Czy na pewno zatrudniasz cudzoziemców legalnie? | worldmaster.pl
#

Jesteś pracodawcą i znasz się na swoim fachu jak mało kto

Masz na głowie wiele spraw organizacyjnych firmy, niezależnie od tego czy zatrudniasz od kilku do kilkunastu osób, czy zarządzasz większym przedsiębiorstwem.

Sięgnąłeś po pracowników z zagranicy. Biuro księgowe pilnuje wszystkich spraw finansowych, podatkowych, a nawet kadrowych, w tym umów z pracownikami z zagranicy. Opłacasz terminowo składki i podatki – wszystko działa. Czy na pewno?
Pewnego dnia odwiedza Cię Państwowa Inspekcja Pracy i okazuje się, że od wielu miesięcy zatrudniasz cudzoziemców NIELEGALNIE.
 
Jak to możliwe skoro:

  • jest umowa o pracę,
  • odprowadzane są podatki i składki ZUS – nawet była kontrola z ZUSu i wszystko było bez zarzutu,
  • cudzoziemiec ma ważny paszport i wizę lub kartę pobytu,
  • ostatnio cudzoziemca kontrolowała policja (może nawet w miejscu pracy np. jako kierowcę) i wszystko było w porządku.

1. Prawo polskie… między teorią a praktyką.

W TEORII.

Prawo jest dla wszystkich takie samo, wszyscy jesteśmy równi wobec prawa. Procedury, zasady, wymagane dokumenty – ujednolicone i obowiązujące.

A TERAZ PRAKTYKA.

W praktyce faktycznie prawo jest jedno, jednak jego interpretacja i procedury w urzędach różnią się i to czasem bardzo znacząco.

Są urzędy, w których to jak i w jakim czasie załatwisz sprawę, zależy od samego urzędu i jego procedur, jak i oczywiście urzędnika. W jednym urzędzie pewne dokumenty będą wymagane, w innym już nie, w jednym wystarczy podpis elektroniczny – w drugim nie ma takiej możliwości.

Dodatkowo: nierzadko zdarza się, że jednego miesiąca w tym samym urzędzie jakieś dokumenty są wymagane, a następnego już nie.

CO ISTOTNE – urzędy, urzędnicy i inni funkcjonariusze publiczni zamykają się w swoich kompetencjach i często nawet nie mają narzędzi, aby poza nie wyjść. Dlatego kontrola z ZUSu sprawdzi poprawność naliczonych składek, kontrola z Urzędu Skarbowego – podatków, policja… punkty karne czy wykroczenia?

Nawet funkcjonariusz Straży Granicznej (nie mówimy tu o przekraczaniu granicy) sprawdzi tylko ważność dokumentu pobytowego na podstawie informacji w nim zawartych. Nie będzie dociekał czy np. cudzoziemiec pracuje u pracodawcy na podstawie którego ten dokument wyrobił (cały czas nie mówimy tu o sytuacji na granicy, która jest oddzielnym tematem).

2. Nielegalnie czy legalnie?

Z doświadczenia, informacji oraz pytań jakie dostaję od klientów wynika, że pracodawcy pomimo wszelkich chęci legalnego zatrudnienia mogą nieświadomie robić to nielegalnie. Robią to nawet jeśli słyszeli o jakichś “pozwoleniach” i z tego co wiedzą, to pracownik jakieś ma. No właśnie “JAKIEŚ“

JAKIEŚ CZYLI JAKIE?

W zdecydowanej większości przypadków, KAŻDY cudzoziemiec chcący pracować w Polsce musi posiadać odpowiednie “pozwolenie”. Dokumentami pozwalającymi na pracę mogą być na przykład: Zezwolenie na pracę, Oświadczenie o powierzeniu wykonywania pracy cudzoziemcowi lub Karta Pobytu. Co jest bardzo ważne, każde pozwolenie jest spersonalizowane.

Oznacza to, że na każdym pozwoleniu (oprócz Karty Pobytu) określone są między innymi:

  • Imię i Nazwisko cudzoziemca
  • Nazwa firmy, której dotyczy “pozwolenie”
  • Konkretne stanowisko w tej firmie
  • Wynagrodzenie

Jak widać, cudzoziemiec posiadający “pozwolenie” na pracę, może pracować na jego podstawie tylko w konkretnej firmie i nie może wykorzystywać go do podjęcia innej pracy zarobkowej (musiałby uzyskać kolejne “pozwolenie”).

Są oczywiście przypadki, w których cudzoziemiec nie potrzebuje “pozwolenia” na pracę u konkretnego pracodawcy, gdyż z racji przepisów ma otwarty dostęp do rynku pracy.

