Pojawił się i znikł, ot cały Slender | worldmaster.pl ekranizacja
#

Ot i Slender na ekranie

No i jest! Ekranizacja “Slenderman”, na którą prawdopodobnie wiele osób czekało, czy się udała? Gra była rewelacyjna, choć na krótki czas, to zapewniała sporo zabawy i emocji.  Z racji tego, że każdy ma inne poczucie wartości przeleję chętnie moje odczucia z tego dzieła… tak więc, zaczynajmy!

Na co fabuła, jak już postać da hit

Film opowiada o grupie przyjaciółek, które na spotkaniu w domu jednej z nich postanawiają się zabawić w przywoływanie wysokiego porywacza dzieci bez twarzy przez… obejrzenie filmiku na jakiejś stronie. Nic banalniejszego twórcy najwidoczniej nie mogli wymyślić. W dobie cyfryzacji i tego, że dzieciaki się coraz rzadziej ruszają sprzed ekranów, prawdopodobnie uznali iż to najlepsza metoda na wywołanie ducha w dzisiejszych czasach… Czy “The Ring” nie miał czegoś takiego? Ano miał. Twórcy polecieli po najmniejszej linii oporu, bo po co wymyślać jakiś ciekawy rytuał, np. wymagający krwi dziewicy, to czasochłonne, a poza tym występuje na świecie deficyt dziewic i jest to gatunek zagrożony. Aż szkoda, że jeszcze na youtube’a tego tak pieczołowicie przygotowanego filmiku nie umieścili. Fabuła jest prosta jak budowa cepa, ot przywołali Slender’a i teraz trzeba przeżyć.

Groza i klimat, po co to?

Budowanie napięcia, czy też strachu powinno być nieodzownym elementem każdego filmu grozy, niestety jest coraz częściej zanika. O ile sceny w lesie miały swój urok i klimat, tak w innych lokacjach zostały go zupełnie pozbawione. Przy tym dźwięki spróchniałych drzew nie pomagał go przywrócić. Co więcej z ów jegomościa zrobiono jakiegoś enta, którego każde pojawienie cechował wyżej wymieniony dźwięk. Dosłownie na palcach jednej ręki można zliczyć ile Slender miał klimatycznych i przyjaznych wejść. Sama muzyka była dobra ale to za mało by dodać grozy, czemuś co nie ma odpowiednio dobrze zrealizowanych scen.

Postacie filmowe

Zaczynając od samego jegomościa bez twarzy, jego design wypadł naprawdę całkiem dobrze. Bez robienia z niego drzewnego ludka byłoby rewelacyjnie (gdyby sam film opisywał go człowiekiem cieniem, a nie drzewem). Cóż, trzeba było jakoś zwiastować jego przybycie czy ruchy kończynami, bo bez tego nie dopadnie Cię trwoga. Na każdym zdjęciu w poszukiwaniach jego osoby jest widoczny jak walec na środku drogi.

Julia Goldani Telles, wcielająca się w rolę “Hallie”, będąc główną bohaterką tej opowieści, zwyczajnie przechodziła sobie cały film. Ot była bo była, całkowicie bezbarwna, a relacje z jej siostrą wołały o pomstę do nieba (kocham Cię i uwielbiam siostro, ale nie gadam z Tobą i mam w dupie naszą relację), mogłoby jej nie być, a film by na tym nie stracił.

Joey King, która grała “Wren” wypadła całkiem nieźle. Jako jedyna chciała zwalczyć gościa, który mącił im w głowach i starał się skrócić życie. Niestety reszta mimo halucynacji z niewymiarowym człowiekiem i zakrzywieniem czasoprzestrzeni miała to gdzieś. O dwóch pozostałych uczestniczkach tego zwariowanego procesu przywołania lepiej się nie wypowiadam bo Jaz Sinclar “Chloe” i Annalise Basso “Piper” najwidoczniej przyjęły swoje role by jak najmniej się narobić i coś zarobić i filmowe postacie całkowicie nie istniały. Rodzice Hallie to dosłownie króciutkie epizody zupełnie jak z siostrą, ich gry nie ma co oceniać ponieważ za mało razy się pojawiali i nic nie wnosili.

