spełnienia. Istotnie była to dla mnie prawdziwa lekcja życia. Ma Wam ona pokazać jedną, niezniszczalną prawdę o naszym życiu, o której zdecydowanie zbyt często zapominamy. W efekcie marnujemy swoje siły, czas i tak bardzo cenną w dzisiejszym czasie – energię życiową. Ta prawda brzmi dokładnie tak samo, jak tytuł tego tekstu.

Nie przejmuj się rzeczami, na które nie masz wpływu!

Jak wszystko, wydawać się to może dość proste. Przecież, co takiego jest w tym trudnego? Kilka słów, jedno zdanie. Banalne! Jednak samo przeczytanie tych słów na niewiele się zda. Chodzi o ich zrozumienie i wprowadzenie w życie, a z tym jest już większy kłopot.

Martwimy się wieloma rzeczami. Przejmujemy się każdego dnia, a stres towarzyszy nam nazbyt często. Trudno się temu dziwić, skoro nasze życie i cały obecny świat nieustannie przyspiesza, i zarzuca nas kolejnymi wymaganiami, którym ciężko sprostać. Wiele osób popada w nerwicę, depresję lub zmaga się z chronicznym stresem. W rezultacie niszczy to ich życie i zabiera z niego jakąkolwiek radość. Pozostaje tylko ciemność i uczucie niepokoju, rozciągające się w naszym wnętrzu…

Nie przejmuj się rzeczami, na które nie masz wpływu

Oczywiście ze stresem można walczyć, są ku temu odpowiednie techniki, ale to nie jest celem tego tekstu. Jak widzicie i zapewne wiecie –w życiu mamy już wystarczająco wiele zmartwień, więc dokładanie do nich kolejnych nie ma większego sensu. To tak samo, jak wpychanie kolejnego kęsa ziemniaków przez babcię. Skoro jesteście już pełni i pękacie z przejedzenia, to po co wkładać w siebie kolejną porcję? Tak samo jest ze zmartwieniami. Jeśli jest ich już w nas dużo, to dlaczego mamy je sobie jeszcze dokładać, skoro nie musimy tego robić?

Nie pozwól, aby zjadł Cię stres.

Zwróćcie uwagę, że przejmowanie się rzeczami, na które nie mamy wpływu, nie jest rozsądne. Powiem więcej. To może być niesamowicie niszczycielskie względem naszego całego życia. Bo wyobraźcie sobie, że przejmujecie się wszystkim i wszystkimi. Tym, co ktoś sobie o Was pomyśli. Tym, czy pani od historii zrobi test. Albo, czy Wasz szef będzie w dobrym humorze. Tym, czy będzie padało, czy świeciło słońce. Tym, czy Wasz pies pozna Was po powrocie z wakacji… Ta ostatnia sytuacja wydaje się kuriozalna, ale w mocnym stadium przejmowania się wszystkim dookoła, takie pozorne błahostki, również mogą występować.

Nie dość, że w ten sposób wiecznie zatruwamy swoje życie negatywnymi emocjami, to na dodatek pochłania to całą naszą energię oraz czas, którzy moglibyśmy przeznaczyć, chociażby na okazywanie radości! Doskonale rozumiem, że czasami rzecz, nad którą nie mamy kontroli, a która powoduje nasze zmartwienia, może być naprawdę wielka i przytłaczająca. Takim wydarzeniem może być na przykład śmierć bliskiej osoby. Trudno wtedy komukolwiek powiedzieć, żeby nie płakał, bo „mleko i tak już się rozlało”.

Nie polecam tego robić.

Nawet śmierć można przeżyć. Potrzeba tylko czasu.

Zauważcie, że nawet i w tym aspekcie wieczne pogrążania się w depresji i żałobie także na niewiele się zda. W końcu tym sposobem życia zmarłej osoby nie przywrócimy. W ogóle nie możemy tego zrobić. Dlatego właśnie myślę, że wiele osób potrafi radzić sobie po śmierci najbliższych. Nie od razu, ale stopniowo, dzień po dniu godzi się z tym, co się stało. Oddaje należyty szacunek i na swój sposób – żegna się ze zmarłą osobą. Systematycznie zaczyna rozumieć, że pogrążanie się w płaczu, nic już nie zmieni, a zmarły lub zmarła, na pewno nie pragnęłaby, abyśmy zamieniali swoje życie w morze łez.

W efekcie żałobnik ponownie zaczyna żyć. Rozumie, że skoro nie może już nic zmienić, to pora wrócić do normalnego funkcjonowania. Oczywiście, że w jego sercu już na zawsze może pozostać mały cień, ale po takiej stracie jest to coś naturalnego. Chodzi o to, aby uświadomić sobie, że w pewnym momencie trzeba powiedzieć sobie:

Dość. Wypływam na powierzchnię.

Potrafię zrozumieć stres, wynikający z sytuacji, na które nie mamy wpływu. To taka naturalna reakcja obronna naszego ciała. Wzmożona czujność, napięcie, wyrzut adrenaliny. Jeśli zdarza się raz na jakiś czas – świetnie! Nasz organizm pracuje prawidłowo i wytwarza mechanizm przetrwania. Jeśli jednak występuje to bez przerwy, wtedy mamy problem. Obrazowo pisząc – prędzej, czy później nasze ciało przemęczy się wiecznym „stanem czuwania” i krótko mówiąc – wypali się. Dlatego, jeśli tylko możemy, powinniśmy stres redukować. I właśnie w tym celu warto przestać przejmować się rzeczami, które są gdzieś poza naszym zasięgiem. Choć doskonale rozumiem, że mogą być one często ciężkie, trudne i złe, to bez względu na to, co zrobimy i jak zareagujemy, one zawsze będą takie same. Będą istniały dalej w tej samej formie i bez wpływu pozostanie nasze działanie.

Świata nie zbawisz, ale siebie – owszem.

Czy możemy zmienić to, co pomyślą sobie o nas inni? Czy można mieć wpływ na pogodę? Można jakkolwiek wpłynąć na to, czy w drodze do pracy będzie korek? Nie! Ale zawsze możemy mieć wpływ na to, jak zareagujemy na te wszystkie „rewelacje”. Zamiast więc martwić się i stresować, polecam trzeźwo myśleć. To nie tylko zapewni Wam trochę więcej spokoju, ale także, być może dzięki temu znajdziecie rozwiązanie.

Choć nie mamy wpływu na pogodę, możemy ubrać adekwatny strój do panujących warunków. Choć korek w drodze do pracy jest poza naszym zasięgiem, to zawsze możemy wcześniej znaleźć inną trasę.