3. Jednak czy Ty zatrudniasz cudzoziemców legalnie?

Przepisy i procedury dotyczące cudzoziemców są na tyle zawiłe, że ciężko jest się w nich odnaleźć. Uzyskanie odpowiednich dokumentów (zezwoleń na pracę) może trwać od tygodnia aż do ponad roku. Odpowiednio przygotowane i złożone dokumenty skracają ten czas do niezbędnego minimum.

Często wiele formalności łączy się w kilka procedur, aby pracownik mógł być zatrudniony jak najszybciej, a jednocześnie jak najdłużej.

Przykładem może być np. ubieganie się o Pobyt czasowy ze względu na pracę (procedura trwa około roku, czasem dłużej) i ubieganie się o Zezwolenie na pracę typu A w celu uzyskania nowej wizy – co umożliwi cudzoziemcowi podjęcie pracy przed zakończeniem postępowania w sprawie pobytu, a jednocześnie umożliwi mu podróżowanie (np. na urlop, czy święta).

CO MOŻESZ ZROBIĆ, aby sprawdzić legalność zatrudnienia cudzoziemca w swojej firmie?

Na początek dwie podstawowe rzeczy (obie muszą być spełnione):

  • czy cudzoziemiec posiada jakiegoś typu pozwolenie (zezwolenie na pracę, oświadczenie o powierzeniu wykonywania pracy) wystawione na TWOJĄ FIRMĘ, jego nazwisko i stanowisko, na którym jest zatrudniony. Informacje na pozwoleniu muszą pokrywać się z tym, co jest na umowie i w rzeczywistości.
Jeśli posiada, to na pewno będziesz o tym wiedział, gdyż o takie pozwolenie musiała wystąpić Twoja firma lub brać udział w postępowaniu w przypadku Karty Pobytu. W uzyskaniu pozwoleń to Ty jesteś stroną i cudzoziemiec nie może zrobić tego za Ciebie.
  • czy jego dokument pobytowy jest ważny – paszport i wiza lub karta pobytu.
Cudzoziemiec nie może pracować dla Ciebie, jeśli jego dokument pobytowy straci ważność, nawet jeśli pozwolenie na pracę jest nadal ważne.

Pozostałe formalności są typowe dla każdego pracownika: składki ZUS, podatki, zgodność umowy z faktyczną pracą.

Oczywiście są to podstawy, do których dochodzą szczegóły i od których są wyjątki. Jednak już te dwa punkty powinny być w obszarze Twojego zainteresowania.

4. Chcę zatrudnić cudzoziemca, jak to zrobić?.

Może zdarzyć się tak, że cudzoziemiec, którego chcesz zatrudnić przedstawia Ci dokumenty, które nie są dla Ciebie jasne lub są jasne i decydujesz się na wyrobienie niezbędnych pozwoleń. JAK TO ZROBIĆ?

Czy musisz znać się na prawie administracyjnym dotyczącym cudzoziemców?

Od razu odpowiem – NIE

Oczywiście nie jest to coś nie do przejścia, tak jak np. prowadzenie Księgi Przychodów i Rozchodów firmy (którą ja przez ponad rok prowadziłem samodzielnie), jednak chyba wszyscy zgodzimy się z tym, że najlepiej księgowość prowadzi księgowa.

Samodzielne przechodzenie przez procedury związane z zatrudnieniem cudzoziemców, to często poświęcenie sporej ilości czasu na czytanie przepisów, wielokrotne odwiedziny w urzędach (urzędzie pracy, urzędzie wojewódzkim), to częste opóźnienia w zatrudnieniu pracownika, co prowadzi oczywiście do mniejszych zysków.

Czy w takim razie zatrudnianie cudzoziemców jest tego wszystkiego warte?

Odpowiedź – TAK

Wielu naszych klientów nie boi się zatrudniać cudzoziemców i widzą w tym sporo zalet:

  • lepszy dostęp osób chętnych do pracy – czyli krótszy czas poświęcony na szukanie pracowników,
  • niższe koszty – często pracownicy z Polski wymagają większej płacy za tę samą pracę (nie znają realiów rynkowych),
  • dostęp do specjalistów – wiele zawodów w Polsce ma deficyt polskich pracowników, są nawet zawody uprzywilejowane do prostszych procedur.

