Bądź gotów na spotkanie z czarnym łabędziem! | worldmaster.pl
#

Przez całe wieki ludzie sądzili, że istnieją tylko białe łabędzie. Napisano wiele rozpraw naukowych, książek  dopóty, dopóki nie odkryto w Australii również czarnych łabędzi. Wtedy mit runął. Cała wiedza ornitologiczna na temat łabędzi została zdezaktualizowana.

W ułamkach sekund legły w gruzach wszelkie koncepcje tworzone tysiące godzin przez badaczy, a cała wiedza o barwie łabędzich piór musiała zostać wyrzucona do kosza.

Dziś “czarne łabędzie” stały się symbolem zdarzeń wysoce nieprawdopodobnych, których wystąpienia w ogóle się nie spodziewamy. Metafory tych pięknych ptaków, użył  Nassim Nicholas Taleb w swojej książce “Black swan”, który poświęcił swoje refleksje analizie wpływu zdarzeń o niskiej przewidywalności i ich skutków na nasz biznes, życie i nasze decyzje.

Bądź gotów na spotkanie “czarnego łabędzia” – możesz być pewien, że Ci się przytrafi!

black swan

źródło: bit.ly/35o2NcJ

Szalony, niespotykanie dynamiczny świat obfituje w “czarne łabędzie”. Nie jesteśmy się w stanie na nie przygotować. Bo czy mogliśmy się przygotować na tsunami w Japonii, w marcu 2011 r. Pamiętne wydarzenie, które wstrząsnęło nie tylko całym sektorem motoryzacyjnym,

Dzisiaj nie istnieje pojęcie “gdzie indziej”. Złożone globalne łańcuchy dostaw doświadczyły mocy “czarnego łabędzia”. Odległe geograficznie zdarzenie zatrzęsło tysiącami firm na całym świecie, paraliżując na długo ich sprawne funkcjonowanie.

Zamach na World Trade Center w 2001 r. na zawsze zmienił świat. Dowództwo Obrony Powietrznej USA, przygotowane było tylko na atak konwencjonalny. Zaskakujący model działania terrorystów zdewaluował wszystkie wyuczone strategie.

W 2008 r. tym samym światem wstrząsnęło inne nieprzewidziane wydarzenie. Krach finansowy, będący sumą błędnych decyzji inwestorów, przedsiębiorców, klientów, konsumentów pogrążył świat w niezliczonych problemach. Nowa rzeczywistość postanowiła zastawić pułapkę na decydentów.

W latach 2008-2012 pogłębiająca się sytuacja kryzysowa wystawiła im cenzurki. Pomimo lawinowo rodzących się problemów i narastającego chaosu dokonywali niewłaściwych wyborów, podejmowali błędne decyzje i trzymali się kurczowo starych modeli zarządzania.

Rodzący się chaos…

Nokia oszołomiona swoimi sukcesami przestała również podejmować trafne decyzje. Miażdżyła przez lata swoich rywali, posiadając 50,9 % rynku telefonów komórkowych. Jednak od 2007 r. traciła systematycznie swoją czujność. Zapatrzona w swój system operacyjny Symbian, zlekceważyła wszystkie sygnały ostrzegawcze o nadciągających zagrożeniach.

Był nim nieśmiało wprowadzany przez konkurentów system Android SDK. Po 6 latach ich udział w rynku spadł do 2,8 %, a 81 % sprzedawanych urządzeń mobilnych wyposażonych było w pogardzany przez nich i lekceważony system Android.

Nadszedł styczeń 2015 roku. Bank Szwajcarii przestał bronić kursu franka na poziomie 1,20 wobec euro. Stało się to, co jeszcze niedawno wydawało się  kompletnie niemożliwe: po raz pierwszy w historii frank szwajcarski stał się droższy niż euro. Co było potem wszyscy wiemy!

Te wydarzenia można mnożyć bez końca. “Czarne łabędzie”, jako nieskończony zbiór nieprawdopodobnych zdarzeń  mogą mieć charakter; globalny, sektorowy, organizacyjny, zespołowy i indywidualny.

Łączy je wspólny mianownik. Jest nim poczucie, że wszystko mamy zabezpieczone. Przekonanie, że już wszystko wiemy. Nadmierna pewność we własne możliwości. Przeświadczenie, że odniesione w przeszłości sukcesy dowodzą prawidłowości i skuteczności stosowanych rozwiązań.