Jak widzicie, czasami można znaleźć rozwiązanie z sytuacji, lub chociaż zrobić coś, co ten stres zredukuje. Zanim jednak do tego dojdzie, musimy zacząć od siebie. Musimy zmienić swoje nastawienie do tego, na co nie mamy wpływu. To i tak dzieje się poza nami. Nie ważne, czy będziemy brali w tym udział, czy nie. Pogoda zawsze będzie taka sama. Ludzie dalej będą gadali, a drogi ekspresowe, czy autostrady dalej będą proste jak stół i nie da się na nich tak po prostu zawrócić!

Nie przejmuj się rzeczami, na które nie masz wpływu!

nie przejmuj się

Polecam się więc nad wszystkim zwyczajnie zreflektować. Naprawdę nie ma większego sensu przejmować się rzeczami, na które wpływu mieć nie możemy. Zwyczajnie je zaakceptujemy i zamiast zamartwiać się, poszukajmy ewentualnego rozwiązania, mogącego zminimalizować ewentualne szkody. Jednak przede wszystkim, uśmiechnijmy się. Choćbyśmy podążali z silnym nurtem rzeki, wprost  ku przepaści. W końcu, skoro i tak czeka nas zguba, to chyba lepiej robić to z uśmiechem na ustach, niż ponurym wyrazem twarzy, prawda?

Ale spokojnie!

Zguba wcale nie musi na nas czekać! Bo nigdy nie wiadomo, czy za kolejnym zakolem rzeki, z której prądem się poruszamy i tłuczemy o boki, nie pojawi się coś, co nagle odmieni naszą sytuację na lepsze.

Innymi słowy, mówiąc:

Nigdy nie wiadomo, czy droga ekspresowa, na którą wjedziesz, nie okaże się tą prawdziwą, która zaprowadzi Cię do domu!

Nawet jeśli trafiłeś na nią zupełnie przypadkowo!

Tożsamość każdego człowieka to bardzo delikatny temat. Nikt nie chce jej zgubić, jednak chcąc podobać się każdemu, możemy ją zatracić. To się wiąże niejako z pułapką perfekcjonizmu, w którą często wpadamy. Chcemy nie tylko robić wszystko najlepiej, ale także podobać się wszystkim dookoła. To zachowanie mogą także potęgować poszczególne cechy charakteru, takie jak: uległość, wrażliwość, łagodność. Dodatkowo przyjęło się, że egoizm jest czymś chorobliwie złym. W końcu to zazwyczaj Ci najbardziej ułożeni i niesprawiający żadnych problemów są tymi, których wszyscy chwalą. Nie chcę jednak wysuwać teorii, że należy być złym i niepoprawnym lub to Ci negatywnie nastawieni, zawsze są nielubiani przez środowisko. Wszystko zależy tak naprawdę od własnych, specyficznych właściwości jednostki oraz jej otoczenia. Nie da się jednak ukryć, że Ci posłuszni, za wszelką cenę chcący być lubianymi przez wszystkich dookoła, są tymi najlepiej postrzeganymi.

Czy warto podobać się każdemu?

Poprzez mówienie „przypodobać się otoczeniu” lub „chęć bycia lubianym przez wszystkich”, mam na myśli takie zachowania, które polegają w głównej mierze na przypochlebianiu się. Co za tym idzie – także na nie robieniu niczego, co mogłoby „urazić” drugą osobę. Oczywiście, że nie twierdzę, iż pomaganie innym, mówienie im komplementów, czy poświęcanie im czasu, jest złe! Wręcz przeciwnie! To bardzo dobra oznaka tego, że jesteś dobrym człowiekiem.

Jednak – choć może zabrzmi to dziwnie, a nawet w pewnym stopniu złowieszczo – nie można żyć w ten sposób cały czas. Powód nasuwa się sam. Robiąc to, nigdy nie będziemy mieli możliwości, aby wyrazić własne zdanie i ukazać własną tożsamość.

egoizm

To właśnie o tę tożsamość mi chodzi. Poprzez wieczne chęci udogadniania innym i przypochlebiania się im, raczej nigdy nie wejdziemy z nimi w jakąkolwiek wymianę zdań. Tym samym – zawsze będziemy się z nimi zgadzać. Idąc dalej tym tokiem rozumowania, przytoczę jeden z lepszych przykładów. W ten sposób możemy otrzymać wręcz zaszczute przez rodziców dziecko, które aby tylko się im przypodobać, boi się wyrazić własne zdanie. Nieważne, czy będzie chodzić o plany na piątkowy wieczór, czy plany na studia. W obu tych przypadkach to ostatecznie rodzice podejmą decyzję, która będzie dotyczyła bezpośrednio nastolatka. Co to dla niego oznacza? Kreowanie rzeczywistości, która nie jest jego, ale osób, którym za wszelką cenę chce się spodobać.

Naturalnie, że rodziców trzeba słuchać (przynajmniej do pewnego momentu w życiu), a już na pewno warto brać pod uwagę ich zdanie. Tak samo, jak zdanie bliskich, przyjaciół, czy nawet nauczycieli w szkole lub osób, zajmujących w pracy wyższe od nas stanowisko, do którego aspirujemy. Myślę, że warto nawet czasami słuchać zupełnie przypadkowe osoby! Kto wie? Może mają nam one coś cennego do przekazania.

Bezmyślne przywiązanie.

Jednak słuchanie różni się od ślepego posłuszeństwa. Poprzez ślepe posłuszeństwo, gubimy swoją tożsamość. Czynnik, który jest tak bardzo ważny w kreowaniu swojej rzeczywistości. Jeśli nie odnajdziemy jej na początku naszego życia, to może okazać się, że nasze późniejsze wybory będą już na zawsze naznaczone brakiem, poczucia spójnego „ja”.

Myślę – i jest to tylko moje zdanie – że taka chęć podobanie się wszystkim, tę tożsamość nam odbiera. Usiłowanie za wszelką cenę dogodzić otoczeniu nie może być dobre. W takich sytuacjach zawsze musimy pójść na kompromis, który zazwyczaj sprowadza się do porzucenia własnego toku rozumowania i własnego punktu widzenia. Stajemy się pustymi pochlebcami, a następnie także ludźmi, bez własnego poglądu na życie. Egzystujemy, trwamy, ale dlatego, że nie znamy siebie – ciężko jest nam cokolwiek w życiu osiągnąć.

Egoizm, a życie.