Taylor Richardson jako “Lizzie” wypadła całkiem ok. Młodsza siostra szuka kontaktów ze starszą, która z biegiem czasu się odsuwa i coraz mniej rozmawiają. Całkiem ciekawie udała opętanie przez Slender’a, lecz to niestety za mało. Równie dobrze postacie z filmu mogły by się nazywać 1, 2 ,3, gdyż i tak nie są warci zapamiętania.

Taniec nie będzie wiecznie czekał, kończmy to!

Zakończenie tego filmu było okropnie przewidywalne i nie miało sensu, było wiele lepszych momentów na ukończenie, a wybrali najgorszy z możliwych. Podsumujmy więc: odczucie klimatu znikome, grozy całkowicie brak, postacie bezbarwne,  muzyka dobra, sama postać Slend’iego przyzwoita (bez dźwięku byłoby lepiej),  “Moda na sukces” ma więcej głębi jak fabuła tego filmu, charakterne postacie są jak duchy, nie widać ich tu. W sumie dwie w miarę dobre rzeczy to zdecydowanie za mało by ten film stał się hitem jak gra, ode mnie 2/10.

 

Dziedzictwo Hereditary

Rodzina Annie, córki Ellen, wkrótce po pogrzebie zaczyna doświadczać niepokojących zjawisk. Początkowo tłumaczy je sobie żałobą i przemęczeniem, ale wkrótce zdarzenia przybierają tak tragiczny i potworny obrót, że jasnym staje się, iż na rodzinie Grahamów ciąży mroczne dziedzictwo. Tak w skrócie można opowiedzieć zarys fabuły, z pozoru prosta i niezbyt zjawiła.

Film stopniowo i bardzo powoli buduje napięcie. Sprawia to, że ogląda się go z większym zainteresowaniem wgłębiając się w szczegóły pojawiające się w trakcie. “Jump scary” ulokowane są w odpowiednich momentach i nie ma ich zbyt wiele. Daje to lepszy odbiór dla niespodziewającego się widza. Ścieżka dźwiękowa jest przyjemna dla ucha i nie kuje w uszy, pomaga w budowaniu napięcia.

hereditary dziedzictwo

Gra aktorska stoi na dobrym poziomie, z czasem Peter, brat Charlie bywa irytujący w swoim piszczącym zachowaniu Natomiast Milly Sharpio grająca siostrę porządnie odegrała swoją rolę – małej i pokręconej dziewczynki. Na plus oczywiście też Toni Collette, która była matką wyżej wymienionej dwójki. Minus niestety dla postaci ojca. Gabriel Byrne był w tym filmie, bo był i już, postać odgrywana przez niego była bezbarwna i starająca się na siłę grać żałobę po stracie teściowej.

Końcówka filmu była zaskakująca. Pewnych rzeczy nie dało się przewidzieć, jednym słowem: warstwa dźwiękowa robi robotę, historia jest prosta z dodatkowymi zawiniętymi wątkami, przez co można zostać zaskoczonym przez finał, tak więc warto obejrzeć, straszny nie jest jakoś specjalnie ale ma klimat.

Takie mocne 7/10.

Nie tak dawno Pan Steven Spielberg, którego nikomu przedstawiać pewnie nie trzeba, popełnił film “Ready Player One”. Produkcja powstała na podstawie książki o tym samym tytule. Nie miałem okazji przeczytać, ale w kręgach geeków ma raczej słabą opinię. W obydwu przypadkach popkultura miała być wyniesiona na piedestał, ale raczej dostała obuchem w głowę i została brzydko wykorzystana.

