Bezpieczna forma prawna dla tradera - jaka spółka? | worldmaster.pl
#

Na tak postawione pytanie odpowiada sobie po dogłębnej analizie jedynie wąskie grono traderów. Dlaczego? Bo większość koncentruje się na tym, co najważniejsze: kopaniu, śledzeniu trendów i newsów, obserwacji kursów i w końcu handlu. Nie podważając istoty biznesu kryptowalutowego warto jednak zwrócić uwagę na element mocno lekceważony, czyli forma prawna działalności. Zwłaszcza w aktualnych okolicznościach prawnych i podatkowych powinien on zostać zauważony i uwzględniony przez środowisko.

Na czym polega problem?

Chyba nikomu, kto chociaż trochę śledzi aktualne doniesienia prasowe nie trzeba udowadniać, że polskie państwo stoi przed ogromnym wyzwaniem właściwego uregulowania obrotu kryptowalutami, zwłaszcza w sferze podatkowej. Wystarczy przypomnieć ostatnie zamieszanie w obszarze opodatkowania PCC. Refleksja ze strony Ministerstwa Finansów „dzieląca” traderów na takich, którzy powinni zapłacić podatek (jeżeli dokonywali niewielu transakcji) i takich, którzy podatku płacić nie muszą (jeżeli przeprowadzali setki lub tysiące transakcji) była przynajmniej zaskakująca. Logika w zakresie tego typu poglądów wydaje się każdemu rozsądnie myślącemu obywatelowi zdecydowanie pokrętna. W sferze nauki prawa z kolei jest kompletnie sprzeczna z zasadą powszechności opodatkowania, a więc jednym z fundamentów prawodawstwa podatkowego.

Jaki zatem będzie finał tych rozstrzygnięć i jak będzie wyglądać opodatkowanie handlu kryptowalutami? Nie wiadomo. I chyba to stanowi największy problem – brak przewidywalności w zakresie kierunku wprowadzanych rozstrzygnięć. Wszystko potęguje niepewność prawa powodowana jego ciągłymi zmianami oraz rozmaitość poglądów ze strony organów podatkowych. W konsekwencji handlujący kryptowalutami powinni rozważyć co mogą zrobić, aby owa niepewność nie odcisnęła swojego piętna bezpośrednio na ich prywatnych majątkach.

Bezpieczna forma prawna dla tradera – jaka spółka?

Co zrobić, aby zabezpieczyć się przed „niespodziewanym” opodatkowaniem?

Przede wszystkim założyć spółkę. Jej forma, w zależności od potrzeba i wielkości biznesu może być różna. Coraz więcej mówi się także o planowanych zmianach w podatkach dochodowych od początku stycznia 2019 r. (kolejny rok to rok wyborczy, a więc możemy spodziewać się obietnicy kolejnych „prezentów” finansowanych z kieszeni podatników). W efekcie trudno jednoznacznie wskazać, czy najkorzystniejszą z perspektywy efektywnej stawki podatkowej formą będzie spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, spółka jawna/komandytowa czy też popularna obecnie fuzja spółki komandytowej ze spółką z o.o. Niemniej na chwilę obecną, ostatnie rozwiązanie wydaje się być optymalne a co najistotniejsze – bezpieczne.

Warto pamiętać, że spółka komandytowa ze spółką z o.o. posiada swój majątek odrębny od wspólników. Ponadto, co istotne, odpowiedzialność za zobowiązania podatkowe spółki (np. PCC, VAT) może zostać rozciągnięta wyłącznie na komplementariusza, którym najczęściej jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością nie posiadająca znacznego majątku. Innymi słowy, gdyby jednak organy podatkowe zdecydowały dziś, że traderzy mają zapłacić 1% PCC od każdej dokonanej transakcji, wówczas opisana konstrukcja ochroniłaby w 100% majątek prywatny przed egzekucją podatku przez organy. Warto zatem, w dzisiejszych warunkach „ograniczonego zaufania” do administracji podatkowej przygotować się na tego typu wariant i zmienić aktualną formę prawną prowadzonej działalności.

European Startup Days towarzyszyło Europejskiemu Kongresowi Gospodarczemu,  jednej z największych imprez biznesowych w Europie.

EKG jak co roku zgromadził ogromną rzeszę krajowych jak i zagranicznych polityków.  Z kolei część startup-owa stanowiła mieszankę najprężniejszych, młodych, polskich firm.

Wschodzące startupy – przyszli „czempioni międzynarodowi”?