Być może zabrzmi to samolubnie, ale uważam, że egoizm także powinien być w naszym życiu obecny. Kiedy wiecznie będziemy zajmować się innymi – nawet tymi, którzy nie mają dla nas większego znaczenia – wtedy może zabraknąć nam czasu na rozwój swojej osoby. Prawdą jest, że warto nieść szczęście i radosne uczucia innym. Jednak nie będziemy tego w stanie zrobić, dopóki w naszym wnętrzu nie zapanuje harmonia. A z kolei ona będzie mogła zaistnieć dopiero wtedy, gdy będziemy mogli poprawnie określić swoją tożsamość. Jak już wiadomo, aby to zrobić, nie można ślepo podążać za każdym i być popychanym to tu, to tam, byle tylko zyskać czyjąś sympatię. Aby być szczęśliwym i móc dzielić się szczęściem z innymi, musimy w pewnym stopniu najpierw skupić się na sobie i poszukaniu własnego, życiowego celu. Paradoksalnie poprzez początkowy egoizm, będziemy mogli służyć ludziom w późniejszej fazie rozwoju.

Niestety nigdy nie będziemy mogli tego osiągnąć, jeśli będziemy trwali w stanie – „Chcę podobać się każdemu”. To zjawisko nie byłoby jeszcze aż tak bardzo destrukcyjne, gdyby dotyczyło tylko bliskich nam osób. Wpadamy jednak często w skrajności. Naprawdę znam wiele osób, które przejmują się tym, co może pomyśleć o nich ekspedientka w sklepie lub ktokolwiek spotkany na ulicy. Nie chodzi mi o to, że mamy zachowywać się jak gburowate istoty bez uczuć! Mam na myśli, abyśmy czasami zastanowili się, czy nasze zachowania są podyktowane szczerą chęcią niesienia pomocy lub radości, czy tylko próbą uspokojenia swojego sumienia i pozyskania czyjejś sympatii na siłę?

Nie zakładaj fałszywych masek.

tożsamość

Przecież nie każdy musi nas lubić. Nie oznacza to jednak, że każdy, kto nas nie lubi, musi nas nienawidzić. Spójrzmy na swoje życie. Jest w nim wiele osób, które po prostu są. Ani ich nie lubimy, ani ich nienawidzimy. Są neutralni. Obecni w naszym życiu bardzo sporadycznie i odgrywający w nim tak małą rolę, że nie sposób określić wobec nich żadnych, konkretnych i szczerych uczuć. W ten sam sposób wiele osób postrzega także nas i nie ma w tym nic złego! Każdy dysponuje innym systemem preferencji, bo każdy jest inny. Dlatego, jeśli za wszelką cenę próbujemy pozyskać sympatię każdego, bo „tak czujemy się lepiej”, to może okazać się, że nigdy nie zaznamy prawdziwie, trwałej relacji.

Dlaczego?

Bo będziemy się wiecznie zmieniać. Dostosowywać do kolejnej, napotkanej osoby, która będzie „musiała” nas polubić. Tym samym kompletnie zagubimy swoją tożsamość. Może dojść do tego, że sami nie będziemy już wiedzieli, kiedy jesteśmy sobą, a kiedy po raz kolejny bezrefleksyjnie zgadzamy się z innymi. A to przecież bycie oryginalnym i jedynym w swoim rodzaju, czyni z nas tak bardzo wyjątkowymi ludźmi. To unikalna tożsamość odróżnia nas wszystkich od siebie. Jeśli więc sami nie wiemy, kim jesteśmy, to jak możemy oczekiwać, że kiedykolwiek nawiążemy trwały i szczery związek, w którym przecież o to poznanie siebie chodzi?

Łatwo jest zgubić własną tożsamość.

Chęć podobania się wszystkim dookoła ma swoje miejsce w naszym wnętrzu. Być może to niewłaściwe przekonanie wywołały przykre wspomnienia, gdzie nikt nas nie lubił w danym czasie i otoczeniu, a może to doświadczenia związane z poczuciem izolacji, powodują takie zachowanie? Trudno jest odpowiedzieć na to pytanie. Zawsze jednak ta odpowiedź znajduje się w nas. To nie jest tak, że jest to wiedza tajemna, której rozwiązania nigdy nie znajdziemy. Wręcz przeciwnie! Możemy to zrobić, ale wymaga to od nas nie lada poświęcenia. Skupienia, powrotu do przeszłości – często bolesnej, zredefiniowania swoich poglądów oraz wartości, a także nierzadko również grona osób, w którym przebywamy.

Uważam, że jeśli za wszelką cenę chcemy, aby wszyscy lubili nas, to tak naprawdę nigdy nie będziemy wiedzieli, czy ktoś lubi nas szczerze. Będzie to niewykonalne dlatego, że prawdopodobnie to my i nasze zmienne zachowanie będzie prowodyrem tej relacji. Jaka więc ona będzie, kiedy przestaniemy o nią zabiegać, zajęci przypochlebianiem się innym? Nie wiadomo, ale wątpię, aby była dozgonna i prawdziwie cenna. Zwyczajnie nie można podobać się każdemu! Próba osiągnięcia tego stanu może być opłakana w skutkach. Zagubienie własnej tożsamości to tylko jeden z nich. Do tego śmiało można dołączyć osamotnienie, poczucie beznadziejności, fałszywe poczucie szczęścia i wpadnięcie w niewłaściwe otoczenie. W końcu nigdy nie wiadomo do czego doprowadzi nas, nasz uległy charakter…

Trzeba walczyć o swoją tożsamość i trzeba mieć swoje zdanie. To ona kreuje naszą rzeczywistość. Jednak jej odnalezienie może być ciężkie, kiedy nieustannie chcemy się komuś przypodobać. Dość naturalne jest, że czyniąc to, automatycznie – na ogół – się z taką osobą zgadzamy. A jeśli to robimy, to prawdopodobnie porzucamy własne poglądy i własne zdanie. Tym samym stajemy się fałszywi i sprzeniewierzamy się własnym zasadom i wartościom. Nasza tożsamość odchodzi w zapomnienie, a my sami gubimy się w swoim postępowaniu.

Jeden szczery, czy stu niezaangażowanych?

Warto być dobrym dla innych i warto innym pomagać. Jednak w tym wszystkim nie zapominajmy także o sobie. Jeśli wszyscy Cię lubią, to nie ma w tym nic złego! Może właśnie jesteś tak cudowną osobą, której nie lubić się nie da! Ciesz się! Jednak raduj się tym do momentu, kiedy jesteś pewny/pewna, że postępujesz w zgodzie ze sobą. Należy rozróżnić miłe osoby, które są lubiane za to, kim są, od tych, którzy są lubiani za to, kim są w danej chwili, w danym otoczeniu i w danej sytuacji. Nie twierdzę, że ktoś jest fałszywy, jeśli chce, aby go wszyscy lubili. Jestem jednak przekonany, że w ten sposób zatraca swoją tożsamość na rzecz relacji, która zazwyczaj nie ma większego znaczenia.