Siła nawyków jest tak wszechogarniająca do tego stopnia, że brniemy w ślepą uliczkę, powielając kolejne błędy. Pomimo, że jak na dłoni widać, że nasze decyzje odbiegają od optimum.

Skoro wczoraj wszystko szło jak z płatka, to jutro będzie równie dobrze

Niestety nie mam dobrych wiadomości! W świecie “czarnych łabędzi” mamy coraz mniej rzeczy przewidywalnych. Zaskoczenie i zmiana są stałym i gwarantowanym elementem gry. Brak pewności nie zapewnia nam komfortu psychicznego. Tradycyjne podejście do zarządzania ryzykiem nie sprawdza się.

Klasyczne podejście do podejmowania decyzji, które opierało się na naiwnym wręcz przekonaniu, że jakość  tego procesu i ostateczne jego rezultaty zależą od kompetencji i doświadczenia decydenta przeszło do lamusa. Ilości posiadanych przez niego informacji, ze sprawdzonych i uznanych  źródeł nie chroni go przed błędami decyzyjnymi.

Nagle wszystko się odwróciło. W czasach kryzysów, to gwiazdy biznesu, za którymi stały imponujące osiągnięcia upadają pomimo wcześniejszych zwycięstw.

W wielu przypadkach dynamiczne i spektakularne kariery kompetentnych, utytułowanych ludzi mogą się załamać, ponieważ zaskoczy ich coś, co dla innych było oczywiste. Idą na dno, często pociągając za sobą organizacje i setki, tysiące związanych z nimi ludzi.

A wszystkiemu winien jest “indyk”.

Im lepiej Ci idzie, im większe sukcesy odnosisz tym bardziej grozi Ci “syndrom indyka”!

To między innymi Nokia padła ofiarą “mechanizmu indyka” Wiem, wiem jak to brzmi, ale wpadnijmy jednak do kurnika 🙂

Pewien dumny indyk żył sobie spokojnie na swojej fermie, w swojej systematycznie sprzątanej, wygodnej klatce. Leniwie przeżywał dzień za dniem. Trzy razy dzienne solidnie pojony wodą i karmiony paszą. Dni mijały mu niczym nie zakłócone. Minęło uroczych 50, 100, 150, wreszcie upłynęło i 200.

Gdybyśmy wtedy przeprowadzili z nim wywiad, byłby niezwykle zadowolony z dotychczasowego życia i zapewne kolejne dni widziałby przed sobą w dobrobycie. Żyć nie umierać!

Nie wiedział jednak, że w związku ze zbliżającym się Świętem Dziękczynienia, w 201 dniu jego życia, spotka go zaskoczenie. Coś czego nie podpowiadało mu jego dotychczasowe doświadczenie. Pierwszy i ostatni, związany z jego indyczym życiem “czarny łabędź”. Nie mógł się niestety na to przygotować.

Jesteśmy do złudzenia podobni do indyków!

Wpadamy w pułapkę przeświadczenia, że skoro przez dłuższy czas wszystko rozwija się dla nas i wokół nas w sposób dla nas przewidywalny, nic złego nie może się zdarzyć. Podświadomie zakładamy, że nasze obecne sukcesy będą nam towarzyszyć bez końca.

Ignorujemy jednocześnie ważne sygnały z otoczenia, podpowiadające nam, że jednak coś się zmienia. Wiatr wieje z innej strony. Nasz bohater indyk, również zapewne nie zauważył, że jego gospodarz podejrzanie często ostrzył narzędzie zbrodni. No skoro przez 200 dni był rozpieszczany trudno mu się pewnie dziwić, że się poznawczo rozleniwił i zagapił.

Nie jest to jednak tak śmieszne, jakby się nam wydawało

Analiza przypadków przyczyn upadłości firm, które wcześniej były liderami, prowadzi do kilku zgoła czytelnych i mających odzwierciedlenie w praktyce etapów ulegania wyżej opisanemu mechanizmowi.