Trzeba przyznać, że większość obecnych na imprezie startupów to często już całkiem sprawnie działające i posiadające międzynarodowe ambicje firmy. W trakcie wydarzenia miał miejsce konkurs dla młodych biznesów, a wśród zwycięzców w poszczególnych kategoriach znalazły się m. in.:

– Sense Monitoring (monitoring konstrukcji dachu, który umożliwia weryfikację ciężaru np. spowodowanego zalegającym śniegiem),

– Health and Biotechnology („kieszonkowe” laboratorium, zdolne do badania DNA lub RNA pod kątem mutacji genetycznych, bakterii i grzybów),

– ShelfWise (weryfikacja stanu i prezentacji produktów na półkach sklepowych),

– Abyss Glass (interaktywne lustra, umożliwiające „wirtualne” dobranie odpowiednich dodatków do wybranych ubrań).

Powyżej znajduje się wyłącznie lista samych laureatów, natomiast podczas eventu można było odwiedzić również stoiska takich firm jak:

– Clubber (aplikacja do promocji eventów muzycznych, analizy ruchu, sprzedaży oraz randkowania),

– ZweryfikujFirmę.pl (automatyczna weryfikacja bieżącej sytuacji finansowej kontrahenta na podstawie plików JPK),

– Mergebit (aplikacja do analityki internetowej),

– Pergamin (portal do automatyzacji tworzenia umów),

– Wirared (oprogramowania do trwałego usuwania danych z pamięci – podobno po każdej reinstalacji i fragmentacji można spokojnie odzyskać Wasze pliki…),

– Ignico (system do automatyzacji nagród i bonusów dla sprzedawców i ambasadorów).

Zachęcam Was do wizytowania ich stron internetowych i śledzenia dalszych losów w mediach społecznościowych. Mocno trzymam kciuki, aby już niedługo było o nich głośno nie tylko na rodzimym „podwórku”.

Wystąpienie Premiera Morawieckiego vs. przeniesienie na Maltę BitBay?

W trakcie ESD miało miejsce kilkunastominutowe wystąpienie Mateusza Morawieckiego. Premier przypomniał o działaniach podejmowanych przez stronę rządową w celu poprawy otoczenia gospodarczego i prawa dla lepszego rozwoju przedsiębiorczości, w tym startupów. Abstrahując od osobistych, politycznych poglądów nie sposób nie dostrzec pewnej sprzeczności pomiędzy wystąpieniem przedstawiciela rządu, a aktualną dyskusją w zakresie relokacji z Polski jednego z najważniejszych graczy kryptowalutowej sceny na świecie – BitBaya. Warto przypomnieć, że Sylwester Suszek, założyciel firmy podjął niedawno decyzję na temat przeniesienia działalności na Maltę z uwagi m.in. na niesprzyjające uregulowania prawne i wysoką niepewność (w tym podatkową) przedsiębiorców operujących w obszarze kryptowalut. W tym kontekście, zapewnienia Premiera Morawieckiego o budowaniu dobrego środowiska dla innowacyjnych technologii wydaje się mało wiarygodne. Ta dziedzina ciągle pozostaje bowiem w sferze dużej niedookreśloności, a wszystkim, którzy koncentrują swoją uwagę na handlu kryptowalutami zalecam ostrożność, rozumianą chociażby jako przygotowanie się na niespodziewaną daninę (link do artkułu).

Pozostałe refleksje

W ramach imprezy działo się naprawdę wiele. Z uwagi jednak na mnogość paneli, startupów i brak możliwości rozdwojenia się jestem zmuszony ograniczyć się wyłącznie do kilku najważniejszych przemyśleń:

Jeżeli prowadzisz startup/jesteś startupem, na takich imprezach warto bywać. Nawet w przypadku, gdy nie chcesz inwestować we własne stoisko lub pitchować, poświęć dwa dni aby poznać ludzi, usłyszeć z jakimi problemami się borykają na początku lub jak rozmawiać z funduszem venture. To bezcenne i może oszczędzić Ci wielu błędów, a relacja z YT nie zastąpi prawdziwej, ludzkiej interakcji. Jeżeli to Cię nie przekonuje, to na wieczornym koncercie była mega energia i….darmowy browar.

Wiele firm na etapie kształtowania strategii rynkowej kompletnie pomija Chiny, idealizując Stany Zjednoczone, dolinę krzemową oraz Zachodnią Europę. Rynek chiński jest na ogromnej fali wznoszącej, bardzo chętnie przyjmuje nowe, innowacyjne pomysły i stoją zanim potężne liczby, również te związane z środkami na wsparcie biznesowych inicjatyw.