W końcu te prawdziwe znajomości nie powinny wymagać od nas robienia czegokolwiek „na siłę”, przywdziewając przy tym fałszywe przekonania, prawda?

podobać się

Nie ma niczego złego w tym, że nie każdy nas lubi. Każdy z nas jest inny i to pewne, że zawsze znajdzie się osoba, której nie będzie podobało się to, jak mówimy, jak chodzimy lub jak się zachowujemy. Machnijmy na to ręką! Przede wszystkim pamiętajmy o tym, aby postępować w zgodzie ze sobą. Przecież nie wszyscy na ulicy muszą mieć o nas pozytywne zdanie. Czy nie lepiej jest, aby kochało nas szczerze 10 osób, zamiast niepewnie lubiło 100?

Stawiajmy na szczere i prawdziwe relacje. Nie bójmy się podążać za swoim własnym, wewnętrznym „ja”. Egoizm też może być dobre. Myślę, że do pewnego stopnia jest konieczny. Zajmijcie się swoim życiem i relacjami z tymi ludźmi, którym nie musicie się przypochlebiać. To właśnie te relacje przychodzą dość naturalnie i nie wymagają od nas porzucania własnej tożsamości.

Książki to piękna sprawa, prawda? Żałuję, że wciąż nie dla wszystkich. Mam jednak nadzieję, że po tym tekście, wielu znajdzie coś dla siebie. Zgadzam się z Wisławą Szymborską, która powiedziała, że czytanie to najpiękniejsza zabawa, jaką sobie ludzkość wymyśliła. W pełni się z tym zgadzam. Dlatego zapraszam Was do czytania tego tekstu, a ja i czekająca na mnie książka, idziemy się świetnie bawić!

(Przepraszam. Nie mogłem się powstrzymać przed nadaniem tak „chwytliwego” tytułu. Tak naprawdę – nic nie musisz).


Tym tekstem chcę wyjść naprzeciw tym, którzy poszukują naprawdę dobrych i ciekawych książek, a nie chcą brnąć przez setki pozycji. Dziś chciałbym zaprezentować Wam trzy książki, które według mnie zasługują na szczególną uwagę. Ci, którzy oczekują, że znajdą się tam same pozycje o rozwoju osobistym, mogą się delikatnie zdziwić!

książka

Oczywiście poniższe pozycje to tylko kropla w morzu pozostałych tytułów. Poza tym wiele książek, których pożądam, wciąż widnieją na liście „do przeczytania” . Tak naprawdę te tytuły, które przeczytałem, stanowią niewielki ułamek tych, które są nadal przede mną. Zdaję więc sobie sprawę, że moja poniższa lista już teraz mogłaby być co najmniej dłuższa o kilkanaście tytułów. Gdybym miał dodać jeszcze książki, których nie przeczytałem, a które są polecane, to prawdopodobnie… Tekst ten nigdy by się nie kończył.

Książki są moją miłością. Jest wiele pozycji, które chciałbym, aby każdy z nas przeczytał przynajmniej raz w życiu. Jednak trzy poniższe wywarły na mnie naprawdę bardzo dobre wrażenie i zapadły mi  na długo w pamięci. Z tego więc powodu uważam, że są one godne Waszej uwagi.

Możecie po nie sięgać bez żadnych przeszkód. Nie zawiedziecie się.

Łukasz Grass – „Najlepszy”.

Jest to pozycja, którą przeczytałem nie tak dawno temu i na której temat powstała nawet recenzja, którą znaleźć możecie TUTAJ. Dla mnie jest to książka kompletna. Odpowiednia zarówno dla sportowców, ludzi pragnących spełniać swoje wielkie marzenia, jak i dla upodlonych przez życie. Znajdziecie w niej wszystko. Począwszy od bardzo bezpośrednich słów i opisów rzeczywistości z perspektywy narkomana, poprzez walkę z nałogiem, która zbyt często kończyła się fiaskiem, a skończywszy na pokonaniu własnych ograniczeń i zostaniu Mistrzem Świata w podwójnym Ironmanie (11km pływania, 360km jazdy na rowerze i 84km biegu).

jerzy górski

Źródło: www.gp24.pl

Opowieść, jaką serwuje nam autor, opowiadana jest z perspektywy głównego bohatera. Jerzy Górski – bo to o nim tutaj mowa, przeszedł w swoim życiu wszystko. To, co ukazuje się naszym oczom, momentami przyprawia o ciarki na całym ciele. Chwilami czujemy się, jakbyśmy czytali zwykła, fikcyjną powieść… Jednak wszystko to, co książka przedstawia, jest prawdą. To była rzeczywistość Jerzego Górskiego. Brudna, brutalna i pozbawiona widoków na przyszłość.

Jednak właśnie dlatego, że Jerzy Górski zdołał z tego wszystkiego wybrnąć, pomimo znalezienia się na kompletnym dnie swojego życia, powoduje, że z czystym sumieniem mogę tę książkę polecić każdemu.

Uwaga! Ta książka może Cię zmienić!

Chciałbym, aby każdy z nas przeczytał ją przynajmniej raz w życiu, bo jestem przekonany, że czasami lamentujemy i płaczemy, użalając się nad swoim losem. Gwarantuję Wam, że ta książka zmieni postrzeganie Waszego położenia. Dzięki niej zrozumiecie, że nie jest z wami nawet w połowie tak źle, jak było z Jerzym Górskim. Ponadto jest to opowieść o niesamowitej determinacji. Jak to zostało wspomniane w książce – tylko najlepsi wychodzą z nałogu. I bohaterowi tych zdarzeń, to się udało. Chciał być najlepszy. Walczył o to ze wszystkich sił i podołał. Wyszedł z nałogu, stał się Mistrzem Świata i pokonał własne demony.

Ta książka to opowieść dla każdego. Nie chodzi o to, że ona motywuje lub inspiruje. Zwyczajnie pokazuje nam, że tak naprawdę nigdy nie jest za późno na walkę za siebie i swoje marzenia. Każdy z nas może zrobić to, co tylko chce. Każdy z nas może być najlepszy.

„Każdy z nas ma w sobie demony i anioły, złe i dobre wilki. Tylko od ciebie zależy, którego będziesz karmić. Nie jesteśmy kryształowi.”