Chcąc zatrudnić cudzoziemca legalnie pamiętaj, aby:

  • zapoznać się z obowiązującymi przepisami i wymogami dotyczącymi ich pracy,
  • zapoznać się z ich dokumentami pobytowymi,
  • przeanalizować aktualne pozwolenia, które posiadają,
  • zdobyć odpowiednie pozwolenia (np. zezwolenie na pracę)

lub

zlecić to odpowiedniej osobie, która się na tym zna – co zaoszczędzi Ci czas i w efekcie końcowym pieniądze.

5. Dlaczego jednym z najlepszych rozwiązań jest zwrócenie się do specjalisty?

Tak jak zlecasz prowadzenie księgowości księgowej, tak zajęcie się legalizacją pracy cudzoziemców możesz zlecić odpowiedniej osobie lub firmie, która Ci doradzi i poprowadzi przez wszystkie procedury.

Zajmuję się legalizacją pobytu i pracy cudzoziemców od kilku lat. Kontaktują się ze mną zarówno sami cudzoziemcy, ale i pracodawcy – właściciele jednoosobowych działalności gospodarczych, chcący zatrudnić pierwszego lub pierwszych cudzoziemców, jak i większe spółki zatrudniające wielu pracowników.

Każdy z nich wie, że tak jak oni są wynajmowani do zleceń, w których się specjalizują, tak oni powinni wynająć odpowiednią osobę do zajęcia się obsługą cudzoziemców w ich firmie, aby zatrudniać LEGALNIE.

Zatrudnienie specjalisty to:

  • sprawdzenie aktualnego stanu legalności zatrudnienia pracownika,
  • doradzenie i dobranie odpowiednich rozwiązań do Twoich oczekiwań,
  • oszczędność czasu – wizyty urzędach, czas trwania procedur,
  • w dalszej perspektywie oszczędność pieniędzy, poprzez szybsze zatrudnienie pracownika.
Wskazówka: Procedury trwają! Czym szybciej podejmiesz kroki w celu ich załatwienia, tym prostsze się to okaże. Mniej stresu dla Ciebie i pracownika. Nie czekaj, aż będziesz w sytuacji, gdzie wiza lub pozwolenie kończy się za miesiąc, tydzień… jutro. Podejmij kroki odpowiednio wcześniej.

Zatrudnienie cudzoziemców wymaga pewnych niezbędnych kroków, aby zrobić to legalnie. Doradzam dokładne przyjrzenie się aktualnym dokumentom w firmie lub kontakt z odpowiednią osobą.

Pra­cu­jesz zdal­nie w domu? Jesteś fre­elan­ce­rem?

A może roz­po­czy­nasz wła­śnie swój pierw­szy biznes?

Praca w domu to duży kom­fort, wszystko jest pod ręką, brak potrzeby dojazdu i codzien­nego ubie­ra­nia się do wyjścia. Jedze­nie w lodówce, rodzina pod ręką i czu­jesz się oczy­wi­ście jak… w domu.

Jeśli jest Ci znany powyższy schemat funkcjonowania to prze­czy­taj koniecz­nie ten krótki tekst, gdyż może oka­zać się dla Cie­bie bar­dzo przy­datny i pomóc Ci wprowadzić w Twoim życiu zawodowym odpowiednie odpowiednie udoskonalenia!

Jed­nak praca w domu ma też swoje wady…

Po dłuż­szym (lub krót­szym) cza­sie zda­jesz sobie sprawę, że nie jest to takie kolo­rowe jak się wydaję. Pra­cu­jąc w domu dużo cię­żej jest się sku­pić. Roz­pra­sza Cię rodzina, dzieci, codzienne obo­wiązki, a ważny czas umyka mię­dzy pal­cami. Spo­tka­nie z klien­tem w domu to rów­nież mało pro­fe­sjo­nalne podej­ście.Wtedy docho­dzisz do wnio­sku, że potrzebne Ci biuro, aby oddzie­lić miej­sce pracy od miej­sca zamiesz­ka­nia. Zaczy­nasz więc poszu­ki­wa­nia…

Biuro sta­cjo­narne to duży koszt mie­sięczny.

Nie­stety oka­zuje się, iż jeśli chcesz mieć swoją wła­sną prze­strzeń w dobrej loka­li­za­cji, z par­kin­giem i wszyst­kimi udo­god­nie­niami, to kosz­to­wać Cię to będzie mini­mum 1500 zł mie­sięcz­nie (nie licząc mediów!). Wtedy oka­zuje się, że przy­da­łoby się jakieś roz­wią­za­nie nie będące tak dużym obcią­że­niem.