Skromność, konsekwencja i ciężka praca prowadzą do sukcesu, nie ma drogi na skróty. To część inspiracji zaczerpniętej z wystąpienia Michała Sadowskiego, założyciela Brand24 i człowieka, którego nie da się nie lubić.

Jeśli myślisz o startupie fintechowym, to dobra informacja jest taka, że niektóre banki przestały myśleć o sobie jako o monopolistach najlepszych rozwiązań. Świetne wystąpienie i panel dyskusyjny, w którym brał udział Benoit Legrand, CIO grupy ING są na to najlepszym dowodem. Wydaje się, że sektor bankowy bardzo poważnie rozumie potrzebę współpracy ze startupami i posiada znaczne zasoby, aby osiągnąć pożądany efekt synergii.

Jeśli jeszcze o tym nie wiesz, to PARP wspiera bardzo dużo inicjatyw biznesowych, oferując ogromne wsparcie nie tylko finansowe ale co nawet ważniejsze, mentoringowe i warsztatowe. Rozmawiałem z chłopakami z Pergamin, którzy są jednymi z beneficjentów programu (akcelerował ich Huge Thing) i ich zdaniem żadne studia czy pieniądze nie dałyby im takiej dawki praktycznej, biznesowej wiedzy i umiejętności, jak udział w programie Scale Up. Uderzajcie więc śmiało i śledźcie informacje na portalu, najbliższy nabór już na przełomie maja/czerwca.

Wybaczcie, jeśli kogokolwiek urażę tym postem. Być może jest on zbyt zgryźliwy. Jednak obserwując po raz milionowy w social mediach, jak Ci wszyscy męczennicy i pseudo kulturyści, wykonują swój trening w ogromnych bólach istnienia, pokazując swoją jakże trudną drogę, moja cierpliwość zostaje wystawiony na ciężką próbę.

Ironia? Skądże!

Jakże ciężkie życie muszą mieć ci, którzy codziennie odbywają dwugodzinny trening na siłowni! Jakie męki, muszę oni przechodzić w kwestii doboru odpowiednich pokarmów, spełniających ich potrzeby! Jacy są oni biedni, gdy ze łzami w oczach muszą jeść swojego suchego kurczaka, zatopionego w delikatnych równie suchych, jak drewniane wióry, kawałkach ryżu! Jakimi męczennikami oni są, gdy każdego dnia muszą stawiać czoła procesowi kształtowania swojej sylwetki! Czy katusze, jakie przeżywają istni męczennicy XXI wieku, mogą równać się z czymkolwiek innym? 

Życie nie ustaje w zadziwianiu nas ironią– Andrzej Sapkowski

Męczennicy treningowej sali.

To zabawne, móc obserwować tych wszystkich ludzi tak bardzo idealizujących swój proces kształtowania sylwetki. Na każdym kroku dostrzegam w ludziach skłonność, do robienia z samych siebie męczenników obecnych czasów. Co drugie zdjęcie w mediach społecznościowych, to znak dający upust swojemu jakże ciężkiemu życiu. Wszędzie pojawiają się teksty motywacyjne, wciskane nam bardziej, niż rzeczy z telemarketu. Od samego początku jest nam wpajane, że tylko ciężki trening popłaca i nie powinno być w nim miejsca na jakąkolwiek radość. Tym samym podążamy szlakiem cierpienia, zaciskamy zęby i pokazujemy wszystkim wszem i wobec, jak bardzo mamy ciężko, gdy musimy wstać o siódmej rano i zrobić godzinny trening…

Biję się w pierś, bo kiedyś i dla mnie było to normalnością. Potem patrzyłem na rozwijający się ten proces z niemałym przestrachem, pytając samego siebie, dokąd to zmierza. Teraz z wielkim rozbawieniem obserwuje zdjęcia wszystkich „fitnessiaków”, napinających swoje mięśnie do brudnego lustra na siłowni, okraszonych jakże unikatowym i wyjątkowym opisem: „Never give up!” lub „Nigdy się nie poddawaj!”. My wiemy, że oba te wyrażenia znaczą to samo, ale nie wszyscy są aż tak rezolutni, aby posiąść tak wyspecjalizowaną wiedzę. Nie dziwmy się proszę, że osoby o dużej muskulaturze są często brzydko nazywani półgłówkami, skoro grupa ta posiada silne przedstawicielstwo zwierząt, a nie ludzi. 

Nie jesteś pępkiem świata!