  1. Oczywiście pycha kroczy przed upadkiem – sukces usypia, dając tylko tyle ile czekolada. Rodząc arogancję i pozbawiając zwycięzcę instynktu nakazującego nam dojrzałą analizę źródeł owego sukcesu!
  2. Nienasycona pogoń za kolejnymi zwycięstwami – skoro wiemy jak się wygrywa, nie będziemy niczego analizowali. Śmiało kroczymy po swoje, nawet tam gdzie nigdy nie byliśmy.
  3. Początek samobójczej spirali – opierając się na wcześniejszych założeniach odrzucamy wszystkie sygnały ostrzegawcze. Pozytywne myślenie jest naszą siłą, a rzeczywistość nam sprzyja….tu już pikujemy w dół, bo kolejne decyzje oparte na błędnych założeniach i braku rzetelnej analizy realnych uwarunkowań, nie mogą być trafne.
  4. Coś jest nie tak! – oczywiście byli tacy, którzy już to nam komunikowali dużo wcześniej, ale wysłaliśmy ich do diabła! Siali niepotrzebny defetyzm, odbierając nam napoleoński smak zwycięstwa. Jednak coś w trawie piszczy! I tu w panice zaczynamy podejmować chaotyczne i desperackie decyzje. Budzi się brutalnie wstrząśnięta skalą zagrożeń świadomość. Próba uratowania sytuacji jednym samurajskim cięciem kończy się piękną katastrofą. Machamy mieczem na chybił trafił. Każdy ruch pociąga za sobą większe koszty, nie przynosząc rezultatów.
    Blask geniuszu przygasa, gasną światła rampy!
  5. Autorytet tak skutecznie budowany zamienia się w popiół – otoczenie spogląda z niepokojem, traci morale i zaangażowanie. W ślad za utratą energii idą straty finansowe. Łapane z trudem “powietrze” pozwala dokonywać ostatnich zrywów. W tych okolicznościach trudno o efekty. Następuje wewnętrzna kapitulacja. Dopóki  nie upadnie do końca duch firma może jeszcze skazać się na czasową wegetację i nierówną walkę o przetrwanie. Jeśli i on skapituluje – firma upada!
Podsumowując warto przytoczyć słowa Andy Grove’a – prezesa Intel Corporation :

“sukces prowadzi do samozadowolenia, a samozadowolenie prowadzi do porażki!”

Obecny paradoks w sztuce podejmowania decyzji polega na tym, że im jesteśmy lepsi tym gorzej, bo tym mniejsza jest nasza naturalna gotowość do świadomych zmian. Jednocześnie zaskakująco skrajnie niebezpieczna z tej perspektywy wydaje się być stabilność biznesowa i długodystansowe planowanie.

To gotowość do natychmiastowej modyfikacji i ciągłego wychodzenie ze strefy komfortu może nas jedynie uchronić przed porażką. Odwiecznym problemem jesteśmy my sami ze swoim nieodłącznym uwielbieniem do stabilizacji i tworzenia mocno zakotwiczonych rytuałów.

Zróbcie wszystko żeby nie stać się indykiem!

Gościem kolejnego odcinka Biznes po Ludzku/Łódzku jest Paweł Burzyński z firmy Sztorm IT.

Paweł opowie czym zajmuje się i jak dba o swoich klientów. Dlaczego warto korzystać z usług firmy informatycznej?

Dowiemy się również, jakie zalety ma praca w przestrzeni coworkingowej?

 

W mojej pracy często słyszę taką oto mantrę: „moi klienci/pracownicy widzieli już wszystko”. Przedsiębiorcy dwoją się i troją, by zaproponować jakieś nowe szkolenie. poprawić zaangażowanie pracowników, przyciągnąć klientów, by kontakt klienta z nami był niezapomniany. Co zrobić, by wybić się spośród konkurencji? Jaka będzie przyszłość tego typu usług? Moim zdaniem, przyszłość leży w biznesach immersyjnych.

Jest taki bardzo znany serial HBO pt. Westworld. Jego akcja dzieje się w futurystycznym parku rozrywki, w którym możesz wcielić się w rolę kowboja i odgrywać prawdziwe życie. Odwiedzający mogą przeżywać przygody i pozwolić sobie na zachowania, na które nigdy nie pozwolilibyśmy sobie w rzeczywistości. Westworld jest biznesem przyszłości. Goście wchodzą w interakcje z hostami – robotami ze sztuczną inteligencją, które zasiedlają park i nadają mu życia. W serialu przedsięwzięcie Westworld jest super prosperującym biznesem.