„Obudź w sobie olbrzyma” – Anthony Robbins

Tego pana chyba nikomu przedstawiać nie trzeba. Jest to człowiek, który w światku głównie rozwoju osobistego zyskał sobie dozgonną renomę oraz szacunek w oczach wszystkich. Jego książka „Obudź w sobie olbrzyma” to prawdziwy bestseller, ale nie znalazła się w tym gronie tylko z tego powodu. Fakt jej popularności także o czymś świadczy, ale wybrałem ją do tej trójki z innych przyczyn.

obudź w sobie olbrzyma

Źródło: www.businessinsider.com

Dla mnie jest ona skarbnicą wiedzy. Wiele książek z zakresu rozwoju osobistego skupia się zazwyczaj na jednej lub maksymalnie dwóch myślach przewodnich. Przykładowo mogą to być takie zagadnienia jak planowanie swojego życia, walka ze zmartwieniami lub przezwyciężanie słabości. „Obudź w sobie olbrzyma” posuwa się o krok dalej. Skupia się w pełnym wymiarze na naszym wnętrzu, czyli miejscu, gdzie początek mają wszystkie procesy, opisywane w innych pozycjach z tej dziedziny życia.

Tak więc jestem zdania, iż ta książka może stanowić świetny punkt wyjściowy dla każdej innej lektury tego typu. Nawet jeśli nie zamierzacie czytać nic więcej i „Obudź w sobie olbrzyma” ma stanowić zarówno punkt wyjściowy, jak i końcowy, to zdecydowanie ją polecam.

Co w niej znajdziemy?

Informacje, wiadomości oraz także ćwiczenia i techniki, zapamiętacie na bardzo długo. To, czego się tam dowiecie, może realnie wpłynąć na Wasz światopogląd, sposób myślenia, a w konsekwencji – całe Wasze życie. Książka jest napisana bardzo umiejętnie, podzielona na przejrzyste rozdziały, a to, co najbardziej mi się w niej podobało to konkretne informacje. Autor nie lawiruje między pięknymi słowami, które niewiele wnoszą do życia. Otrzymujemy od niego jasne wskazówki, jak możemy zmieniać swoje życie na lepsze. Wystarczy, że wprowadzimy je w życie.

Zanim jednak zaoferuje nam klarowną pomoc, wszystko pięknie tłumaczy. Wyjaśnia rolę stawiania sobie pytań, a następnie podaje nam ich przykłady, którymi możemy się śmiało posługiwać. Wskazuje na wagę stosowanego słownictwa, a potem okrasza to wszystko praktycznymi wskazówkami. Cała książka jest prawdziwą skarbnicą wiedzy, dzięki której możemy odnaleźć siebie i swój życiowy cel.

Napisana została prostym, plastycznym językiem. Autor używa wielu porównań, opisuje swoje własne, życiowe doświadczenia, a dzięki temu my – czytelnicy, jeszcze lepiej możemy zrozumieć jego myśl. „Obudź w sobie olbrzyma” to zdecydowanie książka, która może pomóc nam zbudzić, czającego się w nas, rekina sukcesu.

(Uwaga! Nie jest to jednak książka psychologiczna, dlatego do pewnych informacji radzę podchodzić z należytym dystansem człowieka, potrafiącego myśleć krytycznie).

Zdecydowanie warto poświęcić na nią kilka długich wieczorów. Na pewno nie będzie to czas zmarnowany.

„Jedną z rzeczy, które najbardziej lubię w swojej pracy, jest możliwość rozwikłania tajemnicy ludzkiego zachowania, co pozwala mi proponować prawdziwie skutecznie rozwiązania ludzkich problemów.”

„Złodziejka Książek” – Markus Zusak.

Trochę się głowiłem, czy umieszczenie tutaj tej książki jest dobrym wyborem. W końcu wygrały ze mną emocje i stwierdziłem, że ona także zasługuje na swoje miejsce w tym zaszczytnym gronie.

O ile wcześniej wymienione książki nastawione były bardziej na fakty, tak ta pozycja jest zgoła inna. „Złodziejka książek” jest tytułem, który śmiało możecie czytać pod ciepłym kocem, w cichym domowym zaciszu, z kubkiem gorącej herbaty pod ręką. To jest właśnie ten typ książki. W niej górę biorą emocje i zaufajcie mi, że nie przypominam sobie żadnej innej książki, które wywołałaby je we mnie w tak ogromnej ilości.

złodziejka książek

Źródło: www.ddob.com

Może nie powinienem o tym mówić, ale była to do tej pory jedyna książka, jaką przeczytałem w całym swoim życiu, na której zdarzyło mi się płakać. Kilkunastoletni chłopak płakał przed kilkuset stronicową książką. Śmieszne? Jeśli jej nie czytaliście, może Wam się to takie wydawać. Jednak zapewniam Was, że zmienicie zdanie, gdy po raz pierwszy po nią sięgniecie.

Emocje wezmą górę.

Właśnie z tego powodu znalazła się ona na tej liście. Uważam, że potrafi ona wywołać w człowieku naprawdę szczere emocje, czego przecież tak bardzo na co dzień nam brakuje. Nie ukryjecie przed nią niczego. Jeśli jesteście wrażliwi – będziecie płakali. Jeśli nie – zmusi Was ona i tak do głębokiej refleksji, i smutku wywołanego losem głównej, nastoletniej bohaterki – Liesel Meminger.

Nie będę zdradzał Wam nic z fabuły. Jednak aby nakreślić Wam jej ogólny zarys, napiszę tylko, iż wydarzenia rozgrywają się w latach poprzedzających II wojnę światową, w czasie jej trwania oraz zachodzi w niej również mały epizod już po wojnie. Główną bohaterką jest młoda dziewczyna, która zakochała się w książkach, pomimo tego, że na początku nie umie czytać. Poznajemy jej życie w rodzinie zastępczej, jej relacje z przybranym ojcem oraz matką, i jej własny, wewnętrzny świat… Do tego otrzymujemy jeszcze bardzo niestandardowego narratora, który patrzy na Liesel oraz jej świat z góry i czeka… Na swoją kolej.

Trudno jest opisać to, co ta książka ma do zaoferowania w kilku słów. Zaufajcie mi po prostu, że warto po nią sięgnąć. Emocje, które targały mną podczas jej czytania, pamiętam doskonale do dziś, mimo że minęło już od tego momentu kilkaset dni. „Złodziejka książek” jest zdecydowanie tytułem niesamowicie emocjonalnym i umiejącym obudzić w nas duszę człowieczeństwa.

Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że oglądałem także film stworzony na podstawie książki. I wiecie co? Jest równie piękny. Jest po prostu przepiękny i nie spotkałem się z wieloma książkowymi adaptacjami filmowymi, które dorównywałyby temu, co znaleźć możemy na kartkach książki. Polecam Wam więc zarówno książkę, jak i film.