Jak my wszyscy kochamy idealizować to, co robimy! Oczekujemy nieustannego wsparcia, pochylania się nad nami z czuło wypowiadanymi słówkami: „Wszystko w porządku?” i zainteresowania ciężką drogą, z jaką musimy mierzyć się każdego dnia. W rzeczywistości nie mamy nawet pojęcia, czym są prawdziwe trudności, a obok ciężkiej drogi nawet nie spacerowaliśmy. Za wszelką cenę, próbujemy zwrócić światła reflektorów na własną osobę. Chcemy, aby cała możliwa uwaga wszystkich ludzi, została skupiona na nas i naszym jakże niebotycznym osiągnięciem, jakim jest trwanie w procesie kształtowania sylwetki. Czy to nie jest absurdalne?

Stanowczo zbyt często przypisujemy swoim działaniom i swojej osobie, zasługi i osiągnięcia, które nie mają żadnego przełożenia na rzeczywistość. Czym jest dźwiganie dużych ciężarów na treningu w porównaniu do życia? To zabrzmi dość brutalnie, ale prawdą jest, że oprócz Ciebie i Twoich kolegów pasjonatów, nikogo innego nie interesuje Twój wynik w martwym ciągu czy przysiadzie. Nawet Twoi bliscy, którzy mogą okazywać Ci niepohamowane wsparcie, są zapewne bardziej skupieni na sobie, niż na Tobie. Zapomną o Twoim chwalebnym wyczynie, zapewne w ciągu kilku godzin od momentu, gdy im to uroczyście oznajmisz.

Naturą ludzką jest dbać przede wszystkim o siebie. Dale Carnegie w swoim ponadczasowym dziele „Jak przestać się martwić i zacząć żyć” trafnie zauważył, pisząc:

„Bardziej [Ludzie] przejęliby się niewielkim bólem głowy niż wiadomością o mojej czy twojej śmierci”.

męczennicy

Ze świecą szukać altruistów troszczących się przede wszystkim o innych, ascetów wyrzekających się dóbr cywilizacyjnych czy prawdziwych męczenników, cierpiących za ludzi. Wszyscy pseudo kulturyści oraz pseudo motywatorzy treningowej sali, na pewno do nich nie należą. Czym się zasłużyli? Poświęceniem swoich dwóch godzin życia na trening, który wykonują z własnej, nieprzymuszonej woli? Czy może odmówieniem ukochanej babci porcji sernika, z obawy o nagły i magiczny przyrost tkanki tłuszczowej?

Pseudo kulturyści i ich makabrycznie trudna droga…

Nie jesteśmy męczennikami, greckimi herosami, ani bohaterami światowych legend! Proszę więc, abyśmy nie próbowali się tak zachowywać! To dość poniżające i uwłaczające tym, którzy bardziej zasługują na to miano, przerysowane oraz przede wszystkim śmieszne dla pozostałej części społeczeństwa. Grupy, która to wszystko obserwuje, a potem wysuwa jednoznaczne wnioski na temat wszystkich, którzy kiedykolwiek dotknęli sztangi. Choćby byli najinteligentniejszymi istotami na ziemi i najbardziej rozwiniętymi, to i tak zostanie im przypisana łatka nieinteligentnych osobników – bardzo delikatnie rzecz ujmując…

Przestańmy więc gloryfikować to, co robimy dla samych siebie. Nie twierdzę, że Wasz trening lub logistyka z nim związania jest lekka. Jednak jestem całkowicie przekonany, że co najmniej 90% ludzi boryka się każdego dnia z problemami o wiele trudniejszymi, niż Wasz jadłospis czy sesja treningowa. Każdego dnia giną setki ludzi w wypadkach spowodowanych przez pijanych kierowców. Uważacie, że macie ciężej pogodzić swój trening z pracą, niż owdowiała kobieta całe pozostałe, samotne życie bez ukochanej osoby? W każdej minucie ktoś na ziemi dowiaduje się, że jest nieuleczalnie chory. Otrzymuje wyrok śmierci. Czym są Wasze przerzucone kilogramy żelastwa, w porównaniu z siłami rozdającymi karty w grze, o nazwie życie? Co ma powiedzieć samotny ojciec, wychowujący czwórkę dzieci po tym, jak jego żona zmarła na nowotwór? Jak zareaguje na Twoją przeżywaną „katorgę”, gdy musisz wstać rano na sesje biegania?