Prze­strzeń cowor­kin­go­wa­

Jak pew­nie się domy­ślasz, z tym samym pro­ble­mem boryka się wiele osób w każ­dym mie­ście. Na szczę­ście ist­nieje roz­wią­za­nie ide­alne. Cowork, czyli prze­strzeń do pracy posia­da­jąca odpo­wied­nie wypo­sa­że­nie, sale kon­fe­ren­cyjne, sale sprze­da­żowe, odpo­wied­nią loka­li­za­cję, par­king i co naj­waż­niej­sze kosz­tuje znacz­nie mniej niż samo­dzielne biuro sta­cjo­narne.

Bro­kerty – cowor­king dla bro­ke­ró­w

Biuro cowor­kingowe takie jak Bro­kerty we Wro­cła­wiu jest jesz­cze bar­dziej wyjąt­kowe, ponie­waż dodat­kowo okre­śliło spe­cja­li­za­cję osób w nim pra­cu­jących. Tak więc nie tylko będziesz miał ide­alne miej­sce do pracy, ale dodat­kowo będą Cię ota­czać ludzie z Two­jej branży. Dzięki temu otrzy­masz szansę posze­rze­nia swo­ich wpły­wów i kon­tak­tów oraz zdo­by­cia nowych moż­li­wo­ści sprze­daży. Takie biura nie są prze­lud­nione, zespoły liczą około 10 osób, gdyż dzięki temu jesteś w sta­nie sko­rzy­stać w pełni z tego obszaru. Jest to prze­ci­wień­stwo olbrzy­mich cowor­kingów gru­pu­ją­cych nawet kil­ka­set osób w tylko jed­nej loka­li­za­cji.

Biuro takie jak Bro­kerty to prze­strzeń ide­alna dla bro­kera, ide­alna dla Cie­bie, oczy­wi­ście jeśli tylko nim jesteś.

biuero stacjonarne praca w domu coworking brokerty

Netflix, HBO Go, Spotify, Apple Music, Steam, GOG. Wydaje się, że za ich pośrednictwem Polacy coraz chętniej płacą za treści, takie jak filmy, muzyka, seriale i gry. Jak jest naprawdę i jak możemy na to wpłynąć?

gry, seriale, hbo, Polacy, płacą za treści

—

Bartosz Filip Malinowski

Jestem strategiem, analitykiem, konsultantem i kreatywnym. Łączę kropki, które znikają ludziom z oczu. Założyłem agencję doradczą WeTheCrowd. Staram się także łączyć różne światy i dyscypliny oraz zachęcać do wyjścia ze swojej bańki na vlogu Bez/Schematu.

Rozsądne zarządzanie budżetem firmy jest jednym z kluczowych elementów jej funkcjonowania.

Właściwe planowanie wydatków zdecydowanie pomaga zoptymalizować koszta przedsiębiorstwa, a jednocześnie zyskać środki, które przeznaczyć można na jego rozwój. Jedną z możliwości przyczyniających się do optymalizacji kosztów jest korzystanie z usługi wirtualnego biura.

Czym właściwie jest usługa wirtualnego biura?

To nic innego jak usługa outsourcing’u* obsługi biurowej bez konieczności obecności przedsiębiorstwa w danym miejscu. Zakres usług świadczonych przez takie biuro jest szeroki i uzależniony od opłaty abonamentowej. Na jej wysokość wpływa czas trwania umowy, ale także konkretne usługi wchodzące w skład poszczególnych pakietów.

*outsourcing- wydzielenie ze struktury organizacyjnej przedsiębiorstwa niektórych realizowanych przez nie samodzielnie funkcji i przekazanie ich do wykonania innym podmiotom.

Jakie korzyści niesie za sobą?

Wachlarz korzyści, jakie niesie ze sobą usługa wirtualnego b. jest bardzo szeroki. Do zalet usługi należą przede wszystkim:

– atrakcyjne ceny (niskie koszty utrzymania)- ceny usługi wirtualnego biura kształtują się na poziomie kilkudziesięciu do kilkuset złotych miesięcznie. To zdecydowanie mniejszy koszt niż samodzielne wynajęcie biura stacjonarnego. Dla przykładu- wynajęcie wirtualnego biura w Centrum Elbląga kosztuje od 100 do 300 zł miesięcznie (w zależności od wybranego pakietu), natomiast wynajęcie biura stacjonarnego to koszt minimum 1500 zł w skali miesiąca. To właśnie z tego powodu klienci co raz częściej decydują się na tę usługę- pozwala ona znacznie zmniejszyć koszty prowadzenia przedsiębiorstwa.