Zacznijmy od największego nieporozumienia, zarówno filmu jak i książki, czyli Easter egg‘a. Co do zasady, jest to coś ukrytego w produkcjach, które oferuje popkultura, a pojawiło się to już wcześniej i coś, co ludzie zaznajomieni z tymi klimatami rozszyfrują i sprawi im to przyjemność. Obydwa dzieła miały być hołdem dla tej formy, ale kompletnie mijają się z istotą sprawy. Kwintesencją Easter egg’ów jest ulotność  odniesień –  powinno to być suptelne mrugnięcie okiem, do wyłapania tylko przez ludzi, dla których popkultura stała się religią. Ready Player One przeciąga jednak wszystkie te tropy do absurdu.

ready player one popkultura

youtube.com

Cała historia kręci się wokół wirtualnego świata, w którym na każdym kroku spotykamy coś znajomego. Gdzieś w tle wspina się Batman, jedzie znajomy pojazd, leci piosenka z waszego ulubionego soundtrack’a, ktoś tańczy ikoniczny taniec lub ubrany jest w kultowy strój. Autor książki miał trochę trudniejsze zadanie z przedstawieniem krajobrazu, więc wepchał tysiące przypisów, co jest kontrowersyjne ale zrozumiałe. Jednak w filmie reżyser mając nieograniczone pole działania, postanowił zalać nas ordynarną ekspozycją. Większość tego co widzimy, jest tłumaczone nam i pokazywane palcami, jakbyśmy pierwszy raz obcowali z dziełami, które oferuje nam popkultura. Cała magia tego świata jest zepsuta przez ciągłe wyjaśnienia, zabiera nam się całą frajdę z odkrywania odniesień. Takie podejście obraża inteligencję widza i kłóci się z samą ideą Easter egg ‘ów. Nawet przeciętny Deadpool 2, działał na tym polu zdecydowanie lepiej.

Czy warto jednak z jakiegoś powodu obejrzeć “Ready Player One”??

Ciężko mi było się skupić, gdy na każdym kroku byłem bity ekspozycyjnym kijem, którego nie znoszę. Do tego przesłanie płynące z filmu, to typowe spojrzenie 60 latka na dzisiejszy świat, czyli “wyciągnijcie głowy z tych ekranów”, z czym właściwie się nawet zgadzam, ale jest to już tak oklepane, że od wielkiej produkcji oczekiwałbym jednak czegoś więcej. Nie polecam, ale zapraszam do dyskusji.

 

Od 10 sierpnia, na platformie Netfilx, dostępny jest film “Stowarzyszenie”. Powstał on na podstawie książki o bardzo wdzięcznej nazwie “Stowarzyszenie miłośników literatury i placka z kartoflanych obierek”. Na pozór prosty romans zamienia się w ciekawą opowieść o dramatach zwyczajnych ludzi w czasach wojny.

Główna oś fabularna jest maksymalnie sztampowa i właściwie od pierwszych minut wiemy, do czego zmierza. Ciekawsza historia kryje się drugim planie. Poznajemy ją razem z naszą bohaterką, a toczy się w małej miejscowości na wyspie Guernsey, leżącej u wybrzeży Francji, podczas niemieckiej okupacji spowodowanej II WŚ. Co do realizacji, film nie odbiega od wysokiego poziomu, do jakiego przyzwyczaił nas Netflix. Casting wypada świetnie, a aktorzy wycisnęli ze scenariusza ile tylko się dało i choć kilka postaci jest napisane leniwie, to dzięki staraniom odtwórców, nie kłuje to jakoś strasznie. “Stowarzyszenie” uderza pięknymi zdjęciami, lecz to głównie zasługa bajkowych krajobrazów wyspy. Nie jestem specjalistą od architektury i mody tych czasów, ale kostiumy zgrywają się z otoczeniem, czuć klimat poszczególnych scen, więc wydaje mi się, że na tym polu wszystko jest ok.

Za to zupełnie nie podoba mi się zawarty w filmie watek homoseksualny. Wydaje mi się wymuszony i traktowany jak coś do odhaczenia. Jeśli już chcemy pokazywać w filmach mniejszości, to warto, by miało to jakiś sens. Inaczej bardziej to szkodzi niż pomaga w likwidowaniu uprzedzeń i stereotypów. Jest tu też przemycone troszkę feminizmu i walki o prawa kobiet. Tutaj jednak twórcy podeszli do tematu ze smakiem, nic nie jest nachalne i ten wątek naprawdę działa świetnie.

stowarzyszenie netflix

www.spidersweb.pl

“Stowarzyszenie” to film jakich wiele na Netflix, więc dlaczego właściwie o nim piszę??