kulturyści

Czy to wszystko nie jest śmieszne? Jak bardzo potrafimy chwalić swoje czyny pod niebiosa i czynić z nich istny panteon wielkich osiągnięć, okupionych krwią, łzami i kroplami potu? Jesteśmy święcie przekonani, że napotkaliśmy na swojej drodze wszystkie możliwe przeszkody. W rzeczywistości nawet nie ujrzeliśmy ich na oczy. Napinamy się, pozujemy, zaciskamy zęby i idealizujemy swój zwykły, normalny i mało znaczący trening. Myślimy, że to jest coś wielkiego. Tak naprawdę, nie robimy nic wyjątkowego. Większość ludzi nie jest w stanie nawet zrozumieć połowy rzeczy, o których my piszemy lub próbujemy gloryfikować. Trwamy w takim stanie do pewnego momentu – do pojawienia się prawdziwych, życiowych trudności. Nie życzę tego nikomu, ale może to być poważna choroba, utrata pracy i źródła dochodu, lub nagła śmierć kogoś bliskiego. Wtedy dopiero uświadamiamy sobie, jak niewiele znaczą nasze codzienne, mityzowane czynności.

Trening jest pasją. Męczeństwo, zostawmy realnym bohaterom.

Pasja jest niesamowitym narzędziem. Potrafi rozchmurzyć nawet najczarniejsze niebo. Zmienić najgorszy dzień, w najlepszą chwilę naszego życia. Prowadzi nas za rękę po ścieżce i nie pozwala się od niej zanadto oddalić. To piękne doświadczenie, móc ją odnaleźć w swoim życiu. Dlatego nie chcę, aby ktokolwiek kto trenuje, ćwiczy lub kształtuje swoją sylwetkę pomyślał, że jestem jego przeciwnikiem. Jestem ogromnym zwolennikiem jakichkolwiek zmian, prowadzących ku dobremu. Szanuje każdego, kto pragnie zmiany na lepsze i podejmuje w tym kierunku jakiekolwiek kroki! Jednak zanim zaczniemy spoglądać tylko na siebie i pozwolimy dojść do głosu wyłącznie własnemu ego polecam, abyśmy umiejscowili to, co robimy, w szerszym kontekście.

Nie uważam, że macie lekko. Nie myślę, że każdy Wasz dzień to sielanka. Niemniej jednak jestem pewien, że macie w swoim życiu więcej szczęścia niż wiele żyjących dookoła Was osób. Macie na pewno mniej problemów, niż gros ludzi, których mijacie na ulicy każdego dnia. Doceńcie to.

trening

Nie musicie przestawać pokazywać swojego życia. Róbcie to nadal, ale wlejcie w to trochę więcej zdrowego rozsądku. Ciągłe pozowanie i przedstawianie swojego życia jako ciężkiego, w którym jedyną trudnością jest korek w drodze na siłownię, jest trochę nieodpowiednie i bezmyślne. Myślenie w takich kategoriach jest pozbawione sensu, bo to, co uważacie za największą trudność, zależy od Was. To Wy zdecydowaliście się trenować i w każdej chwili możecie to przerwać. W przeciwieństwie do tych, którzy śmiertelnie chorują, stracili bliską osobę lub głodują z powodu ubóstwa. To są prawdziwe problemy, prawdziwych ludzi. Ich powinniśmy podziwiać, za ich podejście do życia. Za to, że pomimo ogromnych trudności, pod których ciężarem załamałby się każdy z nas, oni nadal potrafią żyć, funkcjonować i czerpać radość z każdego oddechu, bo wiedzą, że oznacza on możliwość istnienia na tym cudownym świecie.

To są prawdziwi bohaterowie, którzy nawet na nich nie pozują. Nie pseudo fitnessowe gwiazdy, pokazujący swoje ciężkie życie, leżąc na Malediwach. Nie pseudo kulturyści, którzy musieli pożyczać pieniądze od bliskich na karnet, na siłownie. Nie My wszyscy, którzy mamy więcej niż jesteśmy w stanie zrozumieć. To oni, Ci prawdziwie dotknięci przez życie, zasługują na idealizacje oraz gloryfikacje. Zasługują na miano męczenników…

Szczęśliwszych i radośniejszych od nas wszystkich.

Najpopularniejszy wskaźnik do kontroli wagi ciała. Rozpowszechniony na całym świecie w różnych dziedzinach życia. Łatwy w korzystaniu, przyjęty niemalże za doskonałość w określaniu poprawnej wagi ciała. BMI to prawdziwy cud i dar z niebios! Istne błogosławieństwo… Czy jednak, na pewno jest tak w rzeczywistości?

Czym jest BMI?