A co, jeśli takie biznesy już powstają?

29 sierpnia 2019 w Disneylandzie w Anaheim w Kalifornii powstał park tematyczny pt. Galaxy’s Edge (GE). To teren wpasowujący się tematycznie w świat Gwiezdnych Wojen. Osoby odwiedzające GE mogą poczuć się niczym mieszkańcy odległej galaktyki i spotkać swoich ulubionych bohaterów. Mogą napić się niebieskiego mleka, zakupić swojego droida protokolarnego, czy zbudować własny miecz świetlny. Wszystkie te atrakcje przypominają już takie parki, które od jakiegoś czasu funkcjonują, również w Polsce, z jedną małą różnicą.

W Galaxy’s Edge wszyscy odgrywają jakąś rolę. W związku z tym każdy pracownik GE wciela się w jakąś postać. Co najlepsze nigdy nie wychodzi z roli wchodząc w interakcje z gośćmi parku. To tak, jakby ludzie naprawdę przenosili się na inną planetę i naprawdę przeżywali przygody w kosmosie. Świat zewnętrzny zostaje za bramą. Tutaj dajesz się ponieść mocy.

Dlaczego uważam, że podobne rozwiązania, zapewniające dodatkowe wrażenia i pozwalające na eskapizm od życia codziennego będą coraz bardziej wchodzić w naszą rzeczywistość? Z kilku powodów.

Po pierwsze, już teraz wiemy, że GE, jak i inne parki, które poszły ich tropem i zadbały o pełną immersję, zarabiają krocie. W branży coraz więcej miejsc takich usług rozrywkowych zaczęło czerpać ze wzoru GE.

Po drugie, jeśli to działa na taką skalę, to prawdopodobnie zaczniemy wykorzystywać podobne rozwiązania w innych sytuacjach biznesowych. Jestem w stanie wyobrazić sobie np. kawiarnię urządzoną na modłę średniowiecznej karczmy. Kawiarnię, w której oprócz wystroju i muzyki, również pracownicy animują otoczenie, organizując od czasu do czasu walki karczmiarskie,. Czy mówiąc do klienta w taki sposób, jakby obsługiwała go piętnastowieczna karczmareczka, a nie pani zza lady. Jeżeli chcecie poznać taką kawiarnię, to polecam Trzy Smoki w Tallinie, która właśnie tak działa.

Podobnie jak jestem w stanie pomyśleć o wielu innych usługach wdrażających element z gier jakim jest immersja – wczucie się w sytuację.

Szkoła językowa dla ladies i gentlemanów (skoro i tak uczymy w szkole królewskiego angielskiego, to dlaczego nie możemy poczuć się jak angielscy lordowie), którzy rozwiązują zagadki kryminalne, zamiast dla uczniów, którzy siedzą tylko w ławkach.
Taksówka, która wygląda jak wehikuł czasu z Powrotu do Przyszłości.
Sklep z butami w klimacie baśni? Miejsce gdzie obsługuje nas szewczyk dratewka, a po półkach spaceruje kot (a jego buty są gdzieś w widocznym miejscu).
Fryzjer, w klimacie dzikiego zachodu, gdzie wybierasz fryzurę na podstawie portretów poszukiwanych.
Spa naśladujące greckie termy, gdzie możesz posłuchać o filozofii.

Opcji jest naprawdę wiele. Zanim ktoś mi powie, że „przecież taksówka jest do zawożenia, a nie przeżywania przejazdu, a fryzjer to ma obcinać włosy, a nie udawać kowboja” to odsyłam jeszcze raz do przypatrzenia się temu jak działają nieraz podobne usługi w parkach rozrywki. Parki, które coraz bardziej rozrastają się na zachodzie. Jeśli istnieje trend zapożyczania rozwiązań biznesowych z zachodu, to może jednak warto przyjrzeć się również immersyjnym doświadczeniom w biznesie?

A o tym jakie czynniki składają się na dobrą immersję dowiesz się z mojego filmu na YT:

Loot boxy, jeśli nie wiesz czym są, już tłumaczę. Kojarzysz jajko niespodziankę? Super! To właśnie taki loot box – kupujesz coś w ciemno, licząc na najlepszą nagrodę. I jeśli nie grasz w gry, to pewnie w tym momencie pomyślisz sobie, że loot boxy są super. Przecież fajnie było zbierać te kinder jaja. Jeśli natomiast siedzisz trochę w świecie gier, to zapewne synonimem słów loot box jest dla Ciebie handel duszami albo żerowanie na chorych od uzależnień.