Przygotujcie sobie tylko opakowanie chusteczek. Będzie potrzebne.

„Jak niemal każde nieszczęście historia zaczęła się szczęśliwie.”

Możecie już iść. Książki na Was czekają!

Powyższe książki to tylko niewielka namiastka tego, co śmiało mógłbym tutaj jeszcze dodać. Jestem jednak przekonany, że „Najlepszy”, „Obudź w sobie olbrzyma” oraz „Złodziejka książek” mogą wzbogacić nas wszystkich na płaszczyźnie człowieczeństwa. Dlatego dokonałem takiego, a nie innego wyboru. Z czystym sercem polecam je każdemu. Każda z nich jest na swój sposób inna.

książki

  • „Najlepszy” to prawdziwa opowieść o odwadze i wychodzenia z życiowego rynsztoku.
  • „Obudź w sobie olbrzyma” to kompendium wiedzy dotyczące naszego wnętrza, które może pomóc nam rozwiązać wiele życiowych problemów.
  • „Złodziejka książek” natomiast, to książka opisująca przepiękną historię, która wyzwoli nasze prawdziwe emocje i ukaże nasze człowieczeństwo.

Cieszę się, że mogłem podzielić się z Wami kawałkiem mojego własnego, czytelniczego świata. Mam nadzieję, że i Wy staniecie się orędownikami powyższych tytułów. Po raz kolejny dziękuję Wam, że wpadliście zapoznać się z moimi słowami, a teraz uciekajcie czym prędzej, poznać słowa, które zostały zapisane na kartkach, wskazanych przeze mnie książek.

Miłego czytania!

Wszyscy znamy to obezwładniające uczucie wyboru. Myśli kotłują się w naszej głowie, a my próbujemy rozpaczliwie poszukać tego jedynego wyjścia z sytuacji. Trwamy w tym stanie. Tkwimy w nim, nie mogąc rozstrzygnąć wewnętrznego sporu. Decyzja zostaje niepodjęta, a my popadamy w coraz większą frustrację. Rozpatrujemy wszystko pod przeróżnymi kątami i oczekujemy znalezienia najlepszego rozwiązania.

Zdradzić Wam maleńką tajemnicę?

Nie istnieje coś takiego jak najlepsze rozwiązanie. Zwyczajnie go nie ma.

Decydowanie – proste, czy trudne?

Decyzja jest obecna w naszym życiu zawsze. Podejmujemy ją częściej, niż myślimy. Robimy to świadomie lub podświadomie. Jeśli ktoś pyta nas, czy chcemy wyjść na miasto, wtedy nasza odpowiedź będzie świadomie podjętą decyzją. Może mniej lub bardziej trafna, ale coś ustaliliśmy. Natomiast, kiedy jesteśmy głodni, to jeśli mamy taką możliwość, po prostu jemy. Nie zastanawiamy się, czy jeść, czy nie jeść. Ewentualnie może pojawić się problem, co zjeść, ale raczej nie, czy w ogóle coś skonsumować. W tym przypadku – i w wielu innych – choć nasza decyzja skutkuje pewnymi działaniami, została ona podjęta w wyniku swoistego naturalnego odruchu, który swoje podłoże ma w czynnikach, czy to ewolucyjnym (muszę jeść, aby przekazać dalej swoje geny), czy to biologicznym (muszę jeść, bo tego wymaga mój organizm).

decyzja

Jak już się pewnie trafnie domyśliliście i zauważyliście również z własnych obserwacji – jedna decyzja może być prostsza, a druga o wiele trudniejsza. Ta rozbieżność bierze się przede wszystkim ze złożoności następstw, jakie będzie implikował nasz wybór. Jeśli konsekwencjami decyzji, którą mamy zamiar podjąć, będzie zamówienie jedzenia w restauracji, które nie będzie nam smakowało, to raczej nie stracimy zbyt wiele. Co najwyżej zrazimy się do konkretnego produktu i utracimy pewną część gotówki. Natomiast, wyobraźcie sobie, że jesteście chirurgami, przeprowadzającymi ważną operację. Wybór, który się pojawił, jest trudniejszy, bo jego następstwem może być albo życie pacjenta, albo jego śmierć.

Rozumiecie tę subtelną różnicę?

  • Im problem jest mniej złożony i rodzi mniej poważne konsekwencje, tym nasze decyzja powinna być prostsza, a już na pewno mniej znacząca.

Trudności rodzą się wtedy, kiedy nam zależy.

W rzeczywistości jednak wszyscy wiemy, jak to wygląda. Kobiety godzinami zastanawiają się, co na siebie włożyć, a panowie nie potrafią zdecydować się, które piwo powinni kupić. Jasno widać, że choć z pozoru decyzje te są proste, bo nie zależą od nich żadne wyższe wartości, to jednak bardzo często, trudno jest nam je podjąć. Właśnie one bardzo często otaczają nas każdego dnia. Spotykamy je w sklepie, w pracy, w domu, podczas biegania, czy bawienia się dzieckiem.

Co więc powoduje, że tak ciężko jest nam zadecydować i przedsięwziąć odpowiednie kroki?

Nasz stosunek do decyzji i nasze nastawienie do konsekwencji jej podjęcia.

przywiązanie

Ta sama decyzja, ale różne skale przywiązania.

Myślę, że w przeważającej części, ta sytuacja powtarza się w każdym domu wielokrotnie. Zastanówmy się, ile razy staliśmy na rozstaju dróg i męczyła nas sprawa, która dla naszych bliskich była aż nader oczywista. Przykładem może być jakże błahy powód, doboru odpowiedniego ubioru. Nie ukrywam, że w tym aspekcie główny problem mają panie, choć uważam, że panowie z roku na rok, sukcesywnie je gonią. Zwróćmy uwagę, że kiedy żona skarży się mężowi, iż „nie wie, co na siebie włożyć”, wtedy mąż niemal od razu potrafi podjąć decyzję. Abstrahuję od sytuacji, kiedy robi to dla świętego spokoju. Jednak jest tak, że to, co dla kobiety wydaje się nierozwiązalnym problemem w tej sytuacji, dla faceta, jest tak samo proste, jak to, że po nocy mamy dzień.