BMI (ang. Body Mass Index), zwany również wskaźnikiem Queteleta II od nazwiska jego twórcy, to narzędzie do kontroli masy swojego ciała. Bardzo często zostajemy z nim zapoznani już w czasach szkolnych. Zazwyczaj nauczyciele na lekcjach geografii lub biologii, dają swoim uczniom możliwość poeksperymentowania i zajęcia czymś ich chłonnych umysłów. Również w wieku dorosłym, dość często spotykamy komentarze głoszące, jakoby BMI było metodą idealną do określenia, czy waga naszego ciała jest poprawna. Wskaźnika używają zarówno lekarze, jak i specjaliści. Wiele osób próbujących zmienić swoją sylwetkę, ślepo zawierza wszelkie swoje działania skali, na której opiera się ten znacznik. Ufamy mu, bo został przyjęty przez społeczeństwo za rewelacyjną technikę kontroli własnych postępów. Jego fenomenu upatrywałbym bardziej w fakcie, iż jest on szeroko dostępny i prosty w użytkowaniu, aniżeli w jego rzeczywistym geniuszu.

Już na samym początku należy zaznaczyć, że wskaźnik BMI teoretycznie nie powinien być stosowany w przypadku osób, które nie ukończyły 18 roku życia. W takich przypadkach o wiele częściej stosuje się siatkę centylową. W szczególności u niemowlaków, małych dzieci czy osób w okresie dojrzewania.  Uzasadnienie takiego postępowania znajduje się w fakcie, iż w przypadku osób młodych, ich ciało nieustannie się zmienia. Ewoluuje na przestrzeni każdego kolejnego dnia. Wyjątkowo widać to u małych dzieci, w przypadku których wzrost odbywa się niemalże w mgnieniu oka.

BMI oblicza się poprzez podzielenie swojej wagi ciała w kilogramach przez wzrost wyrażony w metrach, podniesiony do kwadratu:

wzór BMI

Źródło: nazdrowie.pl

Osoby niebędące nigdy wybitnymi jednostkami z matematyki, mogą skorzystać z wielu dostępnych kalkulatorów znajdujących się w Internecie, które wszystkie obliczenia wykonują za nas. Wystarczy wpisać swój wzrost oraz wagę, co mam nadzieję, nie będzie stanowiło większego problemu.

Uzyskany wynik przypisuje się do jednej z trzech, ogólnych kategorii:

  • Poniżej 18.5 – niedowaga
  • 18.5-24.99 – waga prawidłowa
  • Powyżej 25 – nadwaga

Istnieje również bardziej szczegółowa skala, dzieląca się w wartościach: „niedowaga” (wygłodzenie, wychudzenie) oraz „nadwaga” (I stopień otyłości, otyłość kliniczna, otyłość skrajna) – w zależności od wielkości otrzymanego rozwiązania.

Można również bez przeszkód posługiwać się tabelami, których w Internecie jest całe mnóstwo. Jedną z nich, prezentuję poniżej:

wskaźnik BMI

Źródło: www.bmi-kalkulator.pl

Cudowny wskaźnik, wcale nie taki doskonały…

Wiedząc już jakie komponenty zostają uwzględnione w ów wskaźnik, w naszej głowie powinna zrodzić się pierwsza, rozczarowująca myśl odnośnie do z pozoru niesamowitego narzędzia. BMI w swoich działaniach bierze pod uwagę masę naszego ciała. Zestawiając ją ze wzrostem, określa czy jest ona poprawna. Jednak kompletnie nie zwraca uwagi na jakość zgromadzonej przez nas wagi. W Internecie roi się od zdjęć osób, które na przestrzeni wystarczająco długiego okresu czasu, potrafiły diametralnie zmienić swoją sylwetkę, uzyskując na końcu taką samą wagę, jak przed rozpoczęciem działań. To dobitnie pokazuje, że kilogram nie jest równy kilogramowi. Inaczej będzie wyglądał człowiek nieaktywny, o wzroście 180 centymetrów  i wadze 90 kilogramów, a inaczej osoba o tych samych parametrach, odżywiająca się zdrowo i trenująca siłowo.

To jest ogromna wada wskaźnika BMI, którą wytykają mu wszyscy świadomi tego ludzie. Nie bierze pod uwagę budowy ciała oraz procentowej zawartości tkanki tłuszczowej. To właśnie ta wartość wyznacza przede wszystkim jakość naszej sylwetki. Głównie osoby uprawiające sporty sylwetkowe, szybkościowo-siłowe lub zwyczajnie dbające o rozwój swojej muskulatury, mogą czuć się wyraźnie zdezorientowane. W ich przypadku bardzo często pokazywaną wartością będzie „nadwaga” lub nawet „otyłość”. W rzeczywistości mogą posiadać oni skrajnie niski poziom tkanki tłuszczowej w ciele. Jednak ze względu na zbudowane mięśnie, waga ciała będzie wyższa i odbiegająca od wyznaczonych norm. Działa to również po przeciwnej stronie skali. Osoby, które dość intensywnie trenują sporty wytrzymałościowe, w których niska waga ciała jest rekomendowana, mogą często uzyskiwać wynik przypisujący ich do kategorii „niedowagi”. Dotyczy to często wysokich lekkoatletów.