Do innych korzyści należą:

– prestiżowy adres (rejestracja biura)- niezwykle istotny element. Firmy oferujące usługę wirtualnego biura często posiadają siedziby swoich biur w centrach miast. Takie miejsce znacznie wzmacnia wizerunek firmy;

– wsparcie wykwalifikowanego personelu- obsługą wirtualnego biura zajmuje się wykwalifikowany personel, będący cały czas w gotowości do pomocy i rozwiązania problemów klienta. To również wpływa na oszczędności w firmie.
– szeroki zakres usług dodatkowych- większe firmy, chcąc sprostać wymaganiom klienta, oferują wiele dodatkowych usług- wynajem sal szkoleniowych, przestrzeni coworking. Dla przykładu,Centrum Biznesowo-Szkoleniowe Chainers Group w Elblągu w swojej ofercie dla klientów posiada również opcję podnajmu sal szkoleniowych- już od 500 zł miesięcznie! Zazwyczaj ceny miesięcznego najmu zaczynają się od 1000 zł.
– możliwości networkingowe i wiele innych korzyści.
Wirtualne biuro to przede wszystkim oszczędności, których wielkość w skali roku może okazać się zaskakująca. Oszczędzone środki wykorzystać można m.in. na inwestycję w przedsiębiorstwo- rozwój jej oraz pracowników. Warto więc zastanowić się nad taką opcją.

Studio Telltale Games miało to, o czym mógłby pomarzyć każdy producent gier. Licencje na znane na całym świecie marki, sprawdzoną formułę i uznanie w oczach branży. To prawdziwa ironia, że właśnie sukces doprowadził tę firmę do stanu śmierci klinicznej i uczynił z niej przestrogę dla innych.

Wiem, że zdanie powyżej może wywołać zdziwienie. Powinno. No bo jak to możliwe, że studio uważane za pioniera interaktywnych historii na licencjach The Walking Dead, Batmana, Guardians of The Galaxy, Borderlands, Minecrafta, czy Game of Thrones (żeby wymienić tylko kilka…) z dnia na dzień w mało elegancki sposób zwalnia 275 osób i ogłasza, że wygasza działalność?

Ewelina Stój w “Komputer Świat” oraz Jakub Mirowski na łamach “GRYOnline.pl” dokładnie opisali okoliczności upadku studia Telltale, dlatego ja skupię się na tym, co mniej oczywiste – na konkretnych błędach, które doprowadziły do takiego, a nie innego skutku.

Wspomniany wyżej Jakub Mirowski napisał w swoim tekście:

Upadek Telltale Games nie powinien być dla nikogo niespodzianką. To raczej rezultat długiego procesu autodestrukcji, spowodowanej kiepskimi decyzjami i fatalnym zarządzaniem.

I nie mógłbym się bardziej z nim zgodzić.

To nie tak, że Telltale dotknął jakiś szczególny kataklizm. I to nie tak, że klęska była nie do przewidzenia, biorąc pod uwagę zeszłoroczne zwolnienie 90 osób, które ze szczegółami opisał w doskonałym materiale The Verge.

Przypadek Telltale pokazuje, jak szeregiem złych decyzji (albo ich brakiem) można zarżnąć kurę znoszącą złote jaja. Słowem: zabić swój biznes, przekreślić lubiane przez graczy serie gier oraz wyrzucić na bruk kilkuset pracowników – wszystko przez nieumiejętne zarządzanie.

Na podstawie dostępnej wiedzy zebrałem wyróżniłem cztery powody, które w połączeniu doprowadziły do końca Telltale Games. Każdy z nich opatrzyłem dodatkowym komentarzem, co ja zrobiłbym na miejscu studia (lub co doradzał bym im jako konsultant), aby uchronić firmę przed katastrofą. Albo uodpornić Twoją na podobne błędy 😉

1. Wyeksploatowana formuła i produkt

Gdybym miał wskazać jeden bezpośredni powód spadku sprzedaży gier Telltale, powiedziałbym głosem dystyngowanego marketera: jednorodny, niezróżnicowany produkt.

Wydając w 2013 r. The Walking Dead studio scementowało pewną formułę rozgrywki. I niestety – siebie samo wraz z nią. Gra narracyjna, oparta na dialogach i tzw. quick time events, w zasadzie pozbawiona właściwej rozgrywki, ale przepełniona trudnymi moralnie decyzjami. Oto składowe pierwszego wielkiego sukcesu Telltale. Przez 5 lat ta formuła nie uległa zmianie, a w tym czasie firma wydała na rynek blisko 13 gier (!). Studio dysponowało portfelem różnorodnych, rozpoznawalnych na całym świecie marek (no bo kto poza LEGO ma pod swoimi skrzydłami jednocześnie superbohaterów Marvela i DC?!), a za każdym razem raczyło graczy w istocie tym samym. Pod różnymi tytułami krył się w istocie ten sam produkt.