Natomiast cała sytuacja może się odwrócić, kiedy przychodzi do kupna wiertarki. Mężczyzna może przez pół dnia chodzić po sklepie i szukać tego jedynego, najlepszego urządzenia. Kobieta w tej samej sytuacji nie zastanawiałaby się, tylko skonsultowała się z pracownikiem sklepu. Tym samym – natychmiast rozwiązałaby problem. Naturalnie, że w tego typu sytuacjach, do głosu może również dochodzić męska duma lub chęć zaimponowania swoją wiedzą na temat wiertarek. Jednak nie wyklucza to faktu, iż w tej sytuacji, wiertarka dla mężczyzny oznacza to samo, co dla kobiety odpowiedni ubiór w przykładzie poprzednim.

Tak więc kolejnym czynnikiem, który determinuje, jak wygląda skala trudności decyzji, jest nasz stosunek do tego, co będzie ona implikowała.

  • Im bardziej nam na czymś zależy, tym prawdopodobnie bardziej będziemy chcieli, aby decyzja była jak najlepsza, bo wiemy, że konsekwencja jest dla nas ważna.

Im więcej wiesz, tym więcej masz wątpliwości.

Warto również wspomnieć, że decyzja zależy także od znajomości dziedziny, której ona dotyczy. Choć to nie reguła, ale zazwyczaj jest tak, iż im bardziej znamy dany temat i im bardziej zdajemy sobie sprawę z jego rozległości, tym bardziej decyzja będzie od nas wymagająca. Analogicznie, kiedy jesteśmy laikami, i nie mamy o czymś pojęcia, wtedy możemy wyjść do często niewłaściwego przekonania, że nasza decyzja jest prosta i mało znacząca w skutkach.

(Zahacza to w pewnym stopniu o efekt Dunninga-Krugera, o którym szerszej rozpisywałem się w TYM tekście).

Przepisywanie konkretnych lekarstw pacjentowi przez lekarza nieudolnego i niedokształconego, będzie dla niego zapewne mało ważną decyzją, jeśli nie będzie świadom ich potencjalnych skutków ubocznych. Natomiast w sytuacji, gdy mamy do czynienia ze specjalistą wykwalifikowanym w swoim zawodzie, decyzja ta będzie na pewno trudniejsza, gdyż będzie on w pełni wiedział o tym, jakie następstwa może powodować jego decyzja.

Decyzja to odpowiedzialność.

W tym miejscu dochodzimy również do kwestii autorytetu w znanym nam świecie. Wielu błędnie postrzega za swój autorytet ludzi, których decyzje, rzutujące na życie oraz codzienność innych osób, przypominają przykład z niedokształconym lekarzem. Rzekome autorytety nie zdają sobie sprawy, jak wielką skalę mają ich zachowania. Zdarza się – i to dość często – że nie są świadomi władzy, jaką trzymają w dłoniach. Tym samym, decyzja przez nich podjęta w sposób nieprzemyślany i nieodpowiedzialny, ingeruje w życie wielu innych ludzi. Z czego oczywiście i oni, nie zdają sobie także sprawy.

odpowiedzialność

Odwołując się tym przykładem do świata dietetyki, łatwo jest to zobrazować. W sytuacji, gdy osoba bardzo popularna z rzeszą fanów, ogłosi światu, iż olej kokosowy jest najlepszym możliwym rodzajem tłuszczu do smażenia, wtedy możemy się spodziewać, że Ci fani – a przynajmniej ich część – zacznie na umór spożywać właśnie ten rodzaju tłuszczu. Jednak ani oni, ani tym bardziej tak zwany autorytet, nie zdają sobie sprawy z długofalowych konsekwencji  takiego zachowania. O ile od obserwatorów tego wymagać nie można, o tyle od autorytetu już tak. Nie zmienia to natomiast faktu, że każdy ma swój rozum i swój zdrowy rozsądek. Warto więc robić z niego użytek.

Czas sądzi wybór.

Na samym początku wspomniałem, że nie ma najlepszego rozwiązania. Swoje stanowisko wciąż podtrzymuję. Nam się może tylko wydawać, że decyzja, którą podjęliśmy, jest najznakomitsza. W rzeczywistości może być ona co najwyżej najtrafniejsza w danym przedziale czasu.

Najprostszym wyjaśnieniem moich słów jest zastanowienie się nad własną przeszłością. Ile decyzji w niej podjęliśmy, które istotnie rzutowały na naszą przyszłość? Zapewne wiele. A ile z nich byśmy zmienili i podjęli inny wybór, nawet jeśli wtedy wydawało nam się, iż wybieramy najlepszą opcję? Również wiele. Tego jestem pewien. W ten sposób dochodzimy do pewnego wniosku.

  • Nie można podjąć najlepszej decyzji, którą będziemy postrzegali w ten sam sposób przez całe nasze życie.

Choćby z tego powodu, że nasz światopogląd i doświadczenia ulegają zmianie. Wszystko, co robimy w życiu, przesiewamy przez to, co już wiemy i wiedzieć chcemy.

Dlatego dziś możemy uważać, że decyzja o podjęciu studiów była najlepszą z możliwych. Jednak za dziesięć lat, równie dobrze możemy stwierdzić, że z perspektywy czasu, można było zrobić coś lepiej. To jest bardzo naturalna sytuacja.

Ponadto nie jesteśmy jasnowidzami. Nie wiemy więc, czy podjęta przez nas decyzja, była lepsza od tej, którą odrzuciliśmy. Nam może się tylko wydawać, że kupno Mercedesa było lepsze niż kupno BMW, jednak czy taka jest prawda? Skądże. Nawet gdybyśmy po roku, cofnęli się i zakupili również BMW, i tak nie wiedzielibyśmy, co było lepsze. Choćby z tego powodu, że minął rok, a więc znajdujemy się już w zupełnie innej sytuacji, z innymi doświadczeniami.

Czym jest FOMO?

Odnoszę nieodparte wrażenie, że nasza opieszałość i niemożność w dokonaniu wyboru bierze się właśnie z chęci niedoświadczenia stanu, w którym dotrze do nas, iż „mogliśmy zrobić coś lepiej”.  Za wszelką cenę próbujemy bronić się przed niewłaściwie podjętą decyzją. Moje subiektywne odczucie podpowiada mi, że ta cecha została ugruntowana na fundamencie strachu przed porażką i lękiem przed utraceniem jakiejś możliwości.

W terminologii psychologicznej lub medycznej (ciężko w mojej ocenie jest przyporządkować to do jednej kategorii) określa się takie zachowanie, jako FOMO. W języku angielskim oznacza to: Fear of Missing Out. Natomiast po polsku to po prostu lęk przed tym, co nas omija. Nie chciałbym dziś zagłębiać się w wyjaśnianie tego zjawiska, które niewątpliwie jest interesujące. Może wyjaśnić, dlaczego obsesyjnie spoglądamy na telefon lub przeglądamy media społecznościowe.