Kobiety także mogą czuć się pokrzywdzone, ze względu na ich naturalnie wyższy poziom tkanki tłuszczowej. Niestety wskaźnik masy ciała, nie uwzględnia w swoich obliczeniach płci danego osobnika. Z tego więc powodu zachodzi istotna różnica między kobietą a mężczyzną o tych samych parametrach fizjologicznych.

Profesjonalistom i odbiegającym od normy ludziom, mówimy NIE!

Wskaźnikiem BMI pod żadnym pozorem, nie powinny kierować się osoby trenujące zawodowo. Profesjonaliści lub nawet pół-profesjonaliści, nastawieni są na uzyskiwanie określonych i wymiernych rezultatów w danym sporcie. Wyłączając dyscypliny sportowe, w których przypisywani jesteśmy do kategorii wagowych, w żadnym sporcie waga nie limituje zawodnika. Oczywiście, że w każdej dyscyplinie panują pewne standardy pożądanej masy ciała. Jednak uzależnianie swoich działań od BMI byłoby rozwiązaniem wysoce nieroztropnym. Osoba nastawiona na osiągnięcie konkretnego wyniku powinna poznać swoje ciało do tego stopnia, aby korzystanie z mocno uogólnionych wskaźników, stało się niepotrzebne. Zamiast stawiać BMI na piedestale, o wiele lepiej jest posiąść umiejętność dostosowywania wagi swojego ciała, do okresów treningowych i przyporządkowywania jej do głównych celów.

Powyższy akapit nie musi dotyczyć tylko profesjonalistów. Może on dotyczyć każdej osoby, która w swoich działaniach nastawiona jest na konkretny cel, a udział bierze w nim również waga ciała – w mniej lub bardziej bezpośredni sposób. Nie tylko zawodowi kulturyści, nie skorzystają z owego wskaźnika. Również wszyscy amatorzy, którzy swoją budową ciała, parametrami lub celami, różnią się od przeciętnej. Kwintesencją naszych rozważań jest uzmysłowienie sobie, że wskaźnik BMI został stworzony na podstawie ogólnych obserwacji osób, niewystających poza „przeciętność” pod kątem cech fizycznych. Adolphe Quételet w swoich badaniach wykorzystał setki ochotników i dostrzegł „pewną zależność”. Nie była to żadna reguła, rozwiązanie czy ujawnienie wielkiej tajemnicy. Czysta zależność, opierająca się na twierdzeniu, że waga rośnie proporcjonalnie do kwadratu wzrostu człowieka. Nie sugerował się indywidualną budową ciała, predyspozycjami czy stylem życia. Dlatego właśnie, jego z pozoru rewelacyjne narzędzie, nie nadaje się do użycia w naprawdę wielu przypadkach.

Nieprecyzyjny wskaźnik.

Określanie idealnych proporcji ciała wyłącznie po wzroście i wadze, jest strasznie ryzykowne i krzywdzące dla wielu z nas. Osoby umięśnione o niskiej zawartości tłuszczu w organizmie, mogą zrobić sobie krzywdę, doprowadzając się do stanów wyniszczających, próbując za wszelką cenę znaleźć się w rekomendowanej normie. Również sportowcy, mogą pogorszyć swoje rezultaty, gdy będą ślepo ufać niedokładnej skali, zamiast sugerować się uprawianą przez siebie dyscypliną sportu i własnym odczuciom.

bmi

Aby dokładnie zobrazować, jak bardzo skala ta jest nieprecyzyjna, wystarczy spojrzeć na przedział określany w niej jako „waga prawidłowa”. Przypisuje się jej wartości, mieszczące się od  18.5 do 24.99. Liczby te, są wynikami naszego wcześniejszego działania, opisanego na początku tekstu. Według wskaźnika BMI, dla osoby o wzroście 170 cm, idealna waga znajduje się między 54, a 72 kilogramem! To aż 18 kilogramów różnicy! Oprócz tego należy uwzględnić także jakość owej masy, indywidualne predyspozycje, uwarunkowania genetyczne czy własne samopoczucie.