Ze względu na świetnie przedstawione dramaty wojenne zwyczajnych ludzi, które nie znikają wraz z dniem zakończenia działań wojennych, ale oddziałują na społeczeństwo jeszcze przez wiele lat. Zazwyczaj pokazuje nam się konflikty z perspektywy wielkich bitew, snując romantyczne wizje walecznych bohaterów. Często zapominamy, że największe poświęcenia spadają na cywili, których wyniszcza głód, choroby i zdegenerowani żołnierze. Może gdyby pokazywać więcej tego cierpienia i okropieństw wojen, w przyszłości ludzie z imperialistycznymi zapędami nie dochodzili by do władzy.

Także jeśli macie Netflix i wolny wieczór bardzo polecam poświęcić dwie godziny na film “Stowarzyszenie”. Obczajcie też ciekawy tekst o Powstaniu Warszawskim i wpadnijcie do mnie na fb.

“Marvel” przyzwyczaił nas do miliardowych zysków swoich produkcji, tymczasem zanosi się że “Ant-man and the Wasp” ledwie wyjdzie “na zero”. Gdzie leży przyczyna takiego stanu rzeczy?? I co można było zrobić inaczej??

Po naładowanym symboliką filmie Black Panther i stawianiu czoła wielkiemu zagrożeniu w Infinity War, nadszedł czas na luzacką komedię o człowieku mrówce. Marvel ostatnio rozpieszczał nas zupełnie nowym poziomem w swojej klasie, nie ma się więc co dziwić że Ant-man and  the Wasp spotkał się ze średnim przyjęciem oraz kiepskimi wynikami finansowymi. Fabuła przypomina bardziej kreskówki Hanna Barbera, niż pełne epickich pojedynków i ukrytych znaczeń poprzednie produkcje. Historia jest pełna zwrotów akcji, jednak wszystko prowadzone w przyśpieszonym tempie i z mocnym przymrużeniem oka, przez co nie daje na tyle stawki byśmy w pełni zaangażowali się w wir wydarzeń. Są postacie i wątki, które spokojnie mogłyby zostać pominięte na rzecz rozwinięcia pierwszoplanowych bohaterów. Czuć tu podejście, podobne do tego które widziałem w Deadpool’u 2. Wszytko co sprawdziło się w pierwszej części, jest tu bardziej, mocnej i więcej. Jednak tutaj wykonanie podoba mi się zdecydowanie bardziej.

“Ant-man and  the Wasp”nie jest złym sequelem, ani złym filmem.

Jest przyjemną, śmieszną komedią do zobaczenia wraz z rodziną i bez konieczności zaznajomienia z wielkim uniwersum studia Marvel. Jeśli jesteśmy w stanie zawiesić niewiarę i nie oczekiwać kolejnej wybitnej produkcji, to można się naprawdę świetnie bawić. Tak jak do pierwszej części i do tej nie będę za często wracał, ale dobrze ją wspominał i polecę każdemu, kto się waha czy się wybrać do kina.

Ant-man the Wasp Marvel

http://www.bbc.com

Więc dlaczego film nie zarabia??

Problemem na pewno okazała się data. Nie dość, że dopiero mieliśmy wielkie produkcje z MCU, to konkurencja również nie próżnowała, więc jest w tym momencie lekki przesyt popcornowym kinem. Nie pomogła też kolizja z MŚ w piłce nożnej, przez co daty premier w różnych krajach rozciągnęły się na około miesiąc i nie można było zrobić kampanii reklamowej z prawdziwego zdarzenia. Marvel jednak nie jest w żadnych tarapatach. Straty nie będzie, a na przyszłość na pewno przemyślą lepiej umiejscowienie w czasie swoich filmów. Wierze, że gdyby dali nam złapać oddech po Infinity War i wypuścili film w październiku, wyniki byłyby dużo lepsze.

Lećcie do kin na “Ant-man and  the Wasp”! Obczaicie stary artykuł odnośnie box office. I wpadnijcie podyskutować na fb. 

#kolejne artykuły