  • FOMO może być również wytłumaczeniem, dlaczego nie potrafimy podjąć decyzji.

wybór

Strach przed tym, co nas omija, obezwładnia nas. Myślimy o wyborze pracy, ale potem dociera do nas, że w ten sposób ograniczamy kontakty z rodziną. Czyli omija nas życie rodzinne. Możemy mieć trudności z decyzją dotyczącą wyjazdu na wakacje, bo zdajemy sobie sprawę, że wybierając Grecję, omija nas Hiszpania ze swoimi wspaniałościami. Od razu pragnę uprzedzić, że myślenie w kategoriach: „Wybiorę dwie możliwości” nie sprawdza się. Po pierwsze dlatego, że możliwość wyboru wszystkich opcji, wyklucza podejmowanie decyzji. Po drugie, wybór wszystkich opcji, może nastręczać kolejne trudności. Wtedy FOMO może dotyczyć kwestii pieniężnych i przejawiać się jako strach przed tym, co nas ominie, gdy już w lipcu wydamy wszystkie oszczędności przewidziane na cały rok.

Walka trwa całe życie.

W obliczu całego tekstu nasuwa się jedno, bardzo ważne pytanie.

Czy można z tym walczyć?

Można. Jak ze wszystkim. Jednak nie spodziewajmy się, iż będzie to proces skończony. Myślę, że jak wszystko, co dotyczy nas i naszego wnętrza, musi podlegać ścisłej kontroli przez całe życie. Tak samo, jak szczęścia nie można zachować na zawsze, tak również nie każda decyzja będzie dla nas łatwa. Nawet jeśli nauczymy się je podejmować.

W kuluarach mawia się, że pierwsza myśl jest najlepsza. Historia pokazuje wiele przypadków, które potwierdzają tę hipotezę. Jednak uważam, że jest także wiele opowieści, które jej zaprzeczają. Mamy tendencję do wybierania tych argumentów, które potwierdzają naszą tezę i odrzucania tych, które jej zaprzeczają. Stąd bierze się między innymi odmienne stanowisko w tej sprawie.

Ile opinii, tyle możliwych ścieżek.

Część osób uważa, że decyzja powinna być spontaniczna i wypływać z naszego „serca”. Natomiast inni są zwolennikami gruntownego przemyślenia konsekwencji, które nas czekają. I w tym aspekcie racja znajduje się po dwóch stronach. Z jednej strony, spontaniczność może okazać się trafna i tym samym uchroni nas od męczących rozmyślań. Jednak równie dobrze, możemy popełnić błąd, który będzie dla nas tym boleśniejszy, iż będzie on nieprzemyślany. Analogicznie im dłużej się nad czymś zastanawiamy, tym więcej niestworzonych scenariuszy tworzymy. Zdarza się, że koniec końców wracamy do punktu wyjścia i podejmujemy decyzję, o której myśleliśmy na samym początku. Jednak gruntowne rozmyślania, mogą wzbudzić w nas wnioski oraz wątpliwości, które w znacznym stopniu pomogą nam w podjęciu wyboru.

Można również dostrzec, że jedna grupa ludzi, woli rozstrzygać problemy w pojedynkę, a druga przy wsparciu osób trzecich. Nie zdziwię nikogo, gdy napiszę, że obie strategie są tak samo dobre, jak i niewłaściwe. Rozwiązywanie problemu w pojedynkę oznacza tylko nasz punkt widzenia. Ponadto powoduje, że tylko my jesteśmy odpowiedzialni za swoje czyny i nie pozwala spojrzeć na dany problem z dystansu. Po drugiej stronie mamy wybór, którego podjęcie konsultujemy z bliskimi. Choć na pierwszy rzut oka, wydaje się, że pomoc rodziny nie może zaszkodzić (chyba że decyzja dotyczy ich bezpośrednio), to jednak po głębszej analizie można dojść do pewnych wniosków. Czy w przypadku błędnej decyzji, będziemy winić siebie, czy innych? Odpowiednio – czy w przypadku dobrej decyzji, przypiszemy sobie zasługi, czy innym? I przede wszystkim, czy ktokolwiek oprócz nas, może być lepiej przystosowany do podjęcia decyzji, która nas dotyczy?

szachy

Decydujesz się, czy wciąż robisz uniki?

Problemów z podjęciem odpowiedniej decyzji jest mnóstwo. Potencjalnych rozwiązań i rzekomych technik – jeszcze więcej. Radziłbym zachować w tym wszystkim zdrowy rozsądek. Przeczytanie czegoś w Internecie, na pierwszym lepszym blogu, nie oznacza, iż jest to prawda objawiona. Przede wszystkim kierujmy się własnym rozumem. Połączmy to z sumieniem i własnymi przekonaniami.

Uważam, że do podjęcia decyzji, wcale nie potrzebujemy wielu treningów, nauki schematów lub uczestnictwa w szkoleniach. Wystarczy kompletne wyłączenie się od tego, co nie dotyczy bezpośrednio nas i implikacji decyzji, którą mamy zamiar podjąć. Jeśli więc stoimy przed wyborem pary butów, z sześciu możliwych, to nie myślmy o tym, co pomyśli sobie ktoś z naszego otoczenia, kiedy wybierzemy buty A, a co jeśli wybierzemy buty B. Zamiast tego, skupmy się na tym, co my będziemy o sobie sądzić i jakie następstwa będzie miał dla nas nasz wybór.

Włączmy w to wszystko jeszcze konsekwencję w działaniu. Uchroni nas ona przed wątpliwościami już po podjęciu decyzji. Nauczmy się również odpowiedzialności za to, co wybierzemy, a myślę, że i nasze życie będzie spokojniejsze. Nawet ze świadomością, że decyzja, którą podjęliśmy, wcale nie jest najlepsza, ale najtrafniejsza dla nas w danym czasie i przede wszystkim – jest ona nasza.

To nasz wybór i nasza decyzja. Nikt inny nie może za nas podjąć. Uciekanie się do wymówek i próba przeczekania na nic się nie przyda. Możliwości wyboru raczej nigdy nie połączą się w magiczny sposób, aby ułatwić nam decyzję. Tkwienie więc na rozstaju dróg i zbyt długie rozmyślanie, może paradoksalnie być gorszym rozwiązaniem, niż podjęcie decyzji błędnej lub nieodpowiedniej.

Jeśli miałbym do wyboru zmarnowanie sobie życia, próbując podjąć decyzję, a zmarnowanie sobie życie, błędną decyzją, to chyba wolałbym wybrać to drugie.

A Wy?

#kolejne artykuły