BMI – świetne, ale nie najlepsze.

Nie chciałbym demonizować całej struktury, na której opiera się wskaźnik BMI. Moim celem nie było przekonanie Was do zaprzestania korzystania z jego funkcji. Chcę ukazać, że nie jest to idealna metoda do określania swojej prawidłowej wagi i warunkowania od niej swoich działań. Różnice w pokazywanych wartościach, różnią się diametralnie w zależności od jednostki i jej indywidualnej specyfiki. Niemożliwym jest uzyskanie klarownej i osobistej odpowiedzi, od narzędzia stworzonego dla ogółu i na podstawie ogółu. Większość osób, wykraczających poza przyjęte normy uznane za standardowe, nie odniesie żadnych korzyści ze stosowania tej metody. Paradoksalnie w takich przypadkach, może ona nieść ze sobą pewne ryzyko błędnie podjętych działań, wynikających z niewłaściwych i nierzeczywistych, otrzymanych danych.

Ludzie, którzy na co dzień prowadzą dość konserwatywny tryb życia, niewykraczający poza szeroko pojętą „rekreację”, mogą w pewnym stopniu korzystać ze wskaźnika BMI. Zalecałbym jednak wyłączne sugerowanie się nim, a nie ślepe podążanie i warunkowanie od jego wyników swoich decyzji. Pragnę to jeszcze raz podkreślić, że metoda ta bierze pod uwagę tylko ogólne czynniki, które nie uwzględniają indywidualnej budowy ciała. Nie twierdzę, że jest ona nieskuteczna lub niepotrzebna, ale zalecam ostrożność w korzystaniu z niej. Rekomenduję, aby całkowite uleganie temu systemowi, zastąpić kierowaniem się własnym samopoczuciem, ogólnym stanem zdrowia oraz wyglądem rzeczywistym własnej sylwetki. Żadna inna forma kontroli postępów, nie jest w stanie wyprzeć tego, co My widzimy w lustrze a inni, patrząc na Nas.

Deadpool 2 Rotten Tomatoes, zarówno od krytyków jak i od fanów. Kasa za weekend otwarcia się zgadza. Można by odtrąbić pełen sukces. Ale czy rzeczywiście jest tak kolorowo z naszym smutnym klaunem ?

Pierwszy Deadpool cieszył się ogromnym powodzeniem, choć był potraktowany przez studio po macoszemu. Niewielki budżet, totalnie zielony reżyser i mało znana obsada. Mimo tego bezpiecznego podejścia, film zarobił prawie 0.8 miliarda dolarów i wiadomo było, że druga część będzie już zrobiona z rozmachem. 

Produkcja pochłonęła prawie dwa razy więcej pieniędzy. W obsadzie pojawiło się kilka znajomych twarzy, a za kamerą usiadł David Leitch znany z John’a Wick’a i Atomic Blonde. Jest to reżyser gwarantujący zdecydowanie wyższy poziom scen akcji. Do tego jego dbłość o szczegóły i klimat sprawia, że kupujemy stworzony przez niego świat, choćby był mocno odrealniony. Pod względem technicznym druga część to znacznie wyższa półka.

Zdecydowanie lepiej działa też antagonista. Cable ma świetnie przedstawione i zrozumiałe motywacje, co sprawia że jest postacią dużo bardziej wielowymiarową, niż zły do szpiku kości Ajaks z “jedynki”. Jego powaga świetnie rezonuje ze specyficznym poczuciem humoru Deadpool ‘a. Ich wspólny czas ekranowy, to zdecydowanie najlepsze momenty filmu. Mam nadzieję, że jeszcze go zobaczymy.

deadpool deadpool 2 marvel

Źródło; www.eska.pl

Czy Deadpool 2 jest warty obejżenia?

Humor, przełamywanie 4 ściany, czy popkulturowe nawiązania działają w identyczny sposób, często niestety popadając w schematy i na tym polu oczekiwałem zdecydowanie więcej. Jednak największy zarzut to nawałnica nic nie znaczących postaci, które albo szybko umierają, albo nie mają nic do roboty i tylko snują się za bohaterami bardziej przeszkadzając niż coś wnosząc.

Deadpool 2 to film zdecydowanie lepszy, jednak obdarty z elementu zaskoczenia, jaki miała pierwsza część, nie robi już takiego wrażenia. Wybrać się do kina oczywiście polecam, nudzić się nie będziecie na pewno. Nie czekajcie na scenę po napisach bo jej nie ma. Jest tylko kilka, tuż po zakończeniu i są prześmieszne.

#kolejne artykuły