Widzisz, w grach wideo od jakiegoś czasu (w zasadzie od 2000 roku, w grach karcianych jeszcze wcześniej) rozwija się model sprzedażowy wykorzystujący właśnie mechanikę loot box. Jak to wygląda? Ano tak, że gra sama w sobie najczęściej jest darmowa i pozwala na zdobywanie nagród po każdym wygranym poziomie. W starym modelu, nagrody byłyby ustalone wcześniej przez twórców. W nowym modelu, nagrody są losowane z puli. Możesz dostać nową skórkę dla postaci, możesz dostać ten sam, piętnasty pistolet do kolekcji, a możesz wylosować też ultra rzadkiego karego konia dla swojej postaci. Jeśli wylosowana nagroda Ci odpowiada to super, ale jeśli nie… Cóż, zawsze możesz wykupić (przez mikropłatności) kolejnego loot boxa!

Za i przeciw

Mechanika losowych nagród okazała się tak trafiona, że coraz więcej osób zaczęło korzystać z oferowanych mikropłatności. Czy też poświęcało więcej godzin grania, by np. przejść jakiś poziom jeszcze raz, bo może tym razem wylosuję coś lepszego? Loot boxy przyciągały więcej graczy, więcej i co raz więcej. W końcu okazało się, że mogą być uzależniające.

Dyskusja nadal trwa, ale istnieją silne znaki wskazujące, że osoby skłonne wydać pieniądze na loot boxa mogą łatwo popaść w nałogowy hazard związany z losowymi nagrodami w grach. Dlatego ta mechanika już teraz została poddana osobnym regulacjom prawnym m.in. Chinach, Japonii, Australii, czy Holandii. Gdy loot boxy służą nałogowemu i nieetycznemu wyłudzaniu pieniędzy, potrzeba nad tym kontroli.

Nie zaprzecza to jednak faktowi, że istnieje wiele etycznych i wspaniale działających loot boxów. Potrafią być motywujące, dające przyjemność i przynoszące pieniądze biznesowi. Kinder niespodzianki, karty kolekcjonerskie, czy nawet etycznie zaprojektowane loot boxy w grach wideo (skupiające się na nagrodach estetycznych, niemożliwych do wypłacenia w walucie) potrafią dać użytkownikom fun i zmotywować ich do działania.

I tu wkracza grywalizacja.

Jeśli chcielibyśmy wykorzystać ten element gier w kontekście pozagrowym, jest duża szansa, że pomoże on nam osiągnąć nasze cele. Niezależnie od tego, czy będą to cele indywidualne (np. nauczenie się do egzaminu), czy biznesowe (ściąganie klientów). Trzeba jednak zaprojektować loot boxy z głową. Oto jak to zrobić.

  1. Miej etyczną nagrodę w loot boxach! Oznacza to, że nie może to być nagroda, która może być łatwo spieniężona. Dając graczowi więcej pieniędzy, niż jego początkowy wkład w uzyskanie tej nagrody. Innymi słowy, nie rób z loot boxów kasyna. Losowych nagród nie wymienia się na pieniądze, bo jeśli tak jest, to automatycznie projekt staje się kasynem, a nie grywalizacją zwiększającą zaangażowanie odbiorców.
  2. Tylko wygrane. Co ważne w losowych nagrodach (jak i w każdej grze losowej), nie można wylosować w nich kary. Ludzka chęć uniknięcia kłopotów zazwyczaj wygrywa ze stopniem ryzykanctwa. Jedyną „przegraną” powinna być niska wygrana, w najgorszym wypadku brak jakiejkolwiek nagrody, ale nigdy kara!
  3. Tylko niepewne nagrody. Albo tylko nagrody, których nie można kupić. Wiąże się to z tzw. efektem pewności i efektem prawdopodobieństwa. Jeśli np. mogę dostać 30 zł albo zagrać w grę, gdzie mam 80% szans na wygranie 45zł, to wybiorę opcję A, bo jest pewniejsza i bardziej wartościowa. To jest efekt pewności. W sytuacji, gdy mam dwie gry, w jednej mam 25% szans na wygranie 30zł, a w drugiej 20% szans na wygranie 45zł to raczej zagram w tę drugą grę. Skłonność do podejmowania ryzyka wzrasta z powodu efektu prawdopodobieństwa.
    Innymi słowy, jeśli dasz swojemu graczowi możliwość zakupienia towaru, albo zagrania o towar ekskluzywny, to najpewniej wybierze tę bezpieczną opcję. Jeśli natomiast o jeden i o drugi towar będzie musiał zagrać i obie opcje będą niepewne, raczej wybierze tę bardziej wartościową nagrodę, nawet płacąc za to większą cenę.
  4. Zestaw kolekcjonerski. Prawie wszystkie loot boxy opierają się na jakiegoś rodzaju zestawie kolekcjonerskim. To znacząco wydłuża ich życie, bo gracze chcą zebrać wszystkie elementy zestawu.