Dodajmy do tego przestarzały silnik graficzny Telltale Tool, który służył studiu od… 2005 roku. Oczywiście, był aktualizowany i usprawniany, ale nigdy nie wiązało się to ze znacznym skokiem jakości. Mało? Studio regularnie wypuszczało na rynek gry – mówiąc subtelnie – niedoskonałe techniczne i niedopracowane [w tym miejscu bardzo polecam raport autorstwa Kotaku].

Gdybym miał posłużyć się metaforą dla lepszego zobrazowania tego problemu. Telltale Games przez półtorej dekady serwowało graczom całkiem pożywnego Snickersa oblewanego różnymi rodzajami czekolady i podawanego w różnych kolorach opakowań. Z wierzchu wyglądał nieco inaczej, ale zawsze smakował jak Snickers. I tylko czasem okazywało się, że obok orzechów można natrafić na parę ziarenek piasku. Ale w końcu człowiek chciałby spróbować Marsa albo Milky Waya.

Jak można było tego uniknąć?

Ta stagnacja produktowa Telltale jest wypadkową kilka innych omawianych przeze mnie poniżej problemów, ale na pierwszym miejscu stoi brak chęci zmiany i innowacji. Zarząd był chyba na haju pod wpływem sukcesu The Walking Dead i najwyraźniej uznał, że autorska recepta na rozgrywkę nie może się graczom znudzić.

Wystarczyło dopuścić do fazy testów nowatorskie pomysły, które rodziły się niżej w hierarchii organizacji. Zainwestować w lepszy silnik graficzny. (Nikt mi nie wmówi, że studio dysponujące takimi markami i zatrudniające w pewnym momencie 300 osób, nie było stać na zakup lub licencjonowanie lepszego silnika graficznego). Można było także po prostu wysłuchać fanów. Wielokrotnie okazywali narastające znużenie wyczerpaną formułą i usprawnić ją w zgodzie z ich sugestiami.

Przykładowe sprawdzone metody, po które można było sięgnąć, to:

  • co-creation,
  • customer development,
  • moderowane fora,
  • sesje Q&A.

2. Ryzykowny model biznesowy i wydawniczy

Formuła biznesowa Telltale, która sprawdzała się przez pewien czas, była następująca:

  1. Pozyskujemy licencje znanych marek komiksowych i filmowych (jak Jurassic Park, Batman, The Walking Dead, Game of Thrones itp.).
  2. Tworzymy na ich podstawie historie opowiedziane wokół właściwych dzieł, aby fani zechcieli po nie sięgnąć.
  3. Publikujemy je tak, jak seriale, czyli odcinek po odcinku, które wydawane w regularnych odstępach czasu złożą się na kompletny sezon.
  4. Zachwyceni rezultatem fani będą domagać się więcej, a właściciele nośnych marek sami nam je powierzą, aby powtórzyć sukces.

Brzmi dobrze i nawet działało dobrze. Po prostu nieumiejętne zarządzanie, zachłyśnięcie się sukcesem i klapki na oczach przekształciły tę pętlę w groteskę.

Błąd 1. Przypadek Netfliksa pokazał, że ludzie coraz częściej preferują binge’ować seriale. Jeżeli tylko mają taką możliwość, czyli pochłaniać je w całości “na raz” np. w weekendy. Z grami jest tak samo, jeśli nie bardziej. Jeżeli jakaś produkcja mnie wciąga, ostatnia rzecz, którą chcę zobaczyć, to informacja, że resztę historii poznam w kolejnym odcinku za 2 miesiące (dlatego też zawsze nabywałem kompletne sezony). Telltale to nie wzruszało i twardo do samego końca wydawało gry w kawałkach.

Błąd 2. Telltale bezustannie nie dotrzymywało terminów premier. Czasem na kolejny odcinek trzeba było czekać miesiąc, czasem… pół roku. Trudno mi sobie wyobrazić, aby HBO przesunęło datę emisji ostatnich odcinków Game of Thrones w trakcie trwania sezonu. Telltale robiło to ustawicznie, nie nadążając za cyklem produkcyjnym.

Błąd 3. Studio generowało opóźnienia, bo z własnej decyzji wzięło na głowę zbyt wiele marek, którymi próbowało jednocześnie zarządzać. Był okres, w którym nie było miesiąca bez premiery odcinka jakiejś gry Telltale. A mimo to – czy może: właśnie dlatego! – firma nie dotrzymywała terminów i wystawiała cierpliwość graczy na próbę.