W porządku, powiesz, dałeś Grześku receptę, ale pokaż jeszcze jakiś przykład, co? Jak można loot boxa, czy w ogóle systemu nagród losowych użyć, dajmy na to, w biznesie?
Super pytanie, już odpowiadam… W formie wideo, zapraszam pod poniższy link:

Ożywić grupę na Facebooku

Jeśli jesteś przedsiębiorcą, to istnieje spora szansa na to, że prowadząc marketing swojej działalności postanowiłaś lub postanowiłeś w pewnym momencie założyć grupę na FB. Super sprawa, taka grupa. Można utrzymywać stały kontakt z ludźmi. Każdy dostaje powiadomienia o Twoich postach.

No świetnie. Tylko coś inni ludzie na niej nie piszą. Aktywny jesteś tylko Ty i już nawet Twój kolega Marek przestał lajkować cokolwiek, co się pojawia. Jak to zmienić? Jak sprawić, że ludzie na grupie staną się aktywni? Cóż, chyba mogę pomóc ze swoimi pomysłami  i grywalizacją:)

Fascynuje mnie to, że grywalizacja jest coraz częściej używana przez małych przedsiębiorców. Nie potrzeba bowiem od razu rozwiązań w postaci aplikacji, czy wielkich systemów zarządzania, żeby rozwiązania grywalizacyjne stosować. Można zacząć małymi krokami i w elastyczny, bardzo dynamiczny sposób wykorzystać rozwiązania z gier do własnych celów biznesowych. Nie inaczej jest z grupami na FB.

Już dwa razy udało mi się stworzyć bardzo aktywne grupy Facebookowe skupione wokół działań marketingowych i promujące moją markę (jedna tutaj, a druga tutaj). Jednocześnie, były to grupy wsparcia, oferujące członkom sporą dawkę wartości (u mnie była to wartość wiedzowa oraz ćwiczenie umiejętności, możesz o tym przeczytać we wcześniejszym wpisie tutaj). Efektem prowadzonych przeze mnie działań na FB było bardzo duże zainteresowanie i zaangażowanie członków grupy, które udało się osiągnąć z pomocą gamifikacji. Jak? Tłumaczę to w kilku poniższych punktach:

  1. Cel i czas

    Zanim w ogóle zabierzemy się za jakiekolwiek wymyślanie gier, czy wdrażanie grywalizacji, trzeba zacząć od odpowiedzi na dwa pytania: cel istnienia grupy i czas w jakim będzie działać gamifikacja?
    Jeśli chodzi o cel, to sprawa chyba jest prostsza. Ludzie chętniej dołączą do grupy, jeśli będzie użytkowa. Jeśli da im jakąś wartość, przykładowo: wiedzę, możliwość dokonywania tańszych zakupów, rozrywkę, możliwość wymiany myśli na dany, konkretny temat, którym się zajmują. Im bardziej doprecyzowany cel grupy, tym lepiej. Im więcej “opcji” tematów ma grupa, tym trudniej będzie wytłumaczyć ludziom, po co chcemy się z nimi spotykać wirtualnie i po co w ogóle jest ta grupa.
    Druga rzecz, to czas. Osobiście jestem zwolennikiem projektowego podejścia do grywalizacji, to znaczy takie jej używanie, które z góry zakłada jej początek i koniec. To użyteczne podejście, które ładnie wpisuje się w znaną dynamikę FB. Ludzie kojarzą często organizowane “wyzwania”, “konkursy”, etc. Jeśli na swojej grupie zrobisz coś w stylu “wyzwanie 30 dni – elevator pitch” i przez 30 dni będziecie ćwiczyć tylko tę umiejętność, to masz większe szanse na zainteresowanie tym ludzi, niż na przykład mówienie o elevator pitchu w każdy piątek miesiąca, aż do śmierci.