Błąd 4. Firma praktykowała skrajny crunch, czyli goniąc terminy za wszelką cenę (a właściwie gasząc wywołane przez siebie pożary) wyciskała ostatniego poty ze swoich deweloperów, którzy pracowali po 14 godzin dziennie i stale przerzucani byli od projektu do projektu.

Tak powstała, a następnie utrwalała się błędna pętla, będąca groteskową wersją oryginalnego modelu biznesowego.

Jak można było tego uniknąć?

Po 1. Ograniczyć ilość marek w portfolio do niezbędnego minimum – najlepiej tych, które generują największy zysk (The Walking Dead?) i są “pewniakami”.

Po 2. Rozważyć zmianę modelu wydawniczego, rezygnując z systemu epizodycznego. Wystarczyło wejść na fora czy zrobić proste badania kwestionariuszowe wśród graczy, aby wyjść ze swojej bańki. (Nie pojmuję, dlaczego Telltale tak kurczowo się tego trzymało, choć ani razu nie zetknąłem się z pozytywnym odbiorem dzielenia gry na odcinki – jeżeli uważasz inaczej, to chętnie wysłucham Twoich argumentów 😉 ).

Po 3. Najpierw pilnować terminów i dowozić, a dopiero w drugiej kolejności rozbudowywać i rozwijać zespół, najlepiej pogrupowany projektowo i przypisany do konkretnych marek.

Po 4. Być może zaryzykować i stworzyć również własną, autorską markę, nie opartą na licencji. Tak, aby w sytuacji utraty części aktywów mieć możliwość manewru i więcej czasu na pozyskanie nowych licencji.

3. Toksyczna kultura, nieudolne przywództwo

Jeżeli rozstanie się z 90 programistami w listopadzie 2017 roku nie było wystarczająco wyraźnym sygnałem, że coś nie tak dzieje się wewnątrz Telltale, to nie wiem, co mogło nim być. [Rozlegle pisał o tym The Verge].

Patrząc na ostatnie wydarzenia i na sposób rozstania z 375 pracownikami (!), można dojść do wniosku, że organizacja od dłuższego czasu trwał powolny rozkład organizacji od środka. I stosunkowo łatwo wskazać jego przyczyny.

Wspomniany przeze mnie crunch wywołany ciągłym rozdygotaniem i miotaniem się między różnymi tytułami. Według relacji byłych pracowników czasem pracowano nawet do 20 godzin dziennie i 100 tygodniowo! [Ponownie reportaż The Verge].

Patologiczne przywództwo, które prezentował m.in. były CEO Kevin Brunner. Nie tylko jawił się jako zawistny, pozbawiony wizji szef, podcinający skrzydła utalentowanym pracownikom, ale także mieszał się nadmiernie w kwestie artystyczne zabijając w zarodku wiele twórczych pomysłów.

Kulturowo podtrzymywana twórcza stagnacja. To nie tak, że programiści i designerzy nie mieli ciekawych koncepcji. Oni po prostu nigdy nie mieli okazji ich przetestować, bo zarząd oczekiwał ”gotowców”.

Pomimo, że studio rosło, nie zmieniały się procesy, które mogłyby uprościć i przyspieszyć pracę zespołu. Wykształciło się coś, co można nazwać “wiedzą intuicyjną”, ale nie sformalizowaną w organizacji. Brak stosownej dokumentacji, niejasna komunikacja, nawet przestarzały silnik, w którym brakowało systemu fizyki (!). To wszystko sztucznie wydłużało i komplikowało rzeczy, które od dawna powinny być zoptymalizowane w studiu o tej renomie i wielkości.

Jak można było tego uniknąć?

Pomijając rzeczy tak oczywiste, jak stworzenie lepszych warunków pracy (płatne nadgodziny, pakiety socjalne etc.):

  1. Promować kulturę otwartej innowacji i premiować nowatorskie pomysły przez platformę wewnętrzną, brainstormy i zespołowe laboratoria czy warsztaty. Nie da się dziś prowadzić przedsiębiorstwa nie rozumiejąc, że w pewnych kwestiach pracujący w nim ludzie mogą okazać się mądrzejsi ode mnie.
  2. Mądrzej zarządzać procesami i projektami. Jest jakiś powód, dla którego powstają takie aplikacje jak Trello, Asana, czy Basecamp, do komunikacji zespołowej wykorzystuje się briefy, sprinty i Slacka, a ludzie tacy jak ja szkolą, jak wdrożyć te rozwiązania w swojej organizacji i nie zrezygnować z nich po 3 dniach 😉 Funkcja menedżera projektu też nie jest wynalazkiem obcej cywilizacji.
  3. Stworzyć wspólne repozytorium wiedzy, choćby w formie otwartej Wiki lub Dysku Google.
  4. Jasno zdefiniować funkcje i role w zespołach projektowych, tak, aby nie dublować kompetencji i czynności, a przy tym hamować ingerencję natrętnych i nadgorliwych przełożonych (czego, powiedzmy sobie szczerze, nie da się w zupełności uniknąć).

4. Niewłaściwe podejście do strategii

Telltale Games opracowało niegłupi model biznesowy i na jego podstawie stworzyło strategię, a następnie konsekwentnie ją wdrażało. W moim odczuciu zbyt konsekwentnie, co ostatecznie doprowadziło do upadku studia.

Tylko… strategia to nie symfonia rozpisana na 70 instrumentów. To bardziej improwizacja jazzowa. Wypada znać podziały rytmiczne, gamy i możliwości zespołu muzyków. Ale jeżeli w trakcie koncertu zmienia się metrum albo tonacja, to nie można jak frajer grać tak, jak mówią nuty, tylko dostosować się.

To, że Telltale zaplanowało sobie coś 5-6 lat temu, nie oznacza, że nie musiało tego zrewidować następnego dnia. Zmieniła się specyfika rynku seriali, który stanowił inspirację dla Telltale. Pojawili się naśladowcy, którzy zaczęli tworzyć lepsze gry oparte na tej samej formule (DONTNOD Games, czyli twórcy Life is Strange). Rozrósł się zespół, na popularności zyskały nowe platformy gamingowe, pojawiło się wiele ciekawych propozycji i licencji, wśród których studio mogło przebierać.

A Telltale nie zmieniło nic. Dalej grało swoją symfonię. Ta sama formuła. Ten sam silnik. Ten sam model wydawniczy. Te same metody i nawyki zarządzania.

Zacytuję serwis Polygon, który w jednym zdaniu zamknął najważniejszy, bo generalny problem Telltale Games: studio upadło, bo przestało iść naprzód.

Nie chodzi tu wyłącznie o innowację, chodzi o strategię, która tę innowację może stymulować. O umiejętność adaptacji i działanie przemyślane, a nie wyłącznie paniczne reagowanie na wywołane przez siebie pożary. Telltale Games stało się więźniem własnego sukcesu z 2013 r. i uznało, że formuła sprawdzona raz będzie sprawdzać się bez końca.

Dlatego

 już na sam koniec 😉 …

Jak można było tego uniknąć?

Myśląc strategicznie. Obserwując otoczenie, diagnozując sytuację wewnętrzną w organizacji. Eksperymentując, testując hipotezy, jasno wyznaczając cele i projektując plany ich wdrożenia. Ale ponad wszystko, robiąc to bez przerwy. Strategia to nie dokument – to aktywność. To gotowość do zmiany w kluczowych obszarach przy założeniu, że jedyne czego można być pewnym, to to, że przyszłość będzie różnić się od dnia dzisiejszego.

Mój niedawny artykuł o 4 wyzwaniach stojących przed polskimi producentami gier zawierał zdanie, które najlepiej oddaje historię upadku Telltale Games:

Duży sukces (a czasem może nawet umiarkowany) może łatwo doprowadzić do przeszacowania swoich możliwości i zachłyśnięcia się sukcesem.

Nie żal mi studia. Na pewno żal mi ludzi, którzy zostali bez z dnia na dzień bez pracy (szczęśliwie branża wyciągnęła do nich pomocną dłoń). Będzie mi również brakować kilku produkcji Telltale i już nigdy nie poznam dalszego ciągu historii bohaterów Tales from the Borderlands.

Telltale Games zapamiętam przede wszystkim jako przestrogę. To może spotkać każdego w branży, jeżeli tylko uzna, że receptą na sukces jest utrzymanie obecnego kursu.

—

Bartosz Filip Malinowski

Jestem strategiem, konsultantem i kreatywnym. Łączę kropki, które znikają ludziom z oczu. Założyłem agencję doradczą WeTheCrowd. Staram się także łączyć różne światy i dyscypliny oraz zachęcać do wyjścia ze swojej bańki na vlogu Bez/Schematu.

Upadek Studia Telltale Games miało to, o czym mógłby pomarzyć każdy producent gier. Licencje na znane na całym świecie marki od studio telltale games.

 

#kolejne artykuły