  2. Zadania dla ludzi

    Ludzie muszą mieć co robić na grupie. A żeby mieli co robić, muszą mieć wyraźny cel (związany z ogólnym celem grupy). Cel ten musi zostać i tak podzielony na kroki do jego osiągnięcia, czyli zadania do wykonania. To pierwszy element grywalizacyjny. Zadania powinny być jasne, klarowne i sensowne, a przede wszystkim wykonalne. Powinny też pomagać ludziom w osiągnięciu głównego celu.
    Warto jednak pamiętać, że prosząc członków grupy o zrobienie czegoś prosimy tak naprawdę o ich czas. Warto się zatem zastanowić nad częstotliwością zadań. Z mojego doświadczenia wynika, że optymalna częstotliwość zadań do wykonania to 1,5 na 24h.

  3. Nagrody

    Ludzie muszą wiedzieć jaka jest stawka gry. Co im da robienie zadań. Wiadomo, da im jakiś wewnętrzny rozwój, ale to za mało. Rozwój umiejętności, to nagroda nienamacalna i w dodatku oddalona czasowo, co czyni ją bardzo słabą motywacyjnie. Dobrą motywację da ludziom nagroda namacalna, zrozumiała i szybka. Może to być jakaś rzeczówka do wygrania na sam koniec (namacalna, wolna nagroda), może to być tytuł zwycięzcy (namacalna i szybka nagroda), a może to być natychmiastowy feedback dotyczący ich działań (nienamacalna nagroda, ale szybka).

  4. Ekstrasy i hype

    Żeby zrobić wyzwanie na grupie jeszcze bardziej wciągającym, możemy wykorzystać różniaste motywy graficzne, wideo, audio, etc. Możemy też sięgnąć po rozwiązania growe i np. ze zdjęcia w tle uczynić planszę. Będzie się ona aktualizować i pokazywać np. aktualne zadanie, czy ostatniego zwycięzcę. Do naszej grupy możemy także dodać do motyw narracyjny (np. zrobić grę o zombie, albo o kosmosie). Można także powiedzieć, że razem z uczestnikami będziemy odkrywać historię. Możemy też wykorzystać model SAPS (Status Access Power Stuff) i powiedzieć, że aktywności nagradzamy lepszym statusem na grupie, dostępem do materiałów ekskluzywnych, nagrodą wpływu na wygląd i funkcjonowanie grupy, czy (w końcu) jakąś rzeczówką.

  5. Ludzie, ludzie, ludzie/wartość, wartość, wartość

    Przede wszystkim jednak, żeby jakikolwiek z naszych pomysłów miał rację bytu trzeba się zaprzyjaźnić z ludźmi, których mamy na grupie. Powinni nas poznać. Powinni polubić. My powinniśmy poznać ich, tak autentycznie. Czym się zajmują, w co wierzą, z czym mają problem, jak wygląda ich życie? Lepsza znajomość odbiorcy, to lepsze pomysły, które możemy mu zaoferować.
    No i na koniec właśnie ten punkt: oferowanie wartości. Przygotuj się na to, że aby coś zadziało się na grupie i aby ludzie zaczęli być aktywni, Ty sam musisz być 3-4 razy bardziej aktywny! I to nie w sposób spamerski, ale aktywny wartościowo. Dając coś konkretnego i istotnego za każdym Twoim wpisem.

Wreszcie, na koniec mogę dodać tylko tyle, że aby wszystko działało ładnie i składnie na Twojej grupie na FB. Ludzie powinni czuć tam flow, czyli stan tzw. przepływu, w którym ma się poczucie realizowania swoich talentów, wykorzystywania umiejętności i życia pełnią życia. Brzmi bajkowo? Może i tak, ale jest prawdziwsze, niż myślisz 🙂 Mówię o tym w najnowszym odcinku vloga, zapraszam 🙂

#kolejne